wtorek, 28 czerwca 2011

Sto lat samotności


już sen zamyka powieki
i mrok spływa na miasto
niczym barany liczę ludzi
którzy nie dają mi zasnąć


Kilka lat temu kupiłam i przeczytałam „Sto lat samotności” Marqueza. Było to trochę, jak pierwsze czytanie projektu ustawy w sejmie – nie poruszyło mnie, ani nie zainspirowało do rozważań na temat.
Tydzień temu coś mnie podkusiło, jakiś chochlik szepnął mi do ucha, że trzeba sięgnąć po tę książkę ponownie. Sięgnęłam. Tym razem było inaczej: wciągnęło, wessało, rozpaliło do czerwoności. Wczoraj skończyłam, z żalem i z zamiarem powrotu do tej lektury.

Właściwie trudno o tej książce coś sensownego powiedzieć. Nie da się ująć w karby, wepchnąć w kanony, rozebrać na czynniki, przeanalizować. W ogóle się nie da! Nic. Trudna lektura, zwłaszcza dla osobnika z innej kultury. Literatura Ameryki południowej jest obca kulturowo dla Europejczyka.  Już samo połapanie się wśród setek podobnie brzmiących imion bohaterów jest pierwszą barierą. A w tej książce aż się roi od Arcadiów i Aurelianów, Jose’ów lub różnych konfiguracji tych imion z dodatkami. Ledwie zapamiętasz kilku, a już pojawiają się następni, nie do odróżnienia prawie. Moment, w którym do końca tracisz orientację „w terenie” nadchodzi szybko. Trzeba co chwilę wertować już przeczytane karty, żeby odnaleźć się w tekście. Teraz wiem, że do takiej literatury trzeba podchodzić ostrożnie, jak do seksu. Dopóki nie masz doświadczenia, nie orientujesz się co, po co i dlaczego właśnie tak – nie wysilaj się i nie licz na cud. Każdy następny raz będzie lepszy. I tak jest z książkami w tym szczególnym gatunku.
Umberto Eco „Wyspa dnia poprzedniego”, G.M. Lossa „Pantaleon i wizytantki” i „Macocha”, no i oczywiście „Ogony jaszczurki” Juana Marsé, czytane pierwszy raz też nie wzbudziły we mnie nadzwyczajnego entuzjazmu. Ale drugie czytanie!!!? To już fantazja, piramida smaku i smaczku.

Magia „Stu lat samotności” jest wszechogarniająca, wywołuje majaki i dziwne skojarzenia. Na przykład z E. Redlińskim. A skąd by miał Marquez znać „Konopielkę” albo „Awans”??? Faktem jest, że były momenty, gdy moja wyobraźnia gubiła się, przenosząc się na przemian z wyimaginowanego miasteczka Macondo do całkiem realnej wsi polskiej o dowolnie wybranej nazwie. Zachowania ludzi są podobne, tylko realia są różne. Trzeba przyznać, że Marquez z wielkim wyczuciem i pietyzmem tworzy wyimaginowane, wyjątkowe postaci i historie, w których rzeczywistość miesza się z baśnią. Fatum, towarzyszące rodowi Buendiów od zarania dziejów, aż do ostatniego potomka, wywołuje dreszcz grozy, co nie przeszkadza wcale, by czytelnik doskonale się bawił w antraktach tragicznych wydarzeń. Nieuchronność przeznaczenia z powodzeniem miesza się z komicznością sytuacji, chociaż ten komizm bywa zjadliwy, okrutny. Pasy cnoty, latające dywany, kazirodcze lub cudzołożne związki i cudowne wniebowstąpienia przeplatają się z krwawymi jatkami bezsensownej rewolucji, groteską wojny i cynizmem pseudonowoczesności - nieuchronnej, destrukcyjnej siły, która niczym tornado mami swoim uwodzicielskim urokiem, a potem pozostawia po sobie jedynie zgliszcza i wszechogarniającą samotność.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Zapachy dzieciństwa (9)

Nasze mieszkanko w domeczku było niewielkie: ot, pokój i kuchnia. Dziadkom było jeszcze ciaśniej, mieli tylko jedno pomieszczenie, stanowiące zarówno pokój dzienny, sypialnię i kuchenkę.  Domeczek był niewielki. Na piętrze, a właściwie na poddaszu mieszkał brat babci z żoną. Kiedy rodzice się wprowadzili do domeczku, córka  wujostwa ( wujostwa? Nie mam pojęcia jak nazwać  to pokrewieństwo) zdążyła już wyjść za mąż i wyprowadzić się. Tak, czy owak niełatwo było, bo – jak już wspomniałam – dom nie był skanalizowany i gdy teraz o tym myślę, to wujostwu musiało doskwierać noszenie wody i opału po zewnętrznych schodach, na górę. W dzieciństwie o tym w ogóle nie myślałam, ale teraz, gdy nie ma już ani dziadków, ani wujostwa, ani mamy, ani nawet domeczku … wspomnienia wracają, eh…

Ciasny, ale przytulny był domeczek. Może to piec kaflowy sprawił? Nie wiem, nie jestem pewna niczego poza tym, że zabrałam stamtąd duchy swojego dzieciństwa. Częste chorowanie w latach, gdy nie umiałam jeszcze czytać zmuszało mnie do wynajdowania sobie zajęć wypełniających jakoś czas oczekiwania na powrót domowników. Do dzisiaj zdarza mi się więc rysować palcem w powietrzu, albo kontemplować jakieś zadrapanie, skaleczenie sprzętu, czy wsłuchiwać w odgłosy ciszy. O ile choroba pozwalała, wprowadzałam w życie inne, bardziej realistyczne pomysły: wydłubałam łyżeczką od herbaty dziurę na wylot, w ścianie pomiędzy pokojem, a kuchnią. Cegłę zjadłam ze smakiem. Innym razem, nudząc się najwyraźniej, postanowiłam poprawić urodę. Widziałam, że mama czymś czerni sobie brwi i rzęsy czasami. Doszłam do wniosku, że jedyne, co znam, to węgiel i że to musi być właśnie to czernidło. Wypacykowałam się dokładnie na całej gębusi, bo wprawy przecież nie miałam w wieku lat około pięciu. Żeby było całkiem już przepięknie, na głowę wysypałam sobie około ćwierć kilo tak modnego wówczas brokatu, przy okazji dekorując tym kolorowym, błyszczącym pyłkiem z tłuczonych bombek oba pomieszczenia. Nie pamiętam, czy dostałam lanie, czy nie? Pamiętam za to odpowiedź mojej mamy, na moją, wyrażoną kilka lat później, uzasadnioną pretensję: ”Dlaczego ja dostałam lanie, chociaż to nie ja zawiniłam?”
- „U ciebie, kochana, żadne lanie nie idzie na marne! Jakby się dobrze poszukało, to NA PEWNO jakiś powód by się znalazł!”

Tak, prawdę mówiąc, to te lania zdarzały mi się dosyć często, stąd jako dorosła już kobieta powiedziałam kiedyś, że dzieciństwo rzadko bywa usłane różami, o wiele częściej laniem się ściele…

Kiedy wiele lat później Pijawka, ledwie stanął na nogi i nauczył się klecić jakieś zdania, też w podobnym do mojego, owczym pędzie naśladownictwa lakierem do paznokci wymalował sobie brwi, rzęsy i usta. Bo, że przy okazji wszystko dookoła też, to już pryszcz! Ale jak zmyć lakier z rzęs i ust??? Czy ktoś próbował? Zmyłam. Lania nie było.

piątek, 24 czerwca 2011

Zapachy dzieciństwa (8)

Tymczasem Ajlali dopiero szykowała się do szkół, nie będąc w ogóle zainteresowana ani szejkami, ani sułtanami, ani nikim podobnym. Urodzona w lesie, od pierwszych chwil w bliskim kontakcie z naturą, bo do pokoiku w ukrytym wśród tego lasu bloku, wpadały przelotnie ptaki, a kanonada leśnych odgłosów kołysała ją do snu. Ogród dziadkowy, podobnie, jak las zarośnięty i bogaty, dostarczał lekko odrośniętemu dziecku mnóstwa wrażeń. Jego dzikość kusiła, nieuporządkowanie wciągało, zapraszało do eksploracji. Pomiędzy posiłkami i łataniem świeżo nabytych i jeszcze nie zagojonych dziur w kolanach i innych częściach małego ciałka, trwało odkrywanie niepoznanego, podsłuchiwanie i podglądanie przyrody. Zima, albo nieodpowiednia aura wyrządzały natomiast szkody domowe, bo Ajlali niespecjalnie lubiła zabawy lalkami, które w kilka chwil były odzierane z przyodziewku, a w przypadku posiadania ruchomych części – rozbierane na czynniki pierwsze. Starsza siostra, grzeczna i w ogóle – wzór dobrze wychowanej dziewczynki, cierpiała z powodu tej dewastacji. Wszystkie, piękne lalki, mówiące „ma-ma”, z oczami, które się zamykały, były siostrzane. Ajlali nigdy nie dostała takiej lalki. Jej kupowano szmaciane, albo plastikowe, ale takie odlewane w całości, nieruchawe. Z przyczyn, o których było wyżej. Do dzisiaj pamięta swoją rozpacz, gdy Mikołaj przyniósł siostrzyczce taką, czarnowłosą piękność, a jej rudą szmaciankę, Mirellę. Na zdjęciach mała Ajlali, zawsze skrzywiona (nie lubi się fotografować) trzyma pod pachą zieloną ( czego akurat nie widać, bo fotografie nie były kolorowe) Ślipiastą. Ślipiasta, o ogromnej głowie i króciutkich kończynach, była moim ulubionym, nierozbieralnym potworkiem. Dziwadłem podobnym do mnie, nieładnym, twardym i zawsze znajdowanym nie tam, gdzie akurat być powinno.
Wolałam łapać w ogrodzie owady, niż bawić się lalkami. Biegając wśród krzaków pomidorów, między nieatrakcyjnymi ziemniakami, chwytałam i zamykałam w słoiku świerszcze małe i duże, ważki, biedronki, motyle, a nawet stonkę ziemniaczaną. W sprzyjających okolicznościach trafiała się jaszczurka, tak maleńka, że potrzebna była lupa, by przyjrzeć się jej dokładnie. Nie uświadamiałam sobie lęku, na jaki narażałam te cudeńka natury. Jaszczurki są bardzo delikatne i lękliwe.

                                                                                                            
W pobliżu domeczku znajdowały się rozległe, podmokłe łąki, na których pasły się krowy, przyprowadzane tam przez gospodarzy z okolicznych wsi. Od przedmieść miasteczka oddzielał jej rów melioracyjny, porośnięty roślinnością i bogaty w faunę. Znakomicie czuły się w tym środowisku grzebieniaste traszki, które także łapałam do słoików i taszczyłam do domu, a później do szkoły. W rodzinie nie wzbudzały zachwytu, ale nauczycielka mnie pochwaliła, bo miała żywe okazy na lekcje biologii. Zawsze zachwycały mnie też żaby, ich rozmaitość i kojący, wiosenny „śpiew”. Kumkanie żab działa podobnie do szumu morskich fal – niesie spokój i daje poczucie jedności z naturą.
Przez moje zamiłowanie do wszystkich żyjątek, dorośli mieli problem ze zwalczaniem myszy, bo o pułapkach mowy nie mogło być, a zwłaszcza w sezonie jesiennym nornice i myszy domowe pchały się do domostwa zewsząd. Żywiątka mają to do siebie, że szybko orientują się who is who. Nie bały się mnie, swobodnie buszując po domeczku pod nieobecność pozostałych domowników. Skutkiem mojego uporu i oporu wobec eksterminacji zapasy warzyw na zimę co roku były mocno uszczuplane.

Pod spadzistym dachem domeczku gnieździły się jaskółki. Któregoś dnia wypadło z gniazda jedno jajeczko, błękitne, niczym letnie niebo, nakrapiane, maleńkie. Dziw nad dziwy: jak z takiego pudełeczka może wyrosnąć ptaszek w czarnym kubraczku? Długo ten problem zaprzątał moje myśli.

środa, 22 czerwca 2011

Zapachy dzieciństwa (7)

Do „Kawiarenki pod Akacjami” chadzało się w strojach „wieczorowych”. Gorzej, że w tych strojach paradowało się nie tylko do kawiarenki, ale również po całej okolicy. Strój wieczorowy składał się z pokaźnej liczby babcinych spódnic, przyodziewanych jedna na drugą, mocno ściągniętych sznurkiem, albo paskiem w talii, jako, że  każdą spódnicą modelka mogła owinąć się przynajmniej 3 razy, a i tak, ze względu na długość, powstawała niemalże suknia  z trenem. Bluzka była właściwie dowolna, ale mile widziane były wynalazki w rodzaju: zamotany kawałek starej, delikatnej tkaniny, udrapowany i udekorowany świeżymi kwiatami. Fryzura. Oj, fryzura stanowiła szczególny powód do rozpaczy mamy, bo babcia się nie bardzo przejmowała. Głowy w tamtych latach strzyżono dziecięciom na krótko, z powodu panoszącej się powszechnie wszawicy. I te obcięte „na chłopaka” głowy nijak nie pasowały do „eleganckiego stroju z epoki”. Na to jednak znalazłyśmy radę: na głowę wciągało się trzy nylonowe pończochy, podkradane z kosza na śmieci, gdy już nie nadawały się do repasacji. Te trzy ( albo i więcej)  nylony zaplatano w warkocz, upinano  w rozmaite koki i inne koafiury. Oczywiście, w tej gmatwaninie nylonu, tkwiły także świeże, ogrodowe kwiaty, albo inne dekoracje, błyszczące i kolorowe. Całości dopełniały pantofle z szafy maminej, sterczące z tyłu, bo za długie. Gdy mama traciła cierpliwość do reszty, stosowało się inne rozwiązanie – do własnych bucików mocowało się misternym wiązaniem drewniane szpulki po maszynowych niciach, żeby uzyskać efekt wysokich obcasów. Jeszcze tylko thaitańskie wieńce z nagietków, albo czegoś podobnego, na szyję i dama gotowa. Myślę, że sąsiedzi mieli mnóstwo uciechy oglądając, zwłaszcza późną, letniopopołudniową porą parady i słysząc zawodzenie w rytmie Poloneza „Oto idzie pierwsza para, rudy Maciej i Barbara…(…)”
Tak, pod względem śpiewaczym, w naszej rodzinie brak talentów.
Beztalencie, w żadnym razie nie przeszkadzało nam urządzać festiwali piosenki.
Festiwal „W Spocie” odbywał się często na tyłach domeczku. Między innymi drzewami rósł tam stary klon jesionolistny. Klon ten musiał mieć w młodości dwa odgałęzienia pnia, ale w latach mojego dzieciństwa jedno z nich widoczne było jedynie w postaci zmurszałego i dziurawego pieńka, o wysokości około ¾ metra. Pieniek nie był może najwygodniejszą, ale niezwykle malowniczo prezentującą się estradą, na którą wstępowały kolejne gwiazdy festiwalu. Nie było łatwo utrzymać się na niej w tych sztukowanych szpilkach ze szpulkami, więc gwiazda z czułością musiała obejmować zdrowy pień klonu, balansując ostrożnie na krawędzi , żeby nie wpaść do dziury i nie połamać kończyn. Wśród listowia rozbrzmiewały wówczas fałszywie „Puste koperty”, „Na wiosnę kwiatki rosną”, „Beata”, i wiele innych szlagierów, w tym „Poprzez prerię Arizony pędzi Jhonny, oj rari, oj rari, oj rara…” i takie tam śliczności o Ajlali, w której zakochał się sułtan.

No, w żadnej z Ajlali, biorącej udział w festiwalu, żaden sułtan z pewnością by się nie zakochał.
Ale miejscowe, czarnowłose bóstwo w spodniach i owszem, tylko parę lat później, gdy Ajlali miała już lat 13.

wtorek, 21 czerwca 2011

Zapachy dzieciństwa (6)



„Kawiarenka pod akacjami”. Nasze prywatne, dziecięce lokum, do którego dorośli nie mieli prawa wstępu. Jedno pomieszczenie w ciągu drewnianych komórek, stanowiących odrębną całość w obejściu domeczku. Jedna komórka została adaptowana na chlewik,  kolejna była drewutnią, w następnej przechowywano stare rupiecie, czwarta była letnią kuchnią, w której babcia urzędowała w okresie upałów, a ostatnia, piąta, była enklawą nieletnich. Łatwo wyobrazić sobie to ekskluzywne wnętrze, pozbawione tynku, podłogi, oświetlenia. Nawet okna nie posiadało, ale co tam! Podłogę wysypaliśmy ślicznym, żółciutkim piaskiem, którego akurat w okolicy było pod dostatkiem. Ściany wylepione zostały ilustracjami z gazet, tworzącymi swoisty kolaż – no, prawie arcydzieło… Pod jedną ścianą stał drewniany, jedynie oheblowany, ale nie pomalowany regał magazynowy, pod drugą ustawiliśmy mały, okrągły stolik produkcji warsztatowej, szkolnej. Krzesła z odzysku, a właściwie same ramy krzeseł z metalowych rurek, oplecione własnoręcznie przez nas zdobycznymi linkami do bielizny. Nam wydawały się niezwykle urodziwe, ale pewnie widziane okiem dorosłym przedstawiały raczej opłakany widok. Na stoliku, na starym obrusie po prababci, stał porcelitowy serwis: dzbanek, dzbanuszek, cukiernica i 6 filiżanek ze spodeczkami, a do tego maleńkie łyżeczki. Wszystko zresztą w rozmiarze mini, bo był to zestaw dla dzieci. Błękitny, malowany w kwiatuszki, uroczy! Nie brakowało i innych akcesoriów, bo – jak wspomniałam – rupieciarnia, a i strych również, dla dzieci są Sezamem, kryjącym nieprzebrane mnóstwo skarbów. Może nie było nas aż czterdziestu rozbójników, ale wystarczająco dużo, by siać spustoszenie w takich tajemniczych schowankach. Znalazło się w nich między innymi malutkie żelazko z „duszą”, służące według wyjaśnień babci do prasowania kołnierzyków koronkowych i takich tam podobieństw. Żelazeczko to do dzisiaj stoi w moim mieszkanku,  na honorowym miejscu – bo przecież zabytek! Była cukiernica szklana, na wysokiej nóżce, rżnięta ozdobnie w esyfloresy. Ta jednak nie przetrwała zabaw. Lusterko stomatologiczne z ułamaną rączką, cała kolekcja butelek i buteleczek o kształtach rozmaitych, niespotykanych, jakieś popękane egzemplarze naczyń stołowych, nieużyteczne w prawdziwym życiu, ramki do zdjęć i wiele innych skarbów, choćby odłamków kolorowych szkiełek, przez które można było patrzeć bezpiecznie na słońce. Najcenniejsze chyba były jednak guziki. Każdy inny, duże, małe, na nóżkach, z dwiema, z czterema dziurkami. Wysadzane szkiełkami udającymi brylanty, posrebrzane, pozłacane, w kształcie kwiatów, serc, jajowate, okrągłe, kwadratowe. Uff… Guziki gromadziłam w metalowym pudełku po cukierkach. Zbierałam je wiele lat, z każdą wizytą u licznych znajomych babci, powiększając swój zbiór o kolejne. A każdy guzik jedyny w swoim rodzaju, budzący mój szczery zachwyt i pożądanie. Wszystkie, ówczesne babcie posiadały w swoich szufladach klejnoty takie nieużywane, zapomniane i niemodne. Nie pamiętałam o tym, ale wygląda na to, że wyprowadzając się w wieku lat dwunastu z domeczku, zabrałam ze sobą to pudełeczko, bo znalazłam je wiele lat później w maminych zbiorach, w pawlaczu.  Sądzę, że mogą mieć około stu lat, przynajmniej niektóre.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Zapachy dzieciństwa (5)

Dzieciństwo pachnie mlekiem.  
Chodziło się z babcią kilka kilometrów za miasteczko, na wieś, żeby kupić mleko prosto od krowy. Gospodyni, stara znajoma babci, do przyniesionych przez nas baniek, nalewała świeżo udojone, spienione mleko z czyściutkich wiader, stojących w chłodnej sieni, przykrytych śnieżnobiałymi, płóciennymi ściereczkami. W zasadzie zapach świeżego mleka jest nieco mdławy, niezbyt przyjemny. Jednak tamta woń, w połączeniu z widokiem masła zawiniętego w liście chrzanu, garnuszków kamiennych, pełnych słodkiej śmietanki zebranej z wczorajszego udoju, sera, ociekającego na deskach dębowych – była miła i dziwnie uspokajająca. Nieśpieszne krzątanie się gospodyni pośród kur, kaczek, dobiegające ze stajni rżenie konia i głośne ujadanie psa na podwórzu, a wszystko to pachnące wiatrem, swobodnie buszującym w zakamarkach obejścia, dawało jakieś nieoczekiwane poczucie bezpieczeństwa, szczególnie, gdy gospodyni nalewała mleko do kubka i wręczała mi grubą kromkę świeżego, nie omaszczonego chleba. Taśmowego chleba, popijanego mlekiem przetworzonym przez mleczarnię, przechowywanego w kartoniku lub plastikowej butelce, zjeść by się nie dało, ale tamten? Wiejski bochen chleba, ogromny, umączony na całej powierzchni, taki całkiem „niewzorowy”, smakował z tym mlekiem z pianką wybornie. Taki krótki powrót do korzeni, do zarania dziejów, prawie do życia płodowego. Mleko z porannego udoju i wiejski chleb… Eh, błoga chwilo, trwaj!

Takie mleko zsiadało się tak cudnie, że można je było kroić nożem w plasterki. Babcia serwowała na obiad młode, wykopane przez nas w ogródku, ziemniaczki, okraszone skwareczkami i posypane zweryfikowanym przez babcię koperkiem ( czy aby nie te warszawianki!) i zsiadłe mleko, na którym pomimo starannego zebrania wszystkiej śmietanki i tak gromadził się  różowawy, puszysty kożuszek. Moja, niedawna próba zakwaszenia mleka sklepowego spełzła na niczym. Mleko się zepsuło, ale nie ścięło. Można, oczywiście kupić dzisiaj kwaśne mleko w kubeczkach plastikowych, ale nie ma ono wiele wspólnego z prawdziwym, zsiadłym mlekiem. Szkoda, że nowe pokolenie nie ma szans na bliższe poznanie z aromatem i smakiem prawdziwego rarytasu, jakim był chleb z mlekiem serwowany na wsi. Albo jajko od „chodzonej” kury. Jajko, które zamiast śmierdzieć, pachnie, a przyrządzona zeń jajecznica wygląda, jakby ją zabarwiono szafranem. Nie wiem, jak to się dzieje, że jajko pochodzące z fermy, wybite na patelnię wygląda… jak jajko, a po chwili zamienia się w bladą, prawie zupełnie białą galaretę, w żaden sposób nie przypominając jajecznicy? Pachnie przy tym mało atrakcyjnie.
Moja latorośl niedawno pomagała przeprowadzać kogoś na Podlasie, dostała za to 40 jajek „od chłopa”. Może z tego powodu odżyło tamto wspomnienie? Bo w domu znowu zapachniało jajkiem bez antybiotyków, a naleśniki wyglądały jak powinny – były żółte i delikatne.

piątek, 17 czerwca 2011

Zapachy dzieciństwa (4)

Morwy. Dwie, ogromne morwy, rosnące na samym skraju skarpy, na której posadowiony był domeczek. W okresie owocowania zaściełały swój skrawek ziemi krwistoczerwonymi owocami, przypominającymi trochę jeżyny. Stanowiły one równie często wykorzystywany przez nas składnik „medykamentów”, jak kwiaty nagietka. Owoce morwy są smaczne, ale pozbawione aromatu. Tuż obok, również na krawędzi naszej górki, rosła zielona wierzba. Jej długie, wiotkie pędy zwisały nisko, delikatnie głaskały głowy tych, którzy wstępowali na kamienne schodki, prowadzące na gościnne podwórze domeczku. Z drugiej strony stopni wspinał się ku chmurom bardzo stary krzak białego bzu. Nigdy nie przycinany, zdrewniały do połowy, na szczycie tworzył koronę, w maju obsypującą schodki deszczem białych kwiatów. Schodki stanowiły dla mnie, trudną do przebycia, swoistą bramę do raju. Wrota, przy których trzeba było zapłacić myto. W gałęziach wierzby mieszkały bowiem strachy, zielone potworki rodem nie z tej ziemi. I miały paskudny zwyczaj spadania na  przechodzących ludzi. Spadały zapewne dlatego, że nie przycięte gałęzie drzewa zwisały prawie do ziemi i tworzyły coś w rodzaju zielonej, zdobnej żółtawymi frędzlami kotary, której nie sposób nie potrącić przechodząc.
Olbrzymie, zielone, czasem pasiaste, innym razem nakrapiane, a prawie zawsze rogate gąsienice motyli stały na straży domeczku. Przy bliższym poznaniu okazywały się nieszkodliwe i piękne, ale gdy spadały znienacka na kark, budziły lęk i chwilowe obrzydzenie.

Gdy już szczęśliwie dotarło się na szczyt wzniesienia, pokonawszy ścieżkę od bramy do ogrodu, wzdłuż zbocza, aż do kamiennych schodków, strząsnąwszy z siebie pasażerów na gapę, stawało się przed drzwiami niewielkiego, piętrowego domu, wykonanego z drewna. Pomalowano go na zielono i taki pozostał przez niemal 100 lat, aż do dnia, w którym został rozebrany do fundamentów. Drewniane domy są niezwykle przyjazne i, jak myślę, zdrowe. Drewno oddycha, latem nie nagrzewa się nadmiernie, trochę gorzej jest zimą, bo pozwala, by mróz wdzierał się do wnętrz. Domeczek nie miał centralnego ogrzewania, tylko kaflowe piece i węglowe kuchnie. Nie był też skanalizowany, wodę pompowało się długo z głębinowej studni, sięgającej w głąb ziemi na 25 kręgów. Zajmowało to mnóstwo cennego czasu i kosztowało dużo wysiłku. Nieczystości także trzeba było wynosić w wiadrach. Najbardziej uciążliwy był brak toalety, do sławojki trzeba było maszerować bez względu na pogodę, aż na skraj ogrodu. Dzisiaj trudno mi sobie wyobrazić, że mogłabym egzystować w takich warunkach, ale w tamtych latach wydawało się to naturalne, bo innych możliwości nie znałam. Jakoś to było, tylko dorosłym bywało pewnie ciężko. Zresztą czasy w ogóle nie były łatwe. Żyło się skromnie, nikt się nie zastanawiał nad tym, czy dieta jest odpowiednio zbilansowana, czy nie, bo jadło się to, co było dostępne i na co można sobie pozwolić. Pełne półki sklepowe stanowiłyby wówczas widok raczej egzotyczny.

Za to ogród, w sezonie letnim, był niewyczerpanym źródłem witamin i minerałów. Pomiędzy kwiatami, krzewami ozdobnymi i koronami drzew, pyszniły się pożyteczne krzaki wszystkich odmian porzeczek, agrestu, malin i jeżyn.
 fot. J.K. - za zgodą Autora
Czerwieniły się truskawki i pomidory, z trudem próbowały zawiązać się ogórki. Wśród nagietków i onętków rozcapierzały się czupryny marchewki, selerów, porów i pietruszki. Mimo braku wyraźnie wyodrębnionych grządek, jakoś to wszystko rosło sobie, nie zniechęcone niewłaściwym – z punktu widzenia ogrodnictwa – sąsiedztwem. Pomieszanie z poplątaniem: grusza w przyjaźni z tawułą, śliwa w towarzystwie wajgeli, a jabłonie wtopione w tło akacji. I wszystko to czuło się znakomicie, wydając na świat liczne potomstwo.

Czasem dochodziło do pomyłek, bo warszawianka, czyli ów onętek, listowie posiada niezwykle podobne do koperku, więc na prośbę babci o zerwanie kilku gałązek kopru, nie raz i nie dwa pędziło się z pękiem nie tego, co trzeba do domu.

czwartek, 16 czerwca 2011

Zapachy dzieciństwa (3)

Pamięć, moja pamięć, jak się zdaje, przechowuje nie tylko zapamiętane słowa, obrazy, ale też, a może  - przede wszystkim zapachy chwili. Czasem wystarczy przymknąć oczy, starając się przywołać jakiś przedmiot, albo krajobraz, albo nawet człowieka, a zamiast lub równocześnie pojawia się woń. Mnie wystarczy pomyśleć o Bieszczadach, a skądś dobiega mnie aromat połoniny, skąpanej w porannej rosie. Zapach mgły nad jeziorem Wigry, gdy przed świtaniem wyruszaliśmy z wędką na ryby, albo słona, nadmorska bryza, kojarząca się z zakapturzonymi inhalacjami w uzdrowisku. Nawet, charakterystyczna woń starości, towarzysząca ludziom i rzeczom, wbrew pozorom jest piękna.
Domeczek mieścił jedno, niewielkie pomieszczenie, zwane spiżarnią. Właściwie nie wiem, czemu? Nie przypominam sobie, by w nim przechowywano zapasy. W spiżarni stało stare, dębowe łoże i gdańska szafa. Latem, gdy do dziadków zjeżdżało całe pokolenie wnucząt, sypiało się w tej spiżarni. Gdy zapadał gorący, wakacyjny zmierzch, rozpoczynał się rytuał kąpieli. Oczywiście, na świeżym powietrzu. Cynowe balie, napełnione wczesnym rankiem krystalicznie czystą, błękitnawą wodą z głębinowej studni, czekały ogrzane w letnim słońcu. Kolejne niedorostki i podrostki kąpano w wodzie miękkiej i ciepłej, jak zupa. Wyszorowane, nareszcie przypominające ludzi układane były do snu wszędzie, gdzie się dało. Ojciec mój, zapobiegliwie, każdego roku na wakacje wypożyczał duży namiot, rozstawiany w ogrodzie w pobliżu pompy, pod dwiema brzozami, które dla mnie sięgały prawie do nieba. Namiot stał sobie gdzieś, pomiędzy grządką ogórków, a krzakami czarnej porzeczki. Troszkę zawadzał, bo zaburzał ciąg komunikacyjny przepełnionej energią dzieciarni. Skutkiem tego, ogórki z rzadka tylko przeżywały galop dziecięcych stóp, a porzeczka rozściełała owoce, zamieniające się natychmiast w marmoladę.
Wszystkich dzieci jednak w namiocie nie dawało się upchnąć, stąd te noclegi w spiżarni. Dla jednych noc w tym tajemniczym pomieszczeniu była nagrodą, dla innych karą – w zależności od natężenia strachu. Spiżarnia była pozbawiona okien, chłodna i przeniknięta wonią lekkiej stęchlizny, ale - jak żadne inne lokum – pieściła zmysły, rozbudzała wyobraźnie, wywoływała dreszczyk grozy. Na noc brało się latarkę, a z szafy wydobywało przedwojenne woluminy, czasami nieodpowiednie treścią dla małolatów. W tejże szafie znalazłam pożółkłą książkę pt. „Baśnie i klechdy polskie”, w której, między innymi była bajka o żelaznym wilku. Było też coś o gżegżółce. Nie mając bladego pojęcia cóż to jest owa gżegżółka, zmuszona byłam szukać informacji w słowniku. Zapamiętałam to słowo doskonale i jakiś czas później, dzięki tej wiedzy zostałam zwolniona z pisania dyktand na wieki wieków. Lektura licznych książek zaowocowała wczesną znajomością poprawnego pisania. Dziś powiem: Dzięki moja naturo mola książkowego! Dzięki tobie odkrywałam świat, poznawałam nieosiągalne, zgłębiałam tajemnice ludzkiej wyobraźni. A tobie, spiżarnio babci,dzięki za zapach starych ksiąg.

środa, 15 czerwca 2011

Zapachy dzieciństwa (2)

Tak… Dziadek co niedzielę ścinał jedną, wiosenną  różyczkę i mama przypinała mi ją do sukienki. Maszerowałam do kościoła, czując tuż pod nosem delikatny, radosny, różany aromat. Żaden bułgarski olejek różany, przywożony przez rodaków z urlopu w czasach, gdy żyliśmy tu za żelazną kurtyną, nie mógł się równać z wonią dziadkowej różyczki w kolorze ecru.
W ogrodzie rosły i inne, bardziej wytworne, wielkokwiatowe róże. Najpiękniejsza była herbaciana, posadzona przez dziadka na wprost drzwi do domeczku. Jej ogromny kwiat, wielkością dorównujący talerzykowi deserowemu, wznosił się ponad sąsiednie rośliny. Nie jestem pewna, ale zapamiętałam ten różany krzak tylko z jednym kwiatem. Prawdopodobnie miał więcej, ale w mojej pamięci pozostanie widok kępy zielonych, błyszczących liści, nad którymi dumnie rozkwita jedna, ogromna róża. Niech tak pozostanie.

Wypielęgnowanych, równiutkich klombów w dziadkowym ogrodzie nie uświadczyło się. Odziedziczyłam najwyraźniej po dziadku tę namiętność do nieuporządkowania, niewytłumaczalną niechęć do strzyżonych równiutko trawników, na których brak wszelkiego zielska. To, co dla większości jest chwastem, dla mnie jest przejawem największego piękna. Bo, czy może być coś milszego dla oka, niż widok znienacka rozkwitłej stokrotki, albo mniszka, przypominającego złotą kroplę słonecznego blasku, która wraz z deszczem spadła w zieloność wczesnej wiosny?

 fot. J.K. - za zgodą Autora

Idealne, wypielęgnowane płaty trawy, okalające dzisiaj większość domów, pozbawione tych nieoczekiwanych klejnotów natury, wyglądają jak strzyżone dywany, regularnie prane i odkurzane. Wyobraźnia umiera, gdy brakuje pożywki.

Obok herbacianej róży rosły więc sobie w spokoju warszawianki ( poprawnie zwane onętkami), we wszystkich, właściwych temu gatunkowi barwach, rozsiewały się swobodnie, objawiając się w kolejnych zakamarkach ogrodu. Żółciły się i pomarańczowiły jędrne nagietki,o omszałych liściach i lekko kłujących łodygach. Nagietki stanowiły jeden z podstawowych składników, wykorzystywanych przez nas przy produkcji rozmaitych mikstur, „sprzedawanych” potem w aptece, zorganizowanej przez nieletnich w studziennym kręgu. Krąg ten dziadunio umieścił pod rynną, na tyłach domeczku. Był zbiornikiem na deszczówkę. Po ulewach, na powierzchni zgromadzonej wody pływały liście i przeogromne bogactwo entomologicznej fauny, ale w dni suche, słoneczne można było latem korzystać z możliwości, jakie dawał krąg. Jeżeli nie był akurat apteką, sklepikiem spożywczym, albo księgarnią, stanowił świetną podstawę do posadowienia kołyski dla dziecięcia. Kołyską było stare, pochodzące sprzed wojny korytko, akurat pasujące do średnicy kręgu. Wymoszczone wygodnie kocykiem i podprowadzoną babci podusią stawało się dziecięcym łóżeczkiem, w którym lokowano jedno z dzieci. Niestety, przeważnie mnie, bo byłam akurat najmłodsza. Reszta dzieciarni udawała się „do pracy”, porzucając mnie w tym leżu, w cieniu rozrosłych bujnie klonów i akacji. Kilka minut leżałam cicho, ale – jako, że do dziś usiedzieć w jednym miejscu zbyt długo nie potrafię – po jakimś czasie było nudno, więc podnosiłam larum, stawiając wszystkich dorosłych na równe nogi. A wszystko dlatego, że wyleźć z tego koryta było nie sposób. O własnych siłach nie sposób, bo kołysało się ono mocno, a kamienny krąg miał zdaje się jakiś metr, albo i więcej wysokości. Ja miałam wówczas kilka zaledwie lat, więc wydawał mi się ogromny. Stanowczo wolałam, gdy w kręgu była apteka! Na desce, rozstawione liczne buteleczki po lekarstwach, wypełnione po brzegi własną produkcją, pochodzenia ogródkowego. Nasiona nieznanej mi z nazwy roślinki, zwane chlebkiem, bo przypominały kształtem okrągły bochenek chleba, sprzedawano jako pastylki. Wiem, że nie były trujące, bo jadłam. Nawet mi smakowały. Owoce porzeczki znakomicie nadawały się na kapsułki żelowe, sprzedawane np. jako tran. Całkiem smaczny ten „tran” był.

wtorek, 14 czerwca 2011

Zapachy dzieciństwa (1)

Nie ma już domeczku…
Ktoś, nie wiem kto, buduje swoje, przyszłe wspomnienia. Będą zupełnie inne, z pewnością nie tak romantyczne, jak moje. Ani nowy dom, ani jego otoczenie nie staną się pożywką dla wyobraźni, bo brak im będzie tej aury tajemniczości, tej, zasnutej poranną mgłą gęstwiny zieleni, pełnej nieoczekiwanych odkryć i zapraszającej do zabawy. Nagi niemalże krajobraz, wystrzyżone równo trawniki nie sprzyjają marzeniom i nie pielęgnują dzikości serc.

A domeczek? Domeczek stał na najwyższym wzniesieniu naszego miasteczka, otoczony encyklopedią roślin rozmaitego pochodzenia. Wszystko zostało posadzone przez mojego dziadka. Dziadek, choć w niczym nie przypominał romantyka, nasadzał, utykał wszędzie, gdzie tylko znalazł się kawałeczek ziemi jeszcze nie udekorowanej, różne różności z bogatego świata flory. Nie przypominam sobie, żeby cokolwiek było przy tym szczególnie pielęgnowane. Rozrastało się więc bez opamiętania, obmacywało zielonymi mackami, ślepo szukając skrawka przestrzeni. Skutkiem tego domeczek stopniowo wtapiał się, znikał w gmatwaninie drzew, krzewów i pomniejszych roślinek, ledwie oddychając przy tym.

W każdym zakątku ogrodu kryły się duszki, towarzysze dziecięcych zabaw. To one zapewne inspirowały dzieciarnię do coraz to nowych figielków, od których dorosłych nie raz chyba rozbolała głowa.  Świat podążał wówczas naprzód w nieco wolniejszym tempie, niż dzisiaj. Dorośli mieli chyba więcej cierpliwości, wyrozumiałości i tolerancji dla wybryków latorośli. Nie hamowali, nie ograniczali horyzontów dziecięcej wyobraźni, pozwalając swobodnie kształtować osobowość, zgłębiać zagadki świata, dorastać we właściwym czasie. Oczywiście, tego wtedy nie rozumiałam tak, jak rozumiem teraz, bo zbyt byłam zaabsorbowana „wartościami poznawczymi”. Jedno jest jednak pewne: sama, wychowując swoje dziecko, też pozwalałam mu swobodnie kołysać się na wzburzonych falach dzieciństwa, nie narzucałam niczego, dyskretnie tylko zmieniając kierunek wiatru, by mogło w końcu trafić do bezpiecznego portu. Myślę, że wobec mnie postępowano podobnie.

Dziadkowy ogród, jak myślę, stanowi przyczynek do moich zainteresowań naturą, jako taką. Mnogość okazów florystycznych, na pewno leży u podstaw poznania świata przyrody. W pomniejszeniu, ogród był obrazem naturalnego ukształtowania świata, ponieważ dziadek był miłośnikiem wyłącznie nasadzania, ale już nie wtrącania się w formę i kształt tego, co w ogrodzie ulokował. Krzak bzu wychylał się więc śmiało z wnętrza rosnącej niemalże w tym samym miejscu brzozy, albo wierzby, albo akacji. I jakoś mu to nie przeszkadzało, że jest wciśnięty, wduszony, skazany na bezpośrednie sąsiedztwo i, zbyt czułą może, przyjaźń rosłego drzewa. Kwitł na potęgę, rozpachniał się każdej wiosny, wlewając odurzającą woń przez otwarte okna, wprost w nasze nozdrza. A bzów w dziadkowym ogrodzie było mnóstwo, o ile dobrze pamiętam, to chyba wszystkie znane odmiany, począwszy od zwykłych lilaków, a kończąc na dubeltowych (tak je nazywał dziadek) odmianach japońskich. Były bzy białe, były lekko różowawe, były o kwiatach w kolorze letniego nieba, tureckie odmiany w kolorze jagód ze śmietaną, były biskupie, o kwiatach, które czasami liczyły do trzydziestu płatków, choć przeważnie miały tylko standardowe cztery. Te egzotyczne odmiany nie pachniały tak słodko, tak namiętnie, jak skromne, delikatne, ale swojskie lilaki. Za to w gąszczu ich liści znakomicie czuła się pnąca róża, o kwiatach bladych, delikatnych, a ta - w przeciwieństwie do „dubelta”-  pachniała słodko.
Zamykam na chwilę oczy, staram się przywołać z pamięci tę woń…
I jak, w takich warunkach, zachować nawet dziś trzeźwość umysłu?

piątek, 10 czerwca 2011

Defetyzm

Zostałam malkontentką. I szerzę defetyzm.

Chwilami myślę, że zwariuję już, za chwilę. A do Euro2012 jeszcze cały rok! I potem jeszcze jeden, albo i dwa gadania, komentowania, rozpamiętywania, szukania przyczyn porażki. Bo, że porażka będzie, to więcej, niż pewne! Otwieram rano TV ( po jaką cholerę dałam się namówić na ten telewizor? Źle mi było ze starym? Czy ja koniecznie muszę  nie oglądać nic na półtoraroczny kredyt?), żeby się odrobinę chociaż obudzić, bo godzina raczej nocna, niż dzienna, spać chce się okrutnie. Politycy i komentatorzy przekrzykują się nawzajem:
- Zdążymy!
- Nie zdążymy!
- Zapadnie się!
- Nie zapadnie się!
- Przecieka!
- Naprawi się!
- Zbuduje się!
- Zakładam się, że nie damy rady!
- Zarobimy mnóstwo kasy, zostaną nam drogi cud urody i wygody, ludzie będą pławić się w luksusie, wypromujemy kraj, nasza drużyna zbierze medale!
- ??????

I co ja na to?
- Skończymy, jak Grecja.

środa, 8 czerwca 2011

Stosunek do kobiet

Wczoraj wysłuchałam dyskusji na temat stosunku polityków do kobiet-polityczek. Polityczek? Dziwnie brzmi…

W zasadzie uważam, że to, czy kobieta jest w jakiś sposób molestowana, czy nie, zależy często od niej samej. Przynajmniej w pewnym sensie. Z moich doświadczeń wynika, że faceci mają skłonność do zaczepiania kobiet, które zachowują się prowokacyjnie, co nie znaczy wcale, że robią to świadomie. Kobiety. Świadomie. Mężczyźni  (prawie zawsze) próbują „obłaskawić” babę, ale gdy ona odpowiada śmiele - wycofują się natychmiast i jest spokój. To reguła. Oczywiście, zdarzają się wyjątki. Z powodzeniem korzystam z tego „wynalazku” od wielu lat i wiem, że najważniejsze:
- nie trzepotać głupkowato rzęsami,
- nie robić słodkich minek, chyba, że towarzyszy im zgryźliwa wypowiedź – wówczas mężczyzna traci orientację,
- nie kręcić tyłkiem z tzw. wdziękiem,
- nie malować paznokci, ani powiek w jaskrawe barwy,
- nie zwracać na mężczyznę uwagi, gdy przystępuje do zaczepki,
- na komplement odpowiadać bagatelizująco, najlepiej podkreślając swój, mocno zawyżony, wiek,
- zmieniać temat, pytać o zdrowie dzieci, żony, sprawność ukochanego auta, itp.


Co mnie tak naprawdę uwiera w stosunku mężczyzn do kobiet?
- brak wiary w ich możliwości umysłowe
- brak szacunku dla ich wiedzy,
- lekceważenie
- „spychologia stosowana”

Najbardziej ta spychologia. Ta łatwość, z jaką mężczyznom przychodzi unikanie wszelkiej, wydajnej pracy, to zapominanie o terminach, sprawach nie cierpiących zwłoki. A wszystko skutkujące zawsze koniecznością wykonania zadań przez kobietę. Kiedyś, jeden z moich byłych szefów powiedział, że „mężczyźni się do pracy nie nadają, do tego stworzone są  panie. Za to – zdaniem tegoż szefa – kobiety nie potrzebują pieniędzy, w przeciwieństwie do panów. Pewnie też ich nie oczekują za tę robotę wykonaną za siebie i za kolegów. Nie lubię też, gdy panowie przewracają oczami, robią głupie miny już w chwili, gdy otwieram usta. Nie znoszę tego zakładania z góry, że baba się przychodzi czepiać, marudzić, ględzić, etc.
Nie cierpię słyszeć, w odpowiedzi na pytanie „Kiedy to będzie zrobione?”, - Pracujemy nad tym. Szczególnie, gdy wiem, że „pracujemy nad tym” od 10 lat. I nic z tej pracy nie wynika.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Skrzydła ( 2006 rok)

Gdy jestem z tobą, kochanie,
z uśmiechem patrzę ci w oczy,
to myślę, że ty , jak ja podobnie,
czasem w bok chciałbyś skoczyć.

Zerwać kajdanki, odepchnąć
małżeńską ciężką kulę,
u ramion przypiąć skrzydła,
w świat ruszyć... i w ogóle...

I wcale nie o to chodzi
by innym wskakiwać do łóżka,
bo nie ma to jak ulubiona,
własna, wygodna poduszka.

Chcę tylko poczuć wolności
przez chwilę powiew świeży.
I wrócić. I wyznać znów szczerze:
Na tobie mi tylko zależy!

By między nami nie było
wyłącznie przyzwyczajenia,
lecz pewność, że tyle mamy
wciąż sobie do powiedzenia.

czwartek, 2 czerwca 2011

migawki

Żołnierze niewinni w sprawie Nanghar Kel. Wszyscy szczęśliwi: i żołnierze, i adwokaci, i politycy. Na dodatek wypowiadają się w imieniu narodu, czyli moim, między innymi. Nie życzę sobie akurat! Mam inne zdanie na ten temat. Ale wiedziałam, że wyrok będzie taki.
Dziwny jest ten świat - śpiewał Czesiek. I wciąż to aktualne.

Escherihia coli. Jak łatwo jest kogoś obrzucić błotem. Nawet jak się umyje, to trochę zawsze gdzieś się przylepi. Media niczego nie sprawdziły, nie poczekały na wyniki badań, zawyrokowały: winna Hiszpania. No, przecież nie mogą być winni Niemcy!A czy zbadali wodę? O ile wiem, bakteria często atakuje tą drogą.

Pani Hilary Clinton ze stoickim spokojem wyraziła nadzieję, że władze Syrii po ohydnym mordzie dziecka, zapragną  ( zapewne po wyczerpaniu złych emocji) wstąpić na drogę cnoty i wprowadzić demokratyczne zwyczaje. Tak myślę sobie:  kogo by tu w pierwszej kolejności wykończyć, na kim się dziko wyżyć, a potem  spokojnie zapowiedzieć, że od teraz to już będę wzorem doskonałości? Bo już mi przeszło.

Doprawdy - dziwny jest ten świat...