środa, 31 sierpnia 2011

teoria względności

Czy solidarność jest dobra zawsze? Otóż – nie!
Dajmy na to,  widzisz męża przyjaciółki w niedwuznacznej sytuacji, gdzieś tam, pokątnie. Uświadamiasz niezwłocznie swoją przyjaciółkę, że mąż ją zdradza z jakąś lafiryndą. I co? I kicha! Przyjaciółka wpada w rozpacz czarną, albo i nawet w szał i wystawia ślubnemu walizkę na wycieraczkę, a rzeczonej  lafiryndzie może nawet kudły rwie. Bo akurat skłonność do wybaczania  przyjaciółce obca jest.
A przecież:
Mąż, w myśl - zdrowej skądinąd - zasady, że jak kot pilnował jednej dziury, to zdechł, znalazł sobie inną „dziurę” do pilnowania. I ów mąż stanął przed alternatywą: znalazłszy, dajmy na to, rzeczoną wyżej dziurę  na IV piętrze bez windy, a cierpiąc na strzykanie w kolanach, wskutek zmęczenia materiału  wrócić na tak zwane łono, co wyszłoby mu stanowczo na zdrowie, albo nie cierpiąc na owo strzykanie, nie zniechęcić się schodami i samodzielnie spakować sobie walizkę. Ta druga możliwość zachodzi jednak rzadko. W przypadku donosu w ramach kobiecej solidarności, w zasadzie nie ma mowy o powrocie na łono, w związku z czym ślubny wyboru nie ma – bez względu na stan swoich stawów kolanowych, zmuszonym jest na to IV piętro bez windy, na dodatek z nieporządnie spakowaną walizką. Skutkiem tej solidarności nieszczęśliwe są aż trzy postaci z tego dramatu: zdradzona żona, niewierny,  cierpiący męki mąż oraz dawno już znudzona  nim lafirynda. Zatajenie prawdy przez przyjaciółkę sprawiłoby, że albo szczęśliwi byliby wszyscy, albo nieszczęśliwa byłaby tylko jedna osoba – w zależności od decyzji męża – żona lub lafirynda.
Wniosek:  wszystko jest względne.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Kolejna rocznica

I tak już minęło 8 lat. Od śmierci Mamy. W niedzielę. Na cmentarzu było cicho, słonecznie i nostalgicznie. Obawiałam się komarów, ale nie dokuczały. Mogłam podumać w tej snującej się nisko, wśród pomników, atmosferze tęsknoty. Jeszcze w gałęziach drzew świergoczą ptaki, jeszcze nie osypują się z szelestem liście, wciąż na grobach mienią się wszystkimi barwami kwiaty, a maleńkich płomyków lampek nie widać, giną w smugach słonecznych.
A w sercu wciąż czuć ten ból. Zauważyłam, że nikt z nas, żywych, nie chce mówić głośno, co czuje. Ojciec tylko wspomniał, że to dziś, że rocznica, że wie. Powiedziałam: Tak, dzisiaj jest rocznica.
I zmieniłam temat, Pijawka też nie kontynuował, gładko przeszedł do tematów mało ważnych, powszednich.
 Każdy z nas przeżywa na swój sposób, nie mamy zwyczaju dzielić się, przeżywać publicznie. Takie natury…
A ja widzę Ją na każdym kroku, kiedy lepię pierogi, kiedy układam na stole wydzierganą przez nią serwetę, kiedy zaparzam kawę i siadam w fotelu - też. Przypominam sobie chwilę, gdy robiłyśmy to razem. Gawędziłyśmy sobie leniwie, zaśmiewając się z byle czego. Cudowne lata, gdy Mama była. Gdy żyła.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Puszcza Białowieska

Lato się kończy, a ja znowu, jak w poprzednich latach miałam jedynie wczasy w pigułce...My mieliśmy, znaczy ja i Pan Monsz.
Udało się tylko wyskoczyć "tam i z powrotem" do Gdyni, Białowieży, Pułtuska. Ale nic to. I tak było miło. Białowieża, Puszcza Białowieska powitała nas, jak co roku, chłodnym cieniem i wonią przecudną. Tym razem zafundowaliśmy sobie przejażdżkę wynalazkiem miejscowym. Traktor i wagonik, przerobione na pojazd wycieczkowy, kolorowe i zabawne. Wagonik zadaszony, ale otwarty, siedzi się, jak w autobusie - po dwa miejsca na siedzeniu, zmieści się do 20 osób chyba. Właściciel, przewodnik pyrka sobie powolutku uliczkami pobliskich miejscowości, co chwilę zatrzymując się i gawędząc sympatycznie. Może z drogi publicznej za wiele zobaczyć nie można, to prawda, za to dla tych, którzy zdecydowali się na pobyt kilkudniowy, ta wycieczka, to zachęta do pomaszerowania na piechotę, albo przejażdżki rowerem wytyczonymi szlakami, zahaczając o dzikość puszczańską, tajemniczą i sięgającą pradawnych czasów. Kierowca- przewodnik wie, jak zachęcić turystów do zagłębienia się w bór. Opowiada o architekturze, o miejscowym stylu, o uzupełnianiu się i mieszaniu kultur wschodu, o ciekawych miejscach, w których pozostały ślady pogańskich zwyczajów, pozostawiając  po sobie niezrozumiałe zjawiska, podobne do tych, które podobno poczuć można krocząc śladami kultury celtyckiej na Wyspach Brytyjskich. Nie wiem, nie byłam. Wzruszyło mnie, że przewodnik podkreślał w każdym niemal zdaniu konieczność dbałości o środowisko, że miejscowym zależy nie tylko na wyłuskaniu z kieszeni turystów ostatniego grosza, ale na zachowaniu Puszczy dla potomnych. To rzadkość, taka świadomość ekologicznych konieczności i szacunek dla Matki Natury.

 Żałuję, że nie mogliśmy zostać dłużej, mam jednak nadzieję, że w październiku pojadę tam znowu. Nie ma piękniejszego widoku, niż puszcza ubrana w ciepłe barwy jesieni.



piątek, 26 sierpnia 2011

Na odwyku

Jesień już stoi za progiem. Dnie coraz krótsze, słońce wesołe, złociste już mnie nie budzi rankiem. Szkoda. Mgła ściele się białą kołderką na okolicznych polach, rosa osiada na szybach, chłodno.
Za to komary obrodziły latoś. Ciekawe, kiedy im się znudzą te bzyczące naloty?

Próbuję, kolejny raz, zerwać z nałogiem tytoniowym. Kupiłam elektronicznego papierosa. Drogi, kurza twarz! Kosztuje tyle, ile wypalałam miesięcznie. Marki "Volish". Elegancki, fakt. Wersja dla VIP-ów, z pięknym futerałem. W komplecie są dwa, można jeden ładować, a drugiego używać. Albo jeden mieć w domu, a drugi w pracy. Naprawdę ułatwia rzucanie. Pierwsze, co daje się wyraźnie odczuć, to koniec męczącego kaszlu, który uniemożliwia wypowiedzenie całego zdania. Oddech też się poprawia, już po kilku dniach. Tak, wiem, wdycham nadal nikotynę, ale przynajmniej nie ma substancji smolistych, a one podobno są najgorsze.
Trochę przesadziłam na początku, bo próbowałam od razu odstawić całkiem prawdziwe papierosy. Nikomu, kto palił wiele lat, na dodatek sporo, nie polecam tego. Lepiej wypalać 2-3 zwykłe dziennie. Żeby organizm nie doznawał szoku, bo się buntuje. A jak się organizm buntuje, to robi się nerwowo, serce wali, jak oszalałe, a humor - lepiej nie mówić! I pojawiają się napady wilczego głodu, a skutki są potem opłakane! Wystarczą 2 prawdziwe na dobę i spoko!
Mam nadzieję, że nawet, jeżeli zostanę przy tych 2-3 tradycyjnych, to i tak będzie sukces. Ale może się z czasem uda całkiem odstawić i jedne i drugie?

środa, 24 sierpnia 2011

Klępa

A na imię miałaś właśnie Beata...
No, właśnie, gdzie się podziewa Beata?
Zwana przez niektórych Klępą. Co w sumie obraźliwe chyba nie jest, wszak klępa to samica łosia, a łoś pięknym zwierzęciem jest.
Chyba.

Otwieram dzisiaj lodówkę, a w niej... Madame Fatyga...

wtorek, 23 sierpnia 2011

Tak dla kobiet

Zbieramy podpisy. Inicjatywa "Tak dla kobiet!", czyli projekt ustawy o świadomym rodzicielstwie oraz innych prawach reprodukcyjnych.
Ciekawe zjawisko przy tej okazji: NIEKTÓRZY boją się, że dowie się KTOŚ... Że niby oni się podpisali pod projektem. Jeden pan to się nawet rozmyślił już po złożeniu podpisu i trzeba było listę od nowa, eh!

Inni - dla odmiany - nawet nie pytają o co chodzi w tym projekcie, tylko podpisują od razu, gdy się powie, że to antyprojekt dla projektu PiS. Hasło "PiS" działa jak sygnał ostrzegawczy. Tak bardzo się ludziska boją powrotu  tej władzy. Nie, nie wszyscy, oczywiście. Wielu tęskni. Bo podobało im się rozdawnictwo i nagonka na tych wszystkich, którym żyje się lepiej. Niezasłużenie lepiej - zdaniem tych wielu.
Tak, jak w tym dowcipie:

- Dlaczego w piekle, przy polskim kotle, nie ma żadnych diabłów do pilnowania, żeby nikt nie uciekł?
- Bo Polacy sami się pilnują. Jak komuś się już prawie uda wydostać, to reszta go natychmiast wciąga z powrotem.

Wracając do Projektu "Tak dla kobiet". Tu nawet nie idzie o to, żeby zmienić prawo, a wręcz przeciwnie - żeby go nie zmieniać. Niech już będzie status quo, byle tylko położyć nacisk na edukację seksualną. Nie da się zatrzymać zmian, zapobiec wczesnej inicjacji młodzieży w dziedzinie seksu, niech chociaż będą świadomi, co robią i wiedzą, jak zapobiegać niechcianej ciąży. Aborcja jest złem koniecznym, ostatecznością. Nie może zastąpić antykoncepcji, ani edukacji seksualnej. Świadome macierzyństwo musi być jedynym, niezaprzeczalnym prawem kobiet. Kobieta nie jest inkubatorem, tylko żywą istotą. W naturze jest normalne, że w sytuacji zagrożenia, albo w czasie niedostatku pokarmu, życie samic jest nadrzędne. One, jako dorosłe już, silniejsze, mają szansę na kolejne potomstwo, w lepszych czasach. A potomstwo pozbawione matki szans na przeżycie nie ma prawie żadnych. Jaką ochroną życia ma być ratowanie płodu, gdy zagrożona jest matka dzieci już narodzonych? Czyjego życia ochroną? Co myślimy i mówimy o matce, która straciła dziecko i odebrała sobie życie z  bólu po jego stracie, podczas gdy jej inne dzieci zostawiła sierotami? Nie należy nigdy zapominać o priorytetach. Życie ma swoje prawa, niezależne od poglądów etycznych, czy religijnych.
Większość katolików nie rozumie Świadków Jehowy, którzy odmawiają przetaczania sobie krwi z powodu wiary. Ja też nie rozumiem, bo wiara nie opiera się na dowodach, a jedynie na dogmatach. W przypadku aborcji jest podobnie, nawet teoretycy katolicyzmu prze wiele stuleci nie uznawali płodu za człowieka, to się zmieniało na przestrzeni wieków. Jaka wykładnia będzie obowiązywała za sto lat w kościele? Może uznamy, że plemnik i komórka jajowa, jako zalążki hipotetycznego żywego człowieka też należy chronić prawnie?

Cóż, wiem, że każda bzdurna teoria jest możliwa i ma szansę na poparcie. Mam tylko nadzieję, że ja jej nie dożyję. Wystarczy tych idiotyzmów, które są teraz.

Hurrra! Zebrałyśmy ponad 40 podpisów pod projektem ustawy.
No, to gdzie ten "cały naród", wcale nie szanowni mądrale???




czwartek, 18 sierpnia 2011

W budowie

Polska jest w budowie. Cała. Wszyscy kierowcy narzekają, bo faktycznie - nie jest łatwo poruszać się po drogach głównych i lokalnych. Ledwie się wydostaniesz z jednego objazdu, a już wpadasz w kolejny korek i zwężenie z przyczyn "droga w budowie", lub podobnych.
A ja malkontentom mówię: Dość narzekania! Stop.
Przecież tyle lat, ba - dziesięcioleci, nic nie robiono, niczego nie budowano. Dobrze, że jest nadzieja na lepsze.Trochę pocierpimy, ale potem będzie luksus.
Ja w każdym razie jestem za!
Mam tylko nadzieję, że te drogi nie są jakości podobnej do miejskich, wykładanych śliczną, czerwoną kostką chodników. Bo chodniki, nie tylko w moim mieście, są poza wszelką jakością. Szkoda tylko wyrzuconych na nie pieniędzy. A najbardziej boli, że nikt ich nie sprząta. Ludzie wyrzucają śmieci do koszy, starają się, nie powiem. Ale z koszy nikt ich nie wybiera, fruwają swobodnie, unoszone wiatrem. Wszędzie pełno smolnych kawałków, pozostawionych przez budowlańców, o psich kupach już nawet nie wspominam. Kiedyś zapytałam sąsiadkę, której piesek miał przyjemność na chodniku przed blokiem pozostawić po sobie pamiątkę, czy ja też powinnam kupy swojego kota wyrzucać na chodnik, zamiast wybierać je ze żwirku i wyrzucać do śmietnika?
Pani zrobiła nadąsaną minę i nie raczyła odpowiedzieć nic.

piątek, 5 sierpnia 2011

Myślenie nie szkodzi

Doprawdy, nie wiem, czy dotrwam jakoś do 9 października...
Chciałam właściwie w tych wyborach pokazać wszystkim kandydatom figę, nie pójść, albo pójść i oddać głos nieważny. Ale znowu nie mam wyjścia, jak wielu obywateli. Podejrzewam, że jest całe mnóstwo osób, które mimo wszystko pójdą i zagłosują ze strachu. Bo tak: gdy oddam walkowerem władzę w ręce PiS, będę pluć sobie w brodę przez najbliższe 4 lata, gdy oddam głos na PO ( z tego strachu), to też będę się czuła, jak bym wyszła za mąż pod przymusem... Nie ma alternatywy, PO o tym doskonale wie! A po wyborach będzie trąbić na cztery strony świata, że wyborcy ją kochają. Nie, nie kochają, bo trudno kochać kogoś, kto nic nie robi, tylko ślizga się na lęku społeczeństwa.
Wczoraj dyskutowaliśmy ze ślubnym nieszczęściem o tym, czy ludzie, po przekroczeniu pewnego, statystycznego wieku, nie powinni aby być wykluczeni z grona wyborców. Bo tak naprawdę, to z ich powodu mamy to, co mamy. Wprawdzie mają przykry zwyczaj wyzywania wszystkich, o odmiennych poglądach od "żydokomuny", "zapiłowanych komuchów", "zdrajców", "antypatriotów" i podobnie, ale jednocześnie ich oczekiwania są  zakorzenione w komunizmie, takie prosocjalne, roszczeniowe. Jednak w żadnym wypadku nie chcą przyjąć do wiadomości, że to nie kto inny, ale oni sami są komunistami z krwi i kości! To smutne, ale ludzie, znajdujący się już u schyłku życia, próbują zafundować młodym los, za który to nowe pokolenie będzie ich przeklinać przez wiele lat.
Tak, wiem, wiem! Słyszę codziennie, że stosunek normalnych obywateli do PiS wynika ze sposobu, w jaki tę partię przedstawiają media. To nieprawda! Media niczego mi nie muszą sugerować, wystarczy posłuchać członków tego ugrupowania, a także ich zwolenników. Wystarczy pomyśleć, wsłuchać się w wypowiedzi obrońców krzyża, w pompatyczne przemówienia imć Świadka, żeby wyrobić sobie własny pogląd. Najlepiej też obserwować zdarzenia z różnych punktów widzenia, obejrzeć CNN, Fakty, zerknąć do Trwam, do Superstacji, a na koniec porównać wizję z niezwykle wybiórczą relacją w Wiadomościach. Takie zestawienie porównawcze bywa niezwykle intrygujące! Niektóre relacje przypominają obraz w krzywym zwierciadle, tak jest różny od tego, co się naprawdę dzieje. Tylko w taki sposób nie pozwala się sobie odebrać prawa do własnego zdania.  Jeżeli ktoś - na przykład - wsłucha się wyłącznie w retorykę posła Macierewicza, albo posłanki Kruk, a jego wiedza szkolna na dodatek będzie uboga, to jak nic uwierzy, że zderzenie lecącego z prędkością około 200km/h samolotu z brzozą o średnicy 40cm, to jak zderzenie z opadającym swobodnie piórkiem. Czasem wystarczy tylko się zastanowić i przypomnieć sobie, że nawet zwykłą nitką można przeciąć sobie palec. No, właśnie - wystarczy trochę pomyśleć...

środa, 3 sierpnia 2011

wtorek, 2 sierpnia 2011

Rąbek u spódnicy

Nadzwyczajne! Jest jak zwykle: Kowal ukradł, a Cygana powiesili…
I nikt, ale to absolutnie nikt się nawet nie zająknął w sprawie odpowiedzialności tych, których osądzić dzisiaj już się nie da. Nie przepadam za ministrem Klichem, ale to bez znaczenia. To przecież Prezydent mianuje generałów, jest zwierzchnikiem sił zbrojnych w naszym kraju. Minister może zgłosić swoich kandydatów, ale to prezydent decyduje. A trzeba zauważyć ( o czym też nikt nie wspomina), że u nas jest więcej generałów, niż np. w NATO. Więcej, niż gdziekolwiek. I, że nasze wojsko jest tylko „od parady”. Dosłownie i w przenośni. Olga Lipińska słusznie zwróciła uwagę w wywiadzie dla Super Stacji, że my się tak strasznie chwalimy, tacy jesteśmy dumni i napuszeni, a wygraliśmy w historii ledwie kilka bitew i to o raczej mniejszym znaczeniu. My nawet czcimy walki przegrane! Chociaż, jak się nie ma czego czcić naprawdę, to lepszy rydz, niż nic… W każdym razie, jeżeli nawet przegraliśmy, to przecież absolutnie nie z naszej winy, czy niemocy! Winien jest choćby rąbek u spódnicy, ale nie brak umiejętności naszej armii.
Teraz też odpowiedzialność za porażkę najchętniej zrzucilibyśmy na Rosjan, a gdyby odmówili lądowania na tym lotnisku wojskowym, gdyby powiedzieli „won” i gdyby wszystko skończyło się szczęśliwie, to też byśmy podnieśli larum, bo jak to? Naszemu Prezydentowi odmówili??? A nasi piloci to przecież „na drzwiach od stodoły” nawet…Tacy spece od latania!
Moja dawna koleżanka, której mąż miał nieszczęście być mundurowym, mawiała:
„Gdzie się kończy porządek, zaczyna się wojsko.”
Cywilny pilot powiedziałby „won” osobom nieuprawnionym do przebywania w kokpicie. Nie zastanawiałby się, czy powinien, czy też nie powinien, nie dyskutował. Zrobiłby swoje, dokładnie tak, jak należy. W wojsku nie ma miejsca na myślenie, tam się jedynie wykonuje rozkazy. Nawet wtedy, gdy są idiotyczne. I w tym tkwi problem. 

Najważniejsze, że mamy komu wznosić pomniki. Jak nam brak prawdziwych bohaterów, to sobie przecież zawsze możemy ich mianować. Ot co!