czwartek, 27 grudnia 2012

Na Nowy Rok


Czego tu sobie życzyć
w nadchodzącym roku?
Może lepszego życia?
Lub przynajmniej –
niech będzie w toku!

Może – pieniędzy dużo?
Albo- niech ich będzie
nie mniej!
Może spełnienia marzeń?
Albo tak: Marzenia miej!

Może – awansu w pracy?
Lub, chociaż  - zatrudnienia?
Milszych koleżanek, kolegów?
Eh, najlepiej niech się nic
nie zmienia!

piątek, 21 grudnia 2012

Świątecznie












                   Stroik firmowy, na spotkanie wigilijne przygotowany. Szyszki, ścięte z wierzchołka drzewa pootwierały się przepięknie. Wysypałam z nich nasiona pod karmnikiem, co niezmiernie ucieszyło bażanty.


fot. J.K.

Nasz dzięciołek, który wyjada nasiona z szyszki świerkowej, codziennie, na drzewie przed naszym firmowym oknem. A dzisiaj jeszcze licznie zleciały się grubodzioby, awantury takie w stołówce ptasiej, że trudno pracować spokojnie. Jeden, wyjątkowo duży samiec tak się panoszy, goni wszystkie pozostałe ptaki, które umykają w popłochu i potem podskakują nerwowo na gałęziach drzew. Czekają, zestrachane lekuchno, na swoją kolej. od czasu do czasu któryś próbuje coś uszczknąć z karmnika, z boczku, dyskretnie, zza węgła, ale egoista zaraz się złości i wypędza maleństwa ze stołówki. Eh, ciężki los kruszynek latających...

piątek, 14 grudnia 2012

Szyszki pod lipą



I znowu zima pokazała, że może być urocza. Odwilże wciąż przed nami, a ptasia stołówka czynna. Kuchnia pracuje pełną parą i nie nadąża. Dzisiaj rano zabrakło ziaren. Się działo! Najpierw zdziwienie przy stolikach – jak to, gdzie śniadanko? Goście obrus wytrzepali, pozmiatali na śnieg łupinki słonecznika, głodni czekają w pełnej gotowości, a tu nic! No, to dalejże w okno postukiwać niecierpliwie. Podlatują, stuk puk, i do karmnika – miejscówki pilnować. Chciał nie chciał, trzeba było zaradzić. Znalazłyśmy stare ciasteczka, wszystkiego dwa wafelki. Pokruszone zaniosłam do stołówki, zanim wróciłam do pokoju, ptasie towarzystwo już degustowało. To jednak nie to… słonecznik lepszy. Niby coś tam skubną, ale więcej ląduje na śniegu. Obraziły się w końcu i poleciały, może do konkurencji?

No, nareszcie!  Kolega przywiózł te ulubione ziarna. Nasypał, powiesił też taki balasek na druciku, ale goście najwyraźniej się trochę dąsali. Jakiś czas pustkami stołówka świeciła. Ale niedługo!

Pierwsze sikorki, wyfraczone bogatki się odgniewały. Za nimi zleciały się modraszki, w zabawnych jarmułkach na łebkach.  Po kilku minutach pojawiła się prawie cała, okoliczna ptasia menażeria, czyli: dzwońce, wróble, grubodzioby, dwa kosy, jeden rudzik, trzy królewskie pieczenie z bażanta (jeszcze z piórami i na własnych nogach), ciekawskie i kłótliwe sójki i sroki, a na lipie zasiadł, jak zwykle, dzięcioł pstry. Dzięcioł ma przy naszym oknie dwie takie miejscóweczki. Jedna jest na lipie, druga na wierzbie. W koronach drzew ma wydziobane dołki, w które wtyka szyszki, żeby wygodnie było wydobywać z nich nasiona.
Śmiesznie to potem wygląda, niczym przysłowiowe „gruszki na wierzbie”. Pod lipą i wierzbą spoczywają w spokoju całe kopce, wyjedzonych do ostatniego nasionka, szyszek.

czwartek, 6 grudnia 2012

Gotowanie na ekranie



Nie ma co nadrabiać miną!
Cóż, nie jestem
dobrą gospodynią..

Ale, to rzecz pewna:
ja jestem
bardzo oszczędna!

I, choć nie oszczędzam na RORze,
to i tak
całkiem nie najgorzej:

Inna zużywa gaz, albo prąd,
ja przeciwnie –
- ależ skąd!

W kuchni nie jestem rozrzutna,
wciąż odkładam gotowanie.
Do jutra.

Nikt nie mówi, że mu nie smakuje!
Bo ja, po prostu,
wcale nie gotuję!

Gotują wszyscy w TV i w gazecie.
To sobie gotujcie,
gdy lubicie i chcecie!

Tylko, proszę panów i pań,
nie wmawiajcie, 
że w 10 minut z trzech dań!

środa, 5 grudnia 2012

We własne piersi



Bardzo lubiłam kabaret „60 minut na godzinę”. Dzisiaj nie lubię już pana, panie Marcinie Wolski. I przykro mi, że taki znakomity autor stał się fanatykiem teorii, które dziwią nie tylko mnie. I jeszcze to zamiłowanie do Sienkiewicza… No, naprawdę żal… Nie podoba  się panu „Pokłosie”? Bo, jak pan to określił - W tym filmie sami siebie opluwamy. Mam staroświecki stosunek do sztuki, która powinna streszczać się Sienkiewiczem, krzepić serca, promować ideały i szlachetne postawy. A pomysł filmu sugerującego zamachu w Smoleńsku, to już i owszem – podoba się? Panie Marcinie, czemu tak? Co się stało?

Przyznam, że pana nie rozumiem zupełnie. Mam zawsze mnóstwo szacunku dla ludzi umiejących się otwarcie i głośno przyznać do popełnionych błędów. Nie mam szacunku dla ludzi, którzy nawet w świetle niezbitych dowodów, przed sądem za nic nie chcą się przyznać do winy.

Ja wiem, rozumiem, że każdy jest zniesmaczony tą ogólną niemocą obecnej władzy. Ja też jestem. Ale to jeszcze nie powód, żeby wpadać w zachwyt nad rządami poprzedniej, bo doprawdy gorszej nie było chyba w całej historii po tzw. przełomie. 
I gorszego prezydenta, niż spoczywający na Wawelu, też chyba nie. Sam fakt posiadania żony, jeszcze ani Sokratesem, ani też Aleksandrem Wielkim nikogo nie czyni.

Panie Marcinie, teoriom spiskowym mówimy stanowcze NIE! Nie chcemy ani o nich słuchać, ani tym bardziej oglądać ich filmowej wersji. Ja wiem, że oglądalność się dorobi – spędzi się młodzież szkolną, obowiązkowo. Bywało tak w historii wielokrotnie. A, że młodzież podatna na wizję jest, to i pewnie w teorię uwierzy, przyszły elektorat zapewni.

W przeciwieństwie do pana, cieszy mnie, że jeden z moich ulubionych aktorów, Marian Opania, nie chce przyłożyć swojego wielkiego talentu do tego, nowego filmu  reżysera Krauzego, bo i po co? Ma prawo nie chcieć przyłożyć!

Trzeba bić się najpierw we własne piersi, a dopiero potem w cudze… Tyle, że to rzadka umiejętność wśród różnej maści fanatyków… I polityków.