środa, 31 października 2012

Przemyślunki

Skończyłam lekturę "W jednej osobie" J. Irvinga.
Podoba mi się, między innymi: " To nie my mamy pamięć, to pamięć ma nas. Odkłada wspomnienia na półkę, by przywołać je w najmniej oczekiwanym, najmniej pożądanym momencie." I jeszcze: " Nie oceniaj mnie od razu. Nie przyklejaj mi etykietki. Poczekaj, aż mnie lepiej poznasz."
Naprawdę znakomita powieść.

wtorek, 30 października 2012

W jednej osobie



Ostatnia powieść Johna Irvinga. „W jednej osobie”. Irwing lubi szokować, tyle to już wiem. Pierwsze pytanie, które nasunęło mi się, gdy wzięłam do rąk tę, ostatnią, świeżutką książkę, to: Jak to możliwe, że książkę tę wydano u nas, w Polsce? W tym, nietolerancyjnym i skostniałym, kraju? Powieść „W jednej osobie” jest naprawdę szokującą, przejmującą do szpiku kości biografią fikcyjnego ( a może nie?) pisarza – biseksualisty. Chociaż autor ma lekkie pióro, jego twórczość w zasadzie się połyka bez przeżuwania, to w przypadku tej akurat powieści, trzeba się nastawić na odgryzanie po małym kawałku, pozostawienie czasu na dokładne przetrawienie każdego jej rozdziału. I wcale nie dlatego, że czyta się ciężko! Po prostu trzeba nad każdym fragmentem się głęboko zastanowić, przemyśleć, wczuć się w opisane ze wszystkimi, najdrobniejszymi szczegółami, przeżycia bohaterów. A nie są one lekkie, łatwe i przyjemne… Oj, nie są!
Dla kogoś, kto jest hetero, lektura tej książki jest tym, czym odkrycie Ameryki dla Kolumba. Myślę, że to lektura obowiązkowa. Bez dwu zdań!

piątek, 26 października 2012

Dowcip na czasie

 Polaków rozmowy przez CB radio:

- Mobilki! Czemu jest korek w kierunku na Narodowy ????
- Ryby wiozą, by do "basenu narodowego" wpuścić !!!!
- A na co te ryby łapać będą ????
- A na muchę koleś!!! na muchę !!!!

czwartek, 25 października 2012

Ciąg dalszy nastąpi(ł)



Jest taki program w TVN24, „Ciąg dalszy nastąpi(ł)”.
U nas, w blokowisku też nastąpił. Wczoraj, jak słyszałam, doszło do - mówiąc delikatnie - nieeleganckiego zachowania pewnego pana – kolesia, jak go określił Pijawka. Podobno przyuważył ci on był jedną panią z sąsiedniej wspólnoty mieszkaniowej na parkingu. Na NASZYM PARKINGU!!! Poszło o to, że Pani bezczelnie postawiła swoje auto na parkingu należącym do naszego bloku. Świeżutko wybudowanym. Ledwie co ogrodzonym przepięknie tak. Koleś był łaskaw chwycić panią za gardło i pchnąć na samochód. Skończyło się podobno wizytą oznakowanego pojazdu z napisem „POLICJA”. I awanturą na całe osiedle. Szczegółów nie znam, Pijawka tylko tyle się dowiedział. Ale jest very good, very good! Podoba mi się, coraz bardziej mi się podoba. Każdy blok ogrodzony, z mojego IV pięterka widać uroczo pocięte tymi ogrodzeniami osiedle jak dłoń, poznaczoną liniami serca, rozumu, etc... W odwecie, któryś z mieszkańców tej, wrogiej wspólnoty zalał farbą auto członka zarządu naszego bloku. Zapewne jakiś koleś z naszej wspólnoty mieszkaniowej teraz – także w odwecie – podziurawi koła w autku przedstawiciela tej sąsiedniej. I tak się będzie to już toczyć bez końca. To przecież  nasza ukochana, gumisiowa tradycja!

środa, 24 października 2012

Białowieża





W niedzielę zażyliśmy pigułkę białowieską. Tam i z powrotem. Pogodę zapowiadano idealną, nastawiliśmy się na zdjęcia cud piękności, kolorowe, jesienne. Trochę się synoptykom prognoza omsknęła, cały dzień tonął w gęstej mgle. A z prognozowanych 16 Celsjuszów, została tylko końcówka po jedynce, czyli 6. 
Oczywiście, wobec takich zapowiedzi, wystroiłam się raczej letnio, niż zimowo, co poskutkowało lekkim przemarznięciem i nieszczelnym nosem. W Puszczy Białowieskiej jest wilgotno o tej porze roku, bardzo wilgotno. Ale i tak było warto – liściasty las w październiku płonie, skrzy się złociście, jak bursztynowa komnata. Turystów niewielu, kilka wycieczek tylko w Białowieży. Pomaszerowaliśmy do Parku Królewskiego, wdrapaliśmy się na wieżę widokową w budynku Muzeum Puszczy Białowieskiej. Mgła, która nie chciała jakoś pójść precz, zakłóciła nam lekuchno perspektywę, ale i tak było warto: Puszcza ma świeżo ufarbowaną na rudo czuprynkę, poprzetykaną resztkami zieleni. Taki modny balejaż puszczański. Kusiło nas pomaszerować pieszo z parku, przez pola, do tej zwierzęcej ostoi, do tego matecznika żubra. Jednak bez przewodnika nie wolno, obeszliśmy więc park wzdłuż i wszerz, przy akompaniamencie spadających liści, sypiących się z drzew i układających w bliżej nieokreślone wzory, lakierowane skraplającą się głośno mgłą.  Było 
południe, a mgła wciąż nie pozwalała słońcu przebić się przez swój puch. Obiadek w jadłodajni przed wejściem do parku. 


Jadłodajnia przy parkingu jest pozornie nieciekawa, nie zachęcająca do konsumpcji, ale to mylne wrażenie – jedzonko znakomite i niedrogo. Spałaszowaliśmy niebiańską zupkę z opieniek, do tego pierożki z kapustą i grzybami. Trzeba poczekać cierpliwie, bo to nie MacDonalds. Ale uczta na miarę królewską – pycha! Za trzy osoby 72zł. Gwarancja braku dolegliwości gastrycznych. jedliśmy tam wielokrotnie, więc wiemy.
Rozgrzani i najedzeni pojechaliśmy drogą na Narewkę, obejrzeć, w październiku stojące w pełnej krasie, królewskie dęby. Szlak dębów królewskich wytyczony jest w leśnych ostępach drewnianym podestem dla wędrowców. I dobrze, bo mokra, śliska ściółka nie ułatwia wędrówki. Te kilkusetletnie dębiska tworzą towarzystwo wzajemnej adoracji, rosnąc blisko siebie, wycieczka nie jest więc długa, a można ją nawet na wózku inwalidzkim zaliczyć. W odpowiednich miejscach tabliczki z krótkim opisem wiekowego dębu: czyje nosi imię, ile ma lat, jaki obwód w pasie, etc. Troszkę historii. Jest też w wersji dla niewidomych. Szkoda tylko, że niewidomi nie mogą tych drzew dotknąć, obejść, przytulić się do pni. Z samego opisu trudno chyba stworzyć w wyobraźni obraz tych leciwych gigantów? Jednak rozumiem, że poprowadzenie osoby niewidomej przez ten gąszcz korzeni i butwiejących gałęzi, przez te leśne ostępy jest niemożliwy. Dlaczego dęby starzejąc się, łysieją od dołu?  Im starsze, tym mniejszą koronę gałęzi mają. Młodsze dębiska mają gałęzie nawet tuż nad ziemią, starym zostaje pokręcony, guzowaty, wysoki pień, zwieńczony gdzieś tam, pod niebem, resztką liściastych gałęzi. Dęby nie siwieją, jesienią stoją w złotych koronach, pełne prawdziwie królewskiego dostojeństwa. Pokłoniliśmy się im nisko, bo 400, czy nawet 500 lat to ho ho! Sędziwy wiek! Przy jednym tabliczka nagrobna z datą śmierci – 1989 rok. Umarł po 300 latach. Piękny wiek…
Jeszcze tylko rezerwat pokazowy żubra w drodze powrotnej. Mister żubr z madame żubrową pasą się tuż przy ogrodzeniu. Zagaiłam do atletycznego pana, pytając: „How do you do?”. Spojrzał na mnie spode łba (dosłownie!) i prychnął z nieskrywaną niechęcią. Pan Monsz przymierzał się właśnie do portretowania tej dorodnej pary, ale mister żubr, jak każdy facet, zazdrosny jest wielce, natychmiast ustawił się pomiędzy żoną, a nami, dając wyraźnie do zrozumienia, że sobie nie życzy! Było to tak ostentacyjne, tak wyraźnie zamierzone zachowanie, że zaczęliśmy się wszyscy śmiać. Żubr nie raczył nawet na nas spojrzeć, stał obrażony i pofukiwał tylko. Pani żubrowej zdaje się było wszystko jedno, skubała trawę, nie zwracając na nic uwagi. Po co się będzie głupimi ludkami przejmować? Ogrodzenia mają to do siebie, że z obu stron wygląda się przez nie głupio.
W innej zagrodzie, w stosownym oddaleniu od swojego haremu, polegiwał sobie jeleń. Poroże dorodne, rozłożyste, gotowe na jesienne rykowisko. Przyglądając się mu, pomyślałam, że w mieście , na co dzień, spotykam wprawdzie wielu rogaczy, ale żaden nie jest tak urodziwy. Zagroda z dzikami pustawa jakaś w tym roku, tylko cztery osobniki. Jeden niedorostek. Niestety, był też stary odyniec i zdaje się dwie lochy. I pewnie dlatego co chwilę dochodziło do awantury, stary samiec poszturchiwał i próbował przepędzić młodego. W końcu mu się udało – przegnał go na drugi koniec zagrody. Młody, pogodzony z losem, przyzwyczajony chyba do takiego traktowania, spokojnie grzebał w błocie, szukając żołędzi. Tu jednak do akcji wkroczyły damy i stary odyniec miał się z pyszna, przyparty przez dwie nadąsane lochy do ogrodzenia. Najwyraźniej uznał, że seks jest lekarstwem na babskie fochy, próbował dobrać się do pań, a skończył w innym, odległym kącie wybiegu, urągając sobie głośno.  Inne zwierzaki jakoś nie bardzo mu współczuły, widać ich zdaniem zasłużył sobie! Ryś, żubronie, sarny, łosza, nawet wilki zajęte były własnymi sprawami. Pewnie myślały: Ot, to tylko taka drobna, rodzinna sprzeczka! Tylko dzięcioł na pobliskim drzewie, stukał dziobem jakby szybciej – pewnie telegrafował do ptasiego, plotkarskiego radia.   

czwartek, 18 października 2012

Wesoły poranek

Mam dzisiaj wolne. No, może nie do końca jest to wolność absolutna, ale przynajmniej zawodowo. Idę sprzątać groby. Prognoza optymistyczna, ma być piękny dzień. Dachu zamykać nie trzeba. Po porannej, domowej krzątaninie zapaliłam sobie papierosa, w oknie kuchennym, jak zawsze. A tu z IV piętra widok cud piękności - na niebie samoloty wypisały autostrady donikąd. Znad dachów sterczą kolorowe grzywki, wszystko tonie w złocistościach rdzawych, przetykanych już tylko gdzieniegdzie resztką zieleni. Jeszcze ptaki cieszą się słońcem, jakaś samotna, już trochę zaspana mucha dobija się do okna, próbując znaleźć zimowe schronienie. Wysoko, wysoko klucz kormoranów. Te to same nie wiedzą, gdzie chcą być, trochę posiedzą nad jedną rzeką, ale zaraz się nudzą i już frrrruu nad drugą posejmikować. One zawsze w grupie, nie lubią samotności. Indywidualizm im obcy.
Wciąż trochę chłodno, poczekam, aż się dzionek obudzi i rozgrzeje. A świat budzi się teraz powoli, bez pośpiechu. Lubię ten przedświt, gdy niebo jeszcze ziewa rozespane, wtulone w ciemność. Już już wydaje się, że podnosi głowę z poduszki horyzontu, ale nie! Jeszcze na drugi bok się przewróci, podrzemie chwileczkę, nastawi budzik na drzemkę. I za chwilę wyłania się rozczochrana głowa świtu, jeszcze słoneczne oko jakiś niesforny kosmyk przykrywa, zdmuchnięty zaraz wiatrem. I oto mamy nowy dzień! Może i jesień bywa upierdliwie depresyjna, ale na pewno nie dziś. Nie dziś!

wtorek, 16 października 2012

Zmęczenie materiału



Zmęczyłam te „Biesy”. Dosłownie – zmęczyłam, uff…
Ja wiem, tak, arcydzieła literatury, etc., itd. Jeżeli mierzyć wielkość, albo raczej – jakość arcydzieła trudnościami podczas lektury, to faktycznie, całkiem sporo dzieł da się umieścić na literackim piedestale.  Już dawno doszłam do wniosku, że z kwalifikacją i uznaniem wartości literackich, malarskich, czy innych, jest coś nie tak. Dlaczego KTOŚ ma prawo decydować za nas, co jest, a co nie jest wiekopomnym dziełem? Dlaczego mam się zachwycać czymś, bo ktoś uznał to za cacy? Wydaje mi się, że wrzucają nas do jednego worka i nawet w zakresie tak zwanej percepcji artystycznej narzucają nam uczucia i odczucia, i zmuszają do zachwytu.
Ja nawet się mogę zgodzić, że „Biesy” są prozą proroczą, wizjonerską. I, że traktują o czymś, co nadeszło i przenicowało rzeczywistość Europy Wschodniej na drugą, wcale nie tę lepszą stronę i to na długo. Czy jednak ta książka może zmienić kogokolwiek? Chyba nie… Zmęczyć w każdym razie może skutecznie i do tego stopnia, że czytelnik zaczyna się zniechęcać do czytania w ogóle. Przebrnąwszy przez tych wszystkich Piotrów Antonowiczów Wierchowieńskich zapomniałam nawet, jak nazywam się ja. Pomyślałam sobie, że gdyby to była lektura szkolna, to pała byłaby gwarantowana! W żadnym razie nie byłabym w stanie nic powiedzieć, oprócz tego, że Dostojewski mógł ten obraz wschodzącego komunizmu nakreślić na połowie (najwyżej!) stron. W zupełności by starczyły.
„Mistrza i Małgorzatę”, „Kosmiczne jaja” czytałam, z przyjemnością niekłamaną, kilka razy i bez problemów, ale „Bracia Karamazow”, „Biesy”, są napisane tak, że trudno się w nich zakochać i do nich wracać. Są książki, które trzeba przeczytać co najmniej dwukrotnie, ale nie jestem przekonana, czy kiedykolwiek zdobędę się na ponowną lekturę „Biesów”…
„Sto lat samotności” Marqueza dopiero podczas drugiego czytania dotarło do mojej świadomości i, ujmując rzecz obrazowo,  oślepiło pięknem i głębią treści. Ale symptomem tego, przyszłego zachwytu był bliżej nieokreślony niepokój, towarzyszący pierwszej lekturze. Jakaś taka półświadomość własnego ograniczenia umysłowego, uniemożliwiającego dotarcie do sedna.
Cóż, cieszę się, że przeczytałam te „Biesy”, tych „Braci Karamazow”. I niech będzie, że poszerzyło to moje horyzonty. Niech będzie…
„Grę w klasy” Cortazara też przeczytam, chociaż uważam, że jest przeintelektualizowana aż do bólu. I może wpędzić czytelnika w depresję.
Nie dam się!

poniedziałek, 15 października 2012

Czysta z czerwoną kartką


Czysta z czerwona kartką

Snuje się mój życia wątek
przez rozmaite epoki...
Od socjalizmu, przez wojenny stan,
transformację, aż po dziś dzień,
czyli IV RP uroki.
...........................................
Nie powiem... było cudownie:
marsze pierwszomajowe,
pieśni  i poczty sztandarowe,
zielone sukno i przemówienia,
choć nie było nic do powiedzenia.
I w sklepach ciągle:“REMAMĘT”
I w kolejkach nieustanny zamęt:
Psze pana, pan już kupić nie zdąży,
bo ta pani, psze pana, jest w ciąży,
nie przepuścić jej nie uchodzi,
bo z nerwów tu jeszcze urodzi!”.
A, gdy już tylko została “Czysta”,
to też nic, bo się wepchnął  rencista.
I wieczorne Polaków dyskusje,
zwierzenia i potem reperkusje.
I strach, który nam usta zamykał,
bo taka wtedy była polityka.
A później: społeczne zrywy,
szaleńcze, patriotyczne porywy,
tłumione przez czołgi i ZOMO,
kto strzelał? - do dziś nie wiadomo...
...............................................
A dzisiaj? Cóż... kółko się zamyka,
bo dziś podobna polityka.
Znowu jedyna (jedyna słuszna!) racja,
czyli bez zmian...
O, pardon, zmiana w nazwie,
teraz to jest:
                                   demokracja”...

Bo u nas, to jest tak, jak z tym bocianem i szpakiem, co to do dziś nie wiadomo, kto kogo i kiedy?
Wierszydło napisane w 2005 roku, a dzisiaj, po tych wszystkich zmianach, kto i kogo??? A mówią, że historia nas uczy, phi! Ciekawe - czego nas uczy?

piątek, 12 października 2012

Kuchennymi drzwiami

Podobno Premier długo przygotowywał się  do dzisiejszego wystąpienia w sejmie. Słyszałam nawet, że na kurs indywidualny uczęścił był. Może tak, a może nie, nie wiem. To zresztą nieistotne. Istotny jest fakt, który PO powinna przyjąć do wiadomości - słupek się już nie podniesie. Nie pomogą kolejne expose'a. I, niestety, obawiam się, że optymizm PiS jest uzasadniony, bo  - jak słusznie ktoś zauważył już - do urn pójdzie nowe pokolenie, które w czasie jego krótkiego "panowania", czyli IV RP ssało jeszcze kciuk. I nie pamięta. Nic. Ważne jest teraz, by to pokolenie, które, i owszem, doskonale pamięta, wzięło się w garść i zrobiło wszystko, co się da, żeby uniknąć powtórki z rozrywki. Jest jeszcze trochę czasu, da się zrobić. Na PO już nikt przy zdrowych zmysłach nie odda głosu, ale żeby od razu z mżawki rzucać się pod wodospad??? To już przesada!
Wybór mamy skromny,  a prawdę mówiąc - prawie go nie mamy, ale możemy oddać na jakiś czas władzę w ręce lewicy, bo prawica najwyraźniej cierpi na zapalenie nadgarstka, czy coś podobnego. My, kobiety, możemy też zrobić coś dla siebie i na przykład zasilić szeregi Partii Kobiet. Nawet nie czując się skończoną feministką mogę to na pewno zrobić ja. Wobec wszechobecnego w polityce patriarchatu, wobec obrzydliwego rozpanoszenia wszelkiej maści oszołomów i fanatyków, jest to zawsze lepsze rozwiązanie.

czwartek, 11 października 2012

Strajk łóżkowy



Dziewczyny, nadszedł czas!
Czas zebrać się do kupy,
bo świątobliwi posłowie
chcą dobrać się nam do d…

Apeluję w tym miejscu zwłaszcza
do żon, córek i matek,
zajętych nieustannie sprzątaniem,
tudzież zmywaniem statek.

Niechaj zamilkną pralki,
garnki, zmywarki, żelazka,
Albo „Ludwiku do rondla!”,
albo „Idźże do diaska!”

Gdy różne dookoła strajki,
my mamy pomysł nowy:
babski strajk antykoncepcyjny,
po prostu – STRAJK ŁÓŻKOWY!”

wtorek, 9 października 2012

Jesienne fotki






W zasadzie nic tu do komentowania. Cuda, cudeńka jesienne autorstwa mojego Przyjaciela, który uprzejmie pozwala mi wrzucać tu swoje zdjęcia. A jakby kto nie wiedział, to to jest kuracja wycieczkowa. Znaczy Kolega chorszym jest i tak się leczy w plenerze. Podobno skutecznie...

czwartek, 4 października 2012

Prawko



Mąż mojej koleżanki stracił prawo jazdy. W zasadzie stracił bezpowrotnie, bo jeździł fatalnie, ale nie chce w to uwierzyć jakoś. Wciąż sądzi, że jest najlepszym kierowcą na świecie i wkrótce to prawko odzyska. Bo sąd, który mu je odebrał jest zwyczajnie głupi i się nie zna. Chwilowo wymyślił, że jego ukochanym, wypasionym autem, w ostateczności kierować może żona, znaczy moja koleżanka. Podobno też potrafi jeździć całkiem nieźle, chociaż nie tak znakomicie, jak mąż. I jeszcze zapowiedział, że żona może tylko tymczasowo prowadzić, czyli do czasu, gdy on odzyska to prawko. A jak już odzyska, to – oczywista sprawa – znowu będzie mógł tylko i wyłącznie on. Ponieważ wiem, że mąż koleżanki, wbrew temu, co sam myśli na ten temat, prowadzić auta nie potrafi wcale, mam cichą nadzieję, że mu tego prawka jednak nigdy nie oddadzą…