wtorek, 10 grudnia 2013

Moje odwykówki



Z książkami jest tak, jak z magazynem krzyżówek. Czytasz mało – źle, czytasz dużo – też źle.
Od czasu do czasu kupuję taki magazyn szaradziarski, np. „200 krzyżówek”, albo coś podobnego. Siedzę potem w kuchni, niby pilnując garnków z czymśtam, a tu bezmyślnie niemal, machinalnie, bazgrząc z każdą chwilą bardziej, wpisuję te powtarzające się kilkaset razy hasła i hasełka, które często są po prostu idiotyczne, a jeszcze częściej niepoprawne, albo wcale nie pasujące do opisu. Ale – mam, to rozwiązuję…
Potem przez dłuższy czas czuję obrzydzenie, omijam krzyżówki szerokim łukiem, udaję, że ich nie ma. I tak do następnego razu, czyli krzyżówkowego opętania.

Książki podobnie: jak już nie mam niczego interesującego do czytania, rzucam się na to, co jest pod ręką. No, z małymi wyjątkami jednak, literatura dla karmiących matek jest dla mnie jednak niestrawna. Ale poza tym, prawie wszystko da się przeczytać!  To czytam jedną taką, drugą, trzecią, czwartą… Potem gapię się w regał z książkami, jak sroka w gnat, myślę, myślę, myślę… I nie wiem, czy tę czytałam, czy tamtą? A może obie? Nie zapamiętuję ani tytułów, ani autorów, ani treści. Takie czytadła nazywam „odwykówkami”.
Skąd ten termin mi się ulągł? Ano stąd, że po pierwsze zapełniają czas podczas odwyku od dobrej literatury, po drugie odzwyczajają od myślenia.
Mogłabym je jeszcze nazywać trądzikiem, bo powodują, że na moim czytelniczym sumieniu pojawiają się wypryski.

A niektóre książki, naprawdę warte przeczytania, czasem się gdzieś przyczają, zadekują jak pustelnik w swojej samotni. Znikną. Tydzień temu szukałam w szafce przepisu na pierniczki, a znalazłam wydany w 1986 roku, bardzo marnej jakości tomik „Opowiadania zebrane” Bunscha. Jak się uchowało toto – sama nie wiem…
Na razie czytam i podziwiam.

Brak komentarzy: