wtorek, 19 czerwca 2012

Bieszczady, czyli urlop w pigułce


Z Bieszczad mam obecnie tylko wspomnienia, szczęściem zanotowane na gorące, chociaż aż 7 lat temu. Cóż... może kiedyś? Tymczasem gwoli przypomnienia cudownych chwil:

05 września 2005r.

Jest 6:00 rano. Przecieram oczki, zaspane nieco, ale myję zimną wodą kilkukrotnie, bo pogoda cud i w drogę się bardzo chce! Szybciuteńko jakieś mleczko z płatkami, jakieś kanapeczki dla chłopców, umyć buziaczka i ząbki, zapakować szczoteczki do zębów, posprzątać w kuchni, powyłączać wszystko z wyjątkiem lodówki, zamknąć dopływ wody (na wszelki wypadek, jakby jakieś nieszczęście, awaria, czy coś w tym rodzaju zdarzyć się miało) , jeszcze worek ze śmieciami, żeby nie gniły, jeszcze zasłonić okna, żeby kwiatki podlane świeżo nie uschły i... w drogę!!!! O 7:00 wszystko zapakowane, włącznie z rozebranym na części rowerem, jesteśmy gotowi. Trzeba przyznać, że sprawnie nam poszło. Nikt nie marudził. Jeszcze tylko ojcu po drodze zupkę na dwa dni podrzucić, pożegnać się i jedziemy.
Trzeba przyznać, że panowie starali się, jak mogli: żadnych awantur, dyskusji niepotrzebnych, drażliwych tematów, tylko wesołe rozmowy. Pijawka siedział obok Tatusia , z planem Polski i prowadził. Już na początku szok: Synuś poprosił(!) o pozwolenie na posłuchanie jego płyty. Powiedział, że nagrał specjalnie lekkie takie cosik, żeby rodzicom nie dokuczać(!). Po wysłuchaniu tejże, faktycznie nie zanadto „łupiącej” komórki mózgowe muzyczki, zapytał, czy może teraz mamusi płytę włączyć, bo nawet fajna jest(!). Tatuś i mamusia zatkani na amen! Niepodobieństwem jest takowa uprzejmość dziecięcia naszego. A jak usłyszałam: ”Mamuś, może się chcesz zatrzymać na siusiu, albo chcesz zapalić, to mów!” to ze zdziwienia opadła mi szczęka, o Panu Monszu już nie wspominam. W takich to fantastycznie sympatycznych godzinkach upłynęła calutka podróż, aż do Przysłupa. Dojechaliśmy o 15:40.
Dom otwarty, nikogo nie ma, wołamy, pukamy – nic. Cisza. Zobaczyłam na polu mężczyznę jakowegoś przy ciągniku, idę, pytam o gospodarzy domu. Chłopina wydobył komóreczkę, zadzwonił był i mówi, że mamy sobie wejść, rozpakować się i nasz pokój jest pod „7”. Klucze w drzwiach wiszą. Podziękowałam, rozpakowaliśmy prawie nic właściwie, mała czarna wypita naprędce, troszkę opłukani wstępnie tylko, bo już nogi swędziały pomaszerować i obejrzeć okolicę. Idziemy? – Idziemy! Pan Monsz na mapie wypatrzył jakąś drogę leśną, co niby miała być na jakieś 3 km wszystkiego, w sam raz na spacerek popołudniowy i rozruszanie mięśni. Jak staliśmy – w samych koszulkach bawełnianych , oczywiście ani komóreczki, ani dokumentów żadnych, ani pieniążków nie wzięliśmy, bo przecież to tylko jakieś ½ godzinki, no może godzinka miała być, a godzina dopiero 16 z minutami.
Pomaszerowaliśmy. Idziemy. Idziemy. Idziemy................. Idziemy.................... 18:00............. Idziemy................. Zimno, ale idziemy.... Pijawka pojechał naprzód rozejrzeć się, czy jeszcze daleko, wraca, mówi, że spotkał drwali, mówią, że – owszem – idziemy niby dobrze, tylko jeszcze jakieś 10km nam zostało do Przysłupa. O rany! Ziąb nieprzeciętny, jesteśmy już w kolorze sliwkowym, w dodatku na sztywno utrwaleni, ale idziemy, co robić? Ja mam już tylko jedną chusteczkę higieniczną, a nos zatkany. Oj! Wściekło mnie troszeczkę! Nadąsałam się i to chyba wcale nie ciuteńkę, tylko tak dokładnie i całkowicie. Krótko mówiąc – bez kija nie podchodź! Czarna noc się zrobiła, a my nareszcie na szosie, pod górę cały czas biegnącej, nie mając bladego pojęcia, gdzie jesteśmy i ile jeszcze przed nami. Pijawce kazaliśmy jechać do domu i czekać, aż dojdziemy. Na szczęście około 21-ej udało się zatrzymać życzliwe młode małżeństwo, które nas podrzuciło do naszego nieszczęsnego Przysłupa. Potem jeszcze na sztywnych nogach jakieś 0,5km i nareszcie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Synuś stanął na wysokości zadania, rozpakował co niezbędne , kolację przygotował, herbatki gorącej naparzył, kazał pod gorący prysznic rodzicom wejść. W ogóle spisał się chłopak, nie ma co! Ubraliśmy się po kąpieli w cieplutkie “conieco” i zasiedliśmy na tarasiku, zły humor mi przeszedł był, mąż uzyskał był przebaczenie, mogliśmy się wreszcie pośmiać sami z siebie serdecznie.
Ale spanie tej nocy marnie nam szło. Zresztą, następne noce też niekoniecznie przespane. W każdym razie moje i Pijawki, bo tatusiek spał, jak zabity, pochrapując uroczo w rozmaitych tonacjach. Było gwizdanie (niespecjalnie udane, bo nie umiem) , ciąganie za kołdrę, poszturchiwanie i różne takie sposobiki, ale skutek na 2-3 minutki i od nowa. Ja się przyzwyczaiłam, nauczyłam wyłączać słuch na tego rodzaju dźwięki, ale Pijawka nie. Co przysnęłam na chwilunię, słyszę: “mama, zrób coś, przyduś poduszką, bo nie wytrzymam, jak ty to znosisz?” - Przecież w łazience sypiać nie będę! Jakoś muszę! - odpowiadam. I tak do rana. Ale Bieszczady łagodzą najwyraźniej obyczaje, bo wojny jakoś nie było.

07 września 2005r.
Trochę odchorowałam jednak to przemarznięcie i forsowny marsz pierwszego dnia. Trudno się mówi. Nie po to przyjechałam, żeby siedzieć w pokoju. Albo przeżyję, albo nie, ale idę. Pojechaliśmy pod połoninę Wetlińską. Z mocnym postanowieniem, że my wejdziemy, a Pijawka wjedzie. Na miejscu okazało się, że wejść i owszem – wskazane, ale wjechać – nie lzia! Pijawka, jak to on: Co to znaczy - nie wolno? Jedzie i już! No to w drogę. Wleźliśmy na ¾ wysokości, ale dalej syneczek by już nie wjechał w żaden sposób, bo same kamienie i tak stromo, że z roweru nic by nie zostało, a o zjechaniu to już w ogóle mowy nie byłoby. Spojrzałam w dół – kamieniste zbocze, nic tylko zlecieć na łeb na szyję, a on mówi, że będzie zjeżdżał. No nie! Nie będę na to patrzeć. Śmierć w oczach.
Zjechał był!!!! Czekał na nas na dole, aż się doczłapiemy. Słońce, 30 stopni w cieniu, chyba jednak żywi byśmy nie wleźli na samą górę. No, to teraz Pijawka zbadał, że dalej w kierunku Ustrzyk Górnych serpentyny wspaniałe są, i to w dół kilka km. Pojechał, my za nim – krzyże w oczach! Pyszczycho mu się śmiało potem radośnie. Ja odetchnęłam z ulgą. Tatuś też, bo zakręty o 360 stopni, droga raczej wąska, a dookoła przepastne doliny. Zatrzymaliśmy się na chwilę, rower zapakowano do samochodu i pojechaliśmy do Ustrzyk Górnych, żeby do Wołosatego się wybrać. Znowu rower wyładowany, a tu mówią, że rowerem nie wolno, samochodem też. Tylko pieszo. Jasne, że Pijawka pojechał, my zostaliśmy, bo Panu Monszowi spuchły nogi w kostkach, adidasy za płytkie miał i nóżęta nie wytrzymały. Połaziliśmy troszkę po sennym i nudnym jak flaki z olejem siole, skonsumowaliśmy oscypka smażonego (pycha!) i kawusię, powygapialiśmy troszkę, Pijawka wrócił i zarządził jazdę dalej. No to jazda! Do Polańczyka, do bankomatu. Bo bankomatów w Bieszczadach generalnie nie ma, tylko Lesko i Polańczyk posiadają taki nowoczesny sprzęt. Kieszeń zasilona i dalej – po drodze Solina. Tfu! Obrzydliwość – deptak, nudy i jarmarczne stragany. Na straganach pamiątki w rodzaju: stateczek, muszelki, straszydełka jakoweś etc... zalew zaśmiecony, pobocza dróg też – turystyka kwitnie, widocznie kwitnie! Ale, trzeba przyznać, że gofry ze śmietanką i owocami akurat były po prostu mniam mniam! Bez żalu jedziemy dalej. Pijawka wypatrzył na mapie skrót, że niby jakieś 20km oszczędzimy. Ja siedzę cichutko, troszkę zesztywniałam sobie, bo słysząc : Terka, Buk, Bukowiec – przypomniałam sobie, że w ubiegłym roku tą drogą poprowadziłam swoje ślubne nieszczęście i to nie był najlepszy pomysł. Drogi właściwie nie ma. Dziury, duże dziury, są. Tempo zawrotne – jakieś 5km na godzinę. Przed nami srebrzysty mercedes, też z figurami baletu “Jezioro łabędzie” , tylko podkładu muzycznego brakowało. Ale widoki! - niepowtarzalne – jedzie się głęboką wąską doliną, w której kiedyś mieściły się osady, dzisiaj już wymarłe i wchłonięte przez roślinność, żarłoczną, obejmującą swoimi mackami wszystko, co człowiek stworzył w pocie czoła. Dolina zalana słońcem, cisza, zapachy, szum potoku spadającego gdzieś tuż tuż pod podobnym kątem, jak wijąca się droga. W przewodniku piszą, że to jedno z najbardziej urokliwych miejsc w Bieszczadach. Fakt! Prawda! Przy tej to drodze trzeba by zostawić samochód i pójść pieszo kilka km do Sinych Wirów. Następnym razem muszę koniecznie! Chcę posiedzieć w wąwozie, na ogromnych głazach w samym środku huczącego strumienia. Poczuć dzikość tego tajemniczego, zagubionego miejsca, gdzie już tylko diabeł powie: dobranoc!
Panu Monszowi humorek się lekuchno nadwerężył, bo auto można tam bezapelacyjnie uszkodzić, ale drogę przejechaliśmy jakoś. Jeszcze tylko do Cisnej wypadzik maleńki, po pieczywko i niezbędne potrzeby. I do domeczku. Kolacyjka, prysznic i potem spacerek do karczmy Biesisko. Słynnej ponoć w Bieszczadach. Karczma wyglądem swoim, architekturą, znakomicie dopasowana do nazwy. Ciemne, ciemno też bejcowane drewno. Surowe, sękate, naturalne kształty; ławy, stoły rodem z Trylogii, pnącza dzikiego wina wszędobylsko panoszące się. Ja i Tatusiek – piwko z beczki z sokiem malinowym, Pijawka, jak to on – głodny stale i wciąż. Najpierw kiełbaska z rusztu z czymśtam, potem placuszki ziemniaczane, a na koniec w drewnianym menu wynalazł był prawdziwki w śmietanie. Były i prawdziwki(25zł) Mnie co tam! Tatuś trzymał tym razem kasę, niech zobaczy, gdzie się podziewają pieniądze. W sumie tatusiek wyliczył, że synuś przejadł w 5 dni 450zł. Ja niewinnie spytałam tylko, czy teraz już wie, gdzie te pieniądze znikają, chociaż się nic niby nie kupuje? - Teraz wie.
Po piwku, troszkę zygzakowatym szlaczkiem do domku – spać, bo rano w drogę.
W nocy znowu walka z gwizdami, świstami, gulgotami i całą gamą innych dźwięków.

Rano. 08 września 2005r.
Dzisiaj mieliśmy pomaszerować na Jasło. Wejście lasem od przełęczy Przysłup, niedaleko – jakieś 20 minut torami kolejki wąskotorowej. Ale tylko jedne buty nadawały się w rodzinie do takiej drogi. Moje nowe. Oddałam je ślubnemu, żeby w ogóle się ruszyć. Ja zostałam w swoich nieśmiertelnych sandałach, Pijawka w szmacianych rozlatujących się reebookach. Nijak do lasu, bo żmije, a na Jasło nie ma nawet szlaku oznakowanego, trzeba iść ścieżynką leśną. No, to postanowiliśmy pójść do Cisnej. Lasem, traktem wijącym się malowniczo wśród gór, pnącym się to w dół, to znowu w górę. Pogoda nadal cudna, poszliśmy. Pijawka przodem, na rowerze, rzecz jasna! Kijaszki znaleźliśmy sobie, maszerujemy, pogadujemy, tu fotka, tam fotka. Patrzę, a tu na środku drogi wśród kamyczków zaskroniec leży. Udawał trupa cwaniaczek jeden! Pstryknął mu Pan Monsz an face. Odeszliśmy kawałeczek, oglądamy się, a on myk! I już schował się w trawie na poboczu. Potem była jaszczureczka, później rozjechany padalec. Świerszcze prześcigały się w serenadach miłosnych w gąszczu. Niby cisza, a hałas taki, że własnych myśli nie słychać. Ptaki, nie wiem, jakie, ale mnóstwo różnych odgłosów i treli i kląskań i stukań i terkotów i czego tam jeszcze było słychać. A nad głowami naszymi krążył i pokrzykiwał chyba orlik krzykliwy – ogromne ptaszysko. W gęstwinie coś się ruszało, coś szeleściło, czasem pomrukiwało, budząc dreszczyk emocji. Czułam się bardzo szczęśliwa, wędrując tak 4 godziny leśnym traktem, wsłuchując się w puszczę, wdychając aromat świeżych, lepkich pąków świerkowych, modrzewiowych, jodłowych i innych. A Bieszczady, szczególnie u stóp zboczy porośnięte są gęstwiną dzikich słoneczników, troszkę innych, niż te, które rosną na Mazowszu, bo z ciemnym środeczkiem – serduszkiem kwiatkowym. Ale wygląda to tak, jakby góry nogi moczyły w płynnym złocie.
W Cisnej odpoczynek (niestety kijaszki się zapomniały na tarasie knajpeczki), piweczko z soczkiem maleńkie ( Pijawka bez piweczka, ale za to z posiłeczkami kilkoma). Zdjęcie z Dytkiem – diabełkiem wyciosanym z drewna, siedzącym sobie w knajpce na drewnianej ławie i trzymającym w jednej ręce buteleczkę piwa, a drugą smętnie podpierającym głowę kudłatą.
W ogóle w Bieszczadach dużo widać takich wyciosanych z różnych krzywych pieńków i konarów stworków-potworków, dziwolągów jakichś, straszydeł, zdobiących przydomowe ogródeczki. Widać ludzie mają tam dużo wyobraźni i muszą mieć otwarte serca. Chociaż twardą jak skałą naturę, żeby przetrwać w tym nieprzyjaznym świecie.

Do domku wygodnie – busikiem, fajna sprawa: dzwonisz do kierowcy na komórkę, i za 5 minut jest. Rower zapakował, nas zapakował, zawiózł pod samą chałupę, pogadał po drodze przyjaźnie. Na miejscu wypakował i pożegnał, udzielając paru dobrych rad. Zainkasował 25zł.
Kąpiel, kolacja, piwko, posiadywanko wieczorne na ganeczku i spać.

09 września 2005r

Słoneczko uśmiecha się przez okienko, mebelki śliczne w pokoiczku – sosnowe, drewniane, nie jakieś tam ze sklejki – złocą się wesolutko. Wstajemy . Dzisiaj postanowiliśmy pokonać jeszcze raz, ale już za dnia i z pełnym wyposażeniem drogę, która się omal źle nie skończyła w dniu przyjazdu. Będzie tego około 18 km. Najgorzej na początku, bo kawałeczek za naszą kwaterą jest bardzo stromo wznoszący się odcinek, krótki, może jakieś 150m, ale pod kątem chyba z 60 stopni w górę. Wspięliśmy się już trzeci raz, tym razem z większą wprawą. Dalej już znany trakt leśny, teraz dopiero w pełnym słońcu roztaczający swoje uroki. Postanowilismy nie maszerować zbyt forsownie, bo to i ja co 15 minut przystanek w lesie koniecznie, a poza tym po co? Nie spieszy się przecież, dopiero 9 godzina rano. Około 14 byliśmy na przełęczy Przysłup. Tam znajduje się kapitalna przydrożna piwiarnia i nie tylko. Serwują wspaniałego świeżego pstrąga z patelni, bo mają własną hodowlę tych rybek przepysznych. Innych przysmaków też nie brakuje. Kibelek czyściuteńki, elegancki, mimo, że mnóstwo wycieczek się tam zatrzymuje. Bieszczady mają pod tym względem znakomite tradycje. Żadnych smrodów, higiena, czystość. Nawet kosze na śmieci w domku są opisane: tu – butelki i puszki, tu: opakowania, tu: pozostałe resztki i odpadki. Tylko Solina odstaje od normy.
No, to zjedliśmy co nieco. Ja, oczywiście, pstrąga. Pycha!!!!! I piweńko z soczkiem do tego. A potem torami do domku. Brakowało nam tylko prowadnicy, żeby nie wypaść z torowego kursu. Bo w głowie i słońce i piwko troszeczkę szumiało, nie powiem. Ale pół godzinki i wyparowało było.
Odpoczynek i do Komańczy jeszcze - na pożegnanie Bieszczadów. Komańcza daleko dosyć, około 40km. Trochę było późno, więc nie zwiedziliśmy jej, a jest co. Synagogi i kościoły prawosławne i inne relikty przeszłości posiada w ofercie. Trudno – następnym razem. W drodze powrotnej Majdan – stacja kolejki wąskotorowej. Kolejka fantastycznie utrzymana, stacyjka wyposażona turystycznie, tylko świeci pustkami. Po sezonie tylko po jednym kursie dziennie robi, w sobotę i w niedzielę, akurat do przełęczy Przysłup jeździ toto. Kurs w sobotę zaczyna o 11 z minutami, więc niestety – nic z tego nie będzie, bo kończy sie po 13-tej. Odkładamy na następny pobyt. Nie chcemy ryzykować powrotu nocą do domu. Ostatnie rzuty okiem na Cisną po drodze, nostalgia już się odzywa, chociaż jeszcze nie wyjechaliśmy. Nastrój taki sobie się robi. Pijawka już planuje przyjazd w przyszłym roku, z kolegą i na dłużej. Bo 5 dni to na Bieszczady stanowczo za mało – mówi. Tu się nie można nudzić, a piękniejszego miejsca chyba nie ma! - to też jego słowa. Zgadzam się z nim.
Oj, szkoda, strasznie żal wyjeżdżać! Smuteczek leciutkim cieniem kładzie się gdzieś w kąciku serc i wzdycha. My też wzdychamy. Ciężko. Nic to! Przecież, być może się uda tu wrócić w przyszłym roku? Bardzo tego chcę.
Siedzimy jeszcze ostatni raz już wieczorkiem na tarasiku i wdychamy chłód wieczorny. Tuż tuż krążą w zapamiętałym tańcu nietoperze maluśkie. Ciemno, choć oko wykol! Noc w górach jest naprawdę wyjątkowo ciemna. Latarnie nieobecne, chmury albo mgły kładą się nisko, powietrze nasiąka wilgocią. Jak spóźnieni mieszkańcy, w dodatku zalani “na biedronkę” trafiają w tych egipskich ciemnościach do domu?– pozostaje dla mnie tajemnicą! Toż własnej ręki nie widać, a okolica raczej niepodobna do boiska sportowego o słusznych rozmiarach i równej powierzchni. Sprzęt rolniczy, rozmaite pojazdy pozostawiane gdzie popadnie, na środku drogi, między zabudowaniami. Górki, dołki, rowy, drzewa, etc... No i jak się wśród tego poruszać bezboleśnie przynajmniej? Jakoś im się to jednak udaje. Twardy naród – bieszczadzcy górale!
Nie pakujemy się wieczorem, żeby nie zrobiło się jeszcze smutniej. Sen tej nocy jakoś z trudem odnalazł do nas drogę.

10 września 2005r.
Jest 8:00. Pora. Szybkie śniadanko, bo nikt jakoś apetytu nie ma. Pozbierać bambetle i o 9:00 wyruszamy w drogę powrotną.
Bywajcie, Bieszczady! Do zobaczenia… kiedyś…
.....................................................................................................................................
Powrót, jak to powrót. Gdy się zostawia to co takie przyjazne, takie niby trudne, a jednak radujące duszę, to raczej trudno o wesoły nastrój. Burza wisi w powietrzu od samego początku. Nie słychać jeszcze piorunów, ale na horyzoncie pojawiają się pierwsze zwiastuny, że pogoda się zmieni – błysnęło raz i drugi. Trochę potem nawet zagrzmiało, ale rozeszło się po kościach. Gorąco jest – 30 stopni w cieniu. Podróż w takiej temperaturze do najprzyjemniejszych też nie należy.
Przystanek jeden, drugi i już domeczek. Dojechaliśmy o 17:00.
Witaj domeczku! Żegnaj swobodo! Witaj codzienności!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Krajobrazy polskie



Wizytacja ministra Nowaka na pewnym dworcu. Dyrektor, kierownik – zresztą, nie wiem, jak tytułować pana – chwalił się, że akustykę dworca to osobiście Amerykanie sprawdzali i poprawiali!!! Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że Amerykanie? Ogólnie rzecz ujmując, dworzec jest pierwsza klasa. W programie „Uwaga” to było. Tu kłaniający się w pas, niemal całujący ministra w d…., jak w epoce komunistycznej, dyrektor dworca, a tu: niepełnosprawny mężczyzna, na elektrycznym, inwalidzkim wózku próbował dostać się na peron. Znakomicie, pod względem akustycznym, rozbrzmiewałaby piosenka ze starej, polskiej komedii muzycznej „Schody, schody, schody, schody…”, którą śpiewał Fronczewski . Bo wszędzie schody, ani jednej windy. Matka z dziecięcym wózkiem, inwalida nie zachwycą się dworcem, w którego remont wpompowano gigantyczne pieniądze. Po długich dyskusjach w większym gronie ochroniarzy, kazano inwalidzie jechać na inny dworzec, na własny koszt. Tam podobno będzie mógł dostać się jakoś do pociągu. I znowu, byłam zdziwiona, że jakoś wcale nie jestem zdziwiona.
Taki kraj.

Policja skatuje niewinnych obywateli przez pomyłkę – trzeba wybaczyć, to niechcący! Obywatel w obronie własnej działając uszkodzi lekko bandytę – przekroczenie granic tej obrony i zaraz do pierdla… Nie powiem, czasem zdarza się, że wystąpi niby odpowiedzialność jakichś organów za wyrządzoną obywatelowi szkodę, nawet odszkodowanie wystąpi. To odszkodowanie wypłaca się jednak z pieniędzy m.in. tego obywatela. 
Taki kraj…

środa, 13 czerwca 2012

Deszcz

Znalezione w starej książce, moje ołówkowe zapiski:

Gdybym była obłoczkiem, lekkim, delikatnym i bezmyślnym? Takim, narodzonym z mgły?  Chłonęłabym unoszącą się w atmosferze wilgoć tak długo, aż zamieniłabym się w ciężką, brzemienną chmurę. Wtedy bym umarła. Konałabym w potokach własnych łez. W strumieniach deszczu. Umierając, dawałbym życie. Deszcz to życie, czyż nie?
I wkrótce rodziłabym się na nowo. Nieśmiertelna i wolna.
Umierać deszczem…
Rodzić się z mgły…
I tak, do końca świata. Tego świata.
A pode mną zieloność, wdzięczna za każda chwilę mojego konania.

wtorek, 12 czerwca 2012

Antena satelitarna

Wczoraj, pierwszy raz nie pokazywano butów Pani Moniki Olejnik, w "Kropce nad i". Dotychczas kamerzyści koncentrowali się niemal wyłącznie na kadrowaniu nowych nabytków pani redaktor, a wczoraj? A wczoraj, pół ekranu tv zajmował korpus Pani Moniki, a drugie pół pana Bońka. Pan Boniek z trudem tłumił śmiech, widać to było aż nadto wyraźnie. I, biedaczek, nie mógł się skoncentrować na własnej wypowiedzi, bo widok pani Moniki, z talerzem anteny satelitarnej na głowie i piłeczką Euro2012 w centrum tegoż talerza, tudzież czerwonym zawijasem, coś jak droga mleczna, był tak radosny, że oczu oderwać nie było można. Kamerzysta też najwyraźniej nie mógł. Pani Monika siedziała sztywna, kwestie jej się nieco plątały, czemu trudno się dziwić zresztą. Utrzymanie tej konstrukcji z "epoki" footballu łatwe nie było z pewnością. Ciekawi mnie tylko, kto wpadł na pomysł udekorowania pani redaktor tym kapeluszem? Tak na moje oko, to raczej nie modelka! Ale ogólnie widok był cud piękności!

niedziela, 3 czerwca 2012

po

Już jakoś tak, w styczniu, pomyślało mi się, że lata tego roku raczej nie będzie...
Jest czerwiec, wciąż tego lata nie widać. Chociaż nie! W maju, na początku już je zaliczyliśmy, przecież było ponad 30 Celsjuszów w cieniu! Nie to, żebym za takimi temperaturami tęskniła, nie! Nie lubię upałów. Ale tak ciut ponad 20, to mogłoby być... Żeby nie marznąć rankiem, gdy ledwie 5-7 tych stopni na termometrze.
Do Euro zostało już tylko 5 dni. W zasadzie się cieszę, że to już lada chwila. Im szybciej obskoczymy, tym szybciej wrócimy do normalności. Ale i tak szlag mnie chwilami trafia. Jedziemy sobie wczoraj przez nasze wielkie miasto, rozglądam się nieco leniwie, bo głównie tkwimy w korkach, i co? No i z niejakim rozbawieniem konstatuję banner, na którym widnieje:
"Kibicujmy razem. Cukier Królewski"
Taaaa...
Tabletki od bólu głowy - specjalnie na Euro (zapewne, by kibice, gdy nasi będą jak zwykle partaczyć, wiedzieli, czym się leczyć)
majteczki - w stylu Euro
kubeczki na BP - ze stadionami
- wafelki - Euro
- wózek dla lalki - z logo Euro
- wiadomości TV - wyłącznie Euro

Czekam na prezerwatywy w reklamie. O smaku Euro.
O rany, niech już nawet tego lata nie będzie, niech już tylko będzie po. Nie PO, tylko zwyczajne po.
PO też już niech będzie po. Tylko co będzie po PO???