piątek, 28 stycznia 2011

pstryk i zgasło

Staram się wyłączyć, nie słuchać, nie czytać, nie oglądać. Żeby nie zwariować. W zasadzie można by powiedzieć sobie: Co tam! Byle do jesieni, byle do wyborów! Potem będzie normalnie.

Ale nie można. Nikt już nie wierzy chyba, że po wyborach się uspokoi. Internauci błagają już o jeden, jedyny dzień bez Smoleńska. Nadziei znikąd.
Dwa dni temu, w TVN24 pojawił się prof. Balcerowicz. Znienawidzony, zapoznany, zasłużony. Mało kto chce pamiętać, że  to on przeprowadził nas przez chyba najtrudniejszy okres w dziejach powojennej Polski: od socjalistycznej pustki do sklepów pękających w szwach, od nadmiaru towaru. Transformacja wymagała od nas cierpliwości, wytrwałości i ciężkiej pracy. Ale warto było. Dzisiaj nikt z prof. Balcerowiczem nie chