wtorek, 19 marca 2013

Wiosna o nas zapomniała



Jakoś bardzo powoli idzie ku wiośnie. Kilka cieplejszych dni niosło nadzieję, że już lada chwila rozgości się u nas najpiękniejsza pora roku, że buchnie zielonością, rozpachni się urokliwie, zawróci w głowach. A tu – zima się uparła i odejść nie chce, za nic! W stołówce ptasiej ruch niezmienny. Goście skaczą sobie do dziobów, jakby ostatnie ziarenko im serwowali. Codziennie około litra karmy konsumują. Ostatnio restaurację polubiły czyżyki. Maleństwa takie, kruszynki pierzaste, pstrokate. A wojownicze, że ha! Odwagi mają więcej, niż wróble, dzwońce i sikory razem wzięte. Gołąb zawitał do karmnika. Skusiły go ziarna kukurydzy i grochu. Wszyscy goście frrrruuu! W krzaki. I tylko zabawnie, nerwowo podskakują na gałęziach, oburzone. A czyżyki? A gdzie tam! Czyżyki dalejże przeganiać nieproszonego gościa. Łup! Łup! Trzepoczą skrzydłami i okładają go z każdej strony, poszturchują dzióbkami. Wprawdzie gołębiowi krzywda żadna się nie stała, bo ociupinki są dla gołębia tym, czym tzw. obszczymurki dla bernardyna – dużo hałasu, mało efektu.
Jednak zmasowany nalot zrobił swoje, gołąb odleciał na pobliskie drzewo. I rozsiadła się ta klikudziesięcioptaszkowa wycieczka czyżyków w karmniku i wyjadła do cna, do ostatniego gorczycowego ziarenka. A bałaganu narobiły, z karmnika z impetem wylatywały ziarna, we wszystkie strony świata. To akurat bardzo odpowiadało kosom i bażantom, bo smaczny dywan wymiecionej karmy zaległ na śniegu pod stołówką. I można się było pożywiać w spokoju, bez nadmiernych emocji.
I tak codziennie, zanim wstanie świt, głodomory czekają już niecierpliwie na otwarcie restauracji. Zniecierpliwione podfruwają do okna, stukając w szybę, jakby chciały powiedzieć: No, dalejże! Niech się kuchnia pospieszy, bo pora na śniadanko! No, to maszeruję z puszką ziaren, dookoła budynku, a kosom to się nawet nie chce na płot frunąć, siedzą pod karmnikiem i patrzą na mnie ciekawskim oczkiem. Dzisiaj musiałam jednego takiego grzecznie poprosić, żeby raczył się przesunąć, bo go niechcący mogę nadepnąć i wtedy dopiero będzie rozpacz. Podreptał na drugą stronę słupka karmnikowego i siedzi. Byłam uprzejma – sypnęłam trochę pod dziób jaśnie panu.
A szpaków wciąż ani widu, ani słychu…

Brak komentarzy: