piątek, 29 marca 2013

Likwidacja świąt

Podobno Belgia likwiduje chrześcijańskie nazewnictwo w kalendarzach i nie tylko. Ferie w szkołach mają być zimowe i wiosenne, a nie, jak dotychczas "bożonarodzeniowe" i "wielkanocne".
I oburzenie jest wielkie, w pewnych kręgach.
I choinki nie będą ubierać w miastach.
I ja nie rozumiem, o co chodzi. Ferie faktycznie nie powinny się zwać od świąt, które akurat przypadają w ich czasie, chociaż to właściwie też żaden problem. Moim zdaniem, nie ma o co kopii kruszyć. Ale formalnie nazwa "zimowe" i "wiosenne" byłaby neutralna światopoglądowo. Społeczeństwa europejskie są mieszane, nawet bardzo. Granice otwarte, mamy więc jak w kociołku - po trosze różnych kultur, wyznań, poglądów. Trzeba się z tym pogodzić, albo wrócić do kulturowej izolacji.
Krzyk o dyskryminację chrześcijan w Europie jest chyba na wyrost? Chyba żadna grupa wyznaniowa nie ma większej dominacji, niż chrześcijańska, przynajmniej w Europie. Jakoś nie mogę się dopatrzeć w kalendarzu świąt żydowskich, prawosławnych, islamskich, ani innych. Niewierzący, albo wyznawcy innych kościołów, przez cały rok muszą znosić cierpliwie liczne procesje, śpiewy i tradycje katolickie. W pracy też nie jest łatwo odszczepieńcom - mimo oficjalnych zakazów dyskryminacji ze względu na wyznanie - co rusz mamy, a to jajeczko, a to znowu opłatek. I nikt nie pyta, czy tym "nienormalnym" jest miło, czy się czują urażeni? Ba, nikt spośród katolików nawet nie dopuści myśli, że mogliby kogoś urazić obnoszeniem się ze swoją tradycją. I trzeba uczestniczyć w tej komedii, żeby nie być poniżanym później. Bo katolicy to bardzo miłosierna grupa - nawet, gdy cię nie ukamienują, to przynajmniej zatrują ci życie. Wszystko w ramach miłości bliźniego, oczywiście!
A mnie się wydaje, że wiara, to bardzo prywatna sprawa. tak prywatna, że nie powinno się z nią obnosić.
Ogłoszono niedawno, że ponad 80% społeczeństwa polskiego, to katolicy. Mnie też zaliczono do tej gromadki. Zaliczono wyłącznie dlatego, że figuruję w księgach kościelnych. Bo, nie dokonałam oficjalnej apostazji. Ja, podobnie, jak tysiące innych, którym się albo nie chce, albo nie czują się na siłach przejść drogi przez mękę kościelnej biurokracji. Sądzę, że dopiero przy okazji jakiegoś referendum można by dowiedzieć się, ilu prawdziwych katolików żyje w naszym nadwiślańskim kraju.
Ta wiedza byłaby jednak z gatunku niebezpiecznych. Nikt się nie odważy.

Brak komentarzy: