środa, 29 lutego 2012

Wycieczka do Sztokholmu (cd.)

25 lutego 2012r. Dzień drugi.

Do portu w Nym… ( do diabła z ta nazwą, której w życiu nie zapamiętam…) dopłynęliśmy około 13:00 w sobotę. Pogoda pod zdechłym Azorkiem. Zacina śnieg z deszczem, zapowiada się kiepsko.

Pani Ula, nasz pilot wycieczki, zarządziła zbiórkę o godz. 15:00. Mamy jechać na rekonesans do Sztokholmu, a to około 60km od portu. No, to jedziemy.  Zmrok jakoś jakby później zapada, więc zdążyliśmy jeszcze oblecieć Stare Miasto

 i podenerwować lekuchno wartowników, stojących wokół Zamku Królewskiego. Zabawnie wygląda, gdy co jakiś czas opuszczają stanowisko warty, maszerują kilkadziesiąt metrów w jedną stronę, po czym wykonują półobrót, w półprzysiadzie, jakby zamierzali kręcić piruet na lodzie i dziarskim krokiem wracają do budki wartowniczej. Na warcie stały też dziewczyny, w futrzanych czapach.  Chłopcy mieli normalne nakrycia głowy, takie typowe mundurowe. Pani Ula pokazała, co gdzie jest, poprowadziła, a właściwie przepędziła niemalże wszystkimi, wąskimi uliczkami Starego Miasta, w tym biegnącą schodkami w dół, pomiędzy dwiema kamieniczkami 90cm szerokości uliczką. Takich niewiele od niej szerszych uliczek w Sztokholmie jest więcej. Mają jedną zaletę, doskonale chronią od lodowatego wiatru. Zrobiło się późno, zatem zarządzono powrót na prom, po drodze pani Ula opowiadała nam o kulturze i historii Szwecji. Wrzuciła też parę ploteczek na temat obecnej rodziny królewskiej. Zmrok zapadł szybko i mogłam wygapiać się na okoliczne zabudowania. Drewniane domki, nigdy nie ogrodzone, pomalowane tradycyjnie, krwistoczerwoną farbą, która konserwuje podobno drewno na okres około 10 lat. W oknach żadnych zasłon, firanek też nie ma. Za to w każdym oknie lampka, skromna, ze zwykłym abażurem, najczęściej w kształcie ściętego stożka. Pani Ula powiedziała, że to taka skandynawska tradycja - te światła w oknach dają znak, że na żeglarzy powracających na ląd czeka przyjazny i ciepły dom, że są już blisko. Latarnie morskie w wydaniu mini. Ruch na drodze właściwie żaden, Szwecja liczy ponoć zaledwie blisko 9 mln mieszkańców, z czego ciut ponad półtora miliona mieszka w stolicy. Nic dziwnego, że można przejechać szmat drogi i nie spotkać żadnego prywatnego auta, a jedynie od czasu do czasu ciężarówki. Za to prawie każda, nawet najmniejsza droga i dróżka jest oświetlona, nawet ta, biegnąca wzdłuż leśnych pagórków, na pustkowiu.  Dziw!
Tuż obok portu wielki kompleks handlowy, nawet znajomy Lidl się objawił. Ze zdumieniem stwierdziłam, że przed tym gigantem stoją tylko cztery auta? A dopiero 18:00 przecież, u nas szczyt ruchu w sklepach. Kupiliśmy sobie tylko wodę mineralną i banany, ale na półkach było wszystko to, czego w naszych sieciach nigdy nie uświadczysz: trawa cytrynowa, owoce tamaryndowca, rozmaite korzenie egzotyczne, chyba wszystkie owoce świata, a serów wybór taki, że ja – miłośniczka ich smaków i smaczków - dostałam zawrotu głowy...
Na nas, w porcie, też czekał, wypatrując setką  żółtych oczu, prom. I pyszna kolacja.
Jeszcze papieros na górnym, otwartym pokładzie, jakieś senne pogaduchy, prysznic i spać. Jutro długie zwiedzanie.

wtorek, 28 lutego 2012

Wycieczka do Sztokholmu

24 lutego 2012r. Dzień pierwszy.
Po bardzo długich latach przerwy, zdecydowaliśmy się na krótką wyprawę w szeroki świat. Kupiliśmy rejs w  Polferies, do Sztokholmu. Taki weekendowy wypad poza sezonem. Oczywiście, w miarę zbliżania się wyjazdu coraz bardziej traciliśmy ochotę. W piątek rano siedzieliśmy przy spakowanych walizkach z niewyraźnymi minami: A może by tak zrezygnować? Zimno i wieje, jak za przeproszeniem w Kieleckiem. Trochę szkoda wyłożonych pieniędzy. Jednak – ruszamy.
Droga prawie gładko, pomknęliśmy autostradą, w Gdańsku byliśmy za wcześnie, bo już o 14:30, a zbiórka na terminalu dopiero o 16:45. Terminal linii Polferies w Gdańsku mieści się w dzielnicy przemysłowej, zero sklepów, a  w poczekalni tylko automat z kawą. Nie bardzo nam się podobało, liczyliśmy na lepszą infrastrukturę, na jaką kawiarenkę, barek, czy cokolwiek. Nic z tego! Humor psuł nam się coraz bardziej, a na dworze wichura zrywała dachy z okolicznych zabudowań. Sztorm. Liczyliśmy, że odwołają rejs, ale – nie! Krótka narada i – jednak płyniemy… Co ma być, będzie…A niech tam!
Prom ogromniasty, wysoki, jak wielopiętrowy blok.












Kajuta całkiem wygodna, wyposażona w łazienkę z  prysznicem. Poziom 6.
 Zapalić szłam na poziom 9, na otwarty pokład, bo cały prom objęty zakazem palenia. I słusznie!

Tych poziomów jest w sumie 11, „zamieszkałe” kończą się na 10, więc nam przypadło mniej więcej po środku. Restauracja, w której spotykaliśmy się na posiłkach, jest na poziomie 7, zejście po schodach, w czasie sztormu najlepiej wychodzi na czworakach, zwłaszcza małolatom. Łatwo nie jest, podobnie, jak wstać od stołu i przemaszerować pomiędzy stolikami, gdy się nie bardzo wie, gdzie właściwie jest sufit, a gdzie podłoga, z powodu zwariowanego błędnika, wałęsającego się podczas sztormu gdzieś w okolicach pięt. Dokładnie go nie zlokalizowałam, więc pewności nie mam, ale tak mi się zdawało. Jedzonko było wyśmienite! Niby tylko dwa posiłki dziennie, ale za to jakie! Ukłon w stronę Cooka głęboki składam. Na dobry początek był cocktail z lekką nutą alkoholu, dzięki czemu była gotowa wymówka w kwestii owego plątania się nóg i zataczania. Potem zupa – pyszności w bulionówce podane. A ryba usmażona w koszulce z ciasta naleśnikowego, zapieczona pod kożuszkiem z cebulki, marchewki i chyba pomidorów, a z całą pewnością pod kapeluszem z sera – to już poezja smaku! Do tego  surówka i ziemniaki z koperkiem. Potem  jeszcze pyszna kawa i legumina wiśniowa, pełna drylowanych wiśni i podana z lodami. No, czapki z głów przed Kucharzem, czapki z głów! I znieś to potem człowieku po tych schodach, gdy prom i w górę i w dół i na boki się kołysze! Znieśliśmy, do kabiny dotarliśmy, choć nie bez trudności. Do koi doczołgaliśmy się, polegliśmy i czekamy, kiedy skończy się ta karuzela? O umyciu się można zapomnieć, nie da rady. Trudno, umyjemy się rano. Podniosłam głowę, wyjrzałam przez bulaj – białe grzywy wznosiły się w górę i zaraz opadały gdzieś w głębinę. Jak już się zaległo na tych kojach, było nawet fajnie – jak w kołysce – pomyślałam sobie. Pewnie od tego kołysania i potrząsania wózkiem niemowlętom kręci się w łebkach i dlatego przestają płakać.  Zasnęłam snem sprawiedliwym. Rano szczekaczka przemiłym głosem w kilku językach zaprosiła nas do korzystania z oferty  promowej, zachęciła do zakupów w sklepach pokładowych, ale my marzyliśmy jedynie o prysznicu i odzyskaniu jakiej takiej równowagi ciała i ducha.
Morze było już spokojne. Toaleta poranna, potem wypad na 9 poziom na papierosa ( eh, ziąb okrutny na pokładzie, więc kaptur kurtki na głowę) i idziemy na śniadanko.  Kelner wysoki jak Hightower, sześć talerzy na jednym ramieniu niesie – że też mu one nie spadną?
- Może parówki? Może jajecznica, albo sadzone na grzance? 
- Błagam, najpierw kawa…czarna… mocna…
- Oczywiście!


środa, 22 lutego 2012

Bez tematu

 ***
W każdej kropli deszczu
jeden dzień życia.
Jak w krzywym zwierciadle
masz wykrzywioną twarz. I zeza.
Los, jak kot,
chadza swoimi ścieżkami.
Nie nadążasz. Próbujesz, ale
nie dotrzymujesz kroku.

piątek, 17 lutego 2012

zagrywki nie fair

Nie pomoże powaga oświadczenia, że musimy to, a konieczne jest tamto, a jeszcze i to, i to, i to...
Nie pomoże, gdy się gra nie fair, Panie Donaldzie!
Za dużo tego "kiwania". Nie przemawia do nas zachwyt na tym zdezelowanym wiklinowym koszykiem, kolorystycznie przypominającym wielką torbę, rodem z Jarmarku Europa. Może to i ma być odniesienie do historii miejsca, na którym stanął nowy stadion, ale wyszło gorzej, niż okropnie! Kosztowało mnóstwo kasy, którą można było przeznaczyć na budowę dróg, to tak na przykład. Bo ośmielam się wątpić w to, że Euro 2012 wypromuje nasz kraj. Obawiam się, że wręcz przeciwnie - będzie z tego tylko wielka, gigantyczna góra wstydu.
Ja nie rozumiem tej filozofii, która każe budować stadiony, gdy żadna polska drużyna nie staje od kilkudziesięciu lat na podiach, a jednocześnie likwidować szkoły, przedszkola, szpitale i wiele innych przybytków tzw. użyteczności publicznej. Nam to Euro całkiem potrzebne nie jest! No, chyba, że w myśl : "Pospólstwu trzeba tylko chleba i igrzysk". Na chleb pospólstwu wciąż jeszcze starcza, gorzej z okrasą... Mnie się jednak wydaje, że temu społeczeństwu, zmęczonemu walką o byt, dławionemu przez panoszącą się biurokrację, którą miało się likwidować ponoć, a która rozkwita w najlepsze, zagarniając kolejne, wolne skrawki naszej, tuziemskiej bytności, igrzysk nie trzeba, tylko nadziei na lepsze jutro. To tyle w temacie stadionowym. Będzie z niego piękny nowy jarmark, z naszych podatków. Ktoś policzył, że sama premia dla abdykującego nam miłościwie prezesa NCS wyniesie tyle, ile zarobki na minimalnej pensji przez 28 lat pracy.  Fajnie brzmi... Pamiętam, że dawano nam przykład Grecji, która organizując Euro miała wyjść z biedy i stać się krainą mlekiem i miodem płynącą. Dzisiaj - cicho, sza! Nikt już tego nie pamięta, albo nie chce.
Emerytury. Najpierw nam obcięli składki na IKE, a te akurat podlegały dziedziczeniu. Teraz nie ma już o co wojować, bo jest ich tyle, co kot napłakał. Teraz wydłużą nam wiek emerytalny. To mądre posunięcie. Bo jest tak: jak nas już nie zatrudni nikt, bo będziemy starzy i niereprezentacyjni, przestaniemy się do pracy nadawać, bo i schorowani fizycznie i psychicznie mało sprawni, to zamiast nam płacić emeryturę, budżet nam da co najwyżej świadczenie przedemerytalne, a ono wynosi coś około połowy przeciętnej emerytury. W chwili osiągnięcia wieku emerytalnego lata pracy nam nie przybędzie, więc emerytura będzie niska - też dobrze, bo taniej wyjdzie dla budżetu. A jak nie dożyjemy ( a o to głownie chodzi!) to wyjdzie jeszcze taniej. Na pewno kwitnąć na emeryturach będą mundurowi, bo w wieku lat 40 to zdrowie jest nieco inne, zmęczenie pracą też inne, łagodniej odbija się na zdrowiu. Dobrze mieć się będą  prokuratorzy w stanie spoczynku, pobierający wynagrodzenie dożywotnio, na dodatek  w wysokości średnio 10 emerytur. Dzisiaj ktoś przypomniał, że do ZUS wpłaca pieniądze coś około 2 mln Polaków, którzy składają się na świadczenia dla kilkakrotnie większej rzeszy tych, którzy złotówki nigdy nie włożyli.
Tak, uważam, że reforma jest konieczna. Trzeba jakoś uciułać pieniądze dla wybrańców losu. Ktoś musi umrzeć, żeby żyć mógł KTOŚ. A powinnismy wrócić do zdrowej zasady: płacisz - masz. Nie płacisz - nie masz.
Kryzys odczuwają wszyscy, z wyjątkiem tych, którym ten kryzys zawdzięczamy. I tych, którzy potrafią zatroszczyć się o swoje i swoich krewnych i znajomych godziwe bytowanie.
Ja bym poszła jeszcze krok dalej z tym reformowaniem. Wydałabym dekret zobowiązujący do popełnienia harakiri po zakończeniu życia zawodowego tych 2 mln obywateli.
NFZ. Też kolorowo wyszło i zabawnie. A wszystko dla dobra ludzkości.
Pamiętam, mama opowiadała, jak wyglądało to przed wojną. Moja babcia szła do lekarza, podawała swój numer ubezpieczenia, a lekarz dawał jej rachunek. Z rachunkiem w ciągu kilku dni trzeba było się pojawić w placówce Kasy Chorych, a Kasa płaciła lekarzowi.
Kiedy zaczęłam pracować, obowiązywało określone prawo emerytalne. Z tego co dzisiaj słyszę, to jednak nie była umowa społeczna. Umowa społeczna dotyczy tylko służb mundurowych, górników, hutników, kolejarzy, pracowników oświaty, sędziów, prokuratorów, księży, rolników. Reszta hołoty się w umowie społecznej nie mieści. Można się na nią wypiąć.To ostatecznie tylko 2 mln obywateli...Wyborców...
Skoro Premier chwali się, że podejmuje trudne i niepopularne reformy, to niech pójdzie wreszcie na całość i pokaże, że nie boi się NIKOGO. I wprowadzi taką reformę, która nareszcie będzie ustala zasady jednakowe dla wszystkich.
Na to jednak nie liczę.

środa, 15 lutego 2012

Ptaszki

Zima pokazała dzisiaj swoją bladą twarz. Sypie śniegiem bez opamiętania. W karmniczku ruch, aż miło!
 Tu widać dzwońce i ziębę czerwonobrzuszką.


Furkocze tylko, a karmnik się trochę trzęsie, jak domek Baby Jagi na kurzej stopce. Kłótnie, awantury, jakby tam ostatnie ziarenko zalegało, a nie świeżo nasypany stosik słonecznikowego przysmaku. To dzwońce tak się panoszą, przepędzają sikorki bogatki i modraszki, które próbują podkraść choć odrobinkę. Podlatują tylko , łapią w dziobek ziarenko i fruuu na gałąź drzewa, pod którym karmnik stoi.  Zięby zbierają ziarna z ziemi, nigdy nie zaglądają do karmniczka. Ale też im nie brakuje jadła, bo awanturnicy w stołówce ptasiej robią taki bałagan, że ziarenka rozpryskują się we wszystkie strony. Za płotem spacerują dwie kury bażancie, nie tak przepięknie ubarwione, jak samce, ale pstrokate, wtapiają się w tło szarych źdźbeł wystających ze śniegu. Okrutnie tchórzliwe to ptaki, te bażanty. I chciałyby i boją się. Zdarza się, że któraś przefrunie nad ogrodzeniem z siatki, bo widok ziemi usianej ziarenkami nęcący jest, ale zaraz rozgląda się trwożliwie, drepcze, kręci, niepewna, czy coś się nie przyczaiło za rogiem. Sypiemy więc trochę tego ziarna za płot, niech tam sobie spokojnie i bez leku się pożywią biedactwa.
 fot. J.K. ( za zgodą autora)
Kwiczoły wolą zmarznięte jagody jarzębu szwedzkiego, który rośnie z drugiej strony budynku. Tam można czasem całe stada obserwować, gdy się stoi cicho i nie płoszy gości skrzydlatych. Od czasu do czasu zajrzy też czerwonodzioby kos. Ten, podobnie jak zięba, jada tylko na parterze, nie zagląda na pięterko, czyli do ptasiej stołówki. Za to grubodzioby, w porównaniu z wróblami, sikorkami i dzwońcami - całkiem duże ptaszyska, zachowują się jeszcze mniej uprzejmie. Samiec tego ptaka, gdy już się rozsiądzie w środku stołówki, to nawet pobratymcom nie wolno tam gościć. Muszą czekać na swoją kolej. Samice są bardziej uprzejme, pozwalają innym jadać przy jednym stole.
Zdziwiło mnie niedawno, że wróbel jest u nas pod ochroną. Teraz już to rozumiem, ćwirków jest wyraźnie mało! Kiedyś to chyba był najpopularniejszy ptaszek, ale dzisiaj widuje się zwykle sikorki bogatki i sroki.
Ze smutkiem przyjęłyśmy widok gila, bo poprzednio obserwowałyśmy tego ptaka aż 12 lat temu. Gdzieś przepadły też czyżyki malutkie. Zresztą, gdyby nie ten karmnik, to nawet by się nie wiedziało, jakie ptaki w Polsce zimują! O, właśnie na pniu lipy przycupnął  śliczny  rudzik. Wiatrzysko mu rudy żabocik podwiewa, puszek odsłania, ledwo się toto trzyma pnia, łapki rozcapierzyło, dygocze z zimna. Zebrał się na odwagę wpadł na moment do stołówki, capnął ziarenko i tyle go widzieli!

Na tym zdjęciu maleńki robin ( jak go zwą na Wyspach) przycupnął w oczku siatki ogrodzenia.

No, teraz to mnie zdziwiło dopiero: zięba nie wytrzymała, ciekawość chyba ją zeżarła, bo też w karmniczku siedzi, podjada! To ci dopiero dziw nad dziwy! Eeee, długo nie zabawiła, już znowu urzęduje pod krzaczkiem cisu.
Dokarmiamy te nasze skrzydlate okruszynki, przy okazji dokarmiając swoją ich znajomość. Może nadejdzie czas, gdy do karmnika już nikt nie zajrzy? Wtedy to na pewno będzie ten zapowiadany koniec świata...

sobota, 11 lutego 2012

Myślę, więc mnie nie ma

Wydłużyć wiek emerytalny? No, czemu nie... Ja się nawet mogę zgodzić, byle to objęło wszystkich, bez wyjątków. I byle nie było tak, że moje pieniądze będą wrzucane do wspólnego worka, a konkretnie - byle nie wpadały w czarną dziurę. Przepracowałam już bardzo dużo lat. W tak zwanym międzyczasie wiek emerytalny wydłużano już kilka razy, zmieniano zasady, nie pytając mnie o zdanie. Tak, ale ja jestem zwykłym obywatelem kraju, nie protestuję, nie palę opon, nie maszeruję z hasłami na ustach. Nie mam czasu. Muszę pracować. Nie wszyscy widać muszą, bo wielu znajduje czas na pikniki protestacyjne,oflagowania, głodówki, wykrzykiwanie rymowanych idiotycznych haseł. I dziś, po raz nie wiem już który, próbuje się wmówić mi, że opóźnienie momentu przejścia na zasłużoną emeryturę, pozwoli mi żyć na niej godnie. Cóż to znaczy - godnie? W ustach polityków, między wierszami, słyszę bezdźwięczne - godnie, czyli krótko. A najlepiej - wcale. Dzięki moim wysiłkom da się załatać budżet, sfinansuję swoimi składkami emerytury tych, którzy są bardziej niż ja "zasłużeni", a którzy na swoje długie życie na emeryturze nie zapracowali. Za nich to własnie mamy zapłacić my, zwykli zjadacze chleba powszedniego. My, niezasłużeni. My, ludzie ciężkiej pracy. Służbom mundurowym, oświacie, rolnikom, górnikom, hutnikom i całej tej, ogromnej rzeszy ludzi, za których składki płaci budżet państwa, czyli my z naszych podatków. I ta wiele głów licząca masa ludzi nadal będzie przechodziła w stan roboczego spoczynku w wieku lat 40, albo niewiele późniejszym. Na dodatek nie powiększając w żadnej chwili swojego życia PKB. Biorąc tylko z publicznej kasy tak w trakcie zatrudnienia, jak i po jego zakończeniu. I już słyszę głosy protestu: My mamy ciężką, odpowiedzialną, męczącą pracę! Nam się należy!!! Może i tak... A nam - nie?
Na marginesie: w ciągu 2 lat pochowaliśmy 4 naszych pracowników. Dwu zdążyło pożyć na emeryturze 1 rok, dwu jej nie dożyło. Ale zdążyło przepracować przedtem po prawie 40 lat. Gdzie się podziały ich składki?

wtorek, 7 lutego 2012

fraszki

Kryzys
Kryzys wszystkich nas dotyka...
Wszystkich.
Z wyjątkiem księdza, bankiera i polityka.

Znużenie
Podróż przez życie
czasem trochę nuży.
To się zdarza w podróży.

poniedziałek, 6 lutego 2012