poniedziałek, 29 czerwca 2015

Pustosłowie

Nie wytrzymałam. Kupiłam "Pasażera do Frankfurtu" Agaty Christie. Spodziewałam się, jak zawsze - kryminału, a tu figa! Autorka u schyłku życia postanowiła sience fiction spróbować i napisała książkę ostrzegawczą, z myślą o młodych.
Zawarła w niej starą, oklepaną prawdę, że młodzi ludzie, zawsze buntujący się przeciwko czemuś, a zwykle przeciwko utartym kanonom, politycznej rzeczywistości, normom etycznym, itp., dają się łatwo porwać fałszywym prorokom. ( tu moja uwaga: niestety, pani Agato, nie tylko młodzi...)

W książce pojawia się wiele intrygująco aktualnych sentencji, np. taka: kandydat na jakiś urząd mówi, że "gdybym mówił prawdę, to straciłbym elektorat". Albo: "Politycy rzadko przyglądają się rzeczywistości, która ich otacza"

Agata przypomina historycznie potwierdzone fakty, z czasów, gdy rodził się nazim w Niemczech. Próbuje zwrócić uwagę na pustosłowie kwiecistych i chwytliwych haseł i nawoływań do zmian, tak lekko rzucanych przez wielu polityków. Porywające tłumy przemówienia, z których wynika tylko jedno: "GŁOSUJCIE NA MNIE". Jeżeli słucha takiego mówcy ktoś rozsądny, to potrafi tę pustotę wyłowić, ale większość elektoratu nie tylko czytać ze zrozumieniem nie potrafi, ale i słuchać... w związku z czym - nic nie wyławia, oprócz: "trzeba zmienić, zniszczyć, usunąć". I to się podoba! A krzyżyki przy nazwisku krzykacza gwarantowane na kartach do głosowania.

Czytałam i między wierszami słyszałam słowa P. Kukiza, PiS, Narodowców... Zresztą - PO także. Aż trudno uwierzyć, że książka ukazała się w roku 1970! I, że nie napisano jej u nas, w Polsce!

Niemalże w przededniu kolejnych wyborów powinno się wziąć to pod rozwagę, bo (wypisz wymaluj) - mamy to sience fiction tu i teraz... Walka o mięso armatnie, czyli o nas będzie przybierać na sile. Uważajmy!



piątek, 26 czerwca 2015

Chciałabym

chciałabym...
żeby świat był zawsze piękny
żeby ludzie byli dla siebie dobrzy
żeby wszystkie dzieci były szczęśliwe
żeby ludzie mniej mówili o prawach zwierząt
a więcej robili, żeby nie cierpiały
przez ludzi
żeby politycy byli mądrzejsi niż naród
który ich wybrał
żeby nie wp...ali się w moje życie
bo ich o to nie proszę!!!



poniedziałek, 22 czerwca 2015

kiedy wyjdzie Szydło z worka?

Muszę przyznać, że kogo, jak kogo, ale spindoktorów, to PiS ma perfekcyjnych.
Imć Prezes desygnował właśnie na przyszłego premiera, panią Beatę Szydło.
Ja tam się nie zamierzam przywiązywać do tej kandydatury... Jak znam metody imć Prezesa, a długo je obserwuję, to albo po wyborach kandydatura tej pani przepadnie bez wieści, albo pani Beata znajdzie się wprawdzie na premierskim stolcu, ale na krótko, ot, tycio! Byle zamknąć gęby.
A potem to się jakoś sprytnie odkręci.

piątek, 19 czerwca 2015

Powycieczkowe rozmyślania

Z wycieczki do Jarosławia, poza licznymi wrażeniami estetycznymi, przywiozłam (przywieźliśmy) nastrajające pesymistycznie odczucia z tzw. relacji międzyludzkich.

Podkarpacie, kresy wschodnie, to - jak powszechnie wiadomo -ziemie w barwach PiS.
I to, niestety, prawda!
W zasadzie, nie powinniśmy być więc zdziwieni poglądami, z którymi się tam zetknęliśmy, osobiście i dogłębnie. Można wręcz powiedzieć, że w całokształcie...

Pierwsze zderzenie z inną, "proPiSowską" perspektywą, to opisane we wcześniejszym poście, wymieranie popołudniowe miast i miasteczek. Ten, cichnący wczesnym, letnim  popołudniem gwar.
W zajeździe, w którym nocowaliśmy, warunki lekuchno siermiężne. Nie, nie to, że brud, smród i ubóstwo. Czysto, TV, Wi-Fi, etc, też były, tyle, że atmosfera jakaś taka - dziwna, przytłaczająca ciut.

Prawdą jest, że cierpię na łatwość nawiązywania kontaktów, więc nie obeszło się bez pogawędek z właścicielami zajazdu.

Pytam, na przykład:
- Widzę, że Państwo sami gotujecie dla gości, sami obsługujecie recepcję, cały zajazd, a czy chociaż czasem wyjeżdżacie na jakieś urlopy, choćby takie krótkie, jak my?

- Nie. Nie mamy możliwości. Nasi pracownicy nie chcą pracować w weekendy, a nie można przecież zamknąć zajazdu na skobel!

- No, tak, prawda... Ale - jak to nie chcą??? Niemożliwe! W mojej firmie, to ludzie płaczą, że im się nie pozwala pracować w nadliczbowych godzinach!

- U nas jest inaczej, o niedzieli to w ogóle nie ma co rozmawiać, a soboty - tylko czasem, ale z oporami.

Jakoś tak się rozmowa dalsza potoczyła, że wylądowała na politycznej niwie.
I dowiedziałam się, że Kresowianie pokładają wielkie nadzieje w nowym Prezydencie i liczą na wygraną PiS. Bo w PiS jest najwięcej patriotów (sic!) i oni na pewno będą rządzić tak, że ludziom będzie żyło się lepiej, zlikwidują hipermarkety,  a Polska będzie mlekiem i miodem płynącą krainą.
Może nie tymi słowami, nie tak wprost, ale taki był sens.

I pomyślałam.
I, dzięki temu, że najpierw pomyślałam, to ugryzłam się w porę w język.

I znowu pomyślałam.
I zrozumiałam, dlaczego Polska, jak ta ulica w piosence Kultu:
"Moja ulica murem podzielona
Świeci neonami prawa strona. 
Lewa strona cała wygaszona.
Zza zasłony obserwuję obie strony",
podzielona jest.

Na dwie Polski: jedną - bogatą, ciężko pracującą, powściągliwą wyznaniowo i drugą - Polskę biedną, Polskę wiecznie narzekających malkontentów, którym  chce się wprawdzie dobrobytu, ale nie chce się pracować na ten dobrobyt. Tą, drugą Polskę poznać można po morzu wyciągniętych rąk: do Boga, do OPS, do Rządu... do Unii...
Przypomina mi sześciorękiego, medytującego Buddę.

To medytujcie, kochani, medytujcie! Kto wie, może na tych medytacjach zbijecie majątki? Niezbadane są wyroki...





czwartek, 18 czerwca 2015

Dębowa gazdówka



Majowy długi weekend w naszym przypadku był  jedynie majowym krótkim weekendem. Rodzinny wypad na kraniec Polski, hen, za Ustrzyki Dolne. Noclegi , aż dwa, zarezerwowaliśmy sobie w Dębowej Gazdówce, w miejscowości Łodyna. Oj, miejscóweczka, znaleziona w Necie
 ( www.debowagazdowka.pl) okazała się być strzałem w dziesiątkę!
Dębowa Gazdówka. To gościniec naprawdę godny polecenia wszystkim, którzy cenią sobie dobre warunki i piękne widoki, w przyzwoitej cenie.  Za pokój trzyosobowy trzeba zapłacić 180zł/ doba. Warto!
Zajazd wybudowano z dębowych bali, gołych, nagich,  jak natura stworzyła. Łazienki stanowiły jedyne pomieszczenie, wykończone na wskroś nowocześnie. Oczywiście z bieluśkimi, czyściutkimi ręcznikami w wyposażeniu. Pościel – bez zarzutu, naprawdę świeża i nowa, a nie jakieś tam starocie, przesiąknięte potem i obrzydliwe w ogólności.  W pokojach TV i WIFI. Właścicielka, to przemiła osoba, zapracowana, ale zawsze uśmiechnięta i gotowa do działania. Pijawka nie był zadowolony z faktu, że rodzice wynajęli tylko jeden, wspólny, trzyosobowy pokój.  Pomaszerowałam do Pani gospodyni i pytam, czy aby nie ma jakiejś wolnej jedynki?  Ano, już nie ma, ale ma jeszcze wolne studio. Jakoś nie bardzo wyobraźnia chciała mi podpowiedzieć, cóż to takiego, to „studio”???
Pani  pokazała. I studio okazało się być dwupoziomowym lokalem, przeznaczonym dla 7-8 osób w sumie, a mieści się na poddaszu. Pani zamieniła nam tę trójkę, na ósemkę, bez żadnej dopłaty! Nocowaliśmy zatem w studio z widokiem na, nieczynny o tej porze roku ze zrozumiałych względów,  wyciąg narciarski. Wczesnym rankiem mgły snuły się nisko, okrywały krajobraz białą kołderką, a ja sobie paliłam na balkonie, rozmyślając - nostalgicznie nieco - o bieszczadzkich wakacjach mojego dzieciństwa.
Pijawka wniebowzięty, zaanektował niezwłocznie górną kondygnację, nam pozostawiając dwa pokoiki na dolnej.
Nie rozpakowaliśmy się, mała toaleta i pomaszerowaliśmy obejrzeć zajazdowe, rozległe włości.
W drugim budynku, oczywiście z dębowych bali, ogromna sala, w niej stoły ogromniaste i ławy takież. Na końcu bufet, nie powiem, z bogatą ofertą. A za bufetem kuchnia.
Zasiedliśmy, głodni, jak nie wiem kto, bo podróż była bardzo długa. Podszedł kelner, młody, przystojny chłopak,  wystrzyżony zabawnie, bo na czubku głowy króciutko, a dalej, to już długie włosy, związane w kitkę  sięgającą niemal pasa. Najdziwniejsze, że z tą wyszukaną fryzurą było mu do twarzy!?
Otwieramy kartę, a tam… hryczanyki w farfoclach!!!!!!!!!!! Innych nazw nawet nie pamiętam… I wybierz, człowieku, coś, co chciałbyś skonsumować bez strachu, że okaże się przepyszną dżdżowniczką w sosie własnym! Szczęściem, przemiły kelner przełożył z lokalnego na nasze i szczegółowo wyłożył skład tych dziwnych potraw, które zresztą okazały się być znakomite. Pijawka był zachwycony, to pewne! Serwowano lokalnie produkowane piwo, w gorzelni Ursa Maior, założonej przez domorosłą browarniczkę w Uhercach Mineralnych, bodajże w roku 2011. Browar można zwiedzać, stanowi lokalną atrakcję turystyczną. A piwo wytwarzane domowymi, nieustannie udoskonalanymi metodami, jest doprawdy  pyszne, niepasteryzowane i naturalne.
Na wycieczkę po Bieszczadach mieliśmy właściwie tylko jeden dzień, na który przypadły dwa w drodze tam i z powrotem. I taki to długi weekend był…
Zdążyliśmy jednak przejechać znanymi nam z wcześniejszych, licznych wojaży drogami niemal wzdłuż i wszerz Bieszczadów. Krótko mówiąc zahaczyliśmy o:
- Ustrzyki Górne
- Wołosate
- Solinę
- Polańczyk
- Cisnę
- Przysłup
- Dwernik
- Czarną i Polanę
- Zatwarnicę
- Bukowiec
i wiele innych, niewymienionych miejscowości.
Drogi w Bieszczadach, po kilkuletniej, naszej nieobecności zaskoczyły nas pozytywnie bardzo. Wyremontowane i równe, jak stolnice. Najbardziej zdziwiło nas, że droga przez mękę, czyli wijąca się doliną droga prze Buk, Terkę, Bukowiec, takąż być przestała i tym razem jeziora łabędziego na niej tańcować na czterech kółkach nie trzeba było! A wszystko przez tę znienawidzoną przez niektórych Unię, która dofinansowała. Posiadam w domeczku przewodnik, w którym stoi czarno na białym, że w/w drogą raczej należy zapuszczać się wyłącznie per pedes, bo nawet rowerem nie lzia.

 Autko sprawdziło się w terenie znakomicie, nawet na górskich bezdrożach, przejechało spoko przez potoki, pomykało po górskiej łące, Pijawka skakał z radości, że był prawie na off roadzie, choć nasze auto to raczej kałużowiec, niż terenówka.

Mimo ogólnie fantastycznych wrażeń, w tym  z jazdy serpentynami, Pan Monsz zapowiedział, że więcej w Bieszczady się nie wybiera. Zapytany o powód decyzji, odpowiedział, że to już nie są te same Bieszczady… dzikie, nienaruszone, tajemnicze. Nadal piękne, fakt, ale – już nie te…
Pierwszy szok był w Cisnej, której prawie nie poznaliśmy. Mieliśmy zamiar skonsumować przekąskę jakąś w znanej nam, lokalnej jadłodajni, w samym centrum Cisnej. Nic z tego! Nawet zaparkować nie było gdzie, a mimo, że wyrosły w między czasie kolejne lokale i lokaliki gastronomiczne, kolejki były nie tylko do jedzenia, ale nawet do wejścia.
Pojechaliśmy z Cisnej do Przysłupa, pod przełęcz. Tam niegdyś stał taki pawilon, nie pawilon, w którym serwowano świeżo złowione w hodowli na tyłach pstrągi, oprócz, oczywiście, innych, niewyszukanych i niedrogich potraw. Zajeżdżamy, a tam chyba z 10 autokarów, a zajazdów wypasionych wyrosło kilka. W 2008 roku była tylko ta smażalnia i galeria rękodzieła artystycznego, a dzisiaj tłok, jak na Marszałkowskiej. Cudem udało nam się dostać jedyny stolik i tylko dlatego, że było nas 3 sztuki. Siedzieliśmy więc pod bufetem, pałaszując kartacze z surówką, a wszyscy się dookoła nas przemieszczali, hałas niemiłosierny. Bo kolejka i awantury o godzinne oczekiwanie na miejsce.
Cóż… idzie nowe. W galerii też. Wraz z tymi tłumami urosły ceny, do astronomicznych. Nie, nawet za najpiękniejszą torbę ze skóry, wykonaną w stylu indiańsko-pionierskim, pięciu stówek nie dam! O tanim upominku dla krewnych i znajomych królika zapomnieć trzeba też.

W Solinie, to już od dawna najlepiej sprzedają się egzotyczne, pamiątkowe muszle i korale…
Może, Panie Monszu, masz rację, że to już sopocki deptak prawie się zrobił.

Cóż,  panta rhei

wtorek, 16 czerwca 2015

Jarosław i okolice

Najpiękniejsze wspomnienia z wycieczki do storczykarni w ogrodach pałacu w Łańcucie

























2 dni. Pigułka wakacyjna, tym razem pojechaliśmy do Jarosławia, na Podkarpaciu. Powiatowe miasteczko, piękne, ale zapomniane. Miasto Łukasiewicza. Powinno tętnić nocnym życiem, przynajmniej w sezonie urlopowym, ale nic z tego! Jest czerwiec, pomału kończy się jeden z najdłuższych dni roku, ale turysta nie ma szans na małą czarną w kafejce, na rynku otoczonym starymi, bogato zdobionymi kamienicami - wszystko zamknięte na głucho. Mieszkańcy podążają szybkim krokiem do swoich zaciszy domowych, turysta zostaje sam.
Podziwialiśmy te zabytki architektury, w świetle pomału zachodzącego słońca. W przeciwieństwie do licznych, krzykliwych reklam i zachęcających wystaw sklepowych, kamienice spoglądają na nas z góry ze smutkiem i wyczekiwaniem, z wołaniem o restaurację, o ratunek przed zapomnieniem.


W  drodze powrotnej zahaczyliśmy o Leżajsk, a w nim przecudnej urody park, otaczający pałacyk. Pałacyk, to dużo powiedziane... Za dużo, ale ten park! Dzikość, dzikość i brak uporządkowania. To lubię!


środa, 10 czerwca 2015

Afera

Afera podsłuchowa jest jak "neverending story", a jej skutki są niewyobrażalne. W zasadzie, to - w pewnych aspektach - wyobrażalne. Na przykład wyobrażam sobie, jak by to było, gdybym była świadkiem przestępstwa i miała chęć złożyć zeznania. Wszystkie moje dane, z numerem Pesel, adresem, numerem telefonu dostałyby się w ręce bandyty. Bo - ma prawo, czyli wszystko w jego majestacie! Cóż więc mi zostaje w świetle wynurzeń Prokuratora Generalnego? Ano, zostaje mi (nam wszystkim) tak: głucha, jak pień, ślepa, jak kret, a jeszcze z demencją bez względu na metrykę. Czyli - nie widziałam, nie słyszałam, nie pamiętam. Brawo, panowie! Bravissimo! Tak trzymać, a będzie lepiej! Jutro.