poniedziałek, 21 listopada 2011

Po drugiej stronie światła

Czy naprawdę można ze spokojem czekać na czyjąś śmierć?
Chyba tak. Sama sobie dziwię się, że to potrafię. Lata obcowania z ciężko chorym człowiekiem zrobiły swoje. Uodporniły, znieczuliły w pewnym stopniu. Nauczyłam się wiele, zrozumiałam, że śmierć jest nieodłącznym elementem życia. W naszej kulturze przywykło się udawać, że śmierci nie ma, przez co stała się tematem tabu. A ona jest, tuż obok, przyczajona, wierna jak pies. czeka na właściwy moment, na swój czas. Myślę, że lepiej, gdy przychodzi nieoczekiwanie. Jak we wszystkim, co niesie los, najtrudniejsze jest właśnie czekanie i niepewność.
Ojciec umiera. Jak długo to umieranie potrwa - nie wiadomo. Może finał będzie dziś, ale równie dobrze może być za miesiąc. Jednak jest nieuchronny. Wolałabym, żeby przyszedł szybko. Że co, proszę? Że - grzech komuś życzyć śmierci??? Nieprawda! Grzechem jest życzyć ciężko choremu długiego życia! Tak uważam. Nie każdemu jest dane zejść z tego świata we śnie, albo nagle, bezboleśnie. Jeżeli ktoś umiera w cierpieniu, niewyobrażalnym cierpieniu, trzeba mu życzyć szybkiego zgonu.
Jak znieść, zabłąkane w zmęczonym, znieczulonym medykamentami, umyśle chorego, pytanie: O, jesteś! Przyszłaś po mnie ze śmiercią, tak!?
Zniosłam. Odparłam cicho: Nie, tato, jeszcze nie dzisiaj.
Myślę, że ojcu zdawało się w tej malignie, że to nie ja, tylko moja mama. Przecież ona już dawno jest po drugiej stronie światła.

środa, 16 listopada 2011

Nostalgicznie


Jesiennie. I wcale nie kolorowo już. Wiatr delikatnie muska gałęzie drzew, ostatnie listki opadają, szelestliwie ogłaszając wszystkim finał pory radości. Mgły okrywają coraz bardziej ponury i szary widnokrąg. Zima tuż tuż, za progiem. Człowiek powinien, jak niedźwiedź, zasypiać zimowym snem, skryć się w gawrze i tam, zwalniając metabolizm, czekać wiosny. Pamiętam, jak w dzieciństwie zazdrościłam Krasnalowi Hałabale, że mieszka w dziupli, że przesypia zimę, że jeżeli musi z niej wyściubić nos, to tylko po to, by posmakować lipowego miodku, na weselu, w chałupie Baby Saby.  Zamykałam oczy i z całych sił próbowałam przenieść się w świat, stworzony w wyobraźni autorki. Dla mnie, co oczywiste, był wówczas jak najbardziej realny i możliwy. Pragnęłam, tak bardzo pragnęłam, oglądać świat z bliska, z krasnalowej dziupli. Zapraszać ptaki na pogawędkę, maszerować przez las na spotkanie ze słowikiem, albo na śniadanko do szpasiowej rodziny. Już wtedy, świat wyimaginowany, nierealny i  cudownie wręcz prostolinijny był przedmiotem moich  marzeń. Skromniutkie mieszkanko - dziupla Hałabały, ze zwyczajnym  łóżkiem, stołem, i miotełką z gęsich piórek, co to „stała w kątku i pilnowała porządku”, jawiło mi się jak przepyszna komnata królewny. Ba, owa komnata nigdy nie stała się obiektem marzeń, a ta krasnalowa dziupla – i owszem!  I te troski krasnalkowe, o to jedynie, że jego skrzydlaci goście na placek z borówkami nie przybyli, bo do ciepłych krajów odlecieć musieli nagle.  I te poszukiwania „tego, co by w lesie było, szczęście przynosiło i na bukiet weselny się zdało”. I ten majowy śpiew słowika, który urzekł krasnala i gniewać mu się nie pozwolił długo. I te wiewiórki, które zapomniały gdzie pochowały orzechy, tak bardzo niezbędne na przedwiośniu. I te symptomy wiosenne, które krasnalowi zapachniały „fiołkowo, wiosenkowo”, stawiając imć krasnala wreszcie na nogi, bo mu się całkiem dobrze spało pod pierzynką, calutką zimę. A ja musiałam zrywać się w mroźne dni, jechać na foteliku, zamocowanym na tatowym rowerze, do przedszkola, choć noc ciemna zalegała nad miastem. I spać mi się chciało okrutnie. I dziecięce nóżki wkręciły się razu pewnego w szprychy, pozrywały się więzadła, popuchły małe stópki, jak balony. Bo zasnęłam w tym foteliku. Może śniłam o tych Hałabałowych przygodach?

wtorek, 15 listopada 2011

Czytając "Iliadę"

Iliada. Homer? Nigdy się nie dowiemy, kto naprawdę jest autorem tego niedoścignionego arcydzieła epickiego. Lektura Iliady nie jest łatwa, oj, nie! Ponad 500 stron, trzynastozgłoskowcem, na których trup ściele się gęsto. Za gęsto. Obrazy ścinanych głów, toczących się po piasku, odrąbywanych kończyn, wylewających się wnętrzności, nocą  nie pozwalają zasnąć. I Grecy i Trojanie składają bogom liczne ofiary, poświęcając im wino i zakąskę. A bogowie? Cóż, bogowie, jak to bogowie – raz pomagają jednej, innym razem drugiej stronie wojny. Wojna, oczywiście, toczy się o podobno najpiękniejszą na całym, ówczesnym świecie kobietę, Helenę, którą trojański rycerz cud urody, Parys, porwał był prawowitemu mężowi, Menelaosowi.  Król Menelaos był bratem innego króla - Agamemnona, najczęściej w Iliadzie zwanego Atrydem. Jest kolejną oczywistością, że żaden mężczyzna nie chce pogodzić się ze stratą czegoś ( w tym przypadku – kogoś) co było w jego posiadaniu. I w związku ze związkiem gotów jest walczyć, jak lew o padlinę, o swój skarb. Nie ma żadnego znaczenia, że Helenie zdaje się było całkiem dobrze u boku Parysa, choć Menelaosa wspominała, przez te wszystkie spędzone w Troi lata, z nutką rozrzewnienia. Wprawdzie z Iliady się tego nie dowiadujemy, ale mit o wojnie trojańskiej mówi o zwycięstwie Greków w tej, dziesięcioletniej wojnie i o powrocie pięknej Heleny na łono prawowitej rodziny. Kobiety w Iliadzie traktowane są jak towar, ich rola jest marginalizowana, ich pragnienia nieistotne całkiem. No, chyba, że są boginiami. Boginiom przypisuje się cechy ludzkie, a właściwie kobiece, są intrygantkami, które knują za plecami bogów- mężczyzn. Knowania nie są wyłącznie ich domeną, bogowie też podejmują działania za plecami pozostałych. Olimp aż wrze od intryg. Jedni, wbrew intencjom Zeusa (Jowisza) próbują przechylić szalę zwycięstwa na stronę Trojan, drudzy sprzyjają Grekom. Wszystko zależy od tego, któremu ludzie ofiarowali więcej i do którego wznieśli więcej modłów. Najbardziej zafascynował mnie jednak Achilles ( Pelej), który po kłótni z Agamemnonem, a konkretnie po odebraniu mu przez tego króla prześlicznej branki,  zawzina się tak skutecznie, że przez prawie 500 stron opisu wojny nie bierze w niej żadnego udziału. Wprawdzie te 500 stron obejmuje raptem jakieś 2 miesiące, na dodatek już w ostatnim, dziesiątym roku wojny, ale każdy dzień konfliktu, to setki ofiar, po obu stronach. W ogóle w tekście ukrywa się wiele bardzo brzydkich, a tak wyjątkowo ludzkich cech: oprócz zawziętości  widzimy mściwość, nienawiść, okrucieństwo. Przy tym wszystkim wszechobecny jest lęk, strach przed śmiercią, przed strąceniem do piekła Tartaru. Ale jest też lęk przed utratą czci wojownika. Dlatego, mimo wszechobecnej siekaniny, dźgania dzidami, przeszywania strzałami, rycerze walczą wiele lat, brocząc we krwi przyjaciół i wrogów. Achilles włącza się do walki dopiero wówczas, gdy ginie jego najwierniejszy przyjaciel, Patryklos. Mści się okrutnie za utratę przyjaciela (kochanka?), zabija Hektora, brata Parysa. Z mitu wiemy, że Achilles zginie w wojnie trojańskiej, w Iliadzie wprawdzie wielokrotnie pojawia się przepowiednia prządek ludzkiego losu, zwanych Parkami. Achilles umrze wkrótce po śmierci Hektora. Epos jednak kończy się , urywa nagle w chwili, gdy wskutek interwencji boskiej, Priam, ojciec Hektora wraca do Troi ze zwłokami syna. Achilles wydał je Priamowi  na prośbę swojej matki, Tetydy. I dalej już nic, koniec.

Co się rzuca w oczy podczas lektury Iliady, oprócz tych rzezi? Najbardziej zadziwia obraz mieszkańców Olimpu, którzy siedząc sobie spokojnie wśród obłoków, zabawiają się widokiem masakry na ziemi, jak widzowie rzymskiej areny śmierci, Koloseum, obserwują walkę gladiatorów.  A w tej walce giną przecież także ich dzieci, bo większość herosów, według mitologii, była dziećmi spłodzonymi, albo urodzonymi ze związków  bogów ze śmiertelnikami. I jeszcze jedno uderza w tekście – liczne związki homoseksualne, o których nie ma mowy wprost, ale daje się czytelnikowi do zrozumienia, rzuca półsłówka, wtrąca sugestywne przymiotniki. Historia stara, jak świat. Skoro moralnie ułomni są bogowie, czegóż wymagać od maluczkich ludzi? Są przecież stworzeni na obraz i podobieństwo.

Iliada liczy sobie już prawie trzy tysiące lat,  a wciąż jest tak aktualna, jakby ją napisano wczoraj.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Salomon i manifestanci

Prawo do swobodnego manifestowania poglądów mści się czasami na manifestujących te poglądy. Nie będę z tego powodu rozpaczać. Wszyscy wiedzieli, co się wydarzy. Znaczy – godzili się na skutki uczestnictwa w marszu. Moja sympatia nie sprzyja żadnej ze stron. Obie, jako ekstremalne, są dla mnie nie do przyjęcia. Wolność polega na tym, że każdy myśli, co mu się podoba. I niech tam sobie spaceruje z tymi transparentami, co mi do tego!? Czemu mam zaraz gnać na blokadę? Spacer jest zdrowy, niech więc sobie spacerują, najwyżej im tyłki zmarzną.
Jest tylko jeden warunek: manifestujący nie ma prawa zmuszać innych do przyjmowania własnej ideologii. I dotyczy to każdego nurtu: religijnego, politycznego, czy jakiegokolwiek innego. Monopolu na jedyną rację nie ma i nie może być. A w każdym razie – być nie powinno.  Nic, ale to nic nie obchodzi mnie w co inni wierzą,  nie interesuje mnie, czy obecność strangersów w Polsce im się podoba. Nie zaprząta mojej uwagi upodobanie seksualne obcych mi osobników. Nikogo też nie powinno obchodzić w co wierzę, czy też w co nie wierzę ja, ani to z kim sypiam, ani czy lubię Murzynów, Żydów, Rosjan, Ukraińców, etc. To moja sprawa. Nikt nie może ode mnie oczekiwać, że polubię akurat jego, bo jest, na przykład patriotą. Patriotyzm mam prawo rozumieć po swojemu. Niekoniecznie zaraz tak, jak demonstranci. Tak się akurat składa, że ani nie jestem religijna, ani nie utożsamiam patriotyzmu z „na ramię broń, trzeba krwi!”, ani nie przeszkadzają mi obcokrajowcy, czy wierzący inaczej, czy raczej – w ogóle wierzący. O ile nie próbują zmuszać mnie do zmiany moich wizji życia zgodnego z naturą, a nie z wiarą powszechnie, przez wszystkich wierzących, niezależnie od nazwy, uznawaną za jedyną słuszną! Krzyż nad drzwiami sali sejmowej też mnie nie uwiera, to tylko gadżet w końcu. Ja wieszam Gauguin'a , a inny sobie wiesza krzyż. Wydaje mi się, że przechodzenie pod obrazem "Thaiti dawnych lat" nikogo nie boli? Nie przeszkadzałoby mi nawet powieszenie obok krzyża jeszcze sierpa i młota. Jeżeli się to komuś podoba... Jak ktoś lubi, to może w parlamencie nawet klęczeć na klęczniku, o ile mu tak będzie wygodniej! (może ma hemoroidy , kto wie?). Pozostali niech siedzą, albo stoją.
Gdy ktoś próbuje mi narzucić SWOJĄ wizję polskości, wtedy JA pokazuję rogi. Ktoś uważa, że aborcja jest grzechem, jego prawo! Dla mnie jest tylko złem, chociaż czasami koniecznym. I nie życzę sobie, by ktoś decydował za mnie, czym ma ona dla mnie być. Nie życzę sobie prób udowodnienia mi, że życie ledwo poczęte, ale jeszcze nie ukształtowane do końca cenniejsze jest od życia świadomego. Czy, gdybym to ja (czysto hipotetycznie) stworzyła kiedyś partię, która doszłaby do władzy i stanowiła w tym kraju prawo samodzielnie, wprowadzając całkowity zakaz wyznawania wiary jako takiej, taki obowiązkowy ateizm, albo obowiązek aborcji (jak w Chinach), to nasi gorliwi patrioci wyznania „nieważnejakiego” ucieszyliby się? Nie! Uznaliby to za zamach na ich wolność osobistą, na ich sumienie, etc, itd.
No, właśnie…

A co to wszystko ma wspólnego z królem Salomonem? 
- Dobre pytanie! Wbrew pozorom, ma! I to wiele...

wtorek, 8 listopada 2011

Bezpieczeństwo przede wszystkim!

Zdjęcie własne. Widok cud piękności. Tymi schodami wdrapywałam się do sklepu z artykułami bhp. Przed wejściem na schody nie zostałam przeszkolona w zakresie czyhających na mnie zagrożeń. Ponieważ pokonałam schody prawie na czworakach, udało mi się wyjść cało. Uff...
Reklama dźwignią handlu. Podobno.

Frustracje służby zdrowia

Polityka zdrowotna w naszym kraju polega zdaje się na eliminowaniu jednostek chorych. Definitywnym i skutecznym. Celuje w realizacji tej polityki Szpital Bielański. W tym, powszechnie znanym pacjentom przybytku, nawet szatniarka jest dopasowana do całokształtu. Nie odpowiada nawet na dzień dobry, nie słyszy dziękuję, w ogóle nie daje głosu. Podobnie jest z pracownikami medycznymi. Pani doktor, blond Wenus, jest zdegustowana już samym faktem, że musi otworzyć usta. Trzy wizyty, trzy próby rozmowy z lekarzami, za każdym razem z innym, a za każdym razem to samo: nieuprzejmość w stosunku do rodzin, niezadowolenie z samego faktu, że się przyszło do pracy. Łaska pańska na każdym kroku. Wcale mnie nie dziwią tysiące negatywnych opinii na forach. Są uzasadnione. Spędziłam na pewnym oddziale sporo czasu, nie pierwszy zresztą raz, nigdy i nikt nie okazał ani mnie, ani innym rodzinom chorych nawet odrobiny zainteresowania, a wyłącznie niechęć i irytację. Cóż, ja stamtąd wychodzę, zostawiam tam jednak chorego bliskiego, który musi znosić tę "głęboką troskę i życzliwość". Jadąc tam wczoraj autobusem, przez całą drogę przeżywałam stres przed koniecznością spotkania z przemiłą służbą zdrowia, która nie jest dzisiaj już ani służbą, ani zdrowia. Zastanawiam się, może tak dzisiaj trzeba? Może też należy wrzeszczeć na naszych, firmowych klientów, wyładowywać na nich swoje frustracje?  Mnie się jednak taki nieżyczliwy świat nie podoba.

czwartek, 3 listopada 2011

Antyk zmęczonej Europy

Zostało mi trochę, w księgozbiorze domowym, woluminów nieprzeczytanych. W tym "Iliada". Przymiarki do jej lektury czyniłam już dwukrotnie, ale jakoś nie udało się przebrnąć poza kilkadziesiąt stron pierwszych. Ostatnio jednak Pan Monsz przywlókł był  "Antyk zmęczonej Europy", autorstwa Piotra Kuncewicza. Trudna lektura. Przeczytałam, plącząc się i gubiąc pomiędzy obcymi mi zupełnie pojęciami. Wiem, dla historyka antyku, wszystko byłoby jasne i czytelne, ale mnie ludy Wilków, czy Wandalów, że o innych, których nawet nazw nie zapamiętałam, nie wspomnę - nie mówią nic, albo prawie nic. Jednak przeczytałam. Autor, pisząc o przenikaniu się kultur w epoce starożytnej Grecji, Rzymu, Syrii, Persji itd., zwraca uwagę na nierozerwalność i ciągłość, na niechciane spuścizny, które na dobre zagościły na przykład w kulturze chrześcijańskiej. Pisze o  odtrącaniu ich, o niekończących się próbach wyeliminowania pierwiastków antycznych z nowej ideologii, nowej, ledwo rodzącej się wiary chrześcijańskiej. Jednakże, bezskutecznie. Chrześcijaństwo przejęło, chcąc nie chcąc, wiele z tradycji antyku. Nie pomogły wały obronne, twierdze, ani krucjaty. Antyk przeczekał, rozgościł się, rozpanoszył i wrósł w kulturę nowożytną. Żyjemy w błogiej nieświadomości tego faktu.
Chyba dzięki tej lekturze wygrzebałam tę "Iliadę" Homera. Osiągnęłam wczoraj szczyt 217 stron! I jestem z siebie dumna. Oj, nie jest łatwo poruszać się na polu nieustającej bitwy, rzezi, drepcząc po trupach herosów, królów, wojowników i licznych bogów mnogich imion. Atena raz jest Pallas, innym razem Minerwą, by kilka wersów dalej znów stać się Ateną. Achilles bywa, na przykład Pelidem. Zanim się człek rozezna w tych synonimach, w tej wieloimiennej ciżbie, mija sporo czasu. A tu - trup ściele się gęsto, pod Troją. Dzidy i miecze sieką na oślep, odrąbując głowy i członki, wydzierając trzewia ku uciesze sępów.  A wszystko dzieje się z przyczyny uprowadzenia greckiemu królowi, Menelaosowi, jego żony - Heleny. I niewielkie, albo żadne ma tutaj znaczenie, że Menelaos miał oprócz niej mnóstwo branek, a wszystkie cud piękności. Nie jest też istotne, że Achilles, nabzdyczony na Agamemnona za odebranie mu pewnej branki, czyli wojennego łupu, miał i mógł mieć jeszcze więcej innych, równie urodziwych. Im dalej zagłębiam się w to arcydzieło trzynastozgłoskowe, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bogom, herosom, wojownikom, a ostatecznie - mężczyznom, nie chodzi w braniu się za łby o nic konkretnego, chodzi o "manie", czyli posiadanie rzeczy. I o poczucie straty, gdy im się tę rzecz odbierze.  Nawet wtedy, gdy nie jest im wcale niezbędna. Ważne, że jest JEGO.
Poważnie, to bardziej zaskoczył mnie fakt, że obie strony wojny próbowały zaskarbić sobie przychylność bogów, a nawet - tego samego boga. A bogowie bawili się kosztem ludzi, przechylając szalę zwycięstwa to na tę, to na tamtą stronę. Jak kibice na stadionie, też skakali sobie do łbów i robili na złość. A plac boju spływał krwią.
Nawet mi się nie bardzo chce porównywać wojny z epoki już chrześcijańskiej, przywoływać pytania Jezusa: "Boże, czemuś mnie opuścił?". Tak samo pytali Grecy i Trojanie, tylko kto inny był bogiem, do którego kierowano to pytanie.