wtorek, 26 listopada 2013

nie obrażać świni!

Człowiek człowiekowi świnią bywa. Tak mówimy, czasami. I obrażamy niewinne zwierzęta. Lepiej byłoby, choć osobiście takich przypadków nie znam, że świnia świni człowiekiem.

Polska się kompletnie zeszmaciła, obywatele zatracili moralność, o ludzkich odruchach zapomnieć trzeba definitywnie i ostatecznie. Wygrywają, co oczywiste, ci, którzy karierę robią po trupach. I z tego co słyszę, to wszędzie tak jest dzisiaj. Służba zdrowia traktuje pacjentów jak śmiecie, których nikomu się nie chce wyrzucić do kosza, więc popycha się je nogą, najlepiej pod dywan. W firmach powszechna jest krecia robota, kopanie dołków stało się sportem narodowym. Rząd ostentacyjnie lekceważy wszystkich, partie polityczne podobnie. Kościół? Szkoda gadać!

Nie wydaje mi się, żeby była jakakolwiek nadzieja na normalność i moralność. Po co żyć?
Większość nie odkłada nic do pończochy, bo nie ma z czego, emerytura jawi się jak obóz koncentracyjny z racjami pożywienia na granicy minimum, czyli za dużo, żeby umrzeć, za mało, żeby żyć...

I po co żyć? Dla zasady? Eeee tam...

sobota, 23 listopada 2013

Opowieść szaleńca

Jak to jest - być wariatem? Oglądać świat oczami szaleńca? Nikt, tak do końca, tak naprawdę, bez wątpliwości nie potrafi odpowiedzieć na te pytania. Chyba nikt. W każdym razie nikt, kto sam nigdy obłędu nie doświadczył, choćby w minimalnym stopniu.
Szpital dla psychicznie chorych bardziej przypomina więzienie, niż typowy przybytek opieki medycznej. Kraty, drzwi bez klamek od wewnątrz, dyscyplina i całe mnóstwo zakazów, ograniczeń, które są, oczywiście wszystkie - wyłącznie dla dobra pacjentów wprowadzone. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy je tworzą, a nie muszą ich respektować osobiście.
Co trzeba zrobić, żeby się w takim ośrodku terapii psychiatrycznej znaleźć? Niewiele. Czasem wystarczy jedynie donos, opinia kogoś, komu nie podoba się czyjaś odmienność, albo brak właściwej ( czytaj: powszechnie akceptowalnej) reakcji na zdarzenia.
Bywa, że powodem skierowania do takiej placówki jest tylko nadmierna wrażliwość, zamknięcie się wobec otoczenia. Większość tak zwanym normalnych ludzi oczekuje reakcji typowych i pospolitych. Już sam brak odpowiedzi na zaczepki, uchylanie się od konfrontacji, unikanie awantur może - zdaniem wielu -świadczyć o chorobie psychicznej, albo innym upośledzeniu.
Życie w szpitalu psychiatrycznym usłane różami nie jest, to pewne. Raczej najeżone trudnościami, a już na pewno nie pomocne w leczeniu zaburzeń psychicznych.
Gdy jednak do tego zamkniętego, odizolowanego od otoczenia świata wkracza zło, najprawdziwsze, namacalne, to nie kto inny, jak właśnie wariaci potrafią wyczuć je najszybciej. W tak pełnym nienormalności miejscu, coś, co nie pasuje, nie wtapia się w tę rzeczywistość wywołuje u chorych panikę, a na pewno swoiste zainteresowanie. To pewnie trochę tak, jakby do mrocznego lochu znienacka dotarło światło. Intrygujące, niosące jakąś zmianę, ale wywołujące osobliwy ból nienawykłych do jasności oczu.
Wariat bardzo często posiada jakiś wyostrzony zmysł, podobnie jak niewidomy ma większą zdolność  percepcji dźwięku lub węchu.
Gdy w szpitalu pojawia się morderca, ten szósty zmysł wariata pomaga go odnaleźć wśród setek szaleńców, czasem skłonnych do agresji, ale agresji innego rodzaju i znajdującej ujście w całkiem odmiennych zachowaniach. Zdrowi, pozbawieni tego zmysłu ludzie, nie potrafią patrzeć.Albo parzą, ale nie widzą, są ślepi na szczegóły. Wariat ma tę niezbędną wrażliwość, bo to właśnie te "szczegóły" najczęściej wpędzają go w obłęd.
Normalni ludzie myślą, że tylko oni, będąc przy zdrowych zmysłach, mając doświadczenie w śledzeniu przestępców, potrafią zidentyfikować w tym zwariowanym tłumie tego, kto swoje mordercze skłonności wprowadza w czyn. Nie słuchają wariatów.Słyszą, ale nie słuchają...
Gdy w takim szpitalu morderca poluje na myśliwego, na ratunek może przyjść tylko wariat.
I o tym jest książka "Opowieść szaleńca" Jhona Katzenbacha.
Wstrząsająca historia o pewnym odmieńcu. Nie kochanym, nie lubianym, wyalienowanym w środowisku, w którym żył, zanim trafił do szpitala psychiatrycznego. Dopiero tam znalazł przyjaciół.

wtorek, 19 listopada 2013

Burdel

We wszystkich programach odbywa się od kilku dni darcie pierza. Z tego darcia wynika jedynie, że nic już nie widać wyraźnie. Jakby śnieg przysypał rzeczywistość naszą, ojczystą.
Rano, do śniadanka otwieram TV, godzina jeszcze ciemna, a tam - już drą. To powtórka z wczorajszego, wieczornego. Wracam po pracy, obiad kończę, otwieram znowu TV, i co? Znowu drą. I cały ten bałagan pierzasty za nasze pieniądze, bo i abonament płacimy obowiązkowy i za nieobowiązkową kablówkę też! Naród daje ciała, a politycy i media na tym robią kokosy.
I tak próbuję z tego medialnego lansu wszelkiej maści speców od dziedzin rozmaitych, a częstokroć nie mających (w moim mniemaniu) nic wspólnego z tematem dysputy, wyłowić cokolwiek, co rozjaśniłoby mi obraz. Co pozwoliłoby mi poukładać sobie te puzzle tak, żeby ten obraz był czytelny i wyrazisty, zrozumiały. Nic z tego! Układam tak, układam owak i wciąż widzę tylko ten sam burdel. Jakby nie dopasować tych kawałków - burdel. I jedno tylko widać wyraźnie, że to ja (między innymi!) wciąż daję d...
A nocami śni mi się całe stado alfonsów, o skądinąd powszechnie znanych twarzach, którzy zgarniają moją, ciężko zapracowaną forsę...


czwartek, 14 listopada 2013

Panaceum



Wszystko nas zabija. Papierosy, alkohol, żywność modyfikowana (podobno!), chemia w żywności, stres.

Najgorszy jest stres. Ostatecznie przecież można:
- nie palić
- nie pić
- hodować sobie w doniczce zdrową żywność

Stres jednak jest zjawiskiem nieuniknionym… I nawet wtedy, gdy zapomina o nas los, dając nam chwile wytchnienia, to nigdy, przenigdy nie zapominają o nas politycy, w tym rząd.

Czasem myślę sobie, że politycy są po to, żeby kraj się nie przeludnił aby. Im więcej stresu, tym mniej obywateli. I, chociaż rząd i cała reszta darmozjadów ubolewa, że przyrost naturalny ujemny mamy, to robi wszystko, żeby ten przyrost osiągnął zero, takie absolutne!
Rząd i parlament cały dbają bardzo, to prawda – dbają zawzięcie i zażarcie! Ale o siebie i swoich popleczników. Przy czym każdy o swoich. Więc tych zadbanych jest całkiem sporo. Wiodą życie mlekiem i miodkiem płynące, pławią się w sukcesach niezasłużonych i równie niezasłużonym dobrobycie. Reszta tylko egzystuje. I pewnie o to chodzi.

Wymyślili politycy, że mogą decydować o losie milionów, bawią się w boga. Chcą nam wmówić, że tylko oni znają panaceum na wszelkie dolegliwości społeczeństwa. I ordynują nam codziennie potężną dawkę tego środka uniwersalnego. Skutkiem tych zabiegów pseudoleczniczych jest powolne dogorywanie wszystkich, którzy urodzili się i nie dorobili tak zwanych „pleców”. I, jakby się tak dokładnie przypatrzeć, nic się w tej niby wolnej Polsce nie zmieniło. W odniesieniu.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Sprzedajni celebryci

Wszechobecne reklamy doprowadzają do białej gorączki mnie, a zapewne wielu innych także. Jeszcze bardziej, niż same reklamy - idiotyczne, nachalne, pozbawione merytorycznej treści - wściekają mnie jednak celebryci. Znane postaci, które z wielkim zapałem reklamują gówniane produkty, firmując niejako znanym nazwiskiem bezwartościowe towary i usługi. Widz, słuchacz rzadko potrafi zastanowić się nad własną głupotą i te, wypełnione botoxem gębusie uznaje za dostateczną gwarancję jakości wszystkiego, co raczą one prezentować. I kupuje. I zakłada konta w bankach i pędzi w kolejkę po panaceum na wszelkie dolegliwości, plamy, długi, etc...
I nawet wtedy, gdy do bezsensownego zakupu dajmy na to gołąbków w proszku musi dokupić:
- mięso
- kapustę
- koncentrat pomidorowy
- coś jeszcze
to nadal uważa, że wciśnięty mu przez celebrytę proszek ułatwił mu gotowanie gołąbków.

A w Sandomierzu nadano imię "Ojca Mateusza" szkole. Zadziwiające, prawda? Nikt jakoś nie skojarzył, że rola troskliwego księdza-detektywa, razem z rolą równie troskliwego doktora z "Na dobre i na złe", kłóci się w ostatecznie z reklamą SKOK-ów, które znane są poniekąd ze zdzierstwa wyjątkowego wszak.

Kora śpiewała kiedyś piosenkę "Żądza pieniądza". To ballada o naszych celebrytach. Czekam na balladę o głupocie tych, którzy dają się nabierać bez końca.