piątek, 30 września 2011

Obietnice wyborcze

Wiele osób nie chce pójść do urn, bo uważa, że politycy i tak nie spełnią obietnic wyborczych. Ja pójdę. Bo obawiam się, że niektórzy politycy mogą chcieć spełnić swoje obietnice.

czwartek, 29 września 2011

czyje wina?

Chyba nic tak nie streszcza tegorocznej kampanii wyborczej, jak znaleziony w Necie dowcip:

Kaczor w supermarkecie robi zakupy. Wykłada przy kasie wszystkie wiktuały, w koszyku zostają mu tylko dwie butelki wina.
Kasjerka pyta: Proszę pana, a wina?!
Kaczor: A wina to Tuska!

I to w zasadzie zamyka temat.
P.S. Swoją drogą, to zauważyłam, że im gorzej się dzieje w polityce, tym naród dowcipniejszy się staje...

wtorek, 27 września 2011

Wina Tuska


Że dzisiaj złotówka znów leci na łeb
To wina Tuska!
I, że podrożało i mleko i chleb,
To też wina Tuska!
Że w Lotto do wzięcia 50 milionów
To wina Tuska!
Że sąsiad z czwartego w świat poszedł od żony
To też wina Tuska!
Że nie dojrzewały jak trzeba truskawki
To wina Tuska!
Że z Chin sprowadzili trujące zabawki
To też wina Tuska!
Że we mgle zniknęło smoleńskie lotnisko
To wina Tuska!
Że nikt nie przeprosił nas dotąd za wszystko
To też wina Tuska!
Że uśmiech Kaczora to wielka jest ściema
To wina Tuska!
I, że w wyborach wyboru znów nie mam
To też wina Tuska!

poniedziałek, 26 września 2011

Zależności ( z lamusa 2007)

Wartość arcydzieł 
rośnie wraz z kwadratem czasu
który upłynął 
od śmierci ich autora
Potęgę świadomości
określa czas 
poświęcony na rozważania
nad sensem istnienia
Tak zwana życiowa mądrość
pozostaje w ścisłej zależności
z liczbą zakrętów drogi
którą kroczymy
Szczęście w miłości
jest odwrotnie proporcjonalne
do naszych wysiłków
by je mieć

piątek, 23 września 2011

Magia wiary

To już jest blady strach...
Jeżeli już dzisiaj PiS i Po idą łeb w łeb, to wygra PiS. Jak w banku! I to mnie przeraża tak bardzo, że nie daje spać po nocach. I, mimo upływu lat, wciąż mnie dziwi ślepa wiara ludków w obietnice. Nie rozumiem zaniku zdrowego rozsądku, poczucia realizmu, zdolności do obserwacji i umysłowej percepcji. Jeżeli się nie śledzi, nawet na poziomie niezbędnego minimum, rozwoju wydarzeń w Polsce, w kontekście tego, co się dzieje dookoła kraju, to o świadomym wyborze można zapomnieć. Magia wiary, że PiS, czy ktokolwiek inny naleje z pustego w próżne, szczególnie w czasie fali kryzysu na świecie, jest magią prestidigitatorską, w rodzaju "pojawia się i znika". W obietnicach wszystko się błyskawicznie "pojawia", a po wyborach równie szybko wszystko "znika". I wygląda na to, ze naród jednak wciąż jest naiwny. I głupi. Smutne.

wtorek, 20 września 2011

Dzielenie skóry na niedźwiedziu

Śmieszy mnie ta przepychanka przedwyborcza. Wścieka mnie to obiecywanie góry pieniędzy, to prześciganie się w szczepieniu gruszek na wierzbie, to przekrzykiwanie się, kto więcej wyciągnie dla nas z Unii. Na co liczą kandydaci? Traktują nas, jak bezmózgowe istoty, ślepe, głuche i nieświadome nawet  swego istnienia. Grecja bankrutuje, Hiszpania,Włochy też ledwie zipią, a oni nam z pustego w próżne nalewać zamierzają. Ciekawe, nowi prorocy, czy co? Ostatni taki przypadek, o którym mi wiadomo miał miejsce jakieś 2 tysiące lat temu, z okładem. Jezus jedną rybą i jednym bochenkiem chleba obdzielił ponoć rzesze ludków. Ale od tego dnia, o ile wiem, nic podobnego się nie powtórzyło. Widać "nadejszła wiekopomna chwiła"...

piątek, 16 września 2011

Artystki

O 6:00 rano, w pracy, cisza aż dzwoni mi w uszach. Ciemno, zimno, ogólnie kiepska motywacja, by się obudzić. Szukam na Youtubie staroci. Znalazłam dzisiaj Poppa Joe, The Sweet i Simon Says, The Fruitgum Company. I przypomniało mi się, jak w 1970 roku, w zamierzchłych czasach epoki kamienia łupanego (z punktu widzenia dzisiejszej dzieciarni), kończąc edukację w szkole podstawowej wymyśliłam sobie, że na pożegnanie zorganizujemy "występ artystyczny" dla gogów. Przygotowania trwały kilka miesięcy, były oczywiście tajne. W każdym razie - miały być tajne. Jako, że chłopcy utrzymać niczego w tajemnicy nie potrafią, "artystki" nie wtajemniczały ich w swoje plany. Próby organizowałyśmy sobie w sali gimnastycznej, wieczorową porą, wiedziała tylko pani sprzątaczka. Jednak chłopcy jakoś wyszpiegowali, podejrzeli i sprawa się rypła. Znaczy - grono dowiedziało się, co dziewczyny szykują. I wtedy się zaczęło wtrącanie, bo gogowie pękali z dumy, że taka samoistna inicjatywa młodzieży i w ogóle. W sumie wyszło nam na dobre, w pewnym sensie. Do części folklorystycznej, która obejmowała takie tam: kujawiaki i inne dzieła charakterystyczne dla programu zespołu "Mazowsze", zorganizowali nam stroje ludowe. Ale co zrobić z częścią bigbitową? trudno raczej w zapasce fikać w rytmie rocka! I głupio ciut. W tamtych latach nie wiadomo jeszcze było nic o rakotwórczych właściwościach azbestu. A w szkole były całe metry koca azbestowego. Pewna krawcowa, babcia którejś z "artystek" wykroiła nam minióweczki prześliczne, z tego koca azbestowego. Mamusie pozszywały, dopięto aksmitne kokardki przy dekolcie, białe skarpeteczki każda posiadała, a stare tenisówki wybieliło się pastą "Buwi" i cacy! Girlaski jak się patrzy! I girlaski, w liczbie 12 sztuk, przygotowały program artystyczny w rytmie "Poppa Joe" i "Simon Says", oraz "Co Co". Kroki były swoistą mieszanką rock mixera, lambet walk'a, jive'a. Wszystko było pięknie, tylko tego rodzaju repertuar muzyczny w zgniłym socjalizmie dostępny był jedynie na tzw. pocztówkach dźwiękowych, z lokalnej wytwórni, specjalizującej się w nagrywaniu na tych pocztówkach życzeń okolicznościowych, na życzenie klientów. Ską wytwórnia miała nagrania - nie wiem, ale jakość pocztówek pozostawiała wiele do życzenia. Uwielbiały się zacinać w dowolnie wybranym momencie, skutkiem czego płyta powtarzałąa bez końca np.: poppa joe, poppa joe, poppa joe... i tak w kółko. Przy adapterze marki "Bambino" stała więc moja kochana mama, która w odpowiedniej chwili popychała igiełkę i piosenka, przy upierdliwym akompaniamencie trzasków płynęła sobie dalej, aż do następnego zacięcia. Zanim odbył się występ pożegnalny w szkole, gogowie zdążyli nas wykorzystać artystycznie i w Domu Partii, i w muszli koncertowej w naszym miasteczku, na okoliczność 1-majową, na stadionie lokalnym - to na Dzień Sportowca. Duma miasta po prostu...
Niestety, ponieważ artystki kontynuowały naukę w różnych, licznych u nas szkołach średnich, kariery estradowej nie zrobiłyśmy. Pożegnalny występ w szkole podstawowej był ostatnim naszym pokazem.
Teraz, po 40 latach, została tylko nostalgia za młodością i łza wzruszenia, gdy się słucah na youtubie: rambo, rambo, eh poppa joe...

czwartek, 15 września 2011

Jak połknąć żabę

Coś mi się zanosi, że trzeba będzie zjeść tę żabę.
Wygląda na to, że wygra jednak partia Poprawna światopoglądowo i Sprawiedliwa inaczej. Ponieważ ja już znam efekt takiej wygranej zarówno w skali makro, jak i mikro, doszłam do wniosku, że pora spróbować, jak smakują te żabie udka. Nic specjalnego. Zjadłam. Trochę mi te drobne kosteczki stanęły w gardle, ale przeżyłam. Może zatem przełknę i całą żabę? Może nie skończy się wymiotami, albo zapaleniem opon mózgowych?
Oj… ratuuuuunku!!!!

środa, 14 września 2011

Niedotrzymane obietnice

Boję się. Boję się okrutnie. Poczytałam wpisy pod dzisiejszym wywiadem z prof. Krzemińskim na WP i blady strach padł na mnie, jak cień. Mam wrażenie, że wpisują się głównie ludzie młodzi. Podkreślają przy tym, że oni są mądrzy, ogłupić się nie dadzą, będą głosować na PiS. Chociaż głosowanie na PiS o mądrości świadczyć nie będzie, a raczej wręcz przeciwnie, ale oni tego nie wiedzą, bo gdy rządził PiS byli za młodzi, żeby rozumieć. A teraz patrzą i cóż widzą? Ano, że cały PiS, z Na Czele, taki uśmiechnięty, taki uładzony, taki papuśny wręcz! No, mucha nie siada! I na młodzież jaki otwarty jest! I jak to będzie jednym bochenkiem obdzielał naród cały! A z pustego to zaraz w próżne naleje każdemu. Nie, nie każdemu. Zaraz po wyborach wszyscy Polacy obowiązkowo do spowiedzi. W konfesjonale będzie czekał "ksiądz" (zweryfikowany wprzód przez Ojca Dyrektora), na kolanach notebook, odnotuje nazwisko, adres i na kogo się głosowało, a potem - odszczepieńcy, sprzedawczyki, kosmopolici, co to dumy narodowej nie poczuwają, i inni "zwyrodnialcy" - figa z makiem! Kto wyznaje jedyną słuszną partię - mlekiem i miodem, a kto przeciwnie - pomyje dostanie.  A żaden ledwie co wyrośnięty młody człowiek nie wie ( bo i skąd? ), że jak przyłożyć ten rzekomy lek na wszystko do rany, to gangrena gotowa... I nie znają, nie potrafią przewidzieć skutków złego wyboru. Mają rację zasadniczo, pisząc, że PO nie dotrzymała obietnic. Różnica między rządami PiS, a rządami  PO polega jednak na tym, że:
LEPSZE SĄ CZASEM OBIETNICE NIEDOTRZYMANE, NIŻ  - CO NIE DAJ BOŻE - DOTRZYMANE...
Żeby to zrozumieć, trzeba pożyć trochę dłużej niż 20-30 lat. Bo tu nie jest potrzebny ROZUM, ale DOŚWIADCZENIE, czyli tzw. AUTOPSJA.

wtorek, 13 września 2011

Stop jedynkom

Ogromnie mi się podoba akcja "stop jedynkom". Popieram i sama zamierzam zrobić to samo. Nie oddam głosu na osobę z pierwszego miejsca na liście, dam szansę nowym. Wszystkich "jedynkowców" już zapoznaliśmy, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Bo, właśnie nie - poznaliśmy, ale zapoznaliśmy, czyli wiemy, aż nazbyt dokładnie, co oni nam mogą. Albo raczej, co oni i komu chcą. Niech po wyborach nowicjusze, albo ci, których partie spychały na margines, nie pozwalając się wybić ponad przeciętność, pokażą nam, co potrafią. Może okażą się lepsi, niż ich "marka wiodąca na rynku"? Niech ten mój głos "przeciw PiS", skoro nie może być głosem "za PO" będzie chociaż w jakimś, niewielkim stopniu odzwierciedleniem tego, co myślę o naszych wielkich przywódcach narodu.
Tak zrobię. I mam nadzieję, że profesorom i studentom naszych uczelni uda się namówić wielu innych rodaków.

poniedziałek, 12 września 2011

Miesięcznica

Madame Fotyga w „Faktach po faktach” poinformowała Anitę Werner, że zjechała kawał Polski, by uczestniczyć w kolejnej miesięcznicy. Nie tłumaczyła przy tym, cóż to jest owa „miesięcznica”. Członkostwo pani Fotygi w PiS mówi samo za siebie. Sformułowanie „kolejna miesięcznica” sugeruje mi, że PiS zamierza już po wieki wieków obchodzić uroczyście te miesięcznice. Pomysł jest przedni, bo o wiele łatwiej doczekać jubileuszu, na przykład, 100 miesięcznicy, niż choćby 10 rocznicy. W każdym razie, madame Fotyga  mówiła i mówiła, roztaczała wokół siebie aurę kompetencji i mądrości wszelakiej. A mnie z każdym jej słowem coraz bardziej cierpła skóra na plecach. Nim skończyła się rozmowa w tym programie, byłam już cała w gęsiej skórce. Trochę zelżało, gdy poproszony o komentarz do słów p. Fotygi, Paweł Graś, następny gość programu, powiedział, że ten komentarz nie jest potrzebny, prosi tylko, by pani Fotyga była zapraszana codziennie, żeby jej słowa mogły dotrzeć do szerokich mas. Rozbawiło mnie to odrobinę, tyle, że ja nie mam aż tak wielkiego zaufania do mądrości narodowej, jak poseł Graś. Im bliżej 8 października, tym bardziej boję się, że większość wyborców machnie ręką i nie pójdzie. A chyba nigdy głosy „przeciw” nie miały tak wielkiej wagi, jak dziś. Zwolennicy PiS zmobilizują się na pewno. I popędzą truchcikiem.

środa, 7 września 2011

Chłopak, który umiał całować

Dojrzewanie to trudny, ale też fascynujący okres w życiu. Poszukiwanie własnego miejsca w przestrzeni, odkrywanie niepoznanego, beztroska. Każdy chce wtedy być już naprawdę dorosłym, domaga się traktowania siebie, jak osoby w pełni odpowiedzialnej i dojrzałej. Oczywiście, dorosłość to doświadczenie, umiejętność pokonywania trudności i zmagania się z przeciwnościami losu. A to wymaga czasu. Całych lat wymaga. I samodzielności zupełnej. Mając jednak lat naście, na świat patrzy się przez pryzmat nieskończoności, wieczności. Przecież przed młodym człowiekiem jeszcze całe życie. A tu nagle nielatek budzi się ze świadomością, że to życie już ma, jeżeli nawet nie za sobą, to już nie przed sobą, a w każdym razie tkwi w nim po same uszy. I zerkając nostalgicznie wstecz, dostrzega śmieszność młodzieńczej buty i przekory. I od swoich małolatów wymaga zrozumienia pojęcia przemijania. Nic z tego! Małolat nie zrozumie, bo nie może zrozumieć. Tak, jak my, w jego wieku. Zabawnie jest tak sięgać wstecz, daleko, do czasów dla ludzi mocno wpędzonych w lata, raczej prehistorycznych. I, słuchając na ten oto przykład, „Last tango In London” kapeli Mud, próbować sobie odtworzyć atmosferę tamtych lat, cudownych i radosnych. Jak też wyglądałam ja, a jak ten chłopak, z którym bawiłam się w rytm tej muzyki? Długie włosy, spodnie dzwony, a może szwedy? Kto to dzisiaj wie? Ej, wystarczy przecież zajrzeć na youtube, żeby zobaczyć w czym na scenie prezentowała się ta kapela, a wybuchamy śmiechem: Jak my mogliśmy na siebie włożyć coś takiego?! I te dziwaczne buciska, oj, jakie dziwaczne!O, przypomniało mi się – chłopak miał na imię Andrzej. I czarne włosy. Więcej nie pamiętam. Z innym, też Andrzejem, kojarzyć mi się już zawsze będzie  „Killing me softly” Roberty Flack. A „Angie” Stonesów  z pewnym Adasiem, kajakarzem, vice mistrzem województwa. Mam też inne skojarzenia. Na przykład wojskowe akcesoria przypominać mi już zawsze będą blondynka Areczka, który wieczorami wisiał cierpliwie w oknie, obserwując pilnie, kiedy wyjdę od koleżanki. I w kilka sekund pojawiał się na drodze, w hełmofonie zdobycznym na głowie, odprowadzał mnie zawsze do domu. Nie wiem po co mnie odprowadzał, bo koleżanka mieszkała dwa bloki dalej zaledwie. Ale niech mu tam! Skoro musiał i chciał. Areczek, to w ogóle osobna historia była. Mało kto pewnie pamięta, że autobusy PKS w epoce socjalizmu były zatłoczone do granic możliwości, bo auta prywatne były wówczas rzadkością, innej możliwości podróżowania, oprócz kolei nie było. Któregoś wieczora wracałam z siostrą swoją i jej przyjaciółką z kina, w stolicy. Ciemno, choć oko wykol, wcisnęłyśmy się jakoś do autobusu, jedziemy na wisząco. W pojeździe też ciemno, bo podczas jazdy świateł w środku nie wolno zapalać. Zatem – jedziemy. Nagle, w tych egipskich ciemnościach czuję, że ktoś mnie ciągnie za rękę i w wyszukany, niezwykle delikatny sposób zaprasza, żebym usiadła. Ja, też niezwykle uprzejmie, dziękuję pięknie, choć nie wiem – komu? Siadam i jadę wygodnie, nie mając bladego pojęcia kto mi tego miejsca ustąpił, ani gdzie się podziewa moja kochana siostrzyczka? Nic nie widzę przecież. I tak dojechałam sobie wygodnie, mając tuż przed nosem czyjś brzuch, co chwilę wciskający mi się prosto w nos. Też nie wiem czyj był ten brzuch.
Następnego dnia pukanie do drzwi, na progu przystojny, wysoki chłopiec z bukietem kwiatów. Mówi, że to on, wczoraj, w autobusie. Wytrzeszczam oczy, nie powiem – z przyjemnością! O, bardzo mi  miło! Jeszcze raz dziękuję ci! – mówię i zapraszam do domu.
I taki był początek znajomości z hełmofonem. Dalszy ciąg nieco męczący, bo chłopak okazał się uparty w swojej adoracji, a ja nie bardzo pragnęłam być adorowana. Ale muszę przyznać, że ten, to umiał całować… Oj, umiał!
Ciekawe, swoją drogą, dlaczego nie mam dzisiaj żadnych skojarzeń z mężczyzną, który został moim pierwszym mężem? Oj, pokręcona ta ludzka pamięć, wybiórcza!

wtorek, 6 września 2011

If you go away

To było tak dawno… Miała chyba zaledwie 16 lat. Tylko 16 lat. Nie było komputerów, Internetu, Youtube’a, nawet odtwarzaczy CD nie było. W ogóle było niewiele. Ale były magnetofony szpulowe. Miała taki czterościeżkowy, marki Grundig. Ten magnetofon wędrował po wszystkich lokalnych dyskotekach młodzieżowych. Dyskotek stacjonarnych, prawdziwych, też zresztą wtedy nie było. Zabawy trzeba było sobie organizować samemu. A bywały rożnie: w SWOS-ie, nad miejscową rzeką – to tylko latem, w Hufcu Harcerskim, w szkołach, których wówczas było sporo w miasteczku. Wojsko, patronując wielu szkołom, chętnie pożyczało siatkę, zieloną, maskującą, którą podwieszało się nad głowami. Lampy stroboskopowe służyły za iluminację, a muzykę odtwarzało się z magnetofonu. W tygodniu polowało się w radio, w Trójce, na smakowite, przebojowe  kąski. Wszystkie utwory nagrywane były z wielkim pietyzmem, w atmosferze nerwowej niepewności: Czy puszczą w całości? Czy znowu utną końcówkę? Teraz, często słuchając ich na youtube.pl ze zdziwieniem konstatuje się, że piosenki trwają jakby dłużej, niż kiedyś.
Miała przyjaciela. Chłopaka? Nie, chyba nie, przynajmniej nie oficjalnie, wprost. Chłopiec był od niej niższy, uczył się w innej szkole. Pamięta lekko piegowaty nos i oczy, z wyjątkowo długimi, jak na chłopca rzęsami. Razem, we dwoje, wieczorami nagrywali różne różności muzyczne, przeważnie z programu Mini-max ( czyt.:minimum słów, maksimum muzyki). Lubiła go bardzo. Zawsze miał jej wiele do powiedzenia. W soboty targali tego Grundiga do lokalu, w którym akurat zaplanowano potańcówkę.  Nie zdarzyło się nigdy, żeby zabawa się nie udała.  A pląsało się czasem w dziwnych rytmach: Slade, Led Zeppelin, Mud, Deep purple, Urial Heep, Queen, etc. Nie wiedziała skąd, ale chłopiec często dostarczał jej wyjątkowych, muzycznych  atrakcji, w rodzaju „Atomic Heart of Mother” Pink Floyd, na przykład. To były cudowne lata, młodość kipiała, uboga w zdobycze techniki, ale bogata w wyobraźnię i otwarta na świat.
Nie pamięta już dzisiaj, co się stało, ale faktem jest, że nastały długie, samotne, ciche dni. Pewnie bez powodu, jakoś tak – samoistnie, jak bywa w każdym związku, koleżeńskim też. Minął jakiś czas, kilka dni, a może nawet tygodni? Któregoś wieczoru zadźwięczał dzwonek u drzwi. Na progu stał obcy chłopak. Wręczył jej „list” - maleńką szpulę magnetofonową, powiedział: To dla ciebie. Nie powiedział od kogo, nic nie powiedział więcej, oprócz – dobranoc…
Z taśmy, w słuchawkach, rozbrzmiało jej cicho, tęsknie „Vien” ( Przyjdź) Marie Laforet http://www.youtube.com/watch?v=PnkJVL76dnQ , a potem jeszcze: „If You Go Away” Terry’ego Jacks’a http://www.youtube.com/watch?v=GXi6Lt1fUlo ,  a na koniec „Without You” Harry’ego Nilsona http://www.youtube.com/watch?v=vAX1rkdzUH4&feature=related

Co dalej było? Myślę, że znalazła się w jego pokoju, dwie ulice dalej szybciej, niż by wypadało. Zresztą – nic się nie stało, ale pamięta  łzy. Jej i jego. I radość pogodzenia.   

Wiem (starocie 2006)

Wiem...

Wiem, jesteś dla mnie opoką
W szarej życia codzienności.
Lecz proszę, zostaw margines
Dla mojej, osobistej wolności.

poniedziałek, 5 września 2011

Fraszki


Zmiennik

Wczoraj, wieczorem, mówił,
Że kocha.
A dzisiaj, znienacka, znów
Strzela focha…

Polityk

Do każdej z obietnic
Jest chętny i skory
Gdy się zbliżają
Kolejne wybory.

Wybory parlamentarne

Że gruszki wyrosną
Na każdym drzewie,
Może ktoś wierzy?
Ja? - Sama nie wiem…

piątek, 2 września 2011

Celebrytka

Fraszka o celebrytce

Botoks, silikon
i gruba tapeta.
I mówią: Piękna kobieta!

Przerwa śniadaniowa


Czytam wczoraj artykuł Prof. J. Staniszkis. Przeważnie się z panią Profesor nie zgadzam. Teraz także nie do końca rozumiem, o co chodzi w dzisiejszym tekście na WP. Niby wiem, że z perspektywy trzydziestu lat z okładem, na dodatek przez pryzmat wydarzeń w Libii i nie tylko, nasze, polskie porozumienie sierpniowe wygląda inaczej, niż  wtedy, gdy było podpisywane.  Fakt, wygląda inaczej. Wszystko wygląda inaczej. Pani profesor potrzebowała aż 30 lat, żeby zrozumieć, dlaczego Solidarność poszła w 1980 roku na ustępstwa? Jakoś trudno mi w to uwierzyć! Ja sama byłam wtedy 20-latką, ale rozumiałam doskonale, dlaczego i po co ta ugoda. Wprawdzie porozumienie było nietrwałe, skończyło się stanem wojennym, zamordyzmem i w ogóle, ale gdyby go nie podpisano, gdyby Solidarność zachowała się tak, jak dzisiaj zachowuje się PiS, to byłoby jeszcze gorzej. Wolę nie myśleć, jak bardzo gorzej…
Artykuł, jak każdy artykuł – można się z jego treścią zgodzić, albo nie. Jednak to, co wypisują internauci w komentarzach, nie mieści mi się w głowie. Co nie znaczy, że mnie dziwi. Inwektywy, obelgi, insynuacje i „piana na piórze”. Z przykrością się je czyta. Czemu ludziom sprawia tyle frajdy dokopywanie innym? Szczególnie, gdy są anonimowi. To ciemna strona Internetu. Nie można napisać: Pani profesor, nie zgadzam się z panią. Uważam, że…etc…,itd.. Każdy ma własne, indywidualne i odmienne doświadczenia, spostrzeżenia.
Ja na przykład mam takie: po katastrofie smoleńskiej, Rosjanie wykazali wiele współczucia i gotowość do współpracy. Nie można temu zaprzeczyć, chociaż można udawać, że się tego nie zauważyło. Ale to fakt! Gdyby na nich nie spadły oskarżenia a to sztuczną mgłę, a to o zamach, to znowu o zlekceważenie Prezydenta i świadome, złe przygotowanie lotniska, że o innych, jeszcze bardziej egzotycznych pomysłach nie wspomnę, to dalsza współpraca na pewno ułożyłaby się o wiele lepiej. Ale, gdy  ktoś zachowuje się niczym mały kundelek, obszczekujący niedźwiedzia, to się w końcu doczeka. Niedźwiedzia widok ujadającego obszczymurka nawet nie rozdrażni zanadto. Ot! Trzepnie taki jedną łapą i po psie! Co się będzie z głupim użerał? Ciekawe, swoją drogą, dlaczego nie oskarżają Rosjan przedstawiciele   WSZYSTKICH rodzin, a tylko tych związanych z PiS?

czwartek, 1 września 2011

Z archiwów ( 2007)


Yeti

Gdzieś bardzo daleko, w Tybecie,
Na samym Dachu Świata,
Żył sobie samotny Yeti,
Nie miał ni siostry ni, brata.

W futrze cieplutkim chadzał
Od święta i na co dzień,
Pojęcia nie miał przy tym,
Że futra prawdziwe nie w modzie.

Mieszkał w ciemnej jaskini
Króliki jadł na surowo
Bo ognia nie umiał rozpalić
(coś nie do końca miał z głową!)

Tak sobie spokojnie bytował
Nie znając radości ni smutku
Aż razu pewnego od tyłu
Ktoś zaszedł go po cichutku.

Yeti zastygł w bezruchu
Gdy poczuł, że ktoś ramiona
Na szyję mu nagle zarzucił,
Ze strachu prawie, że skonał.

A gdy na dodatek na ucho
Szepnął mu: Mój ty Misiu!
To Yeti choć nic nie zrozumiał,
To z wrażenia aż przysiadł.

A przy tym, z niejakim zdziwieniem,
Poczuł, że mu się podoba
Ta ciepła i delikatna
Nie – mowa, ale – osoba!

Co dalej było – ja nie wiem,
Bo mnie przy tym nie było,
Lecz chodzą słuchy, że wkrótce
Jednego półyeti przybyło.

I morał z tej bajki wynika
Całkiem zwyczajny taki:
Bez względu na modę noście
Prawdziwe futra chłopaki!