sobota, 23 listopada 2013

Opowieść szaleńca

Jak to jest - być wariatem? Oglądać świat oczami szaleńca? Nikt, tak do końca, tak naprawdę, bez wątpliwości nie potrafi odpowiedzieć na te pytania. Chyba nikt. W każdym razie nikt, kto sam nigdy obłędu nie doświadczył, choćby w minimalnym stopniu.
Szpital dla psychicznie chorych bardziej przypomina więzienie, niż typowy przybytek opieki medycznej. Kraty, drzwi bez klamek od wewnątrz, dyscyplina i całe mnóstwo zakazów, ograniczeń, które są, oczywiście wszystkie - wyłącznie dla dobra pacjentów wprowadzone. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy je tworzą, a nie muszą ich respektować osobiście.
Co trzeba zrobić, żeby się w takim ośrodku terapii psychiatrycznej znaleźć? Niewiele. Czasem wystarczy jedynie donos, opinia kogoś, komu nie podoba się czyjaś odmienność, albo brak właściwej ( czytaj: powszechnie akceptowalnej) reakcji na zdarzenia.
Bywa, że powodem skierowania do takiej placówki jest tylko nadmierna wrażliwość, zamknięcie się wobec otoczenia. Większość tak zwanym normalnych ludzi oczekuje reakcji typowych i pospolitych. Już sam brak odpowiedzi na zaczepki, uchylanie się od konfrontacji, unikanie awantur może - zdaniem wielu -świadczyć o chorobie psychicznej, albo innym upośledzeniu.
Życie w szpitalu psychiatrycznym usłane różami nie jest, to pewne. Raczej najeżone trudnościami, a już na pewno nie pomocne w leczeniu zaburzeń psychicznych.
Gdy jednak do tego zamkniętego, odizolowanego od otoczenia świata wkracza zło, najprawdziwsze, namacalne, to nie kto inny, jak właśnie wariaci potrafią wyczuć je najszybciej. W tak pełnym nienormalności miejscu, coś, co nie pasuje, nie wtapia się w tę rzeczywistość wywołuje u chorych panikę, a na pewno swoiste zainteresowanie. To pewnie trochę tak, jakby do mrocznego lochu znienacka dotarło światło. Intrygujące, niosące jakąś zmianę, ale wywołujące osobliwy ból nienawykłych do jasności oczu.
Wariat bardzo często posiada jakiś wyostrzony zmysł, podobnie jak niewidomy ma większą zdolność  percepcji dźwięku lub węchu.
Gdy w szpitalu pojawia się morderca, ten szósty zmysł wariata pomaga go odnaleźć wśród setek szaleńców, czasem skłonnych do agresji, ale agresji innego rodzaju i znajdującej ujście w całkiem odmiennych zachowaniach. Zdrowi, pozbawieni tego zmysłu ludzie, nie potrafią patrzeć.Albo parzą, ale nie widzą, są ślepi na szczegóły. Wariat ma tę niezbędną wrażliwość, bo to właśnie te "szczegóły" najczęściej wpędzają go w obłęd.
Normalni ludzie myślą, że tylko oni, będąc przy zdrowych zmysłach, mając doświadczenie w śledzeniu przestępców, potrafią zidentyfikować w tym zwariowanym tłumie tego, kto swoje mordercze skłonności wprowadza w czyn. Nie słuchają wariatów.Słyszą, ale nie słuchają...
Gdy w takim szpitalu morderca poluje na myśliwego, na ratunek może przyjść tylko wariat.
I o tym jest książka "Opowieść szaleńca" Jhona Katzenbacha.
Wstrząsająca historia o pewnym odmieńcu. Nie kochanym, nie lubianym, wyalienowanym w środowisku, w którym żył, zanim trafił do szpitala psychiatrycznego. Dopiero tam znalazł przyjaciół.

Brak komentarzy: