czwartek, 29 marca 2012

Reformy damskie, czyli o emeryturach


Przyznam, że dziwi mnie wojna o emerytury. Nie rozumiem, dlaczego problemem jest wiek taki, czy inny. Moim zdaniem, na emeryturę powinno się przechodzić w dowolnym czasie. Decyzja należeć powinna do ubezpieczonego. Przecież każdy z nas płaci składki, a od 1999 roku ma indywidualne konto, na którym teoretycznie gromadzone są składki emerytalne! Powinno się tylko podzielić ten zgromadzony kapitał przez statystyczną dalszą długość życia, począwszy od dnia przejścia na emeryturę i wypłacać dokładnie tyle, ile wyjdzie z obliczenia. To takie proste!  Byłoby proste, gdyby nie chodziło o coś zupełnie, ale to zupełnie innego: tych, naszych, ciężko zapracowanych składek tam nie ma! Bo zostały wypłacone tym, którzy kapitału żadnego nie uciułali, a na emerytury odchodzą często zaledwie po kilku latach pracy, dotrzymując świadczenie takie, jakby pracowali 40 lat bez przerwy. I o to tylko w tym idzie, tyle, że nikt tego głośno nie mówi. Napomknięto jedynie, że komisja jakaś tam, europejska, uznała za niezbędne reformy KRUS i m.in. mundurowe. W Polsce. I cisza. U nas nikt się nie zająknął. Wciąż tylko słychać i widać, że Polacy protestuje przeciwko wydłużeniu. Ja się z protestami związkowców nie identyfikuję, bo uważam, że ani wyż demograficzny, ani niż, ani wiek nie mają tu nic do rzeczy. Ja odkładam fundusze na swoją emeryturę już 37 lat, uważam, że uskładałam już sporo. Przy czym – nie życzę sobie, żeby mój kapitał był NIE MOIM KAPITAŁEM! Po co gadanie o wieku? Dajcie mi tylko to, co mam zgromadzone. Przecież takie było założenie reformy ubezpieczeń społecznych, indywidualnego ewidencjonowania składek. Po co w takim razie te konta, po jaką cholerę ta biurokratyczna zabawa, udawanie, że każdemu według tego, ile odłożył? To pic na wodę, czyli fotomontaż! Wydaliśmy ( jako państwo) miliardy na system indywidualnego rozliczania składek, na darmo wydaliśmy, a miało być tak pięknie…
W ciągu tych 13 lat po 1998 roku, ustawa była zmieniana kilkadziesiąt razy, za każdym razem na gorsze. Każda nowelizacja likwidowała równość obywateli wobec prawa, każda łamała warunek niezbywalności praw nabytych. Lekką ręką nasi wybrańcy narodu rozdawali na lewo i prawo przywileje, tworzyli wyjątki od powszechnie obowiązujących zasad. Wszystkie dla dobra obywateli. Tych – równiejszych od reszty.
Jakoś nie słyszałam, że jak nie mam swoich własnych pieniędzy, to należy mi się np. mieszkanie zafundowane przez tych, którzy pieniądze mają? Przecież to są ich pieniądze, nie moje. Nic mi się nie należy! Tak powinno być.
A jeżeli nie doczekam emerytury, to mój kapitał powinien stanowić tzw. masę spadkową i pozostać w rodzinie.
Może kiedyś, gdy już wymrą dinozaury polityki polskiej, młodzi będą mieli odwagę i rozsądek i zmienią niesprawiedliwość w sprawiedliwość. Najpierw jednak musi zniknąć pewna, wątpliwa Sprawiedliwość i jeszcze kilka pomniejszych,  Najważniejszych…

środa, 28 marca 2012

Pisanki

fot. J.K.
Dekoracja własna, wykonana w 2010 roku.
Gniazdko zrobione z wierzbowych gałązek, plecione własnoręcznie, pisanki farbowane w łupinach cebuli, malowane pisakiem olejnym ( takim, np. służącym do znakowania sprzętu biurowego), baranek wycięty nożykiem w styropianie, po zakupie biurowego kompa, posmarowany klejem do papieru i oblepiony konfetti z dziurkacza, też biurowego. Rogi ma skręcone z białych spinaczy, a oczka z pluskiewek ( mamy takie z kulistymi główkami, bo łatwiej je wypinać z tablicy ogłoszeń), bukszpan z ogródka koleżanki, zdjęcie wykonał, jak zwykle - autor większości zdjęć, czyli J.K.

W archiwach fotka ma nazwę: "baran biurowy"

Tegoroczne pisanki są bardziej kolorowe, kupiłam kolorowe, olejne pisaki.

piątek, 23 marca 2012

Wstrząs?

"Wstrząsające wyniki sekcji zwłok Gosiewskiego..." - to nagłówek widoczny na WP.
A co w treści? Rosjanie zostawili "coś" we wnętrzu zwłok. Mecenas Rogalski nie mówi - co, tylko, że to "coś" nie powinno się tam znaleźć. Znaczy we wnętrzu. Pewnie mogło się znaleźć na wierzchu, przynajmniej zdaniem mecenasa. I jeszcze, że bezczeszczenie zwłok. I dalej: że zwłoki w dobrym stanie, ale "mogłyby być w lepszym, gdyby nie były zapakowane w worek".
Czytam i czekam na te wstrząsające wyniki i jakoś doczytałam do końca nie doznając nie tylko żadnego wstrząśnienia, ale w ogóle nie doznając niczego, z wyjątkiem zdziwienia: Któż to, ach któż to autorem nagłówka jest? Zresztą - nieistotne przecież.

Nie mogę się dopatrzeć bezczeszczenia w formie pozostawionych np. nożyczek chirurgicznych, albo skalpela, albo czegoś podobnego. Tysiącom żywych ludzi zostawiają, ale nigdy nie słyszałam, że to jest "bezczeszczenie". Lekceważenie raczej, bo żywy przeważnie cierpi, a - o ile mi wiadomo - zwłoki zdaje się nie cierpią?
I ten worek... A w co, zdaniem mecenasa, miały być zapakowane zwłoki? W słój wecka? W puszkę? A może od razu w alabastrowy sarkofag? 
Zawsze są w worku.

czwartek, 22 marca 2012

Dzień wagarowicza












Że szkoła? A co tam szkoła!
Śmieją się wagarowicze!
A nam jest smutno, bowiem
wiek robi wielką różnicę…
Zwłaszcza, gdy siwo na głowie.

Gdyby tych lat na grzbiecie
było choć mniej o parę,
na dzień ten hasłem by było:
„Rzuć pracę i wiej na wagary!”
I wiałby człek, aż miło…

A u nas zwyczajnie, jak co dzień:
Praca i praca bez końca!
I pieści światło świetlówek,
zamiast wesołego słońca,
zmęczone twarze kadrówek...

czwartek, 15 marca 2012

Wiosenna melodia


Może wiosny jeszcze nie widać, ale już ją słychać. Wczesnym rankiem, gdy słońce dopiero budzi się, jeszcze zaspane ledwie unosi ognistą głowę nad horyzontem, przeciera zaczerwienione oczy chmurką, a już zmęczone zimą ptaki zaczynają poranną gimnastykę i hałasują zawzięcie. Przepychankom na nagich wciąż gałęziach drzew nie ma końca. Wystarczy, że jeden dzwoniec zasiądzie sobie na czubku lipy, zaintonuje dzwońcową piosneczkę, a już po chwili podskakuje wśród gałązek całe stado. Przekrzykują się nawzajem, podskakują i skaczą sobie do dziobów. Walczą o lepsze miejsce, jakby tam takie było! Może chodzi o tę gałązkę, z której jest lepszy widok na słońce? Nie wiem…
Dzwońcowa pieśń wpada natychmiast w drażliwe uszy srok – miejscowych strażników porządku. Na sąsiednim drzewie niezwłocznie pojawia się taki czarno-biały, długoogoniasty zwiadowca. Przekrzywia ślipiasty łebek to na lewo, to znów na prawo, wymachuje ogonem, podobnie, jak surowy ojciec grozi palcem niesfornemu brzdącowi. Tak naprawdę, to sroki są wielce ciekawskie i wcale nie chodzi im o spokój, a nawet wręcz przeciwnie – uwielbiają harmider i chętnie dołączają się do konfliktów i bójek. Skrzeczenie sroki, świdrujące w uszach i wcale nie sympatyczne, daje znać jej pobratymcom, że jest jakaś draka. I nie wiedzieć skąd natychmiast zlatuje się cały oddział bojowników. Dzwońce przenoszą swój wiec na inne drzewo, nieco dalej, lekceważąco terkocząc i pokazując srokom ogony, na pożegnanie. Ale gdzie tam! Sroki nie dadzą tak łatwo za wygraną, też przenoszą się na kolejne drzewo bacząc, by nic nie uszło ich uwagi. W tym czasie sikorki tłoczą się wśród ostrych igieł ogromnego świerku. Świerk jest bardzo przytulny, gęsty i cierpliwy. Sikorki czują się w nim bezpiecznie, żadna sroka, ani inne ptaszysko nie zaryzykuje przeciskania się przez te najeżone srebrzystymi igłami zasieki. Kwiczoły, zimą zwykle poruszające się stadami, teraz samotne, przeszukują wnętrza tych świerkowych twierdz, zapewne w poszukiwaniu dogodnej lokalizacji gniazd. Niestety, mają konkurencję w osobach cukrówek, które co roku wiją swoje domki w najciemniejszych zakątkach drzewa. Szpasie też już są. Przyleciały później, niż w ubiegłych latach, ale są. Niestety, nie mogę już obserwować ich  zalotów i walki o budkę, bo tutaj tej budki nie ma, wisi na wiekowej lipie, dwie firmy dalej. A szpasiowe umizgi, to była wielka wiosenna atrakcja! Budka jedna, a zalotników kilku. I na dodatek kandydatka na żonę wybredna i zadzierająca nosa. Co się ci wyfraczeni kandydaci na męża musieli nakombinować, ile tam było czesania, ile nabłyszczania piórek, a ile naśladowania głosów! Szpaczki potrafią udawać śpiew innych gatunków, zaintrygować wybrankę podsłuchaną gdzieś tam, nową piosenką, jakimś gwizdem, jakąś nutą nieznaną. Jak pani szpakowa ma się oprzeć urokowi nieznanej pieśni miłosnej? Jak wytrwać w cnocie, gdy co rusz, to inna serenada mile pieści ucho? A już najtrudniejsze – jak się zdecydować, która najpiękniejsza, najczulsza i zwiastująca dobrobyt przyszłej rodziny?  Tak, na moje trochę ślepe oko, to pani szpasiowa kota w worku nie kupuje, a kandydatom nie daje wiary „na słowo”. I, jak każda, dobra gospodyni - stara się „zawsze mieć w zapasie”. A co na to pan szpak?

Wykapany tata
 
Gdy szpakowa w gnieździe siedzi,
a mąż szuka tłustej muchy,
czasem budkę ktoś odwiedzi
- takie po wsi chodzą słuchy!

Nim mąż wszystkie łąki obleci,
żonka zdąży sprzątnąć mieszkanie
i o dorodne, przyszłe dzieci,
też będzie miała staranie.

Potem szpak wyprowadzi latem
gromadę małych szpaczków,
a każdy – wykapany tata! -
będzie w nakrapianym fraczku.

I morał z tej bajki taki:
Czy warto zachodzić w głowę
i dumać, czemu szpaki
wszystkie są jednakowe?

czwartek, 8 marca 2012

8 marca

Postanowiłam rano, że dziś nic nie zrobię,
ostatecznie przecież mamy święto kobiet!
Jednak ruszam z żalem do codziennej pracy,
bo za mnie już świętują płci męskiej rodacy...

piątek, 2 marca 2012

Finał wycieczki do Sztokholmu

Zmarzliśmy okrutnie podczas tej wędrówki po Sztokholmie. A tu ani gdzie usiąść, ani się ogrzać. Trzy godziny na zakupy, to chyba za dużo? Zrobiliśmy remanent portfela - mało! Nie starczy na dwie kawy, na dwie czekolady gorące tym bardziej.  Co robić? Nogi wchodzą nam w zadki, a tu jeszcze cała godzina czekania na transport. Niestety, autokar nie mógł czekać, musiał odjechać na parking, w dodatku nie wiadomo dokąd. Przywieźliśmy tylko 500 koron, a złotówek też mało, bo parking strzeżony w Gdańsku 75zł kosztuje, z góry. 300 koron zapłaciliśmy za wejściówki do muzeum i ratusza, 64 korony zapłaciliśmy pierwszego dnia za czekoladę na gorąco, zostało niewiele. Na promie jest wprawdzie kantor, mamy kartę płatniczą, ale nie można kupić koron płacąc kartą, trzeba mieć żywą gotówkę. Na szczęście okazało się, że można płacić tą kartą wszędzie. Byliśmy uratowani. Kawiarenka internetowa, za ladą Hindus - oczywiście. Dwie kawy i grzejemy się w ciepełku, nosy odmarzają, jest dobrze.
Tylko odrobina niepewności - ile mój bank policzy sobie za te płatności w obcym kraju? Nic nie policzył, wyszło tak, jakbyśmy płacili w Polsce. Drobne upominki mamy, zamówiony przez moją Koleżankę kieliszek do tzw. światowej kolekcji też.
Sobie nie wieziemy nic, trudno, może następnym razem...
Pan Monsz, dokumentuje co się da cyfrowo, trzeba pokazać latorośli, co widzieliśmy.

 O, jest nasz autokar, nareszcie! Kilkudziesięciu zmarźlaków zapakowanych, wracamy, zmrok zapada błyskawicznie.
W drodze powrotnej oglądamy film, dokumentujący wizytę jakiejś angielskiej specjalisty od kitchen, która odbywa kulinarną wędrówkę przez Szwecję. Tu skosztuje gulaszu z łosia ( a propos: w niezwykle ekologicznej i dbającej o naturę Szwecji zabija się rocznie blisko 150 tysięcy łosi!), tam znowu jakiś miszmasz, a gdzie indziej śledzie słodko-kwaśne - ulubiona, skandynawska  potrawa. Pani redaktor powąchała i skosztowała też "rarytasu", czyli zbombaszowanych śledzi, które zalewa się mało osoloną wodą i czeka, aż się zaśmiardną tak, że woń jest nie do zniesienia. Po prostu pyszności! Pani redaktor wyhaftowała na trawie jakiś, ozdobny wielce, rzucik po konsumpcji tegoż przysmaku.
Na promie kolacja, ostatnia, na deser mamy szarlotkę na ciepło z bitą śmietaną. Po kolacji spotykamy się w sali barowej, na parkiecie czeka na nas jednooki pirat. Odbywa się pasowanie na wilki morskie, jako, że ów sztorm przeokrutny przetrwaliśmy dzielnie. Każdy dostał dyplom - świadectwo chrztu morskiego. Wskutek tego mam nowe imię "Perła Bałtyku", a Pan Monsz od tygodnia zwie się "Rekin", do czego ja już całkiem prywatnie dodałam mu przydomek "ludojad", co z pewnych względów wydało mi się nie bezpodstawne.
Ostatnia noc na pokładzie, rano już tylko śniadanie, o 13:00 mamy być w Gdańsku. Byliśmy. Im bliżej Polski, tym mocniej wiało, ale pogoda piękna - słońce, niebo błękitne, prawie bez chmur. Lądu jeszcze nie widać, ale zbliżanie się do zatoki wyraźnie wskazywały nam skorupki, łupinki takie malutkie, nad którymi unosiły się srebrzyście skrzące mgiełki.

To stada mew, towarzyszące rybakom, korzystają z okazji do darmowego przyjątka.  Pomału na horyzoncie rodzi się ląd. Początkowo widać tylko jakby ciemny garb, w miarę upływu czasu rosnący i pączkujący naroślami zieleni i zabudowań. Coraz wyraźniej widać latarnię na Helu. Potem też  port w Gdyni,

pomnik na Westerplatte i wreszcie przystań naszego promu. Koniec wycieczki, trochę żal, jak zwykle. Żegnamy się, umawiamy z panią Ulą na kolejne wyprawy morskie i - opuszczamy pokład.

 Autko czeka całe i znudzone. Ruszamy.  I znowu zdziwienie- im dalej na południe, tym zimniej i pochmurniej? Eh...

czwartek, 1 marca 2012

Wycieczka do Sztokholmu (cd)

26 lutego 2012r. Dzień trzeci.

