czwartek, 27 grudnia 2012

Na Nowy Rok


Czego tu sobie życzyć
w nadchodzącym roku?
Może lepszego życia?
Lub przynajmniej –
niech będzie w toku!

Może – pieniędzy dużo?
Albo- niech ich będzie
nie mniej!
Może spełnienia marzeń?
Albo tak: Marzenia miej!

Może – awansu w pracy?
Lub, chociaż  - zatrudnienia?
Milszych koleżanek, kolegów?
Eh, najlepiej niech się nic
nie zmienia!

piątek, 21 grudnia 2012

Świątecznie












                   Stroik firmowy, na spotkanie wigilijne przygotowany. Szyszki, ścięte z wierzchołka drzewa pootwierały się przepięknie. Wysypałam z nich nasiona pod karmnikiem, co niezmiernie ucieszyło bażanty.


fot. J.K.

Nasz dzięciołek, który wyjada nasiona z szyszki świerkowej, codziennie, na drzewie przed naszym firmowym oknem. A dzisiaj jeszcze licznie zleciały się grubodzioby, awantury takie w stołówce ptasiej, że trudno pracować spokojnie. Jeden, wyjątkowo duży samiec tak się panoszy, goni wszystkie pozostałe ptaki, które umykają w popłochu i potem podskakują nerwowo na gałęziach drzew. Czekają, zestrachane lekuchno, na swoją kolej. od czasu do czasu któryś próbuje coś uszczknąć z karmnika, z boczku, dyskretnie, zza węgła, ale egoista zaraz się złości i wypędza maleństwa ze stołówki. Eh, ciężki los kruszynek latających...

piątek, 14 grudnia 2012

Szyszki pod lipą



I znowu zima pokazała, że może być urocza. Odwilże wciąż przed nami, a ptasia stołówka czynna. Kuchnia pracuje pełną parą i nie nadąża. Dzisiaj rano zabrakło ziaren. Się działo! Najpierw zdziwienie przy stolikach – jak to, gdzie śniadanko? Goście obrus wytrzepali, pozmiatali na śnieg łupinki słonecznika, głodni czekają w pełnej gotowości, a tu nic! No, to dalejże w okno postukiwać niecierpliwie. Podlatują, stuk puk, i do karmnika – miejscówki pilnować. Chciał nie chciał, trzeba było zaradzić. Znalazłyśmy stare ciasteczka, wszystkiego dwa wafelki. Pokruszone zaniosłam do stołówki, zanim wróciłam do pokoju, ptasie towarzystwo już degustowało. To jednak nie to… słonecznik lepszy. Niby coś tam skubną, ale więcej ląduje na śniegu. Obraziły się w końcu i poleciały, może do konkurencji?

No, nareszcie!  Kolega przywiózł te ulubione ziarna. Nasypał, powiesił też taki balasek na druciku, ale goście najwyraźniej się trochę dąsali. Jakiś czas pustkami stołówka świeciła. Ale niedługo!

Pierwsze sikorki, wyfraczone bogatki się odgniewały. Za nimi zleciały się modraszki, w zabawnych jarmułkach na łebkach.  Po kilku minutach pojawiła się prawie cała, okoliczna ptasia menażeria, czyli: dzwońce, wróble, grubodzioby, dwa kosy, jeden rudzik, trzy królewskie pieczenie z bażanta (jeszcze z piórami i na własnych nogach), ciekawskie i kłótliwe sójki i sroki, a na lipie zasiadł, jak zwykle, dzięcioł pstry. Dzięcioł ma przy naszym oknie dwie takie miejscóweczki. Jedna jest na lipie, druga na wierzbie. W koronach drzew ma wydziobane dołki, w które wtyka szyszki, żeby wygodnie było wydobywać z nich nasiona.
Śmiesznie to potem wygląda, niczym przysłowiowe „gruszki na wierzbie”. Pod lipą i wierzbą spoczywają w spokoju całe kopce, wyjedzonych do ostatniego nasionka, szyszek.

czwartek, 6 grudnia 2012

Gotowanie na ekranie



Nie ma co nadrabiać miną!
Cóż, nie jestem
dobrą gospodynią..

Ale, to rzecz pewna:
ja jestem
bardzo oszczędna!

I, choć nie oszczędzam na RORze,
to i tak
całkiem nie najgorzej:

Inna zużywa gaz, albo prąd,
ja przeciwnie –
- ależ skąd!

W kuchni nie jestem rozrzutna,
wciąż odkładam gotowanie.
Do jutra.

Nikt nie mówi, że mu nie smakuje!
Bo ja, po prostu,
wcale nie gotuję!

Gotują wszyscy w TV i w gazecie.
To sobie gotujcie,
gdy lubicie i chcecie!

Tylko, proszę panów i pań,
nie wmawiajcie, 
że w 10 minut z trzech dań!

środa, 5 grudnia 2012

We własne piersi



Bardzo lubiłam kabaret „60 minut na godzinę”. Dzisiaj nie lubię już pana, panie Marcinie Wolski. I przykro mi, że taki znakomity autor stał się fanatykiem teorii, które dziwią nie tylko mnie. I jeszcze to zamiłowanie do Sienkiewicza… No, naprawdę żal… Nie podoba  się panu „Pokłosie”? Bo, jak pan to określił - W tym filmie sami siebie opluwamy. Mam staroświecki stosunek do sztuki, która powinna streszczać się Sienkiewiczem, krzepić serca, promować ideały i szlachetne postawy. A pomysł filmu sugerującego zamachu w Smoleńsku, to już i owszem – podoba się? Panie Marcinie, czemu tak? Co się stało?

Przyznam, że pana nie rozumiem zupełnie. Mam zawsze mnóstwo szacunku dla ludzi umiejących się otwarcie i głośno przyznać do popełnionych błędów. Nie mam szacunku dla ludzi, którzy nawet w świetle niezbitych dowodów, przed sądem za nic nie chcą się przyznać do winy.

Ja wiem, rozumiem, że każdy jest zniesmaczony tą ogólną niemocą obecnej władzy. Ja też jestem. Ale to jeszcze nie powód, żeby wpadać w zachwyt nad rządami poprzedniej, bo doprawdy gorszej nie było chyba w całej historii po tzw. przełomie. 
I gorszego prezydenta, niż spoczywający na Wawelu, też chyba nie. Sam fakt posiadania żony, jeszcze ani Sokratesem, ani też Aleksandrem Wielkim nikogo nie czyni.

Panie Marcinie, teoriom spiskowym mówimy stanowcze NIE! Nie chcemy ani o nich słuchać, ani tym bardziej oglądać ich filmowej wersji. Ja wiem, że oglądalność się dorobi – spędzi się młodzież szkolną, obowiązkowo. Bywało tak w historii wielokrotnie. A, że młodzież podatna na wizję jest, to i pewnie w teorię uwierzy, przyszły elektorat zapewni.

W przeciwieństwie do pana, cieszy mnie, że jeden z moich ulubionych aktorów, Marian Opania, nie chce przyłożyć swojego wielkiego talentu do tego, nowego filmu  reżysera Krauzego, bo i po co? Ma prawo nie chcieć przyłożyć!

Trzeba bić się najpierw we własne piersi, a dopiero potem w cudze… Tyle, że to rzadka umiejętność wśród różnej maści fanatyków… I polityków.

wtorek, 27 listopada 2012

Zezowaty kraj



Polska to zezowaty kraj, widzi tylko czubek własnego nosa.



Poseł Macierewicz stwierdził, że „chcą go wyeliminować z polityki”. I dlatego głosowano za uchyleniem jego immunitetu. I jeszcze, że jest to swoisty szantaż: albo przestanie się zajmować Smoleńskiem, albo go zniszczą.
Oczywiście, w domyśle posła Macierewicza, chodzi o prawdziwe przyczyny katastrofy, nie o jakieś tam nieszczęśliwe  zbiegi okoliczności.

A prawdziwą przyczyną, jedyną prawdziwą przyczyną może być tylko zamach. To oczywiste. Innego wyjaśnienia się do wiadomości nie przyjmie. I kropka.
Jeżeli nawet uda się zorganizować komisję międzynarodową do wyjaśnienia przyczyn tejże katastrofy, to ona, najlepiej bez zbędnej zwłoki i śledztwa ( śledztwo już przeprowadziło PiS, wespół z „najtęższymi mózgami nauki”), winna z miejsca orzec, że: TO BYŁ ZAMACH. Żadne inne wytłumaczenie nie wchodzi w grę!  A poseł Macierewicz, wraz z całym swoim zapleczem, będzie wtedy mógł bez końca umartwiać się i nękać martyrologicznie całe społeczeństwo.
Cudowna perspektywa…
Już teraz nie da się tutaj żyć, a co byłoby wtedy? Strach się bać!
Pamiętam, że pierwszą reakcją na katastrofę było: Zamordowali nam prezydenta”. Jakby w tym samolocie oprócz niego nie było 95 innych ludzi. I to od lewej do prawej strony sceny politycznej, że o duchownych i załodze samolotu nie wspomnę.
Pani prof. Staniszkis jest zdania, że tylko wyjaśnienie przyczyn katastrofy Smoleńskiej może zlikwidować podział społeczeństwa. Nie wydaje mi się…
Myślę, że nasze społeczeństwo jest jak twarz wpędzonej w lata celebrytki: wstrzyknij w jedną zmarszczkę botox, a pozostałe staną się jeszcze wyraźniejsze, głębsze. Nie da się cofnąć czasu podobnie, jak nie da się zmienić mentalności ludzkiej. Nawet jad kiełbasiany tutaj nie pomoże. Starość charakteryzuje się trudnością w przyswajaniu nowości, a jednocześnie rozpamiętywaniem dalekiej przeszłości, przy nieustannej krytyce wszystkiego, co niezrozumiałe. Polska jest dzisiaj krajem starych ludzi, stąd zapewne te dewocyjne ciągoty i teorie spiskowe.
Jedyna nadzieja w wychowaniu nowego pokolenia, młodych, światłych, śmiało patrzących w przyszłość ludzi. Dosyć oglądania się za siebie. Naprawdę dosyć!
Na razie jednak widoki marne, bo gdy w domu ( czyt. w Polsce) nieustanne awantury, na wychowanie dzieci (czyt. nowe pokolenie) nikt nie ma czasu.

środa, 14 listopada 2012

Tęskno mi.



Do kraju tego, w którym demokracja
Mędrcom oddaje rządy we władanie,
W którym najświętsza zawsze stanu racja.
Tęskno mi. Panie.

Do kraju,  w którym rodak rodakowi
Z byle przyczyny wilkiem się nie stanie,
Polityk nie kłania się chuliganowi.
Tęskno mi. Panie.

Do kraju, w którym wszyscy politycy
O jego przyszłość mieć będą staranie,
Rozsądek znajdzie miejsce na Prawicy.
Tęskno mi. Panie…

.............................................................................
Tak tylko, parafrazując co nieco Norwida.

wtorek, 13 listopada 2012

Chorowanie mi nie służy



Już tylko kilkanaście dni. I minie rok od śmierci ojca. A mamy nie ma już 9 lat, z okładem.  Nim się obejrzymy, zaraz będzie rocznica śmierci  Jarka. Czas pędzi nieubłaganie…
Nie lubię jeździć siódemką. Mijam skręt do pierwszego domu opieki, w którym umieściliśmy ojca, potem drugi, do kolejnego przybytku, a na koniec szpital, w którym zmarł. To teraz droga przez mękę pamięci.  Miejscowy szpital też wolę omijać szerokim łukiem – w nim tak okrutnie umierała mama… Nie wiem, jakie miejsca rozdrapują rany T. Jarek umarł przecież w Anglii. Myślę jednak, że T. też ma takie chwile, jakieś skojarzenia, migawki z przeszłości, które bolą, okrutnie bolą. Najgorsza jest tęsknota, niemożliwe do zaspokojenia pragnienie powrotu do przeszłości, minionej bezpowrotnie. Nieodwracalnie. Nie rozmawiamy o tym. Unikamy demonstracji uczuć. Nie wiem, może to źle?
Nie umiem pocieszyć teściowej, zresztą wiem, że celebrowanie rytuałów religijnych jej pomaga. Płacze, ale to jej przynosi ulgę, przynajmniej chwilowo. Teść nie płacze, nie odczynia. Jemu jest chyba trudniej. Żal mi ich obojga, to straszne – przeżyć własne dziecko. Łatwiej jednak godzimy się z nieuchronnym odejściem rodziców, bo to naturalna kolej rzeczy. Ale dziecko?
Tyle codziennych czynności przypomina tych, którzy już tylko w mojej pamięci żyją. Jeszcze tylko jedno pokolenie i ta pamięć przepadnie, wtedy umrą naprawdę.
-----------------------------------
I coraz bliżej do świąt, kiedyś – najbardziej oczekiwanych, a dzisiaj – jakoś innych, niepełnych jakby?


poniedziałek, 5 listopada 2012

Stan zdumienia

Poszalałam ciut. Wpadłam w otchłań czytania. Ten rok straciłam (doprawdy - straciłam?), raczej - wypełniłam czytaniem po brzegi. To oczy prawie straciłam, ale nie żałuję.
Ann Patchett "Stan zdumienia", właśnie skończyłam lekturę. Chyba niewiele tytułów jest aż tak adekwatnych do stanu w jakim znajduje się czytelnik podczas, a zwłaszcza po lekturze. Stan mojego zdumienia jest, można rzec - bezdenny. Rzadko czytuję książki autorek, wyjątkiem jest chyba Margaret Atwood, nie spodziewałam się takiego dzieła spod pióra kobiety. Chylę czoła! Nie mam bladego pojęcia, czy autorka oparła się na faktach, czy wszystko wymyśliła, nie ma to żadnego znaczenia. Wiem jedno, ta książka dołączy do panteonu dzieł, do których wracam wielokrotnie. Jest niesamowita, wytrąca z równowagi ducha, przenika do szpiku kości, porusza każdy nerw, o wyobraźni nie wspominając. Zmusza do zastanowienia się nad granicami . Nad granicami możliwości, prawa do zachowania odrębności, ingerencji naukowej, granicami moralnymi i granicami człowieczeństwa. Uderza zakończeniem, jak grom z jasnego nieba. Książka pozostaje otwarta i pozostawia nas przed zwierciadłem własnej duszy. Co w nim zobaczymy - to zależy tylko od nas. Widok może być przerażający, nie do zniesienia. kto myśli, że zna siebie na wylot, powinien tę powieść przeczytać, bezwzględnie!
Ja też mam o czym myśleć, zajmie mi trochę czasu, zanim sięgnę po kolejną książkę. Chcę najpierw zajrzeć wgłąb siebie samej, wyobrazić sobie, co by było, gdyby...
Ann Patchett dołączyła niniejszym do nielicznego grona dam pióra, w każdym razie na mojej liście.

piątek, 2 listopada 2012

Książę mgły

"Książę mgły", kolejna opowieść Zafona. Na jeden, jesienny wieczór w sam raz. Wpasowała się w nastrój Dziadów. Czarująca, jak to u Zafona, opowieść o nieuchronności przeznaczenia. Baśń dla młodych czytelników, ale nie tylko. Każdy, kto po nią sięgnie, znajdzie coś dla siebie.
Dzisiaj Zaduszki, czyli dzień, w którym nasi dziadowie, przodkowie przybywają, by wyszeptać nam do ucha niezrozumiałe opowieści o tamtej stronie światła. Grzeją się przy płomieniach nagrobnych, tańczą w smugach dymu i cieszą naszą obecnością. Wieczorem idę posłuchać, co mają mi do powiedzenia...

środa, 31 października 2012

Przemyślunki

Skończyłam lekturę "W jednej osobie" J. Irvinga.
Podoba mi się, między innymi: " To nie my mamy pamięć, to pamięć ma nas. Odkłada wspomnienia na półkę, by przywołać je w najmniej oczekiwanym, najmniej pożądanym momencie." I jeszcze: " Nie oceniaj mnie od razu. Nie przyklejaj mi etykietki. Poczekaj, aż mnie lepiej poznasz."
Naprawdę znakomita powieść.

wtorek, 30 października 2012

W jednej osobie



Ostatnia powieść Johna Irvinga. „W jednej osobie”. Irwing lubi szokować, tyle to już wiem. Pierwsze pytanie, które nasunęło mi się, gdy wzięłam do rąk tę, ostatnią, świeżutką książkę, to: Jak to możliwe, że książkę tę wydano u nas, w Polsce? W tym, nietolerancyjnym i skostniałym, kraju? Powieść „W jednej osobie” jest naprawdę szokującą, przejmującą do szpiku kości biografią fikcyjnego ( a może nie?) pisarza – biseksualisty. Chociaż autor ma lekkie pióro, jego twórczość w zasadzie się połyka bez przeżuwania, to w przypadku tej akurat powieści, trzeba się nastawić na odgryzanie po małym kawałku, pozostawienie czasu na dokładne przetrawienie każdego jej rozdziału. I wcale nie dlatego, że czyta się ciężko! Po prostu trzeba nad każdym fragmentem się głęboko zastanowić, przemyśleć, wczuć się w opisane ze wszystkimi, najdrobniejszymi szczegółami, przeżycia bohaterów. A nie są one lekkie, łatwe i przyjemne… Oj, nie są!
Dla kogoś, kto jest hetero, lektura tej książki jest tym, czym odkrycie Ameryki dla Kolumba. Myślę, że to lektura obowiązkowa. Bez dwu zdań!

piątek, 26 października 2012

Dowcip na czasie

 Polaków rozmowy przez CB radio:

- Mobilki! Czemu jest korek w kierunku na Narodowy ????
- Ryby wiozą, by do "basenu narodowego" wpuścić !!!!
- A na co te ryby łapać będą ????
- A na muchę koleś!!! na muchę !!!!

czwartek, 25 października 2012

Ciąg dalszy nastąpi(ł)



Jest taki program w TVN24, „Ciąg dalszy nastąpi(ł)”.
U nas, w blokowisku też nastąpił. Wczoraj, jak słyszałam, doszło do - mówiąc delikatnie - nieeleganckiego zachowania pewnego pana – kolesia, jak go określił Pijawka. Podobno przyuważył ci on był jedną panią z sąsiedniej wspólnoty mieszkaniowej na parkingu. Na NASZYM PARKINGU!!! Poszło o to, że Pani bezczelnie postawiła swoje auto na parkingu należącym do naszego bloku. Świeżutko wybudowanym. Ledwie co ogrodzonym przepięknie tak. Koleś był łaskaw chwycić panią za gardło i pchnąć na samochód. Skończyło się podobno wizytą oznakowanego pojazdu z napisem „POLICJA”. I awanturą na całe osiedle. Szczegółów nie znam, Pijawka tylko tyle się dowiedział. Ale jest very good, very good! Podoba mi się, coraz bardziej mi się podoba. Każdy blok ogrodzony, z mojego IV pięterka widać uroczo pocięte tymi ogrodzeniami osiedle jak dłoń, poznaczoną liniami serca, rozumu, etc... W odwecie, któryś z mieszkańców tej, wrogiej wspólnoty zalał farbą auto członka zarządu naszego bloku. Zapewne jakiś koleś z naszej wspólnoty mieszkaniowej teraz – także w odwecie – podziurawi koła w autku przedstawiciela tej sąsiedniej. I tak się będzie to już toczyć bez końca. To przecież  nasza ukochana, gumisiowa tradycja!

środa, 24 października 2012

Białowieża





W niedzielę zażyliśmy pigułkę białowieską. Tam i z powrotem. Pogodę zapowiadano idealną, nastawiliśmy się na zdjęcia cud piękności, kolorowe, jesienne. Trochę się synoptykom prognoza omsknęła, cały dzień tonął w gęstej mgle. A z prognozowanych 16 Celsjuszów, została tylko końcówka po jedynce, czyli 6. 
Oczywiście, wobec takich zapowiedzi, wystroiłam się raczej letnio, niż zimowo, co poskutkowało lekkim przemarznięciem i nieszczelnym nosem. W Puszczy Białowieskiej jest wilgotno o tej porze roku, bardzo wilgotno. Ale i tak było warto – liściasty las w październiku płonie, skrzy się złociście, jak bursztynowa komnata. Turystów niewielu, kilka wycieczek tylko w Białowieży. Pomaszerowaliśmy do Parku Królewskiego, wdrapaliśmy się na wieżę widokową w budynku Muzeum Puszczy Białowieskiej. Mgła, która nie chciała jakoś pójść precz, zakłóciła nam lekuchno perspektywę, ale i tak było warto: Puszcza ma świeżo ufarbowaną na rudo czuprynkę, poprzetykaną resztkami zieleni. Taki modny balejaż puszczański. Kusiło nas pomaszerować pieszo z parku, przez pola, do tej zwierzęcej ostoi, do tego matecznika żubra. Jednak bez przewodnika nie wolno, obeszliśmy więc park wzdłuż i wszerz, przy akompaniamencie spadających liści, sypiących się z drzew i układających w bliżej nieokreślone wzory, lakierowane skraplającą się głośno mgłą.  Było 
południe, a mgła wciąż nie pozwalała słońcu przebić się przez swój puch. Obiadek w jadłodajni przed wejściem do parku. 


Jadłodajnia przy parkingu jest pozornie nieciekawa, nie zachęcająca do konsumpcji, ale to mylne wrażenie – jedzonko znakomite i niedrogo. Spałaszowaliśmy niebiańską zupkę z opieniek, do tego pierożki z kapustą i grzybami. Trzeba poczekać cierpliwie, bo to nie MacDonalds. Ale uczta na miarę królewską – pycha! Za trzy osoby 72zł. Gwarancja braku dolegliwości gastrycznych. jedliśmy tam wielokrotnie, więc wiemy.
Rozgrzani i najedzeni pojechaliśmy drogą na Narewkę, obejrzeć, w październiku stojące w pełnej krasie, królewskie dęby. Szlak dębów królewskich wytyczony jest w leśnych ostępach drewnianym podestem dla wędrowców. I dobrze, bo mokra, śliska ściółka nie ułatwia wędrówki. Te kilkusetletnie dębiska tworzą towarzystwo wzajemnej adoracji, rosnąc blisko siebie, wycieczka nie jest więc długa, a można ją nawet na wózku inwalidzkim zaliczyć. W odpowiednich miejscach tabliczki z krótkim opisem wiekowego dębu: czyje nosi imię, ile ma lat, jaki obwód w pasie, etc. Troszkę historii. Jest też w wersji dla niewidomych. Szkoda tylko, że niewidomi nie mogą tych drzew dotknąć, obejść, przytulić się do pni. Z samego opisu trudno chyba stworzyć w wyobraźni obraz tych leciwych gigantów? Jednak rozumiem, że poprowadzenie osoby niewidomej przez ten gąszcz korzeni i butwiejących gałęzi, przez te leśne ostępy jest niemożliwy. Dlaczego dęby starzejąc się, łysieją od dołu?  Im starsze, tym mniejszą koronę gałęzi mają. Młodsze dębiska mają gałęzie nawet tuż nad ziemią, starym zostaje pokręcony, guzowaty, wysoki pień, zwieńczony gdzieś tam, pod niebem, resztką liściastych gałęzi. Dęby nie siwieją, jesienią stoją w złotych koronach, pełne prawdziwie królewskiego dostojeństwa. Pokłoniliśmy się im nisko, bo 400, czy nawet 500 lat to ho ho! Sędziwy wiek! Przy jednym tabliczka nagrobna z datą śmierci – 1989 rok. Umarł po 300 latach. Piękny wiek…
Jeszcze tylko rezerwat pokazowy żubra w drodze powrotnej. Mister żubr z madame żubrową pasą się tuż przy ogrodzeniu. Zagaiłam do atletycznego pana, pytając: „How do you do?”. Spojrzał na mnie spode łba (dosłownie!) i prychnął z nieskrywaną niechęcią. Pan Monsz przymierzał się właśnie do portretowania tej dorodnej pary, ale mister żubr, jak każdy facet, zazdrosny jest wielce, natychmiast ustawił się pomiędzy żoną, a nami, dając wyraźnie do zrozumienia, że sobie nie życzy! Było to tak ostentacyjne, tak wyraźnie zamierzone zachowanie, że zaczęliśmy się wszyscy śmiać. Żubr nie raczył nawet na nas spojrzeć, stał obrażony i pofukiwał tylko. Pani żubrowej zdaje się było wszystko jedno, skubała trawę, nie zwracając na nic uwagi. Po co się będzie głupimi ludkami przejmować? Ogrodzenia mają to do siebie, że z obu stron wygląda się przez nie głupio.
W innej zagrodzie, w stosownym oddaleniu od swojego haremu, polegiwał sobie jeleń. Poroże dorodne, rozłożyste, gotowe na jesienne rykowisko. Przyglądając się mu, pomyślałam, że w mieście , na co dzień, spotykam wprawdzie wielu rogaczy, ale żaden nie jest tak urodziwy. Zagroda z dzikami pustawa jakaś w tym roku, tylko cztery osobniki. Jeden niedorostek. Niestety, był też stary odyniec i zdaje się dwie lochy. I pewnie dlatego co chwilę dochodziło do awantury, stary samiec poszturchiwał i próbował przepędzić młodego. W końcu mu się udało – przegnał go na drugi koniec zagrody. Młody, pogodzony z losem, przyzwyczajony chyba do takiego traktowania, spokojnie grzebał w błocie, szukając żołędzi. Tu jednak do akcji wkroczyły damy i stary odyniec miał się z pyszna, przyparty przez dwie nadąsane lochy do ogrodzenia. Najwyraźniej uznał, że seks jest lekarstwem na babskie fochy, próbował dobrać się do pań, a skończył w innym, odległym kącie wybiegu, urągając sobie głośno.  Inne zwierzaki jakoś nie bardzo mu współczuły, widać ich zdaniem zasłużył sobie! Ryś, żubronie, sarny, łosza, nawet wilki zajęte były własnymi sprawami. Pewnie myślały: Ot, to tylko taka drobna, rodzinna sprzeczka! Tylko dzięcioł na pobliskim drzewie, stukał dziobem jakby szybciej – pewnie telegrafował do ptasiego, plotkarskiego radia.   

czwartek, 18 października 2012

Wesoły poranek

Mam dzisiaj wolne. No, może nie do końca jest to wolność absolutna, ale przynajmniej zawodowo. Idę sprzątać groby. Prognoza optymistyczna, ma być piękny dzień. Dachu zamykać nie trzeba. Po porannej, domowej krzątaninie zapaliłam sobie papierosa, w oknie kuchennym, jak zawsze. A tu z IV piętra widok cud piękności - na niebie samoloty wypisały autostrady donikąd. Znad dachów sterczą kolorowe grzywki, wszystko tonie w złocistościach rdzawych, przetykanych już tylko gdzieniegdzie resztką zieleni. Jeszcze ptaki cieszą się słońcem, jakaś samotna, już trochę zaspana mucha dobija się do okna, próbując znaleźć zimowe schronienie. Wysoko, wysoko klucz kormoranów. Te to same nie wiedzą, gdzie chcą być, trochę posiedzą nad jedną rzeką, ale zaraz się nudzą i już frrrruu nad drugą posejmikować. One zawsze w grupie, nie lubią samotności. Indywidualizm im obcy.
Wciąż trochę chłodno, poczekam, aż się dzionek obudzi i rozgrzeje. A świat budzi się teraz powoli, bez pośpiechu. Lubię ten przedświt, gdy niebo jeszcze ziewa rozespane, wtulone w ciemność. Już już wydaje się, że podnosi głowę z poduszki horyzontu, ale nie! Jeszcze na drugi bok się przewróci, podrzemie chwileczkę, nastawi budzik na drzemkę. I za chwilę wyłania się rozczochrana głowa świtu, jeszcze słoneczne oko jakiś niesforny kosmyk przykrywa, zdmuchnięty zaraz wiatrem. I oto mamy nowy dzień! Może i jesień bywa upierdliwie depresyjna, ale na pewno nie dziś. Nie dziś!

wtorek, 16 października 2012

Zmęczenie materiału



Zmęczyłam te „Biesy”. Dosłownie – zmęczyłam, uff…
Ja wiem, tak, arcydzieła literatury, etc., itd. Jeżeli mierzyć wielkość, albo raczej – jakość arcydzieła trudnościami podczas lektury, to faktycznie, całkiem sporo dzieł da się umieścić na literackim piedestale.  Już dawno doszłam do wniosku, że z kwalifikacją i uznaniem wartości literackich, malarskich, czy innych, jest coś nie tak. Dlaczego KTOŚ ma prawo decydować za nas, co jest, a co nie jest wiekopomnym dziełem? Dlaczego mam się zachwycać czymś, bo ktoś uznał to za cacy? Wydaje mi się, że wrzucają nas do jednego worka i nawet w zakresie tak zwanej percepcji artystycznej narzucają nam uczucia i odczucia, i zmuszają do zachwytu.
Ja nawet się mogę zgodzić, że „Biesy” są prozą proroczą, wizjonerską. I, że traktują o czymś, co nadeszło i przenicowało rzeczywistość Europy Wschodniej na drugą, wcale nie tę lepszą stronę i to na długo. Czy jednak ta książka może zmienić kogokolwiek? Chyba nie… Zmęczyć w każdym razie może skutecznie i do tego stopnia, że czytelnik zaczyna się zniechęcać do czytania w ogóle. Przebrnąwszy przez tych wszystkich Piotrów Antonowiczów Wierchowieńskich zapomniałam nawet, jak nazywam się ja. Pomyślałam sobie, że gdyby to była lektura szkolna, to pała byłaby gwarantowana! W żadnym razie nie byłabym w stanie nic powiedzieć, oprócz tego, że Dostojewski mógł ten obraz wschodzącego komunizmu nakreślić na połowie (najwyżej!) stron. W zupełności by starczyły.
„Mistrza i Małgorzatę”, „Kosmiczne jaja” czytałam, z przyjemnością niekłamaną, kilka razy i bez problemów, ale „Bracia Karamazow”, „Biesy”, są napisane tak, że trudno się w nich zakochać i do nich wracać. Są książki, które trzeba przeczytać co najmniej dwukrotnie, ale nie jestem przekonana, czy kiedykolwiek zdobędę się na ponowną lekturę „Biesów”…
„Sto lat samotności” Marqueza dopiero podczas drugiego czytania dotarło do mojej świadomości i, ujmując rzecz obrazowo,  oślepiło pięknem i głębią treści. Ale symptomem tego, przyszłego zachwytu był bliżej nieokreślony niepokój, towarzyszący pierwszej lekturze. Jakaś taka półświadomość własnego ograniczenia umysłowego, uniemożliwiającego dotarcie do sedna.
Cóż, cieszę się, że przeczytałam te „Biesy”, tych „Braci Karamazow”. I niech będzie, że poszerzyło to moje horyzonty. Niech będzie…
„Grę w klasy” Cortazara też przeczytam, chociaż uważam, że jest przeintelektualizowana aż do bólu. I może wpędzić czytelnika w depresję.
Nie dam się!

poniedziałek, 15 października 2012

Czysta z czerwoną kartką


Czysta z czerwona kartką

Snuje się mój życia wątek
przez rozmaite epoki...
Od socjalizmu, przez wojenny stan,
transformację, aż po dziś dzień,
czyli IV RP uroki.
...........................................
Nie powiem... było cudownie:
marsze pierwszomajowe,
pieśni  i poczty sztandarowe,
zielone sukno i przemówienia,
choć nie było nic do powiedzenia.
I w sklepach ciągle:“REMAMĘT”
I w kolejkach nieustanny zamęt:
Psze pana, pan już kupić nie zdąży,
bo ta pani, psze pana, jest w ciąży,
nie przepuścić jej nie uchodzi,
bo z nerwów tu jeszcze urodzi!”.
A, gdy już tylko została “Czysta”,
to też nic, bo się wepchnął  rencista.
I wieczorne Polaków dyskusje,
zwierzenia i potem reperkusje.
I strach, który nam usta zamykał,
bo taka wtedy była polityka.
A później: społeczne zrywy,
szaleńcze, patriotyczne porywy,
tłumione przez czołgi i ZOMO,
kto strzelał? - do dziś nie wiadomo...
...............................................
A dzisiaj? Cóż... kółko się zamyka,
bo dziś podobna polityka.
Znowu jedyna (jedyna słuszna!) racja,
czyli bez zmian...
O, pardon, zmiana w nazwie,
teraz to jest:
                                   demokracja”...

Bo u nas, to jest tak, jak z tym bocianem i szpakiem, co to do dziś nie wiadomo, kto kogo i kiedy?
Wierszydło napisane w 2005 roku, a dzisiaj, po tych wszystkich zmianach, kto i kogo??? A mówią, że historia nas uczy, phi! Ciekawe - czego nas uczy?

piątek, 12 października 2012

Kuchennymi drzwiami

Podobno Premier długo przygotowywał się  do dzisiejszego wystąpienia w sejmie. Słyszałam nawet, że na kurs indywidualny uczęścił był. Może tak, a może nie, nie wiem. To zresztą nieistotne. Istotny jest fakt, który PO powinna przyjąć do wiadomości - słupek się już nie podniesie. Nie pomogą kolejne expose'a. I, niestety, obawiam się, że optymizm PiS jest uzasadniony, bo  - jak słusznie ktoś zauważył już - do urn pójdzie nowe pokolenie, które w czasie jego krótkiego "panowania", czyli IV RP ssało jeszcze kciuk. I nie pamięta. Nic. Ważne jest teraz, by to pokolenie, które, i owszem, doskonale pamięta, wzięło się w garść i zrobiło wszystko, co się da, żeby uniknąć powtórki z rozrywki. Jest jeszcze trochę czasu, da się zrobić. Na PO już nikt przy zdrowych zmysłach nie odda głosu, ale żeby od razu z mżawki rzucać się pod wodospad??? To już przesada!
Wybór mamy skromny,  a prawdę mówiąc - prawie go nie mamy, ale możemy oddać na jakiś czas władzę w ręce lewicy, bo prawica najwyraźniej cierpi na zapalenie nadgarstka, czy coś podobnego. My, kobiety, możemy też zrobić coś dla siebie i na przykład zasilić szeregi Partii Kobiet. Nawet nie czując się skończoną feministką mogę to na pewno zrobić ja. Wobec wszechobecnego w polityce patriarchatu, wobec obrzydliwego rozpanoszenia wszelkiej maści oszołomów i fanatyków, jest to zawsze lepsze rozwiązanie.

czwartek, 11 października 2012

Strajk łóżkowy



Dziewczyny, nadszedł czas!
Czas zebrać się do kupy,
bo świątobliwi posłowie
chcą dobrać się nam do d…

Apeluję w tym miejscu zwłaszcza
do żon, córek i matek,
zajętych nieustannie sprzątaniem,
tudzież zmywaniem statek.

Niechaj zamilkną pralki,
garnki, zmywarki, żelazka,
Albo „Ludwiku do rondla!”,
albo „Idźże do diaska!”

Gdy różne dookoła strajki,
my mamy pomysł nowy:
babski strajk antykoncepcyjny,
po prostu – STRAJK ŁÓŻKOWY!”

wtorek, 9 października 2012

Jesienne fotki






W zasadzie nic tu do komentowania. Cuda, cudeńka jesienne autorstwa mojego Przyjaciela, który uprzejmie pozwala mi wrzucać tu swoje zdjęcia. A jakby kto nie wiedział, to to jest kuracja wycieczkowa. Znaczy Kolega chorszym jest i tak się leczy w plenerze. Podobno skutecznie...