poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nowe oblicze Greya



Nowe oblicze Greya
Jasny gwint! Bestseller! No, bestseller po prostu!
Tylko wciąż się zastanawiam – z której strony to „arcydzieło” oglądać, żeby się dopatrzeć tego best? Bo jakoś nie widzę.
Bo, że szmira, pornoszmira wręcz, to owszem, widzę! Trudno nie dostrzec tego, co zajmuje 99% tekstu. Reszta to jakieś „dialogi na cztery nogi”, czy coś w tym rodzaju. I tak, przez całą treść książki prześlizgujemy się z łóżka na trawkę, z trawki do łazienki, na biurko, do samolotu, etc., itp., itd. I wszędzie to samo: czyli wszystko na „p”.
Ja wiem, rozumiem, że sceny łóżkowe są potrzebne, dla odmiany, dla podkreślenia wątku, albo towarzyszącej zdarzeniom atmosfery. U J. Irvinga też takie sceny są, nawet dosyć często, ale oprócz nich jest jeszcze treść, najistotniejsza, intrygująca i w ogóle…

A „Nowe oblicze Greya”? Mogę je streścić:

Młode dziewczę, udające niewinność tak skutecznie, że łapie na ten lep obrzydliwie bogatego biznesmena, który to piękny jak ten bóg jest. Ów dżentelmen  oczu swoich (nie, nie! Co ja mówię? Jakich oczu?!!) od dziewoi oderwać odtąd nie może. I tak już do końca nie odrywa, z krótkim antraktem jeno, na pobyt eksdziewicy ( bo poślubionej oficjalnie, i w tak zwanym międzyczasie niemalże bez przerwy używanej, oczywiście!) w szpitalu, wskutek naruszenia jej nietykalności cielesnej przez ciemnego typa, mściciela z przeszłości imć Greya. Koniec. Reszta to już tylko p…

A książka liczy kilkaset stronic. A na tych stronicach co rusz to: „usta me”, „wargi me” ( przy czym i jedne, i te drugie),  aż drze za uszami…
Moim zdaniem, to jest książka dla ludzi o bardzo ściśle określonych upodobaniach, którzy są najczęstszymi klientami płatnych kanałów dla bardzo samotnych dorosłych.
Od dzisiaj, jak przeczytam gdzieś, że coś jest uznawane za bestseller, to będę to rozumieć tak:

„szmirowate, mamonistyczne wypociny, dla inteligentnych inaczej”

Brak komentarzy: