wtorek, 30 kwietnia 2013

Będą dzieci!


fot. J.K.


Pleszki będą miały dzieci. Samiczka siedzi w gnieździe. Samiec od czasu do czasu tylko zagląda przez otwór, sprawdza, czy wszystko w porządku. Mógłby, leniwiec jeden, podrzucić żonie coś do jedzenia, ale zdaje się, że wzorem większości facetów, myśli tylko o własnym żołądku. A pani pleszkowa ma tak tkwić około dwu tygodni! Czasem tylko na chwilkę wylatuje z gniazda, skubnie coś w pobliskich krzakach, jakieś ziarenko i dalej wysiaduje. Troskliwa z niej mama. Czytałam, że pokarm dla piskląt przynoszą oboje. Ano, zobaczymy, zobaczymy... Za jakieś 10 dni, gdy się młode wylęgną.


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Złodziejstwo i OFE

Co to jest kradzież? Mniej więcej, to każdy wie chyba? Zdaje się jednak, że niektórzy jednak znają inną definicję, niż: "przywłaszczenie sobie, bez zgody właściciela, jego własności"

Minister R. najwyraźniej zna tę inną, mnie, podobnie, jak wielu innym obywatelom nieznaną, wykładnię znaczenia tego słowa. Od 1999 roku odkładam sobie swoje pieniądze do OFE. Miałam wybór: przystąpić, albo nie przystąpić do OFE. Wybrałam to pierwsze. Teraz, prawem kaduka,  postanowiono mnie z tych pieniędzy ograbić, najpierw ograniczając wysokość składki, a w najbliższej przyszłości likwidacją mojego konta w OFE. Likwidacja konta oznaczać ma ni mniej ni więcej, tylko położenie budżetowej łapy na zgromadzonych przeze mnie w OFE środkach. Nikt mnie nie przekona, że to nie jest kradzież, bo jest!!!

Jedyna szansa na to, żeby choć część moich pieniędzy, gromadzonych przeze mnie przez lata, trafiła do moich bliskich, w razie, gdybym ja nie zdążyła ich wykorzystać. Bo te pieniądze, w przeciwieństwie do kapitału w ZUS, podlegają częściowemu, bo częściowemu, ale jednak -  dziedziczeniu. A Minister liczy, że jak ZUS (czyli: państwo) przejmie moje konto w OFE, to ja najpewniej nie zdołam skorzystać z tych pieniędzy, bo służba zdrowia już zadba o to, żebym NA PEWNO nie dotrwała do emerytury.

Może pan Minister uważa, że społeczeństwo nie wie, skąd ta panika nagła tak, ni stąd ni zowąd? Otóż, społeczeństwo wie:

Nadszedł czas, gdy pierwsi emeryci powinni mieć wypłacane środki  zgromadzone w OFE. Tyle, że tych pieniędzy tam nie ma, są jedynie wirtualnie! Bo ZUS przekazuje składki wyłącznie papierowo, czyli księgowo. Fizycznie ich nie ma. Dopóki się prawa do emerytury nie ma, dopóty nie ma problemu, gorzej, gdy trzeba te pieniądze wypłacać! Wtedy państwo musi przekazać pieniądze, a nie tylko cyfry wirtualne. I to ma wielki, doprawdy wielki wpływ na budżet, w którym i tak zieje gigantyczna czarna dziura. Gdzie się podziewają nasze składki? To proste i łatwe do policzenia: na przykład jedna emerytura mundurowa, w kwocie 8000zł (wcale nie taki rzadki przypadek!), to miesięczna składka na fundusz emerytalny aż 10 (pi razy oko) pracujących ciężko obywateli. I dla tych obywateli, gdy oni doczekają wieku emerytalnego, nie zostaje nic, oprócz (oczywiście) tej dziury. A jest tu jeszcze jeden haczyk. Mundurowy na emeryturze przebywa średnio 40 lat, a cywilny robol co najwyżej połowę. Załóżmy więc tak, że pracuję 45 lat, wpłacam do ZUS co miesiąc 800zł na emerytalny fundusz. Na emeryturę idę w wieku lat 67. Uskładałam więc 432.000zł. Idę na emeryturę, na której pożyję sobie statystycznie 15 lat, czyli 180 miesięcy. Powinnam dostawać miesięcznie 2400zł emerytury, to wynika prostego rachunku. I to nie są wirtualne pieniądze, bo mój prywatny pracodawca je co miesiąc wpłacał na konto ZUS!!! To bardzo istotne.
Mundurowy. Wystarczy mu 15 lat pracy. Składki za niego płaci budżet, czyli nikt nie płaci, tylko księguje. Tak zwana fikcja literacka... Idzie na emeryturę w wieku lat 40. Pożyje więc sobie na emeryturze powiedzmy, że tylko 40 lat, czyli 480 miesięcy ( trochę dłużej, niż ja prawda?). Niech będzie, że ma małą emeryturę, jak na mundurowe warunki. Powiedzmy, że to "tylko" 3000zł, ale pomnożone przez te 480 miesięcy, daje 1.440.000zł (jeden milion czterysta czterdzieści tysięcy złotych!!!!) Piękna ta sumka. Na jednego mundurowego emeryta muszą więc się złożyć 3,3 osoby cywilne, harujące przez 45 lat każda.  I żadna z tych osób nie powinna dożyć emerytury, ale najlepiej umrzeć tuż przed osiągnięciem odpowiedniego wieku! I to jest właśnie a soucerfull of secret . Bo, nie tylko mundurowi nie płacą naprawdę żadnych składek.  Nauczyciele, cała budżetówka, służba zdrowia, etc. także nie płaci, ale pobiera!
I proszę mi nie mówić, że wydłużenie czasu pracy mundurowym o 10 lat cokolwiek tutaj pomoże, bo to nie pomoże wcale!


piątek, 26 kwietnia 2013

Towar eksportowy?



Polski towar eksportowy. Robert Lewandowski. Media aż się zachłystują sukcesem. 

Ja tam się na piłce nożnej nie znam, zresztą w ogóle na sporcie się nie znam, ale tak sobie myślę, że zachwycać to my się akurat nie bardzo powinniśmy. 

Bo, niech mi ktoś wyjaśni, jak to jest możliwe, że nasz „towar” tak znakomicie się sprawdza za granicą, a tak jakoś nie bardzo w kraju? I z czego tu się cieszyć? Z tego, że zamiast na inwestycje, które mogłyby przynieść w Polsce wymierne efekty gospodarcze, wydaliśmy gigantyczne pieniądze na praktycznie bezużyteczne, nikomu niepotrzebne stadiony? Czy one poprawią cokolwiek, będą czegokolwiek motorem, siłą napędową? Otóż nie będą! To pewne, jak w szwajcarskim banku. Jest tylko jedna alternatywa: albo będziemy w nie pakować kolejne miliony, albo upodobnią się do stadionu X-Lecia w Warszawie, czyli staną się wielkim jarmarkiem.

Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby ten nasz „towar eksportowy” na Euro 2012 zabłysł choćby gasnącym blaskiem. Jakoś tak to już jest, że u nas zawsze widać tylko dym ze zgaszonej świecy, a tam hipernove na firmamencie płoną. I tak mi do głowy przychodzi, czy ktoś na tym dymie nie dorobił się, jak zwykle? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to przecież wiadomo, o co chodzi…

czwartek, 25 kwietnia 2013

Niania i L-4, czyli skandal



Eh, te newsy na wp.pl…

Chyba zmienię przeglądarkę. Tyle, że nie jestem pewna, czy to cokolwiek zmieni, bo podejrzewam, że na innych portalach jest kropka w kropkę to samo. Najbardziej zaskakują mnie komentarze internautów, jak zwykle. Bo, że pismaki piszą dla samego pisania, to wiadome jest powszechnie. Chyba. Może się mylę?
Ale podpisy pod tekstami zadziwiają mnie:

 „Wiadomo po co ta afera z Gowinem. Gowin założy nową partię i potem będą z P.O. w koalicji. To wszystko ściema! Podobnie jak z Palikotem!”

A ja jakoś nie widzę tej koalicji PO-RP!? Może oślepłam, ale nie widzę.

W innym komentarzu każą przechodzić Gowinowi do PiS, jedynej słusznej partii. Ciekawe…ciekawe…

Inny tekst. Na temat odebrania rodzicom prawa do L-4 na opiekę nad chorym dzieckiem, gdy się zatrudnia nianię. Już w nagłówku jest „SKANDAL!”, a pod tekstem zaledwie jeden, jedyny, zdroworozsądkowy komentarz, reszta, to: Won z PO!, albo: Przepędzić tego ryżego Niemca!, itp. przemyślenia i przemyślonka.

I tylko ten jeden komentarz,  autorstwa zdaje się kobiety ( sądząc z nicku) , że przecież to chyba logiczne, że jak jest niania na etacie, za którą składki płaci ZUS, czyli całe społeczeństwo, to ten ZUS nie powinien jeszcze opłacać zasiłku opiekuńczego dla rodzica chorego dziecka. Albo niania, albo zasiłek, ale nie jednocześnie! Chyba, że do jednego chorego dziecka potrzebne są dwie osoby. A to by była nowość, jak mi się zdaje.
Siedzę teraz i myślę, jak naszym rodzicom udało się w trudnych bardzo czasach powojennego socjalizmu wychować nas, a nam później, w okresie transformacji wychować nasze dzieci? Bez ulg podatkowych, bez długich urlopów macierzyńskich, na bezpłatnych urlopach wychowawczych, bez niań i przy ówczesnych sklepach, w których artykułów dla dzieci nie było wcale, albo pojawiały się sporadycznie. Jak nam się udawało godzić marnie opłacaną pracę z tą opieką, szyciem i własnoręcznym dzierganiem wszystkiego, bez automatycznych pralek, bez gotowego jedzenia dla maluchów,  bez pieluch jednorazowych i w ogóle bez wszystkiego? Nawet zdobycie butelki dla niemowlęcia stanowiło wówczas nie lada wyzwanie. To jak sądzicie moi kochani komentatorzy, jak nam się udało was wychować?
Faktycznie, może macie rację, że  nie do końca nam to wyszło - sądząc po waszych komentarzach. Wydaje się, że nikt przy zdrowych zmysłach, pamiętający tamte lata, nie napisałby takich bzdur.

środa, 24 kwietnia 2013

Pleszki urządzają mieszkanie



No, zupełnie nie można pracować…
fot. J.K.





Zimą się nie dało, bo było karmienie ptaków, a teraz też nijak się skupić na obowiązkach, bo gniazdo się jednak urządza! Rano myślałyśmy, że sikory jednak zniechęciły parkę pleszek do zajęcia lokum pod karmnikowym daszkiem, bo nie było żadnego ruchu. Pleszki najwyraźniej jednak nie odlatują zbyt daleko od domku, bo gdy tylko jakiś nieproszony gość za blisko karmnika się pojawi, to od razu organizują nalot i przepędzają intruza.  


fot. J.K.
 A domeczek to chyba będzie miał ze trzy pokoje z łazienką i dziecięcą sypialnią, bo pani pleszkowa kursuje tam i z powrotem taszcząc w dzióbku pokaźne pęczki rozmaitości wszelakich: a to zeschłe liście, to mchu świeżego całe krzaczki, jakieś patyczki, korzonki i inne wąsy roślinne. Czasem zabawnie to wygląda, bo się z tym sakwojażem nie może zmieścić w drzwi  ø 30mm. I wtedy odlatuje na płot, by odrobinkę odsapnąć, ale po chwili podejmuje kolejną próbę wpakowania tego do otworu. Pomalutku, z  mozołem, ale wkrótce domek będzie umeblowany kompletnie. 

fot.J.K.

Dobrze, że te wiórki tam już były, zawsze trochę mniej trzeba naznosić dodatkowego wyposażenia. Wciąż jeszcze jednak nie widać w dziobach piórek, które podobno stanowią ostatni poziom wymoszczenia gniazdka pleszkowego.
fot. J.K.
Tak, czy owak, u pleszek jest podobnie, jak u ludzi. Pan pleszka głównie przesiaduje na gałęzi pobliskiego drzewa i tylko ma baczenie. A pindrzy się ciągle, a poprawia garnitur, wygładza, czasem tylko coś podrzuci do domeczku, ale z rzadka raczej. Pani pleszka natomiast robi kurs za kursem w okoliczne krzaki, za każdym razem dokładając jakiś dywanik, albo poduszeczkę, czy narzutę na kanapę.   

Chwilami wydaje się nam, że pan pleszka to się wręcz ukrywa przed żoną, jakoś tak dziwnie sadowiąc  się za jakimś pniem, w mało widocznym dla mocno zajętej pleszkowej miejscu. 
Pewnie ma dosyć babskiego gadania i popędzania do roboty, jak każdy facet...

wtorek, 23 kwietnia 2013

Pleszkowe amory



No, nareszcie! W naszym karmniku, a dokładnie w apartamencie pod karmnikowym daszkiem, będą chyba dzieci. Dwie prześliczne pleszki postanowiły zająć to lokum i przejąć na własność przez zasiedzenie, albo raczej – przez wysiedzenie. 
Do środka wsypałyśmy sporo drobnych wiórów drewnianych,  ptaszki coś tam już dorzuciły do dekoracji, ale na razie raczej niewiele. Głównie zajęte były rozmową na migi. Z tego dziwnego podrygiwania i pomachiwania ogonkami, z tego obskubywania zeschłych pnączy, zrozumiałam tyle, że domek z zielonym, spadzistym dachem pani pleszkowej odpowiada, a pokój dziecinny też zapewne będzie w nim w sam raz! Na zmianę, to jedno, to drugie do środka zaglądało, ale zawsze osobno! Potem chyba pan pleszka poleciał po obrączki, bo go parę minut nie było. Jak wrócił, to oboje schowali się w nowym mieszkaniu. Ja tam się na tych ptasich związkach małżeńskich zanadto nie wyznaję, ale chyba starczyło 10 sekund i na ślub, i na noc poślubną razem wzięte. Potem siedzieli na oddzielnych gałęziach i każde  poprawiało swój przyodziewek, co się ociupinkę wymiętosił był.

Na dnie karmnika zostało trochę resztek  po zimie, sikory zaglądają od czasu do czasu, już tylko chyba z przyzwyczajenia. I teraz też przyleciała jedna, a za nią zaraz pojawiła się kolejna. Pleszki natychmiast przypuściły atak, biorąc sikory w dwa ognie. Tyle, że sikory złośliwe są i zastraszyć się nie dają, szczególnie, że pleszki nie dorównują im ani rozmiarem, ani wagą. Siedziały w karmniku , na znak lekceważenia wroga rozcapierzając skrzydła i odwracając się doń kuprami. 
Pleszki bezradnie spoglądały na swój nowy dom, pod którym rozpanoszyli się nieproszeni goście.  Już się bałyśmy, że zrezygnują z zasiedlenia, ale nie! Wytrwały jakoś i pilnują, i moszczą to gniazdko, i wyglądają z niego co chwilę, żeby sprawdzić, czy zagrożenia nie ma jakowego, nowego. 
A my, z drugiej strony szyby musimy zachowywać się spokojnie, żeby nie płoszyć tych maleńkich lokatorów - nowożeńców.
Czekamy na rozwój wypadków.

sobota, 20 kwietnia 2013

Erotyka i pornografia

Jaka jest różnica między erotyką, a pornografią?
Taka, jak między popiersiem, a posągiem.
Rzeźbiąc popiersie, rzeźbiarz koncentruje się na górnych partiach ciała, a tworząc posąg - na całości.
Podobnie jest z twórczością erotyczną i pornograficzną: w filmie erotycznym, na przykład, kamera ujmuje w kadrze głównie górne partie, w pornograficznym wszystkie, bez wyjątku.

"Przecudną" powieść pt. "Nowa twarz Greya" wystawiłam do wolnego czytelnictwa w firmie. Oczywiście, co nieco napomknęłam, o czym książka jest. Wspomniałam o tej pornografii, uznając, że dla męskiej części załogi będzie to zachętą do zagłębienia się w ulubioną tematykę. Tu jednak się pomyliłam... Dwu odważnych panów pożyczyło to dzieło wiekopomne, oddawali już po dwu dniach, twierdząc, że jakoś im nie leży ta lektura (?!). Jeden powiedział, żebyśmy nie nazywali może tego pornografią, ale mówili o powieści erotycznej, to lepiej brzmi.
I wtedy właśnie przyszło mi do głowy, że nazwać pornografię erotyką, to jak nazwać posąg popiersiem.

czwartek, 18 kwietnia 2013

środa, 17 kwietnia 2013

Marian Załucki

I znowu, z uporem maniaka, sięgam do staroci:

"przygoda w poczekalni"

Mnie czekać kazano.
Spojrzałem nieśmiało.
Prócz mnie już sto innych
Tu osób czekało...
A każda z nich w ręku
dzierżyła numerek,
Na każdym numerku
Cyferek był szereg,
A mój był niestety
Najwyższy numerek!

Nie było gdzie usiąść,
Stanąłem w przeciągu.
I stałem cierpliwie
Iks godzin okrągło,
Tłumacząc przeróżnym
Ciekawym osobom,
Że ja tu - przepraszam -
Z wątrobą!...
Z wątrobą...
Z śledzioną.
Z nerkami.
Z ischiasem.
Z żołądkiem.
I z sercem...
(Bo pika mi czasem.)
Z gardziołkiem.
(Bo boli.)
Z kolanem.
(Bo strzyka.)
Z migreną.
(Dokucza.)
Z przewodem.
(Zatyka.)
Mówiłem. Czas mijał...
Mówiłem. Czas leciał...
(Dziewiąta... Dwunasta....
Już druga! Już trzecia!)

Wtem przerwał mi moje
Bolesne wywody
Siedzący pod oknem
Pan jakiś niemłody,
Z siwizną na skroniach
Widoczną z daleka.
Dłoń podniósł do góry
I krzyknął:
               - Wystarczy!
Nim swojej kolejki
Pan się tu doczeka,
Do chorób tych dojdzie
I uwiąd też starczy!

Zdziwiony rzuciłem
Więc wzrok na mężczyznę...
Ów palcem na skroniach
Swych wskazał siwiznę
I dodał żałośnie:
- Bo rzec panu muszę,
Że ja tu wciąż czekam
Z dziecięcym kokluszem!

I co???
Podoba się? Mnie bardzo! Satyra Załuckiego pochodzi z pi razy oko 1950 roku. Mamy 2013, też rok zresztą. 

Naszej historii pół wieku przybyło, a w Poczekalniach nic się nie zmieniło!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Fraszki



Niewinność

Przecież to nic nowego:
Jest wina, lecz nie ma winnego!


Święta

Mówiąc otwarcie:
Po prostu wielkie żarcie!

czwartek, 11 kwietnia 2013

Żoną mężom być



Niełatwo, oj, niełatwo…
Najpierw się musisz ciężko namęczyć, żeby złowić takiego, co to się na ślubne nieszczęście nadawać będzie. A, z tym nadawaniem, to też śliska sprawa. Niby już, już obserwacje poczynisz, ocenisz ( na oko, albo i nawet na zajęciach praktyczno-technicznych), że może być, że samodzielny taki, zaradny, a troskliwy, że aż mięknie ci serce. Taki, co to „uważaj, Złotko, bo błotko!”. Śniadanko do łóżeczka, jak w reklamie kawy Jacobs Krönung. Kolacja przy świecach, na stole codziennie świeże kwiaty. Śmieci wynosi, zakupy taszczy na 10 piętro bez windy, na rurze jeździ, żebyś aby alergii nie dostała. Co rusz, to nową pocieszkę sfinansuje, żebyś jak ten kwiat cieszyła i oko, i nos.
No, skarb po prostu, nie kandydat!
A jak jeszcze klęknie z wiechciem jakimś i wręczy takie maleńkie puzderko, w którym cosik maleńkiego, ale cennego lśni nieskazitelnym blaskiem, to już jesteś ugotowana i bez namysłu wykrzykujesz: „TAAAAK!!!”
I rwiesz się całą duszą swoją i ciałem do tej przyszłości jaśniejącej i drogi usłanej różami (modyfikowanymi genetycznie, czyli bez kolców). Już ci niosą suknię z welonem, już Cyganie czekają z muzyką…
Krótko mówiąc – wpadłaś, a właściwie - przepadłaś!
Noc poślubną też już masz za sobą, i to nie jedną, bo kota w worku przecież nie chcesz, prawda?
I budzisz się pewnym rankiem, przeciągasz po nocy upojnej, gnijąc w niedzelę w betach do południa prawie. Jeszcze nie otwierasz swoich pięknych oczu, tylko wąchasz, czy aby ten Jacobs już nadciąga? A do Jacobsa może jajeczko średniomiękkopółtwarde? Nic. Żadnych cud aromatów. Zamiast woni przemiłych  czeka na ciebie doznanie dla innego zmysłu – słuchu. W sypialni rozlega się dotychczas nieznany ci dźwięk, otwierasz zatem jedno oko, zerkasz, a to twoje nieszczęście ślubne chrapie w najlepsze, nie reagując wcale na próby wyłączenia tej kakofonii dźwięków. W końcu udaje ci się dobudzić tę swoją, hałaśliwą połówkę, która nakrywając się kołdrą na głowę niezbyt uprzejmie mruczy: Oj, nie budź mnie jeszcze, lepiej idź i zrób jakieś śniadanie, bo chyba głodny jestem. Zjadłbym jajecznicę na boczku. I zaparz kawę, dużo kawy.
Zapamiętaj sobie – ten niedzielny ranek jest prologiem długiej opowieści, która, im bardziej się w jej treść zagłębisz, tym okazuje się nudniejsza, a kolejne stronice coraz rzadziej pachną tymi różami.
A odłożyć na półkę się nie da! Niektóre żony próbują same pisać epilog, szczególnie, gdy mają już dość. Czasami też sięgają po kolejną powieść, ale najczęściej znowu się rozczarowują, bo jak w poprzednich, róże są tylko na okładce, a w środku  zawsze sumak.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nowe oblicze Greya



Nowe oblicze Greya
Jasny gwint! Bestseller! No, bestseller po prostu!
Tylko wciąż się zastanawiam – z której strony to „arcydzieło” oglądać, żeby się dopatrzeć tego best? Bo jakoś nie widzę.
Bo, że szmira, pornoszmira wręcz, to owszem, widzę! Trudno nie dostrzec tego, co zajmuje 99% tekstu. Reszta to jakieś „dialogi na cztery nogi”, czy coś w tym rodzaju. I tak, przez całą treść książki prześlizgujemy się z łóżka na trawkę, z trawki do łazienki, na biurko, do samolotu, etc., itp., itd. I wszędzie to samo: czyli wszystko na „p”.
Ja wiem, rozumiem, że sceny łóżkowe są potrzebne, dla odmiany, dla podkreślenia wątku, albo towarzyszącej zdarzeniom atmosfery. U J. Irvinga też takie sceny są, nawet dosyć często, ale oprócz nich jest jeszcze treść, najistotniejsza, intrygująca i w ogóle…

A „Nowe oblicze Greya”? Mogę je streścić:

Młode dziewczę, udające niewinność tak skutecznie, że łapie na ten lep obrzydliwie bogatego biznesmena, który to piękny jak ten bóg jest. Ów dżentelmen  oczu swoich (nie, nie! Co ja mówię? Jakich oczu?!!) od dziewoi oderwać odtąd nie może. I tak już do końca nie odrywa, z krótkim antraktem jeno, na pobyt eksdziewicy ( bo poślubionej oficjalnie, i w tak zwanym międzyczasie niemalże bez przerwy używanej, oczywiście!) w szpitalu, wskutek naruszenia jej nietykalności cielesnej przez ciemnego typa, mściciela z przeszłości imć Greya. Koniec. Reszta to już tylko p…

A książka liczy kilkaset stronic. A na tych stronicach co rusz to: „usta me”, „wargi me” ( przy czym i jedne, i te drugie),  aż drze za uszami…
Moim zdaniem, to jest książka dla ludzi o bardzo ściśle określonych upodobaniach, którzy są najczęstszymi klientami płatnych kanałów dla bardzo samotnych dorosłych.
Od dzisiaj, jak przeczytam gdzieś, że coś jest uznawane za bestseller, to będę to rozumieć tak:

„szmirowate, mamonistyczne wypociny, dla inteligentnych inaczej”

Oddział zamknięty

Koniecznie trzeba obejrzeć na youtube.pl videoklip Kabaretu pod Wyrwigroszem "Oddział zamknięty". Majstersztyk, kabaretowy majstersztyk!

wtorek, 2 kwietnia 2013

A jednak wszystko już było



 Łaskawa Pani!


Wiosenko, wiosenko cieplutka!
Bądź proszę dla nas milutka
i przybądź, lecz nie na piechotę,
bo gdy dojdziesz do nas nareszcie
to już pora będzie by zaraz
wyruszać w drogę z powrotem.

Tak długo już mrozi nas Zima
nikt dłużej tego nie przetrzyma!
Więc postaw się w naszej sytuacji,
wejrzyj na blade liczka,
dotknij sztywnych z zimna kości,
zmień koloryt  sinoszarej karnacji.

Pozwól zrzucić ciepłe kożuszki,
w barwne kiecki wystrój dziewuszki!
Miotełkom, co stoją w kątkach,
próżnując od tylu miesięcy,
każ przewietrzyć wyschłe wiązki
i zakrzątnąć się przy porządkach.

Wiosennych, rzecz jasna, wiosennych!!!!

Znalazłam w bardzo starych archiwach dowód na to, że wiosna spóźnia się nie po raz pierwszy - wierszyk może 2005, może jeszcze wcześniejszy, sama nie wiem.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Prima aprilis

Za oknem bajkowo, jak na ilustracji do baśni Andersena. Drzewa uginają się pod ciężarem białego puchu. I wciąż sypie. Auta na parkingu osiedlowym powoli znikają w zaspach. I jest 1 kwietnia. Prima Aprilis. Prima Aprilis???