czwartek, 31 grudnia 2015

Noworoczne życzenia

Bardzo trudno napisać życzenia, gdy człowiek czuje się zniewolony.

Nie wiem, czy to nie będą ostatnie życzenia w tym, pisanym od roku 2008 pamiętniku?
Trudno, zaczynam ( albo kończę) :

Życzę sobie i wszystkim Rodakom, żebyśmy w przyszłym roku obudzili się z przeświadczeniem, że żyjemy w normalnym kraju. Żebyśmy zrozumieli, że to, co jest czarne, nigdy nie będzie białe i na odwrót. I jeszcze, żebyśmy zawsze i wszędzie widzieli różnicę pomiędzy tym, co dobre, a tym, co z pewnością jest złe. I dalej życzę sobie, żeby wierzący w jakiegoś boga, nie mieszali go w nasze sprawy, bo żaden bóg firmować tego, co robią ludzie z pewnością nie ma ochoty!

A na koniec  nam, którzy mamy wrażenie, że nas teleportowano na inną planetę, i że trwa Wojna Światów, życzę żeby to był tylko koszmarny sen...

Spokojnego Roku 2016, wypełnionego nadzieją na normalność i wiarą w zdrowy rozsądek!

Agrafka

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wyrazy wdzięczności

Szanowne Panie i Panowie,

Niniejszym pragnę wam serdecznie podziękować za prezent, który od was otrzymałam. Niestety, jest to drogi upominek, ale nie dołączyliście paragonu fiskalnego, w związku z czym nie mogę go wymienić, ani zwrócić, mimo, że towar jest przeterminowany. Prawa konsumenta pozwalają na taki zwrot, ale konieczny jest paragon, jako dowód nabycia legalnego.

Siedzę teraz i rozmyślam nad rozwiązaniem problemu. Mózg pracuje na najwyższych obrotach, ale żaden rozsądny pomysł mnie nie olśnił, jak dotąd.

A prezent zaczyna cuchnąć... z każdym dniem bardziej. Głupio wyrzucić, bo darowanemu koniowi się ponoć w zęby nie zagląda, powinnam się cieszyć. Cóż, jakoś nie potrafię.

I myślę sobie, że gdybyście nie byli, moi drodzy darczyńcy, tacy pazerni i tacy pewni siebie, to nie miałabym teraz kłopotu z tym śmierdzącym strusim jajem. Jak to jajo przeleżało 8 lat, to świeże być nie może! Żeby nie wiem co!
A wy?

Mówiąc wprost, moi drodzy, to podrzuciliście to śmierdzące jajo nam wszystkim. Daliśmy wam 8 lat, długich osiem lat żebyście mieli czas przeprowadzić wszystkie reformy i naprawić ten  rozpieprzony kraj. A wy się szlajaliście po dziuplach Sowy i przyjaciół. Wy byliście zajęci wszystkim, tylko nie tym, czym należało. Nie zrobiliście nic, żeby służba zdrowia znowu była służbą, wepchnęliście na ministerialny stołek leniwego głupka, któremu udało się rozłożyć tę służbę na obie łopatki skutecznie. Nie doprowadziliście do postawienia przed Trybunałem Stanu tych, którzy dawno powinni zostać osądzeni. Nie zlikwidowaliście nierentownych kopalń, nie zlikwidowaliście KRUS, za to okradliście obywateli z OFE i wydłużyliście wiek emerytalny. A trzeba było zlikwidować wcześniejsze emerytury. To wy, moi państwo daliście przyzwolenie na zamach na TK. PiS tylko podjęło grę i - swoim zwyczajem - zmieniło zasady wedle własnego uznania i własnych potrzeb chwili. To wy, na własnej piersi wyhodowaliście tego mściwego tyrana i dyktatora, który pociąga za wszystkie sznurki, chociaż formalnie nie ma żadnej władzy. I którego boją się wszyscy. Ku jego zadowoleniu. Bo to spełnienie jego pragnień.

To dzięki wam, panie i panowie z PO, musimy teraz wąchać to jajo. Gorzej - myślę, że będziemy je musieli zjeść. A wam i tak pokazano gest Kozakiewicza. Trzeba było się nie bać tych reform, może do urn poszliby ci, którzy na te reformy czekali, a jaj strusich, nawet świeżych, nie znoszą? Ale tego już się nie dowiecie!

Podpis w ciemno

Prezydent podpisał nowelę ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Podpisał w ciemno. Pewnie nocą, przy kaganku. I tak już jest, że mamy teraz wyłącznie ciemne sprawy... Bo jakież inne mogą być w Ciemnogrodzie? No, panie Cejrowski, gdzie się pan podział? Teraz dopiero ma pan ten swój Ciemnogród, cholera jasna! Zamiast się szlajać po egzotycznych zakątkach, trzeba być tu i teraz. Przecież panu się taki kraj podoba, prawda?

Z lamusa (2012)



 Podanie do Informatyka (w sprawie wyposażenia miotły odrzutowej)

Zwracam się z prośbą.
Niezwykle zresztą uprzejmą.
By stanowisko mojej pracy
Wzbogacić o klawiaturę.
Jedną. Niedużą.
Bardzo w użyciu przyjemną.

Ja wiem, że miotła odrzutowa,
jako sprzęt dizajnerski,
nadto wysokiej klasy,
wyposażona w różne będzie
gadżety, opcje, i inne
takie tam – wygibasy.

Spodziewam się także, że aby
móc dać jej większego kopa,
nie zabraknie w ofercie sprzedaży
odpowiedniego laptopa.

Jako doświadczony sprzedawca
Szanowny Nasz Wynalazca,
dbając o koniunkturę,
winien w ofercie umieścić
także i klawiaturę.

Ażeby zapobiec kradzieży
szyfrować podpis należy,
na karcie, z czipem, który
wymaga odpowiedniej dziury!

Kartę do niej się wtyka,
a podpis już kablem pomyka,
i za chwil mało wiele,
wiadomo, kto właścicielem
tej miotły oldskulowej!

Lecz czytnik to wszakże nie winda!
Nie może na sznurku się dyndać,
lub w kieckę się wplątać, bowiem
wstyd i nieszczęście gotowe!

sobota, 26 grudnia 2015

Szczygieł

Donna Tartt, "Szczygieł". Opasłe tomisko, będące opowieścią o zmianie dokonującej się w chłopcu po stracie matki. Theo jest emocjonalnie bardzo związany z matką, ma ojca, ale ten dla odmiany nie czuje się związany z nim. Zostawia rodzinę w trudnej sytuacji finansowej. Znika. Matka Theo jest osobą wyjątkową, inteligentną i trochę zwariowaną. Ginie w wybuchu w muzeum, tuż przedtem zdąża pokazać synowi wyjątkowy obraz pt. Szczygieł. Ptak na uwięzi, siedzący na półce ściennej. Żywy ptak na obrazie,  w otoczeniu dzieł przedstawiających martwą naturę. Życie uwięzione.

Theo uwięziony w obrazach z przeszłości, z życia przedtem.

Troskliwość dorosłych, na siłę chcących uszczęśliwić Theo, współczucie dla sieroty, gesty pocieszenia pogłębiają jedynie ból i tęsknotę za matką.

Przemiana zachodząca w Theo jest powolna, wyzwala ją ktoś, kto ma mu coś do powiedzenia i pokazania. I ta dziewczyna widziana w muzeum, przed wybuchem, delikatna, eteryczna jak wspomnienie ze spotkania z aniołem.

Donna Tartt snuje powoli swoją opowieść, nie próbując nas ekscytować, nie epatuje obrazami pełnymi kolorów, ot - pozwala nam poczuć emocje, własne emocje. I zrozumieć co dzieje się w duszy Theo. Podążamy z nim razem, ucząc się żyć na nowo, w świecie uboższym, ale wciąż mającym coś w zanadrzu, coś, co nie tyle zastąpi przeszłość, co wypełni przyszłość.

Czytam. Ciekawi mnie, jaką rolę w tej przyszłości odegra szczygieł z obrazu?

piątek, 25 grudnia 2015

Światełko nadziei


Wigilia. Spotkanie przy stole. Cudowna atmosfera wzajemnej sympatii, gdy ludzie potrafią rozmawiać i nie narzucają innym swoich upodobań, ani przekonań.

Nie było opłatka, ale na wszystkich twarzach gościł uśmiech.

Mikołaj był bardzo hojny, obdarował wszystkich pysznościami z najwyższej półki, a wszystko własnej roboty i nie zatrute jadem. Drobiazgi takie, maleństwa, a już sam zapach przyprawiał o zawrót głowy. Na zawrót głowy też Mikołaj coś znalazł: łamigłówki. Z tymi łamigłówkami to było doprawdy zabawnie, bo nagle ucichły pogaduchy pokątne i wszyscy, w skupieniu przemożnym, kombinowali jak rozdzielić coś, co na zdrowy rozum rozdzielić się nie powinno dać? Cisza zapadła taka, że po chwili wszyscy zaczęliśmy się śmiać z siebie. Ktoś wpadł na pomysł, żeby przynieść przecinak, albo obcęgi i zaraz się rozdzieli.

Nasz kochany Sanowebicz, czyli Pan Monsz Pani Siostry, jako jajogłowy w ogólności, szybko uporał się ze swoją plątaniną metalowych oczek, reszta towarzystwa nie rozwiązała swoich zagadek do dziś. No, nie wiem, może jednak? Ja nie rozwiązałam w każdym razie.

Przydzielono do łamigłówki zabawną drapaczkę na baterie, taki masażer szarych komórek, może trzeba najpierw jego użyć? Bo gotowanie, pieczenie, i cała ta krzątanina przedświąteczna, to chyba nie pobudza ich do pracy? Może dlatego, że ja nie bardzo lubię to robić, nie wiem?

Mikołaj zrobił mi jeszcze jeden, fantastyczny prezent... Pod choinką znalazłam rano wielkie pudło, a  w nim latający spodek!!! I ten spodek - jak się okazało  nieco później - zjada wszystko, co na podłodze zalega w charakterze zbędnych i niechcianych dowodów obecności domowników. Jeździ toto samo, miotełką podrzuca śmieciuszki i połyka. Tylko uparciuch jeden pcha się pod kanapę, a tam się co rusz, to klinuje i trzeba go wydobywać. A jak się rozładuje, to sam szuka stacji dokującej, żeby naładować swoje baterie! Można go zaprogramować, żeby sprzątanie robił, gdy nikogo w domu nie ma, o określonej godzinie i ma jeszcze całe mnóstwo funkcji na razie mi nieznanych. CUDO!!!

Dotychczas odkurzanie odbywało się w soboty, bo w tygodniu brakowało czasu, teraz może być codziennie, albo kilka razy. Zbiera ten syf dokładniej, niż odkurzacz, tyle, że we wszystkie kąty i kąciki nie wjedzie, bo jest okrąglutki. Na soboty zostają więc tylko te zakamarki. Mikołaj się okrutnie wykosztował na rzecz uszczuplenia nadmiaru obowiązków domowych. Spisał się na medal!

Szkoda tylko, że połowa mojego Mikołaja, czyli Pan Monsz zaległ był wirusowo, albo bakteryjnie i pojechać z nami na Wigilię nie mógł, bo ledwie zipał.

Co jeszcze sobie muszę odnotować ku pamięci po wczorajszym???
Chyba to, że PiS trochę zatruł nam atmosferę i chwilami smutniały miny przy stole, bo tematy aktualne jakoś odkleić się od nas nie chciały... ale nie damy Kaczorowi popsuć świąt, nie pozwolimy, żeby skłócił nas, a wręcz przeciwnie zjednoczymy się jeszcze bardziej, niż dotąd i pokażemy, że nie cały ten naród, to nawiedzone i potulne owieczki. Jest nas więcej, niż mu się wydaje!

W ciemnościach tli się światełko nadziei, nie damy go sobie odebrać.

P.S. Wygląda mi na to, że  I-robot  najbardziej bawi moich domowników. A w domu nigdy nie było tak czysto, jak od wczoraj. Sprzątanie trwa cały dzień. Mnie też się podoba, bo chyba zabija roztocza i alergia mi na razie nie dokucza. Mądre to urządzenie, fakt - jak już się nasprzątało, to z kuchni przyjechało do pokoju,  prosto do stacji ładowania, podłączyło się samo i teraz ładuje akumulatory.

środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt?



Mój aniołek nie pomoże. Nic nie pomoże. Protesty na ulicach też. Runął praktycznie nasz jedyny bastion sprawiedliwości. Trybunał Konstytucyjny padł był, a raczej przepadł w głosowaniu, w którym wynik znany był z góry. Szkoda w ogóle czasu i pieniędzy na utrzymywanie fikcji demokratycznej. jest i będzie czteroletnia dyktatura, a ja w związku z tym proponuję zlikwidować Parlament w ogóle, podobnie jak ten Trybunał. Dyscyplina partyjna w PiS jest jak opoka, ani drgnie. W ogóle, to przypomina mi wojsko, to Bezprawie i Niesprawiedliwość, bo tak się zwać moim zdaniem powinno to ugrupowanie żałosne. W wojsku też żołnierz myśleć nie ma prawa, ma jedynie obowiązek wykonywać rozkazy, bez szemrania. I wszyscy posłowie PiS dokładnie tak się zachowują, jak żołnierze.

Jak tu życzyć sobie wesołych świąt, no - jak??? A już WSZYSTKIM, to ja na pewno życzyć nie mam ochoty! Składam więc wszystkim gościom "gorszego sortu" odpoczynku od polityków, z wyszczególnieniem tych, którzy uważają siebie za "lepszy sort" i jeszcze częstują nas bezczelnym uśmiechem z ław sejmowych. ten uśmiech mówi nam: możecie nas pocałować teraz w d... w tym rozdaniu wzięliśmy wszystko!



niedziela, 20 grudnia 2015

Dom mody w dziurze zabitej dechami

Niedziela przedświąteczna w naszym mieście, powiatowym zresztą. Południe, próbujemy  znaleźć sklep z koszulami męskimi. Sklepy nawet są, tyle, że zamknięte. Wydawałoby się, że najlepsze dni dla handlu, to okres przedświąteczny. Tymczasem, miasteczko świeci pustkami. Tu i ówdzie ktoś się snuje martwymi ulicami. Kilka sklepów otwartych, ale większość zamknięta na głucho. I znów wracam myślami do wojny o handel w niedzielę.
Podobno markety powodują upadek drobnych handlowców, sklepów tradycyjnych. Tak, taki skutek jest. Ale to mnie nie martwi, nasz rodzimy handel rozkłada się sam na cztery łopatki. Jak wszyscy ci, którzy głosowali na PiS, potrafi jedynie wyciągać ręce i wygłaszać pretensje. Dzisiaj ja chciałam dać komuś zarobić, ale się na mnie wypiął. Cóż, jutro ja pojadę do sieciówki, kupię, co chciałam.
Mogę tylko ubolewać nad lenistwem i głupotą polskich handlarzy, którzy nie potrafią, albo im się zwyczajnie nie chce, wykorzystać szansy na zarobek. Wiadomym jest, że obywatele chętnie wydają pieniądze podnieceni perspektywą zbliżających się świąt.  Ja akurat, albo raczej Pan Monsz byliśmy w pilnej potrzebie zakupu koszuli.
Byłam pewna, że niedziela handlowa, czyli przedświąteczna, będzie okazją do odwiedzenia lokalnych sklepików. W tygodniu to nie jest możliwe, gdy już uporam się z obiadem, wszystkie są pozamykane. Parkingów brak, wycieczka po mieście to strata cennego czasu. Lidl jest tuż za rogiem, dwa kroki od domu. I otwarty do 22:00. To  zatem mój ulubiony dom handlowy. Od dawna ubieram się w Domu Mody Lidl... ha ha...

Polskie Coloseum

Muszę przyznać, że spędów nie lubię. Szczególnie takich, na których wykrzykuje się hasła rozmaite, nieistotne, jakie one są. Te hasła. Nie znajduję przyjemności w skandowaniu czegokolwiek.

Ale rozumiem. Rozumiem, że manifestacja KOD jakoś ludzi musi łączyć, więc stosuje znane, sprawdzone chwyty. Tylko mnie jest potem trudno identyfikować się z myślą przewodnią. A sama myśl przewodnia jest mi bliska, nie przeczę.

Mam teraz dylemat wewnętrzny, czy mam żałować, że nie byłam, czy się cieszyć?

Pamiętam, co mówiłam przed ośmiu laty. Ktoś zapytał, dlaczego chcę glosować na PO. Odpowiedziałam, że robię to świadomie, mimo, że Tuskiem zachwycona nie jestem, zresztą nie tylko nim. Ale mam nadzieję, że gdy PO zacznie robić korzystne interesy, to mnie też coś przy okazji się dostanie, okruch z pańskiego stołu. Bo to partia biznesu, a biznes, jak to biznes, dba o swój interes.
I sprawdziło się moje przewidywanie. Kraj się zmienił, na korzyść. Może wciąż niekompletna, ale sieć autostrad jednak poszatkowała Polskę. Przetrwaliśmy światowy kryzys, przedsiębiorcy nabrali wiatru w żagle i bezrobocie ( i tak w dużej mierze fikcyjne!)jest marginalne. Trzeba być ślepym, żeby tego nie widzieć. Służba zdrowia tylko jak leżała, tak spoczywa w spokoju. Własnym, bo pacjenci akurat wręcz przeciwnie. Ale tu tylko cud może pomóc.

Tak, mam pretensję, że mnie okradli z oszczędności w OFE. Prawdę mówiąc, to gigantyczne one nie były, ale zawsze własne, tak przynajmniej myślałam, tak mi na szkoleniach mówiono. Tak zapisano w ustawie: moje, na dodatek dziedziczone na rzecz drugiej połowy. Potem wydłużono mi wiek emerytalny, po raz kolejny. I nikt się nie zająknął, że to nie dlatego, że dzieci się rodzi za mało. Dzieci się rodzi mało, ale w przypadku emerytur, nie w tym tkwi problem. Mam żal do PO, że zachowała się populistycznie, w nadziei, że znowu wybory wygra. A można było przeprowadzić parę reform, które dałyby oszczędności i dziury emerytalnej by nie było. Jednak marzenia o kolejnej kadencji przesłoniły świat parlamentarzystom.

PiS obiecał ludziom chleb i igrzyska. Już po kilku dniach z tych obietnic zostały tylko te igrzyska.

Obawiam się, że na arenie polskiego Coloseum, wygłodniałe, żądne władzy lwy rozszarpią nas na strzępy. Wyborcy są przecież dla nich tylko mięsem. Najwyraźniej widać to w oczach Prezesa.  One mówią całą prawdę.

sobota, 19 grudnia 2015

Rocznice i miesięcznice

Nie dosyć, że dewastują wszystko po kolei, w ramach nocnego czuwania na dodatek, to odbiło im chyba do reszty z tymi imprezami okolicznościowymi.  Nie rozumiem, doprawdy nie pojmuję, wydaje mi się, że to nie jest możliwe, żebyśmy byli społeczeństwem półgłówków. Wciąż nie mogę uwierzyć, że pozwoliliśmy wygrać wybory partii oszołomów, bo nie chcę powiedzieć dosadniej, chociaż język mnie świerzbi bardzo, a nawet jeszcze bardziej, niż bardzo.

Niestrawności dostałam już w listopadzie, bo nie ma dnia, ba - nie ma chyba godziny, żeby nie wywinęli czegoś niewiarygodnie idiotycznego. Dzisiejszej nocy też się zamachnęli. Na dowódcę Korpusu NATO. A wszystko w imię naszego dobra, którego to dobra mieli pełne usta w kampanii. Niby niczego, innego się nie spodziewaliśmy, bo przecież już to przerabialiśmy, ale mimo wszystko stres jest.

Imprezy okolicznościowe dopiero analizują, pierwsze skutki tej analizy też już są. Miesięcznice "smoleńskie" obchodzić się będzie w asyście kompanii honorowej, wojskowej. Nie wiem, czy gdziekolwiek na  świecie obchodzi się miesięcznice? Nie słyszałam... Teraz doszło nowe święto rocznica ślubowania prezydenckiego Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ja nie wiem, czy nam się w 365 dniach roku wszystkie te święta pomieszczą? Rok trzeba będzie wydłużyć, albo co?

I teraz będzie: rocznica urodzin, miesięcznica z mniejszym hukiem, rocznice z większym (hukiem), śmierci męczeńskiej,  zaślubin z fotelem prezydenckim, co jeszcze? Mam wrażenie, że im się całkiem poprzestawiały klepki w mózgownicach. A może po prostu nie miało się co poprzestawiać i dlatego takie pomysły?

czwartek, 17 grudnia 2015

Gorszy sort

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że konserwatywna prawica będzie bardziej czerwona, niż lewica, to bym nie uwierzyła...


Tak. Jestem gorszego sortu, przedstawicielka garstki obywateli, którym się nie podoba tu i teraz. I wcale to nie znaczy, że podobało mi się tu i przedtem. I, że wierzę w to, że tu i potem będzie lepiej.

Sądzę, że nie ma żadnych przesłanek, dających nadzieję, że przyszłość będzie mlekiem i miodem płynąca. Gdy się obserwuje poczynania parlamentarzystów ze wszystkich opcji, to trudno dojść do wniosku innego, niż taki, że wybrańcy narodu nie wybijają się w większości ponad przeciętność i pospolitość. Przeciętność i pospolitość nie kojarzy mi się dobrze. A jednostki wyróżniające się IQ, które obiektywnie patrząc na te izby, trafiają się, czasami, szansy na implementację swojej wiedzy w działania ani ustawodawcze, ani tym bardziej wykonawcze nie mają żadnej. Brak im tężyzny fizycznej i właściwych stosunków. Też lubię stosunki, ale niekoniecznie zaraz - właściwe.

Dlatego jestem gorszego sortu.
I jestem z tego dumna.

środa, 16 grudnia 2015

Banicja

Od 25 października czuję się jak banita. Na wygnaniu, wyrzucona poza nawias społeczeństwa, sprawiedliwego i kochającego wszystkich, pod jednym warunkiem - że jest "swój". "Swój" oznacza, co do zasady, przysadzistego kurdupla, dowolnej płci, o wejrzeniu półgłówka i z lekceważącym uśmieszkiem na uściech. Zasypiając, obraz tego, narodowego wzorca mam pod powiekami... Stanęłam wczoraj przed lustrem, przyłożyłam wzorzec do się.  Górą wystaje, wszerz mogę ze dwa razy się zmieścić, uśmiech mam zbyt życzliwy ludziom, w ogóle ta pogoda ducha bije po oczach... Wyszło, że -  nie pasuję najwyraźniej. I wtedy właśnie poczułam, że skazano mnie na banicję. Ale ja za cholerę się wyrzucić nie dam! Zamówiłam już nawet stosowne gadżety i zamierzam się ukrywać.
Przede wszystkim ( są już w drodze ku mnie!) okulary:



Okulary typu "incognito", mogą być przydatne w warunkach zagrożenia ze strony uzbrojonych w parasolki i inne insygnia wszechwładzy, bojówek różańcowych, tak tylko - na przykład. Bo, jak już mnie dorwą, oskarżą o bezczeszczenie poczucia Prawa i Sprawiedliwości ( ich poczucia, rzecz jasna!), to kariera medialna mnie czeka, jak nic. A wtedy to już tylko inicjały i sweet focia z czarnym paskiem na oczach. A co ja się będę w fotoshopy, czy  paski bawić, ja już będę przygotowana. Okulary mam! Może wyrok skrócą o 3 dni, kto wie, jak się poddam bez walki? Tak, w ramach gestu miłosierdzia dla "gorszego sortu", albo coś w tym rodzaju .

wtorek, 15 grudnia 2015

Question

Być albo nie być - i to ma być pytanie?
Czytać, nie czytać? - to dopiero jest pytanie!

Adam zapytał swoje czytelniczki, jaką książkę zostawiłyby sobie, gdyby to miała być jedyna książka, ostatnia książka, do której mogłyby wrócić, przeczytać ponownie?
Niby proste pytanie, a ja już kilka dni przestać myśleć nie mogę. W nocy nie śpię, chyba ze strachu, że gdy się obudzę, to się okaże, że przy moim łóżku ktoś zostawił jedną, jedyną książkę i że to nie będzie TA KSIĄŻKA!!!! A inne znikną. Co rusz zaglądam w czeluści szaf, sprawdzam, czy książki są tam wciąż. O, żesz... co mnie podkusiło zaglądać tam. Kontemplować te babskie wynurzenia się zachciało? To teraz myśl, głupia babo! No, myśl! Jak już wymyślisz, która to książka ma być, to ją w sejfie bankowym może? Ale czy tam będzie bezpieczna? Zimny pot mnie oblewa. Ze strachu.

Myślę więc i myślę... I nadal nie wiem. Jak rozstać się z kolekcją Lema? Nie wrócić nigdy już do Obłoku Magellana, albo Powtórki, nie sięgnąć do Głosu Pana, albo Cyberiady? A Margaret Atwood, to co? - podpowiada mi  pamięć - Wyobrażasz sobie, że już nie zajrzysz do Opowieści podręcznej, Kobiety do zjedzenia, do Wynurzenia, ani do Ślepego zabójcy???
Nie wyobrażam sobie. Albo - wyobrażam i  koszmarne jest to, co widzę.
A Irving? W jednej osobie, Czwarta ręka, Świat według Garpa, a Jednoroczna wdowa, to co? Na śmietnik?

No, to może któraś z nich jednak...
 Ejże, a Egipcjanin Sinuhe, ile razy go już czytałaś? Albo Mistrza i Małgorzatę, czy Kosmiczne jaja?

Klub Pickwicka  też nie raz, prawda? Absalomie, Absalomie... eh...mistrz Faulkner miałby pójść w odstawkę? Graham Greene razem z nim? W tym miejscu kontemplacji skojarzyłam sobie Dziesiątego człowieka G. Greena i konieczność dokonania wyboru, który będzie tym dziesiątym? Kto stanie pod murem? I ja mam dokonać takiej egzekucji na swoich ukochanych książkach? Mam powiedzieć, że wybrałam tę, a inne zostawiam? A w życiu!!!
Książka to, na szczęście, nie mąż. Nie muszę podejmować takiej decyzji i wybierać jednej. Mogę sobie kochać je wszystkie naraz. Gdyby jednak miały nadejść takie czasy, że wszystkie książki spocząć będą musiały w czeluściach Cmentarza Zapomnianych Książek, to mnie nie zostanie nic innego, jak zapomnieć się tam razem z nimi. Życie bez książek niewarte jest nic, traci swój jedyny sens. No, chyba, że ktoś uważa, że prokreacja ten sens stanowi. Ja tak nie uważam. Samolubny gen niech sobie o tę prokreację dba, a ja poszukam tego sensu w lekturze kolejnej książki. 

Z okazji wpędzenia mnie przez Mistrza Adama w stan lękowo-depresyjny, przypominam sobie staroć swoją, chyba 2007 rok:



Książki

One są zawsze przy mnie
moje najlepsze przyjaciółki

mam ich mnóstwo

prawdę mówiąc
spotykam się z każdą z nich
raczej okazjonalnie

chociaż niektóre
odwiedzam częściej

zawsze mają
coś intrygującego
do powiedzenia

to one pomogły mi
przetrwać niejedną
życiową zawieruchę

nauczyły mnie szacunku
dla myśli
dla wiedzy
dla potęgi rozumu

dawały mi rozkosz
której nie dałby mi
żaden mężczyzna

ofiarowały świadomość
posiadania intelektu

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Szlachetna paczka - the end







Rodzina, którą obdarowaliśmy, jest szczęśliwa - tak nam doniesiono, bo my, jak widać na zdjęciu z finału, występujemy incognito.

niedziela, 13 grudnia 2015

13 grudnia

Wczoraj manifestacja KOD i wielu tych, którym prawa demokratyczne są bliskie, a dzisiaj znowu pielgrzymka ulicami stolicy, też w obronie demokracji. Tylko jakby taka jakaś inna, ponura i wroga. Demokracji wroga. I Prezes, tym razem zdaje się przemawiający do swojego, wiernego ludu z poziomu gruntu, a nie z eleganckiej dwustopniowej drabinki, do której mój wzrok słabowity przywykł był. Wrosła ci ona w krajobraz, w tło, na którym imć prezes lansować się raczył, a tu nic? Gdzie drabinka pytam się, hę? Trudno, nie ma, to nie ma.

I władający nam mało miłościwie, zza pleców marionetek swoich, prezes przemówił znowu. I przemówienie to było niczym Głos Pana. I ten głos wdarł się w duszyczki, serca i bardzo małe rozumki wiernych słuchaczy. I puścił korzenie. I cóż to takiego usłyszały te dusze, otulone w moherowe przyodziewki? Ano przede wszystkim, że my ( znaczy Prezes) będziemy upominać się o swoje prawa, o demokrację, która obecnie nieobecną jest. I uniosły się brwi moje w zdziwieniu przemożnym i bezdennym. Bo jakże to tak? U kogóż to imć Głos zamierza się upominać o te przywileje? Bo, o ile zdążyłam zauważyć, to jedynym, który od bez mała 2 miesięcy dyktuje prawa i warunki ich "poszanowania", jakkolwiek dwuznacznie by to nie brzmiało, jest właśnie pan prezes wraz z przybocznymi! Czyżby prezes zamiarował był upominać się u siebie o te prawa?

Przy okazji przemiłego przemówienia dowiedziałam się, że my, którzy jesteśmy przeciw Prezesowi i jego wizji, to jest garstka, a ogromna większość narodu jest z nim, znaczy z prezesem.

Ruszyłam więc swoje szare komóreczki, chociaż niespecjalnie intensywnie, bo zagadka  łatwa jest. Zagadkę stanowi owa większość przeogromna, narodowa, popierająca prezesa i jego chore poczynania. I przypomniałam sobie, że w wyborach PiS uzyskało coś tak około 40, czy ciut więcej głosów. Ale z około 50% które się pofatygować raczyło  w kwestii stawiania krzyżyków. I znowu wyszło mi, że pan prezes ogromną większością raczy zwać pi razy oko 20% Polaków. Świadczy to o ogromnych, ale lukach w wykształceniu podstawowym prezesa.

Jeżeli 80% społeczeństwa stanowi garstkę, to ja chyba się na matematyce nie znam. Ile nas jest teraz? 30? A może 40 milionów? Zostańmy przy 30 i tych 80% z nich. 24 milionowa garstka obywateli gorszego sortu jest, cytując prezesa. W tym, oczywiście, JA, Agrafka. I to mnie cholernie cieszy :)

KOD

Wczoraj, w kilku miastach Polski, odbyły się manifestacje w obronie demokracji i Konstytucji Rzeczypospolitej. Morze ludzi przeszło ulicami w pokojowym proteście. Piękny widok...

Oczywiście, hydra podniosła swoje łby natychmiast: zmanipulowani przez postsocjalistyczne elity ponoć wyszli, na te ulice. Ciekawa sprawa, naprawdę interesujące wnioski wysnuwają niektórzy, na Facebooku, między innymi. Fakt, elity, przy czym nieistotne, o jakim rodowodzie, jak zawsze bywa przy takich okazjach, chętnie podłączyły się pod te sztandary protestu Polaków. Bo, jak tu nie skorzystać z nadarzającej się okazji? No, jak?

Ale ludzie, którzy skrzyknęli się w sieci, nie nieśli sztandarów partyjnych, ani elitarnych. To ich niosła, na swoich skrzydłach, potrzeba i pragnienie życia w kraju, który nie będzie drugą Białorusią Łukaszenki, albo Węgrami Orbana. Ktoś, spośród protestujących powiedział spokojnie, że dla niego to obecna władza może sobie zatrzymać tę większość demokratyczną, byle szanowała wszystkich, a nie tylko swoich. ON nie chce być obywatelem gorszego sortu, nie życzy sobie, żeby Prezes uzurpował sobie prawo do oceny, komu wolno, a kto nie może być patriotą. Wzruszył mnie też głos pewnej starszej pani, która prawie ze łzami w oczach powiedziała głośno to, co myślą wszyscy, którzy w tym kraju jeszcze potrafią. Znaczy myśleć, samodzielnie myśleć. Ta, ponad 70-letnia, spokojna i kulturalna ( w przeciwieństwie do pań, które tłukły i szarpały 10 grudnia redaktora TVP Info) drżącym głosem powiedziała, że ona się boi. Boi się, że znowu trzeba będzie latami naprawiać wszystko, co PiS uda się w czasie swoich rządów popsuć. To słowa, które powtarzaliśmy sobie przez wiele miesięcy przed wyborami.

Szlag mnie omal nie trafia, gdy słyszę wypowiedzi animatorów i marionetek rozmaitych, sterowanych nocą, że Polska jest w ruinie, że trzeba wszystko budować od nowa, i że musi powstać z gruzów. Jest teraz tak, że jedni patrzą i widzą, a drudzy nie patrzą i nie widzą, bo tylko słyszą jedyną słuszną opinię, ocenzurowaną odgórnie i odpowiednio zmiksowaną, Ci, którzy widzą, wiedzą, że Polska pomału, to fakt, ale dogania świat, nareszcie. Patrzą z przyjemnością na zmieniające się otoczenie, Na przecinające kraj autostrady, na piękniejące miasta. Nie żyjemy w luksusie i zbytek nam obcy, to prawda, ale nie jest tak źle, jak próbuje się nam wmawiać. Bieda, cóż... była, jest i będzie, nie ma kraju wolnego od niej. Ale tutaj też wyraźnie widać, że ludzie nie dający się zmanipulować, solidarnie angażują się w pomoc potrzebującym. Szlachetna paczka jest tego znakomitym przykładem. Znam mniej więcej światopogląd swoich kolegów z pracy. Z pełnym przekonaniem twierdzę, że ci, którzy ochoczo dołączyli do tych procentów głosujących w wyborach w imię wyciągniętych rąk, (po wszystko wyciągniętych, ale niechętnych do wysiłku własnego) nie zaangażowali się w zbiórkę na rzecz tej Paczki. Przeciwnicy rozdawnictwa przymusowego, usankcjonowanego odgórnie - dzielili się, czym mogli. I tak jest zawsze przy tego typu akcjach.

Proszę mi nie wmawiać, że jestem zmanipulowana, sama wiem, jaka jestem. A myślenie samodzielne nie jest mi obce.

sobota, 12 grudnia 2015

Cierpliwość

Jestem pełna podziwu dla Adama Grzesznika. Przeczytałam większość jego odpowiedzi na pytania czytelniczek bloga. To dopiero trzeba cierpliwości! Pytania, niektóre, są od przysłowiowego śmigła. A ciekawość babska przekroczyła najszerzej wytyczone granice.

Ogólnie biorąc, to przestałam ostatecznie rozumieć cokolwiek. Wiem, mam skłonność do analizy zbędnej i nikomu zapewne niepotrzebnej. Jednak ja lubię rozumieć, na tyle, na ile się tylko da, otaczającą mnie rzeczywistość. A tu z trudem jakoś, albo wręcz wcale mi to zrozumienie nie wychodzi. Za to moja głupota, to i owszem. Ja tych Adasiowych postów przeczytałam chyba trzy tylko, na więcej nie mam ochoty, chociaż Szanowny Autor talent niewątpliwy ma, o czym wielokrotnie tu wspominałam. Pisarski znaczy, zawodowego nie ocenię, bo nie miałam okazji. I raczej nie jestem nim zainteresowana, zawodem mam na myśli, nie personą. Persona natomiast jest intrygująca wielce. Nie do rozgryzienia, a ja lubię wyzwania. I, chociaż nie rozgryzę, bo do tego potrzeba więcej informacji, niż tylko wirtualne, to i tak będę próbowała. W ramach ćwiczenia szarych komórek.

Niektóre pytania czytelniczek są banalne, inne dociekliwe do obrzydliwości, a jeszcze inne mają charakter wiwisekcji. Adam - zasadniczo - odpowiada na wszystkie. I najbardziej pasjonujące w tej zabawie są odpowiedzi. Podzieliłam je na kilka typów:
- zdawkowe ( tak/nie)
- hmmm... spadające(?) - czyli w rodzaju: spadaj, babo i odczep się
- jawnie g... ci do tego
- dyplomatyczne - czyli dobry dyplomata trzy razy pomyśli, zanim nic nie powie
- prostolinijne - czyli "krótko mówiąc"
- wymijające - niby odpowiadam, ale dużo się z odpowiedzi nie dowiesz

i najbardziej mnie akurat intrygujące:
- lekceważące pytajnik i pytajniczkę

Studiowanie ruchu bezwizowego na tym blogu może być pasjonujące. Pomijam jawnie obraźliwe komentarze pod postami, bo one są wszędzie. Ale reszta to skarbnica wiedzy o babskiej psychice. Z wielu komentarzy wynika, że kobiety uwielbiają tajemniczego Autora bloga i książek, uwielbiają platonicznie, a chciałyby namacalnie. I konkretnie. Autor natomiast ma je wszystkie, bez żadnego wyjątku, w głębokim poważaniu, co między wierszami każdej jego odpowiedzi przebija się niczym tło na obrazie. Dlaczego one tego nie widzą? To jest pytanie, na które ja próbuję znaleźć odpowiedź.


piątek, 11 grudnia 2015

Skojarzenie


http://ceramika-reni.blogspot.com/

Z jednej strony mam ogromną ochotę, żeby ten dzbanek autorstwa Renaty mieć, nie tylko zresztą dzbanek, na misę też zachorowałam. Z drugiej strony jednak - dzbanuszek zanadto przypomina mi moje smażenie skórki pomarańczowej sprzed dwu tygodni - wygląda tak, jakby z niego wykipiał truskawkowy dżem. Podoba mi się, ale w mózgu pojawia się migawka spalonego na węgiel garnka. Dzbanek byłby niczym wyprysk na moim sumieniu... jest niepowtarzalny, jak wszystko, co Reni wymyśla.

 

czwartek, 10 grudnia 2015

gdy nie wiadomo o co chodzi

w całym tym życiu
chodzi tylko o to,
by rozum mieć, albo
choć nie być jedynym idiotą...

Jadąc rankiem do pracy, wysłuchałam niewiarygodnej ( dla mnie!) informacji jakiejś dziennikarki z Trójki, że Dawid Podsiadło czołowym artystą pieśni i tańca... nie, sorry tylko -pieśni, się został. W tym kraju nadwiślańskim, naszym, kochanym. I uszom własnym nie wierzyłam byłam. Bo my, z mężem moim, ślubnym zresztą, omal się nie zabijamy, gdy "przebój" owego artysty zapodają nam codziennie. Wielokrotnie. Upierdliwie. Tak spieszno nam zmienić kanał, czyli częstotliwość.
W firmie jest wypisz wymaluj identycznie: pan Dawid rozpoczyna swą pieśń wątpliwej urody, o tym, jak to mama mówiła, że takie rzeczy tylko po ślubie, czy jakoś podobnie, a wszystkie trzy zrywają się jak na komendę i rwą się do odbiornika, żeby zakończyć męki pana Dawida, a przede wszystkim własne, osobiste.
Od czasu, gdy katują nas niezmiennie tym "przebojem" na siłę, boimy się w ogóle otwierać  odbiornik. I, jakoś tak wyszło, że ratuje nas Youtube. Utworzyłam naszą, osobistą listę odtwarzania i z głośników mojego kompa płynie miód na nasze uszy.

I dzisiaj nie wytrzymałam i zadałam głupie pytanie: Dziewczyny, czemu kiedyś było tylu znakomitych autorów muzyki, tekstów i - co najważniejsze - byli wykonawcy, którzy naprawdę potrafili zaśpiewać tak, że nogi miękną. Albo, że przysłowiowe "majtki spadają"? Akurat Procol Harum zapodałam byłam, The Cute of Pandors. A takie I put a spell on You, w wykonaniu Kredensów (CCR), albo nawet Bang Bang Sony&Cher... że nie wspomnę o Soldier of Fortune, czy Brothers in Arms... albo Nothing else matters Methalica...
Mmmmm...
Koleżanka na to: Eee tam... nie znasz się, oni nawet do pięt. Nie dorastają. Dawida znaczy, pięt.
Ale wiesz, Agrafko, dobrze, że nas rozpieszczasz. To daj teraz Po niebieskim niebie, Małgośki Ostrowskiej.
Nie musimy być trendy, prawda?

środa, 9 grudnia 2015

Finał tuż tuż

W niedzielę finał Szlachetnej Paczki. Spotykamy się w firmie, przed południem. Szef też będzie, co nas bardzo cieszy.

Koleżanki przepięknie opakowały zgromadzone prezenty, napracowały się dziewczyny bardzo. Góra paczek jest pokaźna:






Koledzy nas bardzo zaskoczyli, mile zresztą. Na początku brakowało zapału, jakby niechętnie dawali jakieś grosze. Bałyśmy się, naprawdę bałyśmy, że niewiele marzeń wybranej rodziny spełnimy. Finał już za chwilę, a panowie wciąż znoszą produkty różnej maści i pieniądze. My, to już nawet nie liczymy tego, co dorzucamy, bo trudno to ogarnąć, codziennie któraś z nas trafia na coś, co może ucieszyć. Miał być jeden film na DVD dla dziecka, mamy ich całą kolekcję. Podobnie gry dla chłopca, dostanie ich dużo, choć marzył o jednej.

Myślę, że to bardzo dobrze, że pomoc jest anonimowa - my nie wiemy, kogo obdarowujemy, obdarowany nie wie, kto sprawił mu radość. Tak powinno być.

Coś w tej akcji mnie rozbawiło, mocno. Dopóki w kubikach wystawionych w holu było niewiele, ruch darczyńców też był właściwie żaden. Gdy zapełniłyśmy je do połowy, na własny koszt na razie, codziennie pielgrzymowali panowie. Uczciwie przyznając, że dobór tych "ofiar" zostawili ślubnym nieszczęściom, bo nie bardzo wiedzieli co trzeba i można kupić. Wyraźnie widać, że mężczyźni potrzebują bodźców wzrokowych, nie tylko w sferze erotycznej! I dobrze, że kobiety znają męską psychikę, bo jest czytelna i prosta. W przeciwieństwie do naszej, babskiej, której nawet my same nie umiemy pojąć...



Kochanek

Fajnie mieć kochanka. Cudownie czuć się kobieta wielbioną, jak rzadko która... Wychodząc ciemną jeszcze nocą z domu, wiem, że na mnie czeka. W uroczym miejscu, którego atmosfera upaja i podnieca - przy śmietniku osiedlowym. Przybytek higieny blokowej stoi na trasie mojej, porannej wędrówki na róg. Na rogu, przy ulicy, ciemności panują egipskie i łatwo stracić cnotę, szczególnie o godzinie 5:30... latarnie zlikwidowane w celach oszczędnościowych, tak przynajmniej podejrzewam, bo, prawdę mówiąc, nie wiem.

I ja, spotykam się z tym kochankiem, który wychodzi na spotkanie ze mną pod aż nadto przyziemnym pretekstem - odcedzenia psa. I wita mnie w tych ciemnościach nieśmiało, kilkakrotnie dopytując się: Dzisiaj mamy czwartek? XX dzień XX miesiąc, czy tak? Tak, oczywiście. - odpowiadam grzecznie.
I daję mu dyskretnie to, na co czeka.

Czasem daję mu więcej, niż oczekuje. Uszczęśliwiam go, chociaż to co robię jest naganne. Wiem, że nie powinnam. Ale nie mam serca. Albo raczej - mam serce i wiem, że to jedyne, co sprawia mu przyjemność, a ja chcę mu zrobić przyjemność. Mnie na nią stać, jego - wręcz przeciwnie, czemu mam się nie podzielić?

Staruszek... nie wiem, ile lat sobie liczy? 80, a może 90? Jest samotny, ma tylko tego psa i - jak sądzę - niewiele na przeżycie miesiąca. Te papierosy, które mu daję każdego ranka, to coś, na co na pewno nie może sobie pozwolić. I nie widzę powodu, żeby martwić się ich szkodliwością  dla organizmu w tym wieku...

Mój kochanek... nawet nie wiem, jak mu na imię...

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Węzeł gordyjski

Ponoć niemożliwy do rozsupłania jest, ten węzeł. Ja, właściwie, to nie wiem, czy węzły, które muszę rozplątywać, to są te gordyjskie, czy jakiejś innej maści. Jedno jest pewne, rozplątanie ich kosztuje mnie dużo wysiłku i nie zawsze robię to skutecznie, niestety...

Od dłuższego czasu próbuję rozprawić się z  zakręconym i nieopanowanym nurtem rzeki, zwanej przeze mnie Rzeką Spraw Niedokończonych, takich co to były do zrobienia na wczoraj, a może nawet na przedwczoraj. Im bardziej się staram wstrzymać ten rwący nurt, tym więcej spraw  z zawrotną szybkością dociera do ujścia rzeki i trafia do morza, które nazywam Morzem Spraw Utraconych, takich które zaginęły w bezmiarze moich zwojów mózgowych i już ich nie odnajdę.

Bałagan na biurku z przyległościami, a nawet z parapetem okiennym, dawno stracił już urok artystycznego nieładu, obecnie przypominając zsyp na śmieci. Klawiatura odmawia posłuszeństwa z przyczyn oczywistych - posiada pamiątki po wszystkich posiłkach, które udało mi się nad nią skonsumować jednocześnie tłukąc w jej zmęczone klawisze.

Wczoraj, po raz kolejny, nie wiem już - który, odebrałam telefon od pewnej firmy, która upierdliwa jest w ogólności i od kilku miesięcy zawraca mi głowę. Tym razem nie próbowałam przekładać na kolejny tydzień rozmów w sprawie ewentualnej współpracy, a oświadczyłam stanowczo, że się tym nie zajmę, bo czasu nie mam i wiem, że mieć nie będę w przyszłym roku także. Pani była zawiedziona, ale trudno. Może jednak znajdzie pani chwilkę, pani Agrafko? - Nie, nie znajdę.
Najwyraźniej Agrafka postanowiła poćwiczyć asertywność, której natura jej poskąpiła.

Jak jednak rozwiązać taki węzeł, który ktoś, z uporem maniaka, zaciska jeszcze bardziej, tobie na złość? Nie wiem. Jak wytłumaczyć facetowi, że się myli? Że jego zachowanie jest złe, reakcje niewłaściwe, a pamięć dopasowuje fakty do jego wersji wydarzeń? Nie znalazłam na razie sposobu i obawiam się, że nie znajdę go nigdy... Doszłam w tak zwanym międzyczasie do wniosku, że są ludzie tak bardzo przekonani o własnej, w ich mniemaniu - większej, niż innych - wartości, że każdy wysiłek zmierzający do próby obalenia tego przekonania idzie na marne...

Pan Prezydent swojego węzła też nie rozwiąże. Nie wiem, czy Pan A.D. osobiście jest przekonany do tego, co robi, ale wydaje mi się, że w tej chwili, to już jest bez znaczenia. Węzeł się zacisnął.

sobota, 5 grudnia 2015

Demokracja

Kiedyś napisał mi się wierszyk, taki odwołujący się i stylizowany na Norwidzie. Zaczynał się od słów:

do kraju tego, w którym demokracja
mędrcom oddaje rządy we władanie,
w którym najświętsza
zawsze stanu racja -
tęskno mi. Panie.

Jest tu gdzieś, w notce z poprzednich lat.

Dzisiaj, dumając na kolejami losu mojej Ojczyzny, ze smutkiem odnalazłam myśl, że:

Mędrzec obawia się, że może się mylić, a głupiec jest przekonany, że nie myli się nigdy.

**********
Adam udzielił odpowiedzi na pytania swoich czytelniczek. Odnotowuję to znowu w kontekście Szlachetnej Paczki, której finał mamy za tydzień. W jednej z tych odpowiedzi czytamy, że klientka zostawiła mu w prezencie zegarek wart tyle, ile apartament w Warszawie... Nie będę tego już komentować, nie warto.

piątek, 4 grudnia 2015

Wieczór po ciężkim dniu

Tygodniu. Przed kolejnym, równie trudnym i następnym, pewnie nie lepszym... A obawiam się, że i przed kolejnym rokiem,  który da mi w kość podobnie, jak obecny.

Perspektywa Świąt nie rozjaśnia przyszłości. Nie znoszę spotkań firmowych, zbyt wiele mnie kosztują i pracy i tolerancji. Nie jest łatwo być "niekatolikiem" w tym kraju. Oficjalnie - możesz, a jakże, wolność wyznania jest! Konstytucja też wciąż jest, chociaż pewnie niedługie życie ją czeka. W wersji obowiązującej teraz, mam na myśli. Zatem mogę sobie być niewierząca, pod jednym wszakże warunkiem, że będę aktywnie uczestniczyć we wszystkich idiotycznych spektaklach religijnych. Będę udawać, że wzruszają mnie kolędy, że słuchanie wycia dobiegającego z głośników kościelnych to miód na moje uszy. Że nie marzę o niczym , tylko o tym, żeby się dzielić jakimś opłatkiem, by za chwilę celebrować jajko.
Teraz czekam, że zamkną mi sklepy w niedzielę, bo przecież wszyscy powinni w kościele leżeć, zamiast ganiać jak głupki po sklepach. Może to i dobrze, będę oszczędzać, nareszcie. Może i rządzący też zaczną, gdy w budżecie pojawi się czarna dziura? E, nie! Wprowadzą podatek od niewierzących, takie ateistyczne obciążenie dla nie wspierających kościoła naszego, jedynego, narodowego.

Szykuję więc to przyjątko firmowe, co roku szykuję, robię dekoracje, dbając by były adekwatne do okoliczności. I radość przepełnia serce i duszę, szkoda tylko, że nie moją. I przyjemność mają kubki smakowe, szkoda, że znowu nie moje. I błogość maluje się na twarzach wzruszonych, przy akompaniamencie patetycznie brzmiących kolęd, a przy czym - znowu nie na mojej twarzy. Ta błogość malowana jest.

I jedyne, o czym wtedy myślę, a o czym nikt nie wie, to:

Mam to wszystko w d..e! I te wasze święta i tę celebrę, i te kolędy i te wasze śledzie z jajami!
Pragnę tylko, żebyście się ode mnie odp...yli, uprzejmie zresztą.

Mnie wystarczy choinka, bo to pogańskie drzewko.  Przywłaszczyliście je sobie. I ja obwieszę je starym zwyczajem. Tak, żeby wyglądało jak choinka, a nie jak torebka dopasowana do butów. I możecie mnie pocałować gdzieś!

Nocne czuwanie

Noc. Nocą uczciwi ludzie śpią. O ile nie pracują ciężko na chleb. Nocą złodzieje wychodzą, też zresztą do pracy.

Nocą wszystkie koty są czarne. Nocą diabła też nie rozpoznasz.
Pewną, grudniowa nocą, wywrócono nam świat do góry nogami. Pamiętam - graliśmy w brydża, do rana. Grupa przyjaciół, w moim mieszkanku malutkim. W moim, maleńkim świecie, zagnieżdżonym w rzeczywistości, która ledwie co się rodziła. I tej nocy, wielu spośród tych, którym tę nową rzeczywistość zawdzięczaliśmy,  zostało pozbawionych wolności. Bułat Okudżawa śpiewał: "Nada worona ubić", a woron wydziobywał nam oczy. Nikt go nie ustrzelił.
W TV śnieg. I mundury. Nienawidzę mundurów, mama zawsze mówiła, że trzeba trzymać się od nich z daleka. Miała rację. Mama miała rację.

Mamy wolne związki zawodowe. Pod szyldem "Solidarności", symbolu nowej rzeczywistości. Wielu jej twórców już nie ma, ale ci którzy wciąż są...jak się czują? Mówią dzisiaj niemal jednym głosem. Tyle, że Solidarność dzisiejsza ma ich w dupie! Dzisiejsza Solidarność, to solidarność władzy i stołków. I gwiżdże.  I milczy. Nabrała wody w usta, a najpierw przyłożyła rękę tam, gdzie jej wtykać nie należało. I jest współodpowiedzialna, chociaż za boga się do tego nie przyzna! Jak to mówią? Sukces ma wielu ojców, porażka żadnego...

A mnie wstyd. Za ten kraj.

czwartek, 3 grudnia 2015

Błogosławiony stan

Jestem w stanie oczekiwania. Na rozwiązanie. Jeszcze nie wiem, co się ma urodzić, ale wiem jedno - to "cóś", to w każdym razie będzie OBCY. A mnie OBCY się nie podobał... taki jakiś obśliniony był.

Zagadką pozostaje dla mnie, jak długo ten "obcy", będzie tkwił przy piersi? Szczególnie, że to wciąż moja pierś! Rola karmiącej matki niechcianym dzieciom niespecjalnie mi odpowiada...cóż...

Jednak nią będę, wiem. Nic nie pomoże.

Nie przepadam za filmowymi adaptacjami moich ulubionych książek. Było kilka, prawda, które pasowały do mojej wyobraźni czytelniczej: Ania z Zielonego Wzgórza, Posłaniec. Przeważnie jednak wizja reżysera rozmija się z moją na odległość międzygalaktyczną. Obawiam się, że teraz obsadzono mnie w roli bohaterki "Opowieści podręcznej" Margaret Atwood. W dodatku, rolę przydzielono mi, bo padło na mnie w dziecięcej wyliczance. Raz, dwa, trzy - główną rolę zagrasz ty! I palcem historii wskazano mnie... Cholera jasna!

I wygląda na to, że znowu muszę dać d..., a ktoś inny na tym zarobi. A ja, głupia baba, chciałabym dawać wtedy, gdy ja mam na to ochotę, a nie dlatego, że ktoś inny chce swoją  d... oszczędzać! 

Gwałt polityczny

jeden  mnie przeleciał,
drugi wykorzystał,
a obaj z miłości
to rzecz oczywista!

to jest chora miłość!
zostawcie mnie proszę!
chcecie mojej cnoty?
oddam ją za grosze...

Dialog blondynki z lustrem:

- Wiesz, Agrafko, daj sobie spokój z rymowankami, bo ci marnie wychodzą...
- Fakt. Nic mi ostatnio nie wychodzi.
- Hmmm... jedno ci się udało. Wyjście z siebie.
- O, prawda, prawda! I wiem dlaczego chodzi za mną stara piosenka Ewy Bem, pamiętasz? Ta: wyszłam za mąż zaraz wracam, może nawet jeszcze prędzej, bo w małżeństwie ja się raczej nie zagnieżdżę!
- I co? Wracasz?
- Nieee, nie w tym rzecz! Wiesz, ja tylko zmieniłam trochę tekst i nucę sobie ostatnio tak:
Wyszłam z siebie, już nie wracam, jak najdalej stąd wciąż pędzę, bo w tym kraju ja się nigdy nie zagnieżdżę... trala la la....
- Tusz ci się rozmazał. Nie rycz.



środa, 2 grudnia 2015

Zapłodnienie

Cóż może znaczyć "trzeba zapłodnić B...."?

Ja wiem, ale nie powiem! 

**************************

Zgromadziliśmy już tyle do Szlachetnej Paczki:

Pani kwiaciarka podarowała wielką kokardę do udekorowania największego prezentu, ZA DARMO. Powiedziała, że skoro kokarda ma być do tej paczki, to ona nie może wziąć pieniędzy, bo nie wypada!

Świat czasami pięknieje, nabiera barw, mimo swojej, jesiennej szarości. Jestem szczęśliwa, bardzo! I Dziewczyny też są, wiem. 

I fantastycznie nam poszło, bo udało się "zapłodnić" kolegów. Tym samym ujawniłam teraz znaczenie tego zwrotu, który na początku przytoczyłam.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Satysfakcja

Patrzyłyśmy dzisiaj, jak na korytarzu rośnie góra. Wypiętrza się, niczym prawdziwa, wynoszona na powierzchnię oceanu wstrząsami tektonicznymi. Też przeżyłyśmy wstrząs. Przez dwa, długie tygodnie wyglądało na to, że nasi koledzy nie bardzo się rwą do dzielenia się z rodziną, którą nam wybrano w ramach tegorocznej Szlachetnej Paczki. Nie to, że w ogóle nie dawali nic, ale najczęściej były to kwoty drobne i bałyśmy się, że nie wystarczy nam nawet na najpilniejsze potrzeby tej rodziny, nie mówiąc o reszcie, czyli o tych marzeniach.

Nie powiem, trochę wymuszałyśmy udział, nieustannie świdrując i podtykając pod nos świnkę-skarbonkę.

Uzbierało się coś około 900zł w gotówce. Ale ostatnie dni, to wędrówka Świętych Mikołajów... Do ustawionych przez nas wielkich kubików, oklejonych logo Szlachetnej Paczki, znoszone są różne różności i nie są to rzeczy stare, albo zbędne. Przemyślane zakupy, dokonywane zgodnie z tym, co wypisałyśmy na liście. Wygląda na to, że obdarowani będą mieli roczny zapas niektórych asortymentów. Teraz mamy nowe zmartwienie w związku z tym - gdzie oni to pomieszczą, skoro żyją w jednopokojowym lokum we czworo?

I wyszło na to, że od przybytku jednak głowa może rozboleć. W każdym razie nas, czyli mnie i moje koleżanki w pracy.

Spełnienie tych drobnych marzeń, też już czeka. Mamy nadzieję, że choć przez chwilę na twarzach rodziców i ich dzieci zagości uśmiech, a Święta będą radośniejsze, niż zwykle. Tak cudownie jest dawać...

niedziela, 29 listopada 2015

Ten, który czeka (2)

Nie mogę przestać rozmyślać nad tekstem Adama Grzesznika. Tak mnie uwiera. Kończymy właśnie, w mojej firmie, kompletować "Szlachetną Paczkę". Dla czteroosobowej rodziny, której po uiszczeniu niezbędnych miesięcznych opłat zostaje 300zł na osobę na przeżycie. Przez cały, długi miesiąc. W tej rodzinie jest ciężko chore dziecko, po wielu operacjach i wciąż mające przed sobą kolejne zabiegi.

I moje koleżanki i koledzy przynoszą na tę paczkę pieniądze i różne rzeczy, na które tej rodziny nie stać, a które są niezbędne lub upragnione.

No, właśnie... jakie są pragnienia tych potrzebujących pomocy ludzi? Tych dzieci?
Pierwsze pragnienie, najważniejsze, to wanna. Tak, tak w-a-n-n-a! W której będzie można wygodniej wykąpać chore dziecko. Koszt wanny około 200-300zł. Kupiliśmy, czeka już na korytarzu firmowym, na finał akcji. Mamusia ma "kosztowne marzenie" - jak już będzie wanna, to coś pachnącego do kąpieli, specjalnie dla niej... Tatuś marzy o precjozach do golenia. A dzieci? Chore dziecko chciałoby bajkę, film taki, do odtworzenia. Dziecko ma problemy z czytaniem. Drugie, starsze marzy o grze na komputer...

Ot, takie, drobiazgi, takie prawie nic! Zwyczajne marzenia, zwyczajnych ludzi.

A o czym marzą klientki Adama? O gwałcie, o sadomaso? O wyuzdanym, perwersyjnym seksie? Tak. I płacą za ten seks tyle, ile czteroosobowa rodzina wydaje w ciągu 2 albo i trzech miesięcy na swoje utrzymanie. I ja mam się ekscytować, podniecać takim tekstem, jak "Ten, który czeka"? Albo którymkolwiek innym na tym blogu? Niedoczekanie! Wstyd mi za te babsztyle. Nie zasługują na miano nie tylko kobiety, ale w ogóle na nazwanie ich człowiekiem. Mam wystarczająco dużo lat, by wiedzieć,  że ci, których stać na wiele, niechętnie dzielą się z innymi. Ci, którzy sami żyją od "ściany płaczu" do "ściany płaczu", dzielą się, chociaż im też często brakuje. Bo oni rozumieją, co znaczy nie mieć. I co znaczy naprawdę pragnąć czegoś. Te, bogate klientki Adama nie rozumieją nic.

sobota, 28 listopada 2015

Gdzie kucharek sześć

Kozucho, skąd się wzięło powiedzenie: "Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść"?

- A, wiesz, kochanie, nie mam pojęcia. Jak widać jedna też wystarczy, żeby nie było co... A na pewno, żeby nie było w czym!

"Kochanie", czyli Pan Monsz,  miał dzisiaj niezły ubaw...ze mnie. Pijawka też.

A wszystko przez "Bitwę pięciu armii". Emisja w TV była tak późno, że Pan Monsz ustawił mi nagrywanie, żebym mogła obejrzeć w stosowniejszej porze doby i w dniu wolnym od obowiązków zawodowych. Jakieś dwa tygodnie temu to było.

Nastawiwszy sobie do gotowania fasolę, bo postanowiłam zrobić chłopakom przyjemność i ugotować fasolkę po bretońsku, zasiadłam sobie w fotelu, obstawiwszy się akcesoriami do manicure i seans się rozpoczął.  I wszystko byłoby w porządku, gdyby... no, właśnie - gdyby nie kandyzowana skórka pomarańczowa, co to postanowiłam ją do ciasta świątecznego mieć własnej roboty. I już trzykrotnie smażyłam, ale zachciało mi się ją jeszcze czwarty raz. I to był o ten jeden raz za dużo - bo zaangażowawszy się  za mocno w film, o skórce zapomniałam doszczętnie. Minutnik był nastawiony na pół godziny, odnośnie fasolki, nie odnośnie skórki. A skórka wysmażona na gęsto w cukrze, ledwie dno przykrywała, rondelka zresztą. Znaczy dno. No i  oglądamy sobie, oba dwa, aż woń jakaś ostra dotarła. Do mnie po prawdzie nie dotarła, ale do Pana Monsza i owszem, bo on niepalący jest.  Ja wprost przeciwnie. Olśnienie nagłe wystrzeliło mnie jak z procy, wpadłam do kuchni, a tam... cholera jasna! Nic nie widać, kłęby dymu, smród nieziemski. Okno na oścież, rondelek na parapet, żeby ostygło. Dym po kwadransie jakby się rozrzedził, ale smród się zadomowił na dobre.

Już tak po godzinie chyba, Pijawka wyściubił nos ze swojej norki. Pyta, co tak cuchnie? Oj, spaliłam  skórkę pomarańczową, a przy okazji i garnek. - odpowiadam, próbując uparcie ratować naczynie, szorując solą, sodą, zresztą bezskutecznie. Garnek na śmietnik, skórki nie będzie.

Garnek nie pierścionek z brylantem - orzekli zgodnie moi panowie - jutro kupi się nowy. Nie martw się, mamuś - dodał syn -  spalić garnek zdarza się nawet najlepszym!

I to są te chwile, gdy robi się ciepło, w sercu.