Pobudka o 7:00 rano, zmiana klimatu odbija się nieciekawie na mojej twarzy. Trudno, odrobina makijażu po porannej toalecie, bieg trzy poziomy wyżej, na otwarty pokład, papieros, potem śniadanko. Zrobiliśmy po kanapce na drogę, bo dzisiaj cały dzień poza promem.
Po drodze, w autokarze pani Ula opowiada dalej o Szwecji, potem projekcja filmu z wydobycia XVII-wiecznego galeonu Vasa. Oglądam z zainteresowaniem, nie mając mimo wszystko pojęcia, co zobaczę w Muzeum  Narodowym – czy się udało po 300 latach spoczynku na dnie morza?
W Sztokholmie do naszej wycieczki dołącza dodatkowy przewodnik, Polak mieszkający od lat w Szwecji. Na początek zwiedzamy Ratusz. Wielki, niczym zamek, z ogromnymi, wysoko sklepionymi salami. Komnatami właściwie.

W tym Ratuszu przyznaje się nagrody Nobla, tam odbywają się przyjęcia dla noblistów i innych zaproszonych gości. Na dole, w auli pracownicy rozstawiają setki tapicerowanych niebiesko krzeseł, podobno jakiś koncert ma być. Nie wiemy wprawdzie, czy będzie to zwyczajny koncert, czy też organowy? W kącie tej ogromnej sali stoją organy, a tak naprawdę to jedynie ta ich część, na której gra organista, bo piszczałki, a jest ich dziesięć tysięcy, są umieszczone pod samym sklepieniem, ukryte prawie całkiem. W Ratuszu wszystko można fotografować, chowamy aparaty tylko w Sali Ślubów, której ściany pokrywają przepiękne arrasy. Oglądam je z bliska, nie mogę wyjść z podziwu dla kunsztu i dbałości tkaczy o najdrobniejsze szczegóły obrazów. Arrasy nie lubią blasku fleszy. Idziemy dalej, do Sali Rajców. Tu miesza się współczesność z tradycją. Po lewej stronie, wysoko, jest galeria dla widzów. Na głosowanie radnych miejskich może przyjść każdy, kto ma na to ochotę. I z góry obserwować, jak siedzący w okręgu rajcowie głosują, czy nie śpią przypadkiem, albo nie zajmują się wysyłaniem esemesów?
Sufit Sali głosowań, wysklepiony w kształcie łodzi, jest pomalowany w barwne, historyczne scenki rodzajowe i dodatkowo wypełniony jakby rusztowaniem drewnianym, stylizowanym na łodzie Wikingów.

Na dole, w okręgu, mahoniowy pulpit, na którym zamontowano około kilkadziesiąt monitorów i urządzeń do głosowania. Wokół tego pulpitu fotele dla radnych. Po prawej, na takiej specjalnej ambonie pod sufitem, widać stanowisko przewodniczącego Rady Miejskiej. Stamtąd kieruje głosowaniem i obserwuje radnych. Sala służy wyłącznie do głosowania uchwał, radni spotykają się tam co trzy tygodnie. Obrady i dyskusje nad projektami odbywają się w innym pomieszczeniu.

Na deser przewodnik zostawił nam zwiedzanie Złotej Komnaty, wyłożonej mozaiką z półtora miliona złotych maleńkich płytek.

Ściany i nawy tej Sali zdobią oczywiście nie tylko te złote okruchy, ale i postaci historyczne, wykonane z terakoty i kawałków ceramiki. Brzydkie to wszystko, choć zapewne można mieć na ten temat i inne zdanie… Dla mnie wyglądało nieco tandetnie, jak jeleń na rykowisku w złotej ramie. Postaci jakieś takie ślipiaste, dziwaczne.

Wprawdzie przewodnik o tym nie wspominał, ale na jednej ścianie dopatrzyliśmy się ukrytego symbolu wolnomularzy – przedstawioną tam postać artysta wkomponował w cyrkiel. Może to nie był efekt zamierzony? Nie wiem. Ale tak wyszło.

Jedziemy do Muzeum Narodowego, oglądać ten okręt Vasa. Przepyszny, drewniany galeon, który zatonął w roku 1628 i przeleżał na dnie Bałtyku ponad 300 lat. Wydobyto go dopiero w 1961 roku, chociaż podobno większość dział, a było ich mnóstwo, zdaje się około dwustu, udało się wydostać z wraku jeszcze w XVII wieku. Okręt zatonął tuż po wyjściu z portu, za mało i źle ułożono na dnie balastu z kamieni. Oczyszczony z mułu, zakonserwowany i od nowa złożony wystawiony jest dzisiaj w ogromnej sali muzeum. Jak szkielet jurajskiego jaszczura. Zapiera dech, duchy przeszłości wyzierają z każdego, przesyconego wonią słonej, morskiej wody drewienka, z każdej kunsztownej rzeźby na rufie, z wielkiego galionu, przedstawiającego postać lwa w skoku.


Z bogato zdobionych kopuł, w których umieszczano latarnie. Dzieło sztuki, flagowy okręt królewski – cudo! Miał być dumą Szwecji, siejącą postrach wśród sąsiadów. Lata ciężkiej pracy budowniczych poszły jednak na marne, nie dotarł do celu, a płynął wówczas do Polski.

Za to teraz można go podziwiać, dziwiąc się, jak bardzo mali byli wówczas ludzie, bo replika kajuty oficerskiej, wykonana w skali 1:1, jest tak mała, że współcześni musieliby poruszać się w niej na czworakach niemalże. Wszystkie,  wydobyte z wraku artefakty świadczą o naprawdę niewielkiej posturze szesnastowiecznych żeglarzy – kurtki, buty w sam raz na dzisiejszego dwunastolatka! Patrzyłam zachwycona doskonałością tego zabytku, tak znakomicie wyeksponowanego i przemyślnie oświetlonego w muzeum. Statek jest pozbawiony barw, które musiały budzić zachwyt niegdyś. Specjaliści jednak zbadali skład użytych przez twórców farb i stworzyli całkiem okazałą makietę, przepysznie mieniącą się całą paletą barw.

Stoi tuż obok oryginału, przypominając, jak wspaniałym dziełem musiał być w zamierzchłych czasach ów galeon.
Przed Muzeum zakwitły przebiśniegi. Dziwne, prawda? Przecież Szwecja jest kilkaset kilometrów na północ od Polski, a u nas nawet śladu wiosny jeszcze!

Koniec obowiązkowego zwiedzania, pożegnaliśmy przewodnika, pana Marcina, mamy czas wolny do 16:00, trzy godziny. A tu zimno, że hej! I wieje. Poszliśmy sobie pooglądać sklepy na Starym Mieście. Tak, pooglądać, bo na zakupy nas nie bardzo stać, ceny ani trochę nie adekwatne do zasobności polskiego portfela. Sweter w skandynawskie wzory, nie powiem – cudeńko, kosztuje w przeliczeniu około 1000zł. Kieliszek pop art, w kolorze burgunda, spoglądający w kierunku przechodnia ni to twarzą, ni to maską, też piękny – około 800zł. Symbol Szwecji, konik strugany z drewna, malowany według tradycji drwali, tak maleńki, jak wisiorek na szyję – 100zł. O cenach innych, budzących mój zachwyt wyrobach artystycznych już nie mówię. A obejrzałam chyba wszystkie wystawy, zatrzymując się przed każdą z okrzykiem zachwytu, bo to nie jakieś paskudztwa w rodzaju krasnali ogrodowych, ale prawdziwe dzieła sztuki! Obrazy, zadziwiające wyobraźnią artysty, choć może dla wielu zbyt bajkowe, przenoszące w dziecięcy świat. Ręcznie tkane torby, obuwie, szkło artystyczne, wyroby z mosiądzu, kości, no i mnóstwo staroci, pokrytych patyną czasu, a zadziwiających urodą i wykonaniem. Ceramika siermiężna nieco, ale niezwykle urodziwa. Patchworki w szalonych barwach i wzorach, pledy utkane zgodnie z tutejszą tradycją, rękawiczki cieplutkie, czapki śmieszne, wzorzyste, pomponiaste i ze zwisającym nausznikami z frędzlą… Eh, całe mnóstwo rzeczy, które chciałoby się mieć, ale się mieć nie będzie…
Zaskoczyło nas, że w większości sklepów za ladą stoją Hindusi.