środa, 22 kwietnia 2015

szpaś

Jedziemy sobie wczoraj ze ślubnym moim nieszczęściem, wczesnym bardzo rankiem, słonko ledwie znad horyzontu buźkę wystawiło. Podróż o tej porze, szczególnie drogą przez wsie, zwykle nudnawa jest, bo wszystkie domeczki  pogrążone we śnie, ruch właściwie żaden. I jedziemy sobie tak, ziewając na przemian i nie odzywając się do siebie, aż tu nagle coś się na jezdni rusza, jesteśmy jeszcze zbyt daleko, żeby stwierdzić w półmroku, co, czy raczej - kto zacz? Pan Mąż  zdjął nogę z gazu, wyślipiamy się oba dwa i cóż widzimy? - szpaś sobie tupta w poprzek jezdni!
Pieszo maszeruje, sierotka w cętkowanym fraczku, wygalantowana, z dziobkiem zawiadiacko zadartym, idzie sobie nie przejmując się wcale tym, że  nam oczka z orbit  ze zdziwienia wielkiego powychodziły były. Myślimy sobie: w konkury pewnie uderzyć zamierza, ale dlaczegóż to na piechotę????    
A kto go tam wie...

I tak sobie wymyśliłam, jadąc dalej, że dziwny ten świat jest, doprawdy... Ludziska skrzydeł nie mają, to latać im się chce, jak nie wiem co, a taki szpaś, co to skrzydełka matka natura mu dała, dla odmiany ma chęć per pedes.                                                       

Brak komentarzy: