wtorek, 31 lipca 2012

Cmentarz zapomnianych książek


Millenium, trylogia szwedzkiego autora, Stiega Larssona. Opasłe tomiska, w sumie liczące ponad dwa i pół tysiąca stronic. Pierwszy tytuł: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, zapowiadał raczej niezbyt interesującą treść, obawiałam się, że to współczesne rozważania w rodzaju - co każdy chłopiec wiedzieć powinien, czyli przednie brednie poobiednie. Ale – nie!!! Siedmiuset stronicowe tomiszcze przełknęłam w trzy, letnie wieczory i natychmiast przystąpiłam do lektury kolejnego.  Dosyć powiedzieć, że mieszkanko w tak zwanym międzyczasie obrosło kurzem, a stosy nie uprasowanych rzeczy urosły pod sufit. Nie rozgrzebując fabuły, odnotuję sobie tylko spostrzeżenie, że tematyka dziwnie podobna do „Karaluchów”. Afery przemysłowe, komedianctwo polityczne i matactwa służb specjalnych, które za wszelką cenę próbują ukryć niewygodną prawdę, a wszystko to na tle nieprawdopodobnych zbrodni i dewiacji seksualnych. No, można powiedzieć, że Millenium to doprawdy „naga prawda”! Uderzyło mnie, że dotychczas mieszkańcy Skandynawii jawili mi się raczej jako wyjątkowo flegmatyczni  i spokojni. A tu – niespodzianka! Brak jakichkolwiek hamulców w dziedzinie erotyki – wszystko jedno z kim, nieważne gdzie, żadnych zobowiązań, przy czym jakoś tak – bezemocjonalnie? Tym dziwniejsze to wszystko, gdy się wie, że to najzimniejszy region Europy! Najwyraźniej zimny tylko klimatycznie.
Książki czyta się jednym tchem i na koniec zostaje tylko smutna konstatacja, że dalszego ciągu tej porywającej historii nie będzie – autor zmarł nagle, zanim trylogia ukazała się drukiem!
Cześć Jego pamięci!
  
Po intensywnych przeżyciach, związanych z zagłębianiem się w literaturę skandynawską, sięgnęłam po „Czarny piątek” Alex Kavy. Niestety, nie dobrnęłam do końca, mimo, że był już bardzo blisko. Ta książka nie odcisnęła w moim umyśle nic, nawet najlżejszego piętna, nie drasnęła mojej osobowości o włos. Nudy na pudy. Nikomu nie polecam. Styl – gimnazjalistki, gubienie się w wątkach i brak staranności w odniesieniu do szczegółów ( autorka często zapomina, co napisała kilkanaście stron wcześniej) zniechęciły mnie skutecznie i definitywnie. Szkoda czasu i wysiłku, a właściwie – wysiłek zbędny.  Może zdaniem autorki – wątek terrorystyczny, czyli zamach bombowy na centrum handlowe, jest wystarczający sam w sobie, by zachęcić do lektury? Otóż – nie!

Najlepsze było wciąż przede mną. Carlos Ruiz Zafon. Literatura iberyjska tym razem. Pierwszy „pod nóż” poszedł „Cień wiatru”. Megabestseller. Czarne klimaty niesamowitej Barcelony. Podróż w czasie. Zanurzyłam się w przeszłość, w przedwojenną epokę, zagubiłam w zaułkach pełnych cieni. Taka romantyczna wycieczka wyobraźni do zapomnianego dawno świata. Tym bardziej fascynująca, im głębiej w tę przeszłość się sięga. A wszystko kręci się wokół zapomnianych ksiąg. Cmentarz zapomnianych książek to najpilniej strzeżone miejsce na ziemi. Spoczywają na nim setki tysięcy woluminów, o których albo zapomniano całkiem, albo pamiętają tylko nieliczni miłośnicy literatury. Cień wiatru ma i wątek miłosny, i intrygę, i zbrodnię, ale zahacza także o psychologię, sięga do korzeni homo sapiens, szczególnie sapiens. Uczy, co jest ważne, a co nieistotne. Bezcenne są zawsze książki – słowo pisane to magia, a zapach papieru, starego i pożółkłego, hipnotyzuje i uzależnia. Czytelnik czuje się jakby zabłądził we mgle. Dla kogoś, kto kocha książki, bez czytania nie wyobraża sobie życia, lektura dzieł Zafona, jest balsamem na duszę, bytującą na co dzień  w cyberświecie. Kończąc czytanie czułam, jakbym rodziła się na nowo – ubrana w nową, odmienioną wyobraźnię i z czystą, nieskalaną powszedniością duszą. Duszą, jak kartka niecierpliwie czekająca na zapisanie. To prawda, że książki, dobre książki, kształtują osobowość człowieka. Ten kto nie czyta, nigdy się tego nie dowie, ani nie zrozumie.

„Gra Anioła” – druga powieść C.R.Zafona. Podobnie jak Cień wiatru, rozgrywa się w Barcelonie, oczywiście potykając się nader często o Cmentarz zapomnianych książek . I, podobnie, jak w poprzedniej, księgarnia Sempere i Synowie ma w tej akcji swój istotny udział, aczkolwiek nie znajduje się w centrum wydarzeń. Niemniej jednak – jest ważna, bardzo ważna. Nie tyle sama księgarnia, co jej właściciele i grono ich przyjaciół - znawców literatury, pisarzy, czy po prostu czytelników. Cień wiatru to (w pewnym sensie) literacki kryminał, w którym śledztwo dotyczy poszukiwań śladów autora jednej z takich, zapomnianych książek, śledztwo utrudniane - jakże skutecznie - przez „barbarzyńców”, traktujących dzieła literackie z pogardą. Gra Anioła, mimo, że to nie ona jest uważana za ów bestseller, moim zdaniem, po stokroć cenniejszą pozycją w literackim panteonie być powinna. To najprawdziwsza perła, a przy tym - czarna perła! Na naszych oczach staje się pisarz. Nie, nie rodzi się, ale właśnie – staje się. Proces kształtowania, dojrzewania i bujnego rozkwitu  umiejętności pisarskich jest bolesny, skomplikowany i niebezpieczny. Trup ściele się gęsto. Chcąc być pisarzem, dobrym pisarzem, trzeba pójść na wojnę, najczęściej z samym sobą. To długa walka, coś jak wojna trzydziestoletnia. Wojna, z której nigdy nie wraca się cało i zdrowo, szczególnie umysłowo… Stary księgarz Sempere umiera, gdy próbuje uchronić cenną książkę - Kroki nieba. To dzieło głównego bohatera  Gry Anioła, młodego  pisarza Dawida Martina, który postanawia przestać pisać szmirowate powieści w odcinkach, choć świetnie się sprzedają i pozwalają na przyzwoite utrzymanie. Wynajmuje on nawiedzony, stary dom z wieżyczkami. Dom, w którym nikt inny nie chce mieszkać. Czy zamieszkanie w nim było przekleństwem? Czy błogosławieństwem? Od tej chwili nikt, ani czytelnik, ani bohater powieści nie wie już, czy zdarzenia są faktami, czy tylko tworami chorej wyobraźni „stającego się” pisarza. Nie dowiemy się i tego, czy maszynopis, teologiczno-filozoficzne dzieło życia Dawida, ukryty przezeń w czeluściach Cmentarza zapomnianych książek zawiera faktycznie tę samą treść, co tomy zakurzonych i zapomnianych dzieł, stojące  obok. Wszystko jest, jak ciężki sen, męczący, pełen duchów i trupów, ale także nadziei, chociaż raczej nie tej – spełnionej…

A stary Sempere, księgarz, był głęboko wierzący. Wierzył w książki…

poniedziałek, 30 lipca 2012

Karaluchy


Trafiło ostatnio w moje ręce kilka znakomitych książek.
Zaczęło się od  „Karaluchów”, norweskiego autora Jo Nesbo. Książka sensacyjna, kryminał, który dotyka zakłamania i skrywanych głęboko, powiązań w środowisku politycznym Norwegii. Ukrywanie niewygodnych faktów, nie akceptowalnych powszechnie zachowań polityków wydaje się być zjawiskiem powszechnym. Obraz, jaki powoli wyłania się z kart książki, jakoś często przypomina znany nam skądinąd „widoczek” polskiej sceny politycznej. Może uświadamiamy sobie, że żyjemy w świecie pozorów.  Medialne pozy i public relation sugeruje nam wszechobecną wśród elit uczciwość i poprawność etyczną. Rzeczywistość kłóci się z tym w sposób zasadniczy. Była kiedyś taka reklama, zachęcająca do korzystania z internetowych możliwości prowadzenia videokonferencji: menager firmy, przebywający na ulopie na Bahamach, czy gdzie tam, siedzi sobie w majtasach w palemki i japonkach przed laptopem, a na ekranie widać tylko tors, rzecz jasna strojny w koszulę i obowiązkowy krawat. I tę właśnie reklamę miałam wciąż przed oczami podczas lektury książki. Akcja rozgrywa się w Tajlandii, w dręczonym upałem Bangkoku. Pomijając szczegóły, dowiadujemy się, co kryje się za fasadą idealnego oblicza norweskiej dyplomacji. Pozory, oczywiście, mylą.
Oprócz „Krystyny, córki Lavransa” Sigrid Undset, nigdy chyba nie czytałam nic skandynawskiego. W każdym razie nie przypominam sobie. Otwartość i bezkompromisowość Jo Nesbo mnie ujęła, zaintrygowała i zachęciła do kolejnej lektury.

czwartek, 26 lipca 2012

Życie z przeceny


Człowiek – to brzmi dumnie. Chrońmy życie! Od poczęcia. Chrońmy. I tylko do narodzin. Jak już się urodzi tak ścisłą ochroną objęte dziecię, to już się przestańmy o nie martwić i o nie dbać. Życie, jak pokazują realia, cenne jest tylko w łonie matki. Po narodzinach ulega przecenie, jak towar przeterminowany. Ot, filozofia chrześcijańska!

środa, 25 lipca 2012

Świat zwariował

Robertowi Lewandowskiemu, naszej gwieździe Euro2012, nie opłaca się wychodzić na boisko za 3 miliony Euro za sezon piłkarski? Chce podwyżki? Biedaczek!
Milioner Robert oddał swoją, używaną koszulkę na licytację na rzecz Fundacji "Zdążyć z pomocą". Piękny gest. Jemu za grę w tej koszulce zapłacili ciężkie pieniądze, a on - altruista i filantrop - w geście dobroczynnym pozwolił, by ktoś inny za tę koszulkę zapłacił raz jeszcze. Czapki z głów, panie Robercie! To się nazywa pomoc dla potrzebujących! Jedno tylko pytanko: Ile z tych, własnych milionów przeznaczył pan na działalność charytatywną?

Niektórzy piłkarze, chociaż nie nasi, zarabiają nawet kilkadziesiąt milionów Euro za sezon. Czekam, żeby ktoś mi wytłumaczył - za co tyle dostają? Dla mnie jest to skandaliczne podejście do ludzkiego wysiłku. Ja wiem, że piłkarze ciężko trenują, potem ciężko piją, w pocie czoła zabawiają się ze swoimi partnerkami i całymi rodzinami na darmowych wywczasach na Majorce, albo innych Bahamach - należy im się godziwe wynagrodzenie. Ja wiem, że do tych gwiazd futbolu wzdychają nieletnie pannice i całe rzesze rozemocjonowanych kibiców. Cóż - igrzysk głupiemu ludkowi trzeba... Mają więc te igrzyska, ciekawe, czy nimi nakarmią dzieci? 
I to jest, w moim przekonaniu, nienormalne i niemoralne - płacenie za nic. Piłkarze wcale nie muszą wysilać się efektywnie, jak zwyczajni obywatele. Nam płacą za wykonaną pracę, im - bez względu na efekty. Nam płacą jałmużnę, im kokosy. My, z naszej ubogiej kieszeni, dajemy na WOŚP, oni dają przepocone koszulki, które kupuje jakiś głupiec, żeby wspomóc Orkiestrę Owsiaka, albo inną instytucję pozarządową.
I to jest chore.

wtorek, 24 lipca 2012

Jak umrzeć zdrowo


Chyba zmienię sobie domyślną przeglądarkę. WP.pl mnie ostatnio wkurza co nieco. Co drugi dzień czarne wizje, a wszystko pod intrygującymi tytułami: „najnowsze badania…”, ”ostatnie badania naukowców …”, „Czy wiesz, że…?”. I tak, codziennie dowiaduję się, akurat podczas przerwy śniadaniowej w pracy, że:
- w środę kawa szkodzi zdrowiu;
- w piątek kawa jest bardzo zdrowa;
- w niedzielę herbata wywołuje raka prostaty;
- we wtorek herbata jest panaceum na wszelkie dolegliwości;
- w czwartek pomidory są źródłem potasu itp. więc są bardzo zdrowe;
- w piątek pomidory mogą zaszkodzić;
- w sobotę marchew jest źródłem karotenu i należy ją spożywać koniecznie;
- w niedzielę trzeba jeść warzywa kilogramami;
- w poniedziałek nie ma praktycznie zdrowych warzyw, bo te ekologiczne też wcale takie idealne nie są;
- w piątek ryby, ryby i jeszcze raz ryby – dużo ryb mamy jeść;
- w sobotę ryby dostępne w handlu są naszpikowane chemią, skażone etc.;
- w poniedziałek owoce mają mnóstwo witamin i soli mineralnych i są zdrowe;
- we wtorek owoce mogą zaszkodzić i to poważnie;

A koniecznie trzeba jeszcze czytać, co wchodzi w skład pieczywa, bo producenci oszukują. Nie wiadomo tylko, gdzie mamy to przeczytać, bo o ile w ogóle mamy do czynienia z informacją jakąś, to tylko na foliowanym pieczywie, pakowanym firmowo, czyli o przedłużonej trwałości. Krótko mówiąc: naszpikowanym konserwantami. Jakoś nigdy na bułeczce, ani innym wypieku nie widziałam nawet nalepki producenta. Kiedyś faktycznie, piekarnie naklejały na chlebie taki znaczek pocztowy, ale z czego ten chleb nie było na nim napisane.

Po co więc mi te mądrości specjalistów rozmaitych, twierdzących, że kupujemy sfałszowane pieczywo? Po co mi te programy rzekomo edukacyjne, w których straszy się nas wszystkim dookoła? Ja radzę się opamiętać, poważnie! Po lekturze na WP.pl i po wizualnej konstatacji tych medialnych strachów na lachy, można jedynie dojść do wniosku, że wszelkie jedzenie nam szkodzi. Nawet, jeżeli czasem na coś teoretycznie pomaga, to na koniec i tak dostaniemy śmiertelnie niebezpieczny rachunek, który przyniesie nam Kostucha. A zniechęcanie ludności do zakupów może zostać poczytane wręcz za działanie przeciwne interesom Państwa – mamy wszak dziurawy budżet.

Otóż, proszę szanownych mądrali, mylicie się w kwestii podstawowej. Żeby umrzeć, trzeba najpierw żyć. A żeby żyć, trzeba jeść. Wszystko jedno co!

Wniosek z dzisiejszego artykułu na temat picia powyżej 7 filiżanek herbaty?

Pij dużo herbaty. Będziesz wprawdzie miał raka prostaty, ale za to znakomity poziom cholesterolu i zdrowe serce. Umrzesz szczupły i zdrowy!

Dziwne poczucie humoru może mam, nie wiem, ale:

Nie pal, nie pij – zdrowo umrzesz!

zawsze mi się podobało…

czwartek, 19 lipca 2012

Bodźce

Czasami nadmiar bodźców jest destruktywny. Znaczy to tyle, że człowiekowi opadają ręce i następuje awaria neuronowego przepływu informacji. Mózg idzie na zasłużony urlop. W sezonie ogórkowym to się czasami zdarza. Poczekam sobie, może PiS złoży wniosek o powołanie komisji parlamentarnej w sprawie wyjaśnienia: Kto stoi za trąbami powietrznymi na Pomorzu? Skąd szły i czyżby to był przypadek, że akurat stamtąd???


List otwarty do Przyjaciół Ludu

Każdy z nas, zwykłych zjadaczy chleba, doskonale wie z codziennego doświadczenia,  że z każdym kolejnym rokiem, poruszanie się po drogach publicznych staje się trudniejsze i niezwykle stresujące. Znalezienie miejsca do zaparkowania auta także zaczyna graniczyć z cudem. Niektórym nerwy odmawiają już posłuszeństwa i z otwartych okien aut wylewają się często potoki niecenzuralnych słów, kwieciste wiązanki w języku spod budki z piwem.
Trudno się nawet temu dziwić, bo jazda, która  - jak wynika  z prostych obliczeń  - powinna trwać kilkanaście minut,  trwa często całe godziny. Zmęczona wyobraźnia podpowiada nam widok całkowicie zakorkowanych dróg, ulic i osiedli, których mieszkańcy zostaną wkrótce uwięzieni w swoich domach, przynajmniej pod względem możliwości szybkiego przemieszczania się. Zostanie im tylko wycieczka per pedes. Ścieżek rowerowych przeważnie brak, a piesze też znikają, zajęte przez parkujące, wszędzie gdzie się da, auta.
Nóż w kieszeni może się otworzyć w takich warunkach, prawda? Któż z nas ma ochotę wstawać w środku nocy, żeby zdążyć do pracy, albo do szkoły? Nikt. Tego akurat jestem pewna. A tak już , niestety, jest!
Odkąd 22 września ustanowiono Światowym Dniem bez Samochodu, wszystkie media co roku zachęcają nas do przesiadania się do środków komunikacji publicznej. Cóż… Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, jak zwykle. Mieszkańcom miast, którzy mają dostęp do miejskich autobusów, tramwajów, kolejki Metro, etc. można, a nawet trzeba proponować pozostawianie auta w garażu, to fakt. Szpanowanie posiadaną „wypasioną furą” w gigantycznym korku ulicznym nie ma najmniejszego sensu, żaden wściekły kierowca zdezelowanego malucha, czy też innego „motosztrucla” nie spuchnie z zazdrości, a wręcz przeciwnie – odczuje niezdrową skądinąd satysfakcję, że ani marka, ani cena nie mają znaczenia. Stoją wszyscy, sprawiedliwie i ponad wszelkimi podziałami. Stoi prawica, stoi lewica, nawet wyrozumiali liberałowie. Stoją krezusi, biedacy i klasa średnia. Stoją wierzący, agnostycy i ateiści. Można rzec: jedność narodowa w ulicznym korku. Może nie pod krzyżem, ale za to na skrzyżowaniu, a to prawie to samo. A gdy się ludek z tego korka wyrwie, gdy dociśnie ten właściwy pedał, to zaraz mu zrobią z profilu albo i an face  przydrożne suszarki, a potem przyślą siedmiodniowe ultimatum w ramach usankcjonowanego prawnie szantażu. I zabuli, oj, zabuli i to za chwilę podwójnie!
Wiem, stroję sobie żarty, a tu nie ma nic śmiesznego. Tym bardziej, że trudno znaleźć rozwiązanie… Ktoś rzucił propozycję, żeby w poniedziałek parzyste numery rejestracyjne, we wtorek nieparzyste, itd… Taaaa…do pracy co drugi dzień, to mi się nawet podoba. Co druga noc przespana, jak należy.
Marzy mi się taki „cud nad Wisłą” - kraj pokryty siecią szybkich, w pełni zintegrowanych połączeń komunikacyjnych, coś jak sieć Internet, w której każdy może połączyć się z każdym, w dowolnym momencie i w jednym czasie.  Żeby tak dojechać z miasteczka A do miasteczka B, albo i C nie wyczekując godzinami na kolejną przesiadkę, ani nie tkwiąc w ulicznym ogonie. Obiecuję publicznie, że wtedy postawię auto na cegłach. Howgh!

                                                                                              Podróżniczka

poniedziałek, 16 lipca 2012

Lipiec

Niby lipiec dopiero, a na drutach wczesnym rankiem cała melodia , wypisana czarnymi nutkami... A nad drogą przeleciało stado szpaków, jakby do odlotu się zbierały? Pod moją firmą awantura. Trzy sroki, chyba młode, bo jakieś takie nieduże, zawzięcie skrzeczały i podskakiwały zabawnie dookoła zbiornika na cośtam, stojącego pod ścianą sąsiadującej z firmą hurtowni.   Po kilku minutach zza zbiornika wyskoczył czarny kocurek, który najwyraźniej był obiektem tej, sroczej nagonki. Tylko dlaczego tak napastliwie się ptaki zachowywały? Nie wiem, co było dalej, bo kocisko czmychnęło w stosy palet, a sroki za nim, urągając mu straszliwie. Wczoraj, na moim osiedlu też była powietrzna wojna. Kawki przeganiały stado mew rzecznych.Pomiędzy blokami trwały naloty, z pikowaniem i "beczkami" włącznie. I, rzecz jasna, wymyślanie intruzom od najgorszych . A najeźdźcy też nie pozostawali tubylcom ptasim dłużni. Ostatecznie - mewy zostały przepędzone i na osiedlu zapanował zwyczajny porządek: młode kawki, gołębie, wrony tworzą lokalne gangi i nie dają żyć pomniejszym, miejscowym braciom, ale to raczej taka wojna na niby, tylko dla picu. Z młodzieżą to zawsze same kłopoty.

wtorek, 3 lipca 2012

Indywidua

Są ludzie, którzy skuteczniej, niż medykamenty, potrafią leczyć. Nie potrzebny jest nawet leczniczy dotyk, wystarczy sama ich obecność, a człowiek zostaje uleczony. Z empatii. Z życzliwości czysto ludzkiej.
I staje się nieczuły na potrzeby innych.
Chyba właśnie zostałam wyleczona z takich, śmiesznych odruchów współczucia dla innych. Nie tylko ja, cała moja firma została uleczona ciupaskiem. Ludziska się zrzucili w kopertę, żeby pomóc, szefowie ustalili, że zapomoga firmowa też będzie, odprawa pośmiertna wypłacona natychmiast, jeszcze przed pogrzebem, na którym pojawił się i były i aktualny nasz szef, cała załoga - też była i aktualna. A wdowa rozpowiedziała wokół, że nic nie dostała, a na pogrzebie prawie nikogo nie było, a już na pewno nie było prezesa firmy, w której pracował jej zmarły mąż.
Wszystkim zrobiło się przykro. Jakoś jednak to przetrawili, przełknęli, okrzepli i machnęli ręką. Niedługo był kolejny pogrzeb, byłego pracownika tym razem. Jeszcze raz była też zrzutka firmowa. Wdowa druga przekazała wyrazy wdzięczności, podziękowania za pomoc i za to, że tylu ludzi przyszło, chociaż mąż już od kilku lat nie pracował w naszej firmie. Była wdzięczna.

Wdowa pierwsza nie ustawała i nie ustaje w wysiłkach wydarcia czego się da, skąd się tylko da. Żąda, nie prosi. Ma pretensje, że nie dostaje kolejnej i kolejnej, i kolejnej pomocy.

Kiedy mieliśmy następny pogrzeb, chowaliśmy dziecko naszego pracownika, nikt już nie myślał o ściepie. Jeszcze na pogrzeb ludzie poszli, ale widać było wyraźnie, że jest ich mniej. Nad wiadomością o śmierci ledwie narodzonego maleństwa kolejnego naszego pracownika wszyscy już przeszli do porządku dziennego.

Ten śmiertelny ciąg chwilowo jakby się skończył, ale nie skończyły się nękania ze strony wdowy pierwszej, która oczekuje nieustannego wsparcia. Finansowego, oczywiście.

Nikt, nawet szef nie komentuje tych podjazdów, ale wyraźnie powiało zimnym wiatrem. Daje się odczuć zmiana nastawienia załogi do zrządzeń losu. Myślę, że gdyby co do czego, to... na wsparcie nikt już nie powinien liczyć.
Trochę to jest tak, jak z hipochondrykiem - jęczy, jęczy, wszyscy się do tego nieustannego narzekania przyzwyczajają stopniowo, aż gdy wydarza się coś NAPRAWDĘ, nikt mu nie udziela pomocy.

Niektórym należałoby ucinać wyciągnięte ręce. Profilaktycznie.