czwartek, 13 czerwca 2013

W obronie



Polacy sami kręcą bat na własny tyłek. Chcą referendum w sprawie posyłania sześciolatków do szkół. Referendum to bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Kosztowne dla wszystkich podatników. W kryzysie, to oczywiste działanie na szkodę, i to na własną szkodę.
W ogóle nie rozumiem postawy rodziców. Ja też rozpoczęłam naukę w wieku 6 lat, na dodatek w czasach, gdy szkoła była ośmioletnia i uczęszczali do niej nawet 18-latkowie, którym przebrnięcie przez każdy rok nauki zajmowało często 2 lata. Jakoś tak nie parli do wiedzy…
Tak, wiem, wiem – to były inne czasy, nie było tyle chuligaństwa i przemocy. Tak myślą niektórzy. To nieprawda! Było i chuligaństwo, i przemoc. Zawsze były, może mniej, ale jednak! Teraz szkoła podstawowa to tylko 6 lat nauki, w czym więc problem tkwi? Bo jakoś nie bardzo rozumiem?

Rodzice twierdzą, że:
- dzieci sześcioletnie są niedojrzałe, za małe, żeby rozpoczynać naukę
- szkoły są nieodpowiednio wyposażone dla takich maluchów
- uczęszczanie do szkoły z dziećmi starszymi o kilka lat jest niebezpieczne dla maluchów
- nie ma leżakowania, zabawy za mało, za dużo obowiązków, czyli koniec dzieciństwa

To tylko pół prawdy.
- dzieci im młodsze, tym łatwiej i chętniej przyswajają wiedzę. Z wiekiem zdolność uczenia się maleje, a nie rośnie!
- szkoły, zapewne, nie są dostosowane dla dzieci o rozbieżności wzrostu sięgającej kilkudziesięciu cm. Ale domy też nie są. Wyposażenie łazienek jest standardowe, w szkole i w domu też. W domu jednak nikt nie robi z tego problemu, prawda? 
- to niebezpieczeństwo było, jest i będzie w każdej szkole. I nie zależy wcale od wieku dzieci, tylko od ich usposobienia. W każdym wieku, w przedszkolnym też, niektóre dzieci są agresywne, złośliwe, awanturnicze, ogólnie dokuczliwe. Takie typy! Albo typki, jak kto woli. Szacowne grono pedagogiczne winno zadbać o bezpieczeństwo pozostałych, bardziej spolegliwych.
- leżakowanie wcale nie jest niezbędne w tym wieku, a dla dzieci nauka wczesnoszkolna jest lepszą zabawą, niż „stary niedźwiedź mocno śpi” i takie tam, gry i zabawy małolatów.

Mnie w każdym razie szkoła nie zaszkodziła, nie byłam gorsza, a nawet wręcz przeciwnie, od siedmiolatków. Nie przeszkadzało mi towarzystwo starszej młodzieży, nie zasypiałam na lekcjach, nie brakowało mi zabawek, nikt mnie nigdy nie skrzywdził, bo nie byłam zastraszona. Ale to, to już kwestia wychowania, nie otaczania nadmierną opieką i troskliwością rodzicielską, ograniczającą umiejętności samodzielnego podejmowania decyzji i zdolności interpersonalne. Dziecko, które najpierw uczęszcza do przedszkola, a potem, niezależnie od wieku, rozpoczyna naukę, zwykle sobie znakomicie radzi. Najgorzej jest, gdy maluch jest rozpieszczony, wychuchany i chowany w izolacji, w otoczeniu, skoncentrowanych wyłącznie na nim, dorosłych. Takiemu dziecku jest o wiele trudniej. To prawda i tu się zgadzam. Zadbajcie więc, rodzice, o rozwój społeczny malucha, a potem problemu nie będzie.
Obserwowałam ostatnio 3-latka, który mieszka i uczęszcza do przedszkola w Holandii. Dziecko znakomicie porozumiewa się zarówno po polsku, po niderlandzku i angielsku. Nie boi się, jest samodzielne i nie straciło wcale uroku pacholęcia. Nie marudzi, nie urządza scen, jest bardzo komunikatywne. O głowę przerasta siedmiolatka wychowywanego w polskich warunkach edukacyjnych.

My tutaj nie mamy prawdziwych pedagogów, wciąż tkwimy pod tym względem w epoce kamienia łupanego. Skutek będzie taki, że nasze dzieci zawsze będą wypadać niekorzystnie na tle innych. Zostaniemy w ogonie świata, przynajmniej tego europejskiego… I wszystko to, dzięki trosce rodziców, których jedyną umiejętnością wydaje się być wyciąganie ręki po kolejne przywileje i datki na dziatki.

Brak komentarzy: