czwartek, 7 marca 2013

List otwarty do Jurka O.



Panie Jurku, jedyny, któremu ufam ja,  jako jednostka społeczna. Ufam na tyle, że co roku wielokrotnie udzielam się finansowo na rzecz WOŚP.
Mam prośbę – Niech Pan nie mówi, że  ogromna większość lekarzy poświęca się swojej pracy i leczy obywateli, bo to nie jest prawda! Wiem, wiemy, że chce Pan być dyplomatyczny, ale chyba nie tędy droga…
Nikt, ale to absolutnie nikt w moim środowisku (krewni i znajomi królika) nie zgadza się z takim stwierdzeniem. Ogromna większość lekarzy ma pacjentów w bardzo głębokim poważaniu. To ci poświęcający się ( bo tacy są, fakt!) stanowią chlubne wyjątki, które potwierdzają żałosną i bolesną regułę: Pacjent jest dla służby zdrowia. Kropka.

Każdy, kto miał nieszczęście się z tą „służbą zdrowia” zetknąć, o tym wie.  I każdy zna przypadki kończące się tragicznie dla szukających pomocy w tej „służbie”. Ja, Panie Jurku, mogłabym napisać książkę na ten temat. I nie byłaby to książka do śmiechu…
Miałaby tytuł: „Trupów nie przyjmujemy”
Trup żył jeszcze 8 lat. Przyjął go jeden z tych lekarzy-wyjątków, w innym szpitalu. Choć nie musiał, bo szpital był nie z tego rejonu.
I jeszcze byłoby tam o wyrzucaniu pacjenta w środku nocy z izby przyjęć na bruk. Pacjenta chorego na raka, z gorączką 40 st.C i z zawałem. Bez dokumentów wyrzuceniu, bo pacjenta przywiozło pogotowie. Pogotowie, które nawiasem mówiąc prawidłowo rozpoznało zawał, a którego pani doktor na SOR się nie dopatrzyła. Pacjentowi pomocy udzielił dozorca, gdy zemdlał pod szpitalnym murem.
Byłoby też o cudownej pani Doktor i pielęgniarkach, które  na oddziale paliatywnym z prawdziwą miłością bliźniego opiekowały się umierającymi, nieprzytomnymi pacjentami.  Ale to byłby jedyny, pozytywny i niosący nadzieję, fragment książki.
Resztę stanowiłaby opowieść o piekle na ziemi, przez które muszą przejść ludzie chorzy. W naszym pięknym, nadwiślańskim kraju. Z którego tak bardzo byśmy chcieli być dumni, ale nie mamy powodów. Do dumy.

Brak komentarzy: