wtorek, 31 grudnia 2013

Złoty medal???

Medale w Polsce rozdaje się na zasadzie: Entliczek pętliczek czerwony stoliczek na kogo wypadnie na tego bęc!
Nowodworskie Centrum medyczne dostało medal. Hasłem przewodnim centrum jest "Pacjent jest najważniejszy". Taaa... poniekąd znamy to - w praktyce! Jak wskazuje doświadczenie pacjentów, hasło winno brzmieć: "Pacjencie, lecz się sam i nie zawracaj d..."
Czyli: może byłoby śmiesznie, gdyby nie było beznadziejnie.

Czego tu sobie życzyć w przededniu Nowego Roku? Wszystkim życzę ( sobie też!) omijania Centrum Medycznego w odległości co najmniej 100km. I jeszcze zdrowia, zdrowia, zdrowia i wytrwałości! I jak nie może być lepiej, to niech chociaż będzie zabawniej!


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

                                       
Dziś wypijmy za jutro
i za przyszłość nieznaną
za sukces i za chwile zwątpienia
za przyjaciół toast wznieśmy
i za wrogów - kolejny!
Wróg też człowiek i poglądy zmienia!



poniedziałek, 16 grudnia 2013

Tusk i Szkło kontaktowe

Panie Donaldzie, czy ogląda Pan "Szkło kontaktowe"? Jeżeli nie, to niedobrze...Oj, niedobrze!
Gdyby Pan jednak oglądał, to zapewne wie, że macie (jako partia) przechlapane? Ani jednego komentarza sms'owego, o pozytywnym wydźwięku ostatnio nie było!

Wie Pan może, jak się nazywa ktoś, kto odtrąca przyjaciół tylko dlatego, że nie we wszystkim się z nim zgadzają? Czy żonę też Pan tak traktuje? Ciekawa jestem, czy Pani Tusk na wszelki wypadek zawsze ma takie samo zdanie na każdy temat, jak Pan? Bo, jeżeli ma inne, to zaraz - won!?

Cóż, Panie Tusk, gdy się wsłuchać w głos ludu, to wychodzi na to, że z Platformą bardziej kojarzy się jednak Grzegorz Schetyna, niż Pan? I, być może, gdyby postawił pan na niego, PO wyszłaby na tym dobrze! Rozsądny przywódca wie, że najmniej ufa się lizusom, a szanuje konstruktywnych krytyków.
Ja już jednak wiem, że czeka PO upadek, bardzo bolesny. Wiem też, że tak zwane całujd... mają brzydki zwyczaj opuszczania tonącego okrętu, jak szczury. I szanowny (chociaż coraz mniej szanowany) kapitan zostaje na pokładzie samotny, jak palec w ciasnej rękawiczce...

czwartek, 12 grudnia 2013

Śmierć w oczach

Przed kilkoma dniami media rozwodziły się nad agresywną, nieuzasadnioną reakcją pewnego kierowcy, który pobił drugiego kierowcę, na dodatek na oczach jego dzieci. I w zasadzie takie krytyki agresywnych zachowań są uzasadnione, tyle, że diabeł znowu w szczegółach:

Pobity kierowca, wiozący na tylnym siedzeniu auta dwójkę dzieci, zajechał drogę temu, który chwilę później wpadł w szał i przyłożył pierwszemu w ryło. Zajechał drogę tak skutecznie, że ten wkurzony musiał uciekać na pas zieleni i najważniejsze, że mu się to udało! Dzięki tej, błyskawicznej i skutecznej reakcji wkurzonego, prawdopodobnie ten pobity wciąż jest ojcem dwójki dzieci. Gdyby wkurzony był takim samym idiotą, jak pobity, na śliskiej drodze, przy siąpiącej z nieba mżawce, wjechanie w kufer auta pobitego kierowcy mogłoby się źle skończyć - dla dzieci zwłaszcza! I, oczywiście, winien byłby ten agresywny, który w ten kufer by wjechał. A tak, to tatuś wprawdzie lekko posiniaczony i głęboko urażony w ojcowskiej dumie, ale dzieci całe i zdrowe! I to jest w tym najważniejsze, a przynajmniej powinno być! Ale w mediach tylko o tym wkurzeniu mowa, o uratowaniu dziecięcych tyłków, to już ani mru mru...

Zresztą, tak jest zwykle: jeździmy ze Ślubnym Nieszczęściem do pracy o 5:30. Na drodze panuje wolna amerykanka - z bocznych dróg co rusz, to wyjeżdża jakiś niecierpliwy  głupek przed sam nos, chwilę podąża przed nami spacerowym kroczkiem, by zaraz zjechać w pierwszą poprzeczną drogę.Ostatnio mój ślubny omal nie pobił pewnej obywatelki, która wlokła się przed nami 20km/h, pustą niemal drogą, a następnie, gdy my ją wyprzedzaliśmy, oczywiście odpowiednio sygnalizując ten zamiar wcześniej, nieoczekiwanie zjechała na lewy pas, prościuteńko przed naszą maskę! Nie wiem, jak się udało mojemu mężowi uniknąć zderzenia, bo wszystko działo się bardzo szybko. Ale ślubny mój, nic nie mówiąc zatrzymał kilkadziesiąt metrów dalej autko ( pani zatrzymała się również) wysiadł i pomaszerował. Co pani usłyszała od niego, tego nie słyszałam, ale mogę się domyślać, że nie były to komplementy...


wtorek, 10 grudnia 2013

Moje odwykówki



Z książkami jest tak, jak z magazynem krzyżówek. Czytasz mało – źle, czytasz dużo – też źle.
Od czasu do czasu kupuję taki magazyn szaradziarski, np. „200 krzyżówek”, albo coś podobnego. Siedzę potem w kuchni, niby pilnując garnków z czymśtam, a tu bezmyślnie niemal, machinalnie, bazgrząc z każdą chwilą bardziej, wpisuję te powtarzające się kilkaset razy hasła i hasełka, które często są po prostu idiotyczne, a jeszcze częściej niepoprawne, albo wcale nie pasujące do opisu. Ale – mam, to rozwiązuję…
Potem przez dłuższy czas czuję obrzydzenie, omijam krzyżówki szerokim łukiem, udaję, że ich nie ma. I tak do następnego razu, czyli krzyżówkowego opętania.

Książki podobnie: jak już nie mam niczego interesującego do czytania, rzucam się na to, co jest pod ręką. No, z małymi wyjątkami jednak, literatura dla karmiących matek jest dla mnie jednak niestrawna. Ale poza tym, prawie wszystko da się przeczytać!  To czytam jedną taką, drugą, trzecią, czwartą… Potem gapię się w regał z książkami, jak sroka w gnat, myślę, myślę, myślę… I nie wiem, czy tę czytałam, czy tamtą? A może obie? Nie zapamiętuję ani tytułów, ani autorów, ani treści. Takie czytadła nazywam „odwykówkami”.
Skąd ten termin mi się ulągł? Ano stąd, że po pierwsze zapełniają czas podczas odwyku od dobrej literatury, po drugie odzwyczajają od myślenia.
Mogłabym je jeszcze nazywać trądzikiem, bo powodują, że na moim czytelniczym sumieniu pojawiają się wypryski.

A niektóre książki, naprawdę warte przeczytania, czasem się gdzieś przyczają, zadekują jak pustelnik w swojej samotni. Znikną. Tydzień temu szukałam w szafce przepisu na pierniczki, a znalazłam wydany w 1986 roku, bardzo marnej jakości tomik „Opowiadania zebrane” Bunscha. Jak się uchowało toto – sama nie wiem…
Na razie czytam i podziwiam.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Ptak malowany



Bardzo trudno napisać coś o książce Jerzego Kosińskiego „Ptak malowany”.
Naprawdę trudno. Jakoś tak  - nie wiem, nie wypada?

Dawno nie czytałam nic równie koszmarnego, na dodatek wcale nie w znaczeniu, że złego! Po prostu – treść jest jak senny koszmar. Albo gorzej: jak rzeczywistość, której się boimy, bo wiemy, że istnieje, ale wolelibyśmy myśleć, że jej nie ma, nie było i nigdy nie będzie.

Chłopiec, malowany ptak, któremu los zgotował piekło na ziemi. Odrzucony przez swoich, znajduje nieoczekiwanie wsparcie w niedoli z najmniej spodziewanej strony. Kto jest dobry, kto zły? W zasadzie, wychodzi, że dobrych nie ma. Są tylko mniej lub bardziej źli, mniej lub bardziej okrutni. Zwichnięta psychika dziecka, poddawanego nieustannym torturom ciała i ducha, nigdy już nie zostanie uleczona. Nie ma lekarstwa, będącego panaceum na deprawację, demoralizację, bezustanne cierpienie i lęk. Nie ma specyfiku leczącego ze wspomnień.

Obrazy z przeszłości do śmierci będą towarzyszyć nieszczęsnemu. Będą go malować, jak ptaka. I jak ten ptak malowany, będzie wszędzie atakowany.

Ni to papuga, ni wrona… Ot, podrzutek, odmieniec!