piątek, 21 marca 2014

Żądamy!

Rodzice niepełnosprawnych dzieci protestują w Sejmie. Okupacja trwa. Dzieci też okupują. Niejaka pani Maria powiedziała, że rodzice zapewnili swoim dzieciom komfortowe warunki podczas tejże okupacji. Znaczy - na materacach spoczywają. Ale komfortowych, rozumie się - materacach.
Rodzice żądają bezwarunkowego wypłacania im minimalnej pensji i odprowadzania od niej składek ZUS. Bo chcą, żeby opieka nad dzieckiem niepełnosprawnym była traktowana jak zawód. No i fajnie...
Pani Maria wykrzyczała w programie Tak jest, że stopień niepełnosprawności nie powinien mieć nic do rzeczy w tej sprawie. Bo, nawet wtedy, gdy dziecko uczęszcza do szkoły, to ona "musi być pod telefonem". A zatem - w domu musi być.

Siedziałam zdumiona i skonsternowana wielce, słuchając tych wrzasków rodzicielskich. A przed oczami przewijały mi się obrazki z tych wszystkich lat, gdy jednocześnie chorowali śmiertelnie nasi Rodzice... Przypomniało mi się, jak Mama, nasza kochana, najdroższa na świecie Mama, umierała na raka, a ojciec w tym czasie już ślepy (cukrzyca), o kulach, z niefunkcjonującymi już nerkami wymagał także szczególnej troski. Znowu zobaczyłam, jak po śmierci mamy opiekowałam się coraz bardziej chorym ojcem, pracując rzecz jasna. Gdy wstawałam jak zwykle o 4:30, wpadałam do domu o 17:00, taszcząc na swoje IV pięterko siaty z zakupami na dwa domy. Potem w szalonym tempie podgrzewałam zupę, przygotowywałam coś jeszcze dla swojej rodziny, szykowałam to, co mam zabrać do ojca, sama nie jadłam nic, a potem biegłam z wywieszonym jęzorem, potykając się o własne nogi, do mieszkania ojca. Tam zakasywałam rękawy, zmywałam, sprzątałam, gotowałam mu jedzenie na jutro, podgrzewałam to, co ugotowałam wczoraj,  przygotowywałam lekarstwa, zmieniałam pościel, etc... trudno wymienić wszystko... Gdy go przywozili około 21:00 z dializ, w stanie takim, że nie można go było nawet wyciągnąć z karetki, gdy już z pomocą sanitariuszy i sąsiadów udało się go wtaszczyć na 1 i pół piętra i ułożyć w łóżku - zmieniałam pampersy, karmiłam, robiłam zastrzyki, całą masę innych czynności wykonując w tak zwanym międzyczasie, zostawiałam telefon przy łóżku, sprawdzałam, czy zasnął i ruszałam w drogę powrotną. Z tym, jeszcze niżej zwieszonym jęzorem... Jeść nie miałam siły. Zrobić czegokolwiek też już nie. Mogłam tylko zrobić rodzinie kolację, umyć się i położyć spać. W dzień do ojca zaglądała emerytowana sąsiadka, oczywiście nie za darmo! A jutro czekał mnie taki sam dzień, na wariackich papierach. Potem, gdy mu amputowali nogę, było niby lepiej. Znaleźliśmy dom opieki, pielęgniarski. w sumie z lekami, kosztował naszą rodzinę ( moją i siostry, która, niestety, mieszka daleko) około 3500zł. O "prezentach" dla sanitariuszy ( żeby zadbali w drodze), dla pielęgniarek ( żeby się zatroszczyły lepiej) nie mówię...Cóż, ciężko chory, wymagający nieustannej opieki człowiek. Płaciliśmy. Każdy weekend - wycieczka. Ale cieszyłam się, bo w tygodniu, po pracy mogłam zrobić coś dla swojego domu.
Nigdy, przenigdy nie zwróciliśmy się o jakąś pomoc do Państwa. Nigdy nie dostałam ani złotówki. I tak powinno być, bo Państwo ma zapewnić opiekę medyczną, terapeutyczną, a nie domową! Nieważne więc było, że sami nie dojadaliśmy, ważne, że ojciec miał dobrą opiekę i nigdy nie zostawał już sam. Od dnia, w którym szpital odmówił przyjęcia go ( bo: trupów nie przyjmujemy) minęło 8 lat, zanim umarł.

Przypomniało mi się także coś z lat wcześniejszych, kiedy nasze dziecko przyszło na świat. Urlop macierzyński, czyli płatny był krótki, potem był już tylko bezpłatny wychowawczy. I nie było odliczeń podatku na dzieci, nie było zresztą żadnych PIT-ów. I żadnych odliczeń. I były kartki. Kartki, na które i tak nie można było kupić nic z tego, co było potrzebne. Wódkę - owszem. Ta, była zawsze.
I taką kartkę mi ukradli. I był głód, bo jak podzielić 1,5kg tzw. "wołciela" na dwie rodziny, czyli na 5 osób na caluteńki miesiąc???
Przeżyliśmy. Wszystko przeżyliśmy. Nigdy niczego nie żądając...
Rozumiałabym, gdyby rodzice niepełnosprawnych dzieci protestowali w związku z brakiem terapii, opieki medycznej, ale nie rozumiem zupełnie, gdy żądają wynagrodzenia za opiekę nad chorym członkiem rodziny! Podejmowanie pracy zawodowej obowiązkiem nie jest, ale opieka nad rodziną i owszem, drodzy Rodzice! Czy wkrótce zaczniecie żądać specjalnych domów, za darmo? Może samochodów, też za darmo?
 Czesławie! czy mnie słyszysz?! Pamiętasz, jak śpiewałeś: dziwny jest ten świat...???

Brak komentarzy: