piątek, 15 lipca 2011

Zapachy dzieciństwa (16) - ostatni

W zapachu skoszonej trawy
wilgotnej wczorajszym deszczem
w pękających pąkach lipy
rozkwitającej przedwcześnie
w słonecznych igraszkach
wśród traw kołysanych wiatrem
w chłodzie wiosennego poranka
odnalazłam spokój

 Z domeczku wyprowadziłam się mając 12 lat. Latem jednak często jeszcze nocowałam u dziadków. Tęskniłam za ogrodem, za dziadkami, za dzieciństwem, beztroskim i swobodnym czasem poznawania świata. W tym dzikim ogrodzie, którejś gorącej, księżycowej nocy, poznałam smak pierwszego, niewinnego jeszcze pocałunku.
Zapach letnich nocy. Niepowtarzalny, wyjątkowy. Jak perfumy, jest konglomeratem mniej lub bardziej miłych dla nosa zapachów: delikatnego powiewu ciepłego, południowego wiatru, parującej po upalnym dniu zieleni, odpoczywającej ziemi, a przede wszystkim niezliczonych feromonów, tak intensywnie produkowanych przez wszystko, co żyje.  Aromat letniej nocy, to aromat miłości. Wybuchowa mieszanka woni spoconych ciał kobiety i mężczyzny. Pierwszy pocałunek – wrota, przez które robimy pierwszy, nieśmiały krok w dorosłość. Jeszcze niepewni siebie, nie wiemy, co z tą dorosłością zrobić, jeszcze brakuje odwagi, by sprawdzić co jest za zakrętem. Może przeczuwamy, że kiedyś zatęsknimy za tym, co było PRZEDTEM? Nie wiem…
                                                
Myślę, że pustka, która spłynęła na domeczek nagle, bez zapowiedzi, odbiła się i na dziadkach i na domeczku.  Samotność starych ludzi jest okrutna i niesprawiedliwa.  Został im tylko mój kot. A właściwie kotka, Milusia. Śliczna, czarno-biała koteczka. Mądra i łagodna. Nie mogłam jej zabrać do mieszkania w bloku, bo ojciec nie lubił zwierząt. Chyba, że dały się zjeść. Jeszcze w latach, gdy mieszkaliśmy w domeczku, adopcja kotki skończyła się moim nocowaniem na starej kanapie w pokoju dziadków. Kotka sypiała na mnie, żadne inne miejsce nie wchodziło w rachubę.
Milusia odeszła. Weterynarz powiedział, że z tęsknoty. Bo to nieprawda, że koty przyzwyczajają się do miejsca. Pamiętam, że dziadkowie opowiadali mi o cierpliwym, kocim oczekiwaniu na mój powrót ze szkoły. Mówili, że kotka siedziała na parapecie, w oknie wychodzącym na boisko czekając, aż mnie zobaczy. A wtedy natychmiast biegła mi na spotkanie. Umiała sobie otworzyć drzwi, kocim sposobem, czyli skacząc na klamkę. Gdy odchodziłam po wizycie u dziadków, odprowadzała mnie aż do bramy, dalej bała się pójść. Długo oglądałam się za siebie, patrząc ze łzami na smutny, koci pyszczek wystający spomiędzy prętów bramy.
To był pierwszy, prawdziwy żal po stracie kochanej osoby, jaki mnie dotknął od czasu, gdy umarła babcia ze strony mamy. Ale z nią byłam mniej związana, poza tym za mała, żeby zrozumieć czym jest śmierć. Potem już poszło szybko: najpierw dziadek, a niedługo później babcia. Zaabsorbowana nowymi wyzwaniami, kolejną, średnią już szkołą, dźwigałam się bez trudu z głębiny smutku, życie ma swoje prawa… Ale pamięć też je ma!  Pamiętam, cieszę się, że mogłam być maleńką cząstką świata dla tylu wspaniałych ludzi. Dziękuję, że mnie kochali, wspierali, nie ograniczali. Uczyli. Nie wiem tylko, czy ja odpłaciłam im tym samym? Czy kochałam wystarczająco mocno i – przede wszystkim – czy im to okazywałam tak często, jak powinnam, czyli na każdym kroku? Obawiam się, że mam zaległości, a już ich przecież nie nadrobię. Za późno…

Ostatnio odszedł też domeczek. Sprzedany dawno temu, od lat nie był zamieszkany. Nad murowanym, postawionym przez obecnego właściciela ogrodzeniem wyrasta nowy, również murowany dom. Wycięto prawie wszystkie drzewa. Widać tylko jedną z brzóz rosnących niegdyś przy pompie. Jest ogromna, ale nie ma już siostry, do której mogłaby się przytulić. Nie ma ani bzów, ani owocowych drzew, ani płaczącej nad kamiennymi schodkami wierzby. Sądzę, że schodków też nie ma, ale tego nie widać zza ogrodzenia. Na pewno wycięto jaśminy, tawuły…morwa, o bujnej koronie, przysadzista i wysoka, też poległa w ferworze zmian. Wyobrażam sobie, że wkrótce pojawią się ohydne tuje, jałowce i inne iglaki, a zamiast dzikiego, tętniącego życiem ogrodu powstanie równo wystrzyżony, zielony trawnik, na który nawet pszczoła  nie rzuci okiem, bo i po co? A, że na honorowym miejscu przed domem stanie grill, rękę sobie dam uciąć.

Zapachy dzieciństwa (15)

Tuż przy ogrodzeniu oddzielającym ogród od szkolnego boiska, ojciec postawił huśtawkę. Solidna, wykonana w warsztatach szkolnych, stelaż z rur stalowych, początkowo siedzisko też było zamocowane na stalowych prętach, zagiętych w kształt litery V, naoliwionych i obracających się w zamontowanych na szczycie łożyskach. Nie pamiętam już dokładnie sposobu, w jaki przymocowano siedzisko, ale doskonale przypominam sobie, że z tej huśtawki spadłam, bo coś się przy tym siedzisku odkręciło, czy urwało? Szczęściem, nie byłam wówczas sama, ktoś opadającą, ciężką, żeliwną huśtawkę złapał przytomnie i nie zakończyłam żywota. Na szczęście, albo odwrotnie. Huśtawka zawieszona była bardzo nisko. Po tym wypadku, zastosowano inne rozwiązanie, podwyższono zawieszenie siedziska i od tej pory, dzięki systematycznej konserwacji, nic już się nie wydarzyło. Nikt w sąsiedztwie huśtawki nie posiadał, na każdej przerwie w szkole, cała klasa pędziła co tchu przez dziurę w płocie, ustawiała się grzecznie w kolejce i następowało huśtanie „na sztuki”. Każdy miał prawo bujnąć się 10 razy, bo czasu było mało – 5 minut. Na dużej przerwie nie było mowy o huśtaniu, wszyscy szli na obiad do szkolnej stołówki. Za obiady się wprawdzie płaciło, ale były tanie i rodzice chętnie korzystali z możliwości  dożywiania pociech. Szczególnie, że jedzenie było smaczne, nikt się nie skarżył. A panie kucharki hojną ręką serwowały głodomorom dokładki, zadowolone, że dzieciakom smakuje. Mięso bywało raczej rzadko, ale dzieciarni w to graj: kluski leniwe, kopytka z sosikiem, kluski z tartych ziemniaków, okraszone skraweczkami i podane z surówką z kwaszonej kapusty, cynaderki w przepysznym karmelowym sosie,  z kaszą jaglaną, ryż z jabłkami, kluski z owocami i ze śmietaną, no – same pyszności przeważnie. Zawsze też był deser: ciasto, albo kisiel, budyń, ewentualnie galaretka. I , obowiązkowo, kompot. W sezonie, panie kucharki robiły przetwory na zimę, żeby nigdy nie zabrakło niczego zimą. Często pomagaliśmy w kuchni, bo większość dzieci po lekcjach zostawała w świetlicy, a świetlica była jednocześnie stołówką. Szypułkowaliśmy truskawki, wyjmowaliśmy pestki ze śliwek, obieraliśmy jabłka. Ciepło wspominam atmosferę panującą w świetlicy. W szkole porządku pilnował woźny, wielki, groźny z wyglądu, siał postrach wśród rozbrykanych nadmiernie uczniaków. Szczególnie płci „z nogawkami”. Rozpiętość wiekowa uczniów była ogromna: od sześciolatków (ja) do osiemnastolatków, bo i tacy, recydywiści, uczęszczali do podstawówki. Każdy musiał ukończyć 8 klas, bez  względu na chęci, zapał do wiedzy i wiek. Recydywiści rozrabiali, fakt. Ale nikomu z małolatów krzywda nigdy się nie stała. Likwidacja umywalek w łazience, zdemolowanie śmietnika, powyrywanie klamek, spuszczenie lania rówieśnikowi – to tak, ale maluchy były nietykalne, a nawet otoczone opieką przez, skądinąd skonfliktowanych lekko z prawem, dryblasów. Inny czas…Inna epoka…
Już jako „dorosła trzynastka”, byłam kiedyś odprowadzona po szkolnej zabawie  przez takiego dwumetrowca, czołowego chuligana szkoły, do domu, nie do domeczku, bo już w nim nie mieszkałam. Był jednym z moich podopiecznych drugorocznych, którym pomagałam przebrnąć jakoś przez ten szkolny przymus. I wszyscy, po wielkich trudach i mękach przeokrutnych, odetchnęli w końcu z ulgą, otrzymując świadectwo zakończenia edukacji podstawowej. Maszerując  z nim przez pogrążone w zimowym mroku, zaśnieżone ulice miasta czułam się trochę dziwnie. Gdzieś, w głębi duszy, bałam się odrobinę, ale nie dałam mu tego odczuć. Kolega cmoknął mnie nawet w rączkę na dobranoc!  Los  czasem płata figle, przyczyny potknięć na życiowych zakrętach też bywają różne, chłopak ostatecznie „wyszedł na ludzi”, warto było mu pomóc. Zawsze warto spróbować.
Nie pamiętam nawet jak miał na imię, ten chłopak.

czwartek, 14 lipca 2011

Zapachy dzieciństwa (14)

Jesień. Część zbocza pokrywały, rozsiane swobodnie i nigdy nie plewione, "dzikie słoneczniki" ( tak naprawdę to topinambur, czyli słonecznik bulwiasty) – zwiastuny nadchodzącej jesieni. Wysoki gąszcz kłujących łodyg i liści, zwieńczonych małym, złocistym kwiatkiem, o średnicy szklanki. Spomiędzy gęstwiny pięły się ku słońcu jabłonie zimowe - szare renety, przy samym ogrodowym płocie nieefektowne krzaki malin, wydawały aż do października czerwone, soczyste owoce. Wszystko w ogrodzie przypominało o nieuchronnym kresie wakacyjnej laby. Ogród zmieniał szatę, stopniowo przywdziewając nasycone, głębokie, lekko zgniłe barwy: tu ówdzie jeszcze pyszniły się jesienne róże,

Dalia (fot. J.K.) za zgodą autora

dalie rozwijały paletę kolorów, prześcigając się z równie pięknie ubarwionymi astrami, wśród listowia owocowych drzew dojrzewały śliwki, gruszki i rumiane jabłka, nigdy nie potraktowane środkiem ochrony roślin ( z wyjątkiem wapnowania u podstawy pni). Hojnie obsypywały ziemię pod koronami bogactwem swoich klejnotów, nierzadko obdarzonych skazą – robaczkiem.
Już w domeczku szykował się na rozpoczęcie roku szkolnego tornister, a w nim piórnik, przywieziony w charakterze pamiątki z wakacji w Bieszczadach, albo gdzie indziej. Pióro w kształcie ciupażki też. Książki, pięknie obłożone w kolorowe okładki, zestawy zatemperowanych kredek i ołówków, różnej twardości i atrament. Zeszyty czekały cierpliwie, aż zapełnią się, nieco kulfoniastym w początkach nauki, pismem. Aż zostaną naznaczone kleksami, albo nawet i dziurami, powstałymi podczas nieudolnych prób usunięcia tychże kleksów, o kształtach tak różnorodnych, że można z nich wyczytać dowolne wróżby, jak z fusów po kawie. Nowe kapcie, worek, uszyty i wyhaftowany własnoręcznie przez mamę, fartuszek granatowy, z całą kolekcją białych, wykrochmalonych,  przypinanych na guziczki kołnierzyków.
W szkole, za płotem naszego podwórza, też już pojawił się pierwszy ruch, nieomylny znak, że nadszedł czas na gorączkowe przygotowania do wrześniowej inauguracji.
I w najciemniejszym kąciku dziecięcych duszyczek lągł się nie tyle smutek, co taki tyci smuteczek. Jeszcze nie oczywista, ale już kiełkująca nostalgia za odchodzącym po angielsku latem. Myślę, że jesień dlatego wybucha taką przecudną feerią dojrzałych barw, żeby nam było lżej, łatwiej dotrzeć do granicy ponurej, szarej, zmęczonej i zawsze niezadowolonej z siebie zimy, która ze złośliwą, sadystyczną przyjemnością uprzedza nas o swoim przybyciu, serwując listopadową słotę.

Pamiętam…

Pamiętam…z dzieciństwa.
Było zwyczajem jesieni,
przez drzwi otwarte
do domeczku strząsać
spadające z drzew liście.
Wprost do naszej sieni

Pamiętam… łzawe nutki.
Wiatr w gałęziach wygrywa.
Smyczkiem skrzypeczki
drewniane pieści,
raz wyższe, raz niższe
dźwięki wydobywa.

Pamiętam…gęsta mgła.
Białym welonem osłania
nagie jesienne obrazy.
I, łzami cerując duszę,
wygładza fałdki tęsknoty,
haftuje smutek rozstania.

Jesienny obraz domeczku? Trochę taki, jakby się leciało nad chmurami, patrzyło z góry na mgłę otulającą ogród. Domeczek stał na wysokim wzniesieniu…

środa, 13 lipca 2011

Zapachy dzieciństwa (13)

Dziadek, nie wiadomo z jakiej przyczyny, poprowadził w najmniej spodziewanych miejscach „ogrodzenia”. Ogrodzenie, płot to dużo powiedziane. Za dużo! Ogrodzeniem był zwyczajny drut, podtrzymywany przez drewniane kołki, do których został umocowany tak mniej więcej co 5-10 metrów. Kołki miały wysokość może 30-40 cm. Niestety, trudno było doszukać się uzasadnienia dla tej dziadkowej konstrukcji. Dziadek twierdził, że drut jest po to, żeby kury sąsiadów nie wchodziły (!???) Nie zastanawialiśmy się specjalnie nad sensownością tego przedsięwzięcia, ale sprawiało nam ono sporo kłopotów. Gdy przypominam sobie, na przykład, jak Ajlali biegnie z samego szczytu zbocza, porośniętego trawą i rozmaitym zielskiem, a w połowie stromej górki znienacka z trawy wyłania się ów drut (nie, nie był kolczasty, na szczęście!) i wspomnienia przywołują przepiękny widok Ajlali, która potyka się o ten drut i dalej zjeżdża już z górki „na nosie”, to chce mi się śmiać. Bo faktem jest, że ten drut naprawdę nie służył niczemu, ot, po prostu był sobie i już. Dziadek zapewne był odrobinę dziwakiem, nie tylko z powodu drutu. Świadectwem lekkiego dziwactwa była też ta niesforność ogrodowa, brak jakiegokolwiek planu zagospodarowania obejścia domeczku, wszędobylski luz, no i jeszcze ten chlewik.
Chlewik, który prawie każdego roku miał lokatora z zakręconym zabawnie ogonkiem. Zajmował szczytową komóreczkę, przeciwległą do „Kawiarenki pod akacjami”. Biorąc pod uwagę, że nigdy nie przebywało tam więcej świnek, niż jedna, było to coś w rodzaju świńskiego apartamentu, bo komórka była duża. I miała „taras”, znaczy wybieg. Ale, jak wszystko u dziadka, nie do końca przemyślanej konstrukcji. Jak wiadomo, każda świnka, dzika, czy też oswojona, uwielbia ryć. Skutkiem tej namiętności do wtykania ryjka w ziemię, były regularne ucieczki. A skoro ucieczka, to i pościg. To dopiero był widok cud urody: świnka tupta, przebiera szybko raciczkami, uszy jej się trzęsą prześmiesznie, a za nią gna kilkanaścioro dzieci i dzieciątek w wieku rozmaitym, płci obojga. Nagle ogród się kończy, świnka się odwraca i teraz to rozwrzeszczana zgraja niedorostków umyka gdzie pieprz rośnie, a świnka pędzi za nią na oślep. I tak w kółko. Czemu uciekaliśmy przed, całkiem  wówczas jeszcze małym, prosięciem, nie wiem dzisiaj. To chyba taki owczy pęd, inspirowany przez najstarszych kuzynów, którzy bawili się setnie kosztem małolatów. W każdym razie, biegając po krytym papą dachu, pokrywającym cały ten rząd  komórek, jakoś nigdy nie docierałam do tego końca, w którym mieścił się dziadkowy chlewik. Dachu właściwie nie było, tylko ta papa, na jakiejś lekkiej konstrukcji z cienkich belek, czy jakoś podobnie. Nie przyglądałam się od spodu, wiem tylko, że nie było to solidne oparcie dla skaczącej dzieciarni, bo dach się uginał pod moimi stopami, a dziadek karcił mnie co chwilę i kazał natychmiast złazić. Dopóki widział, schodziłam, ale gdy tylko znikał we wnętrzu domeczku, wdrapywałam się z powrotem. I, oczywiście, dziadek miał rację… wpadłam raz do drewutni. Razem z dachem, czyli z ową papą. Do dzisiaj pamiętam, jak wrzeszczałam, gdy mama wyciągała mi drzazgi z… no, z miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę.
A potem spuściła mi jeszcze lanie, na ten obolały tyłek. Dzieci mają jednak tę właściwość, że goi się na nich, jak na psie, a pamięć im czyści jakiś tajemniczy przycisk „Delete”.
Wiśnia, (foto:J.K., za zgodą autora)
Kilka dni później, znów dziadek ściągał mnie z dachu, mówiąc, że skoro już muszę gdzieś się wdrapywać, to z dwojga złego, lepiej już na tę starą, rozłożystą wiśnię.  Na wiśni też było intrygująco, tylko owoce kwaśne  czegóś… a czereśnie dziadkowe nie kwalifikowały się do wspinaczki .

wtorek, 12 lipca 2011

Zapachy dzieciństwa (12)

Poranna cisza. Tylko w koronach drzew gwiżdże kos, sikorki dzwonią, jak dzwoneczki i świergocząc zapamiętale kłócą się wróble. Niebo przymglone, głaskane wiatrem budzi się leniwie. Słońce najwyraźniej nie ma dzisiaj ochoty wstać i uśmiechnąć się radośnie. Poranki, letnie poranki w domeczku były cudownie zaspane. Nieśpieszne, wakacyjne wstawanie, rozziewane, przeciągające się w nieskończoność, gdy dźwięk budzika nie stawia na równe nogi. Ogródek zaprasza i nęci swoimi tajemniczymi zakamarkami, gąszczem nieskrępowanej niczym natury. Jedno oko już prawie się obudziło, babcia woła, ponagla: Ajlali, musimy iść na wieś, po mleko, wstawaj już!

Wstaję, myję się na zewnątrz, w ciepłej, krystalicznej, studziennej wodzie, ubieram i już po chwili maszerujemy, pogadując sobie i pobrzękując bańkami. Jak zwykle u gospodyni – świeże mleko z pianką i kromka chleba, bez omasty. W drodze powrotnej wstępujemy do sklepiku, kupujemy to i owo, a przede wszystkim moje ulubione małgorzatki. Bułki posypane makiem, nacięte lekko w połowie, które ja jadam na sucho, jedynie posypane solą. A do nich siemię lniane, które babcia pija co rano. Babcia wypija kleisty napar, a ja wyjadam z apetytem śliskie nasionka lnu. W dzieciństwie cierpiałam na całe mnóstwo takich nietypowych namiętności: oprócz tych małgorzatek z solą i nasion lnu uwielbiałam tran, też osolony, gorzką, zimną kawę zbożową i czerwoną cegłę wydłubaną osobiście ze ściany. I jeszcze biały ser pałaszowany z wędzonymi szprotkami.   
Na szczycie domeczku, podparte solidnie i przywiązane sznurkiem do gwoździ wbitych w drewnianą ścianę, rosły sobie olbrzymie dalie, zwane dawniej georginiami. Kwiaty wielkie, jak talerze obiadowe, w kolorach od białego, przyozdobionego jedynie na krawędziach płatków różem, albo fioletem, do krwistoczerwonego i biskupiego. Mniejsze, pomponiaste i zwykłe, o pojedynczych rzędach płatków wychylały główki spomiędzy nagietków, róż, onętków i drobnych krzewów wszędzie, jak okiem sięgnąć. Tylko pod orzechem włoskim świeciło przepisową pustką. Podobno nic pod orzechem nie urośnie, taka jego złośliwa i nietowarzyska natura. W pobliżu pompy, wzdłuż wydeptanej ścieżynki rozkładały swoje wąsate pędy ogórki. Takie prawdziwe ogórki, nie dziwaczne „węże”, gładkie jak pupa niemowlęcia i pozbawione smaku i aromatu. Do dzisiaj uważam, że ogórek ma obowiązek być pryszczaty, kłujący, mały i jędrny. Dziadunio nigdy się dużej liczby ogórków nie dochował, dzięki wysiłkom wnucząt. Ledwie pojawiały się maleńkie zawiązki oszczypywałyśmy je i kwasiłyśmy w małych słoiczkach po majonezie. Oczywiście w naszej kawiarence! Czosnek, chrzan, koper i liście wiśniowe, porzeczkowe miałyśmy zawsze pod ręką, w ogrodzie. A dziadek, który miał zwyczaj ucinać sobie ulubioną, poobiednią drzemkę, nigdy się nie dowiedział, dlaczego te jego ogórki nie chcą owocować. Babcia wiedziała, ale nie zdradziła. Wspomnienia tych złodziejskich wypadów w ogórkowe grządki odżyły, gdy w miejscowym Lidlu „odkryłam” słoiczki pełne marynowanych, pysznych, maleńkich, jak niemowlęcy paluszek ogóreczków. Może producent też podkradał jakiemuś dziadkowi?
Lata były dawniej gorące, jeść się nie bardzo chciało, ale nigdy nie brakowało amatorów babcinego kisielu. Kisiel był sezonowym posiłkiem, o smaku zależnym od akurat owocujących krzewów lub drzew w ogrodzie. Bywał porzeczkowy, we wszystkich odmianach – od białej do czarnej, agrestowy, wiśniowy lub jabłkowy, pełen tartych jabłek. Gotowe kisiele nie mają nic, ale to absolutnie nic wspólnego z kisielem made in garden.
Albo pomidor: hodowany w szklarni urośnie, prawda, nawet pachnie trochę, przynajmniej dopóki wisi na krzaczku, ale później – nic. Zero smaku i tyleż aromatu. Byłam kiedyś w takiej szklarni pomidorowej, doszłam do wniosku, że pachną właściwie tylko zielone pędy, a owoce są jakby sztuczne, trochę jak atrapy pomidorów. Pomidory zbierało się także zielone, układało się je w piwnicy, albo w spiżarni, żeby nie sczerwieniały przedwcześnie, ale poczekały cierpliwie na późną jesień. W skrzyni z piaskiem, w piwnicy,  przechowywali dorośli warzywa korzeniowe, a jabłka i gruszki polegiwały sobie w trocinach, dojrzewając we właściwej porze. Od czerwca aż do października kobiety produkowały przetwory: kompoty w słojach wecka, dżemy, konfitury, surowe galaretki, gruszki w słodkiej octowej zalewie. Przetworów warzywnych, oprócz ogórków kwaszonych, pikli, pomidorów na zupę i kapusty kwaszonej w beczce, nie pamiętam. Nie było w modzie przygotowywanie chutney’ów i podobnych nowości. Za to kwaszenie kapusty, w prawdziwej, dębowej beczce stanowiło nie lada atrakcję. Cały dom był zaangażowany, szatkownice, przyprawy, sól, a na stole piętrzyły się głowy białej kapusty. I owszem, udeptywanie w takiej beczce kapusty poszatkowanej, mocno osolonej i doprawionej kminkiem, marchwią i czym tam jeszcze, było przyczynkiem do chwilowych konfliktów, bo wszystkie dzieciaki koniecznie chciały do tej beczki. Szorowanie nóg w gorącej wodzie nie było przyjemne, ale potem!!! Jak na naszej „sopockiej” estradzie na spróchniałym pieńku, dreptało się, podrygiwało i w ogóle – jak baletnica.

piątek, 8 lipca 2011

Jak dobrze Mu w pozycji tej...

I tak, dzisiaj, Maciek Zembaty odegrał ostatecznie główną rolę w teledysku „Ostatnia posługa”…
I tym razem już nie usiadł i nie pomachał nikomu z trumny. Ciekawe, czy tam, dokąd odszedł też będzie mistrzem czarnego humoru, czy też chcąc przepłynąć Styks, opłaci się Charonowi odśpiewując mu „Alleluja”? Na pewno nikt już tak nie zaśpiewa Cohena, jak On. Nie rozbawi nas z dreszczykiem. Szczęście, że technika dzisiaj pozwala utrwalać i obraz, i dźwięk. Chociaż tyle nam zostanie. Nie ma jednak równości wobec śmierci – są ludzie, którzy nie umierają ostatecznie, tak w sensie absolutnym.

Zapachy dzieciństwa (11)

Lalka. Ciocia kiedyś kupiła, nie wiem od kogo, za to wiem dla kogo - dla mojej kochanej siostry, prześliczną laleczkę. To chyba była jedyna lalka, jaka mi się kiedykolwiek podobała. Nieduża, około 20cm wysokości. Za to wykonana z prawdziwie japońskim pietyzmem: miała włosy z jedwabiu, z modnymi pasemkami, uczesane w podwinięty z tyłu i  elegancki koczek. Oczy tego maleńkiego cuda się zamykały, co oczywiste, miały też mikroskopijne rzęsy (dzisiaj potrzebowałabym chyba lupy, żeby się ich dopatrzeć!). I, uwaga, miała biust! I jeszcze  stopki ubrane w szpilki-sandałki wykonane z przezroczystego plastiku! I laleczka na tych szpileczkach stała, co wydaje się niemożliwe przecież. Wcale nie była przy tym nieruchoma, wręcz przeciwnie – można było ją nawet posadzić i założyć jej nogę na nogę, w dowolny sposób ułożyć ręce i obracać głowę o kąt właściwy dla ludzi.
Taka miniatura modnej damy w sukience bombce, wydekoltowanej i uwypuklającej biust. Producent zadbał o najmniejszy detal: wszystkie paluszki były wyraźnie oddzielone i miały pomalowane na czerwono paznokcie. O ile pamiętam, ciocia kupiła tę lalkę od znajomej, która wróciła z Japonii.

Tak, czy owak Barbie mogłaby się przy niej poczuć jak uboga krewna.

Nasza mama miała przy tej lalce szerokie pole do popisu, szyła i dziergała stroje rozmaite. Siostra też, a nawet ja, chociaż głównie szaliki, bo bardziej skomplikowanych jeszcze nie potrafiłam. Ale, gdy dzisiaj sobie przypominam, jak dziergałam ten szalik z białych nici, na drutach, za które służyły mi dwie krawieckie szpilki, to wydaje mi się to niewiarygodne. Jednak to prawda! Mama głównie szydełkowała: kapelusze, torebeczki, żakieciki, sukienki, a siostra szyła. Lalka miała w związku z tym pełną szafę super modnych ubrań.
Lalka mieszkała w szafce, po lewej stronie toalety. Toaletą było modne wówczas politurowane „tremo” z wielkim, wysokim lustrem, w którym można było się obejrzeć w całości i wyposażone w dwie małe szafki po obu stronach, a na środku, pod lustrem, dwie półki. Na tych półkach stały nieliczne kosmetyki: perfumy mamine, szminki i bomboniera ze wspomnianym wcześniej brokatem, który w ferworze upiększania się wysypałam na siebie w ilości wystarczającej dla całego pułku dam.

Lalka też miewała fryzurę upiększaną tym brokatem na okoliczności wizytowe.

Szafka w toaletce była urządzona modnie: rozkładana wersalka i dwa fotele, trzydrzwiowa szafa na ubrania, z lustrem na środku, toaletka podobna do tej prawdziwej, stół, cztery krzesła, kuchnia z maleńkimi garnuszkami, kredens z serwisem tak maleńkim, że dorośli nie byliby w stanie wziąć do ręki sztućca długości 1/2cm. Nawet wazon na stole. Mama wydziergała szydełkiem białą serwetkę na ten lalczyny stół. Była też stojąca, dwukloszowa lampa nocna, zasilana z baterii.

W takim to, wytwornym lokalu mieszkała nasza japońska lala. 2 lata później została po lalce jedynie śliczna głowa, bo malutka córeczka leśniczego, w którego bieszczadzkim gospodarstwie ulokowano obóz szkolny, rozebrała nasz skarb na czynniki pierwsze i na dodatek pogubiła w wysokiej trawie. Jak czarna rozpacz towarzyszyła tej stracie trudno dzisiaj opisać. W każdym razie siostra przepłakała resztę wakacji.

czwartek, 7 lipca 2011

Ewakuacja

Złota myśl jednego z naszych rodzimych mędrców:
" Usunięcie ciąży pozamacicznej, to nie jest ABORCJA, tylko EWAKUACJA"

Wysłuchane w audycji w radiowej "Trójce". Autor jest zdaje się szefem Stowarzyszenia na Rzecz Życia, ale głowy nie dam, że nazwę zapamiętałam dokładnie.

środa, 6 lipca 2011

Zapachy dzieciństwa (10)

Komórki dziadkowe. Ciąg tych pomieszczeń postawiono w kształcie litery „L”, Na „stopce” tej literki mieściła się nasza „Kawiarenka pod Akacjami”. Na przeciwległym szczycie było pomieszczenie dla prosiaka, którego dziadunio kupował każdego lata, tucząc go aż do Bożego Narodzenia, kiedy to, na kilka tygodni wcześniej, następowała rzeź w akompaniamencie dziecięcego płaczu. Cóż robić? W sklepach nie było wiele, a to co znajdowało się w ofercie z reguły było mało jadalne. Przez cały rok rzadko oglądało się na stole przysmaki w rodzaju szynki, baleronu, kotleta schabowego i innych rarytasów. Jak przez mgłę pamiętam rytuał świniobicia w domeczku, który z założenia nie był do produkcji wędliniarskiej przygotowany. Wędzarni też nie było. Po peklowaniu mięs, napełnieniu kiełbas, powiązaniu sznurkiem szynek i innych wyrobów, dziadek z ojcem wozili rowerem wszystko do zaprzyjaźnionego masarza, który w przepisowym czasie wędził wszystko to, co miało się znaleźć na świątecznym stole. Święta miały więc swój szczególny urok inności, egzotyki prawie. Nasz kraj, rządzony przez jedyną słuszną partię, sprowadzał cuda natury w rodzaju cytryn i pomarańcz wyłącznie dwa razy w roku – na okoliczność zbliżających się świąt. Przez cały rok obchodziliśmy się wyłącznie smakiem wspomnień. O bananach, albo ananasach znajomość czerpało się jedynie z książek, pod warunkiem, że były to książki tłumaczone z obcych języków. Gdy trochę podrosłam, a nadeszła moda na Pewex, mama zabierała nas do takich przybytków, żeby pokazać ( nie – kupić!) jak wyglądają te owoce gorącego Południa. Dzisiaj święta już tak nie cieszą. Przez okrągły rok można kupić wszystko, trudno sprawić, by świąteczne menu wyróżniało się istotnie na tle codziennych, a w każdym razie niedzielnych posiłków. Na choince wieszało się w tamtych latach nie gotowe ozdoby, ale własnoręcznie wykonane zabawki, cukierki d. E.Wedel, które dzieciarnia już pierwszego dnia wyjadała dyskretnie, pozostawiając na gałązkach uformowane odpowiednio papierki. Wojna była zawsze o „Bajeczne” i „Pierroty”, których w mieszance wedlowskiej było zaledwie kilka, a reszta to takie ohyzdełka wypełnione krochmalem. Te wisiały na choince do końca. Robiłyśmy z mamą jeżyki z bibułki, na choinkę. Ich wykonanie było czasochłonne, ale efekt zadziwiający. Wycinało się z cienkiej kolorowej bibułki krążki średnicy szklanki, dużo tych krążków. Potem się nacinało je niemalże do samego środka, pozostawiając tylko małe, centralne pole, przez które można będzie później przeciągnąć niteczkę. Każde ramię powstałe w wyniku tych nacięć trzeba było na ołówku zwinąć w stożek i skleić trwale. Każdy krążek miał 10-12 takich stożków, pracy było więc sporo. A bombka powstawała z co najmniej 20-30 krążków, złączonych nitką przez środek. Im więcej krążków, tym ładniejsza bombka. Był i prostszy sposób: wycinało się prostokąty z bibułki, zwijało zręcznie w cienkie rurki i również łączyło nitką, przekłuwając w połowie długości rurek. Też ładne były, a gdy korzystało się z różnych kolorów bibułki, wychodziły śliczne, tęczowe kule.
Robiłyśmy też zabawki z wydmuszek i kolorowego papieru.

Książka, z wzorami takich, przepięknych zabawek do dzisiaj jest w moim posiadaniu. Mama kupiła ją kilka lat przed moim przyjściem na świat, jest to zatem prawie artefakt. 

Czasem nachodzi mnie ochota na przywołanie wspomnień i ich zmaterializowanie. W książce są wykroje aniołka, diabełka, Trzech Króli, syrenki, kominiarza, baletnicy, koguta, Indianina, złotej rybki i wielu innych zabawek.

Są łańcuchy i ludowe „pajączki”, wieszane tradycyjnie pod sufitem. Najbardziej podobał mi się w dzieciństwie Koszałek – Opałek, z wielkim nosem, brodą, bokobrodami i wielkimi brwiami, wykonanymi z waty. No i te jego okulary, zza których widać zezowate oczka. A na plecach przyklejone gęsie pióro. Cudo po prostu! Najtrudniejszym zadaniem było zrobienie wydmuszki, bo trzeba było wydmuchać całą zawartość jajka przez maleńkie dziurki, wydłubane przeciwlegle w jajku szpilką.

wtorek, 5 lipca 2011

Zmory

Co jest najlepszym dowodem na istnienie diabła? Otóż, zdaniem pewnej Cioci, najdobitniejszym świadectwem jest to, że gdy coś się zapodzieje, to znajduje się natychmiast, gdy zawiąże się nogę od stołu, albo krzesła. No, tak naprawdę powinno się zawiązać nogę diabłu, ale skąd wziąć diabła? – rzecze Ciocia. Diabeł, z reguły nie bywa pod ręką, a stół – i owszem, jest! Zatem w zastępstwie. Ale i tak to dowód niezbity, to się rozumie samo przez się!
Eh, głupota ludzka nie miała i nie ma granic. Słyszę wczoraj, że ludziska idą się modlić w intencji zaprzestania opadów. Że padać przestanie, to też będzie fakt niezaprzeczalny. I świadczyć będzie zapewne o skuteczności modlitw, jak sądzę… Ciemnota w naszym kraju jest wszędobylska. Podczas wojny też się ludziska modlili o jej koniec. I, co oczywiste, ten koniec nastąpił. A, że dopiero po ponad 5 latach, że przy okazji zginęło parę milionów człowieków, to już drobnostka: Pan Bóg nierychliwy przecież. Ale w końcu wysłuchał.

Ciocia wiązała nogę na początku ubiegłego stulecia, w książce Emila Zegadłowicza „Zmory”, o słońce mieszkańcy Opolszczyzny modlili się wczoraj, a wojna była gdzieś, pośrodku pomiędzy tymi datami. Czy coś się zmieniło w tak zwanym międzyczasie? Nic.

„Zmory” to trudna lektura. Pisana językiem, który już uległ poważnej przemianie, zasady pisowni dzisiaj też są odmienne, niełatwo skupić się na treści, gdy wyrazy w tekście łączą się dziwnie, nie tam, gdzie należy według obecnych prawideł. Gdzie forma odmiany, szyk słów w zdaniu niedzisiejszy jakiś. Ale warto odgrzebać, pozwolić sobie na refleksję, zamyślić nad trwałością i przedziwnym przywiązaniem do zabobonu, niechęcią do wszystkiego, co postępowe, nad uporem, z jakim narody z własnej woli pogrążają się w głupocie.

Patrząc z perspektywy czasu, książka ta u progu XX wieku musiała porażać niewinne duszyczki katolickiego ludu. Jej bezpardonowość w odzieraniu ówczesnej obyczajowości z fałszywej politury cnoty jest zaskakująca. Jedynym spadkobiercą Zegadłowicza w latach międzywojennych, wydaje mi się być Tadeusz Boy-Żeleński. Innych autorów, próbujących oświecić nasz biedny, z uporem maniaka tkwiący w Średniowieczu naród, nie znajduję.

poniedziałek, 4 lipca 2011

"Pantaleon i wizytantki"

Książka napisana jeszcze przed moim narodzeniem, a wciąż aktualna! „Pantaleon i wizytantki” Mario Vargas Lossa – to wyjątkowe danie w menu literackim. Odziera z patosu, dezawuuje społeczny odbiór armii. I choć to armia peruwiańska, nie nasza, ojczysta, to podobieństwa rzucają się w oczy. Mama zawsze mi w młodości powtarzała:” Pamiętaj, im dalej od munduru, tym jest bezpieczniej!”

Ślepe wykonywanie rozkazów, ubezwłasnowolnienie rozumu, hołdowanie niskim instynktom w myśl wyższej idei. Tolerowanie występku, przyzwolenie dla niemoralnych zachowań. Jednak – czego można oczekiwać od mundurowych, gdy społeczeństwo  jest chore? Z jednej strony fanatyzm, posuwający się wręcz do zbrodni, upośledzenie w dziedzinie kształcenia, podwójna moralność obywateli, a z drugiej próba ujęcia w ramy dyscypliny wojskowej  najstarszego zawodu świata. Co z tego może wyniknąć? Groteska, tragikomedia osadzona w dżungli amazońskiej. Wilgotny, gorący klimat być może bardziej, niż jakiś inny rozmiękcza mózg. Wojsko, jak to wojsko: gdzie się pojawia, tam sieje strach i zostawia po sobie półsieroty. Wojsko ma swoje potrzeby, seksualne też. Przepustki kończą się dziesiątkami gwałtów. Jaki kataplazm na bolączkę okolicznej ludności znajduje kler, czyli kapelan? Każe się żenić, jeżeli dziewczyna rozpozna. Gdy gwałcicieli jest kilku – każe jej wybrać sobie tatusia dla swojego, przyszłego dziecka! Sic!  Ale co zrobić, jak załagodzić rozjuszonych mężów, których żony też wpadły w brudne łapy obrońców narodu? Pomysł jest zadziwiająco prosty – zorganizować grupę panienek lekkich obyczajów, które świadczyć będą usługi dla wojska. Zdaniem najmądrzejszych z mądrych, czyli generalicji, to pomoże rozładować napięcie. Powierzenie tak odpowiedzialnego zadania, które na dodatek musi być zachowane w ścisłej tajemnicy, młodemu, wyjątkowo pedantycznemu oficerowi przynosi nieoczekiwane skutki uboczne. Gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne pochłania Pantaleonka bez reszty. Wydaje się, że takie zaangażowanie w powierzone zadanie, taki bezkrytyczny stosunek do przedsięwzięcia może mieć jedynie ktoś, kto od zawsze wykonywał rozkazy i przywykł nigdy się nad nimi nie zastanawiać: rozkaz jest rozkaz!
Formuła, w jaką autor ujął tę opowieść jest sama w sobie intrygująca. Coś, jak scenariusz do filmu, w którym obrazy pojawiają się naprzemiennie, raz tu, a za chwilę w całkiem innym miejscu się znajdujemy. A już lektura raportów, składanych gorliwie dowództwu przez rzeczonego Pantę, to jak konsumpcja deseru z bitej śmietanki, słodkich owoców i doprawionego odrobiną koniaku. Pyszne, tylko wywołuje lekki zawrót głowy. Nawet nazwa siedziby oddziału wizytantek - Pantiland, zapożyczona od słynnego Disneylandu, jest trafiona w dziesiątkę. I tu i tam fikcyjny światek, wszystko jedno, czy  postaci z bajek, czy regularnej brygady prostytutek. I choć każdy wie, że człowiek udający Myszkę Miki, nie stanie się Myszką Miki, tak i z maszerującej w rytm marsza „mewki” nie da się zrobić prawdziwego żołnierza, to Pantaleon zdaje się wierzyć, że się jednak uda, że wojskowy rygor czyni cuda.
Wszystko wzięło, bo musiało wziąć, w łeb. „Tajne przez Poufne” szybko stało się tajemnicą poliszynela  i wywołało chorą zawiść ze strony tych, którzy skorzystać z  usług doborowych dziwek nie mogli.
Jak krótko opisać książkę…W jednym zdaniu: perypetie żołnierzyka i jego oddziału dziwek, na tle fanatycznych zbrodni, spowodowanych pojawieniem się fałszywego proroka.
Jak to śpiewały „Wały Jagiellońskie”?
- „Wojsko cię nauczy, armia ukształtuje, wyjdziesz na człowieka, chociaż byłeś zbójem…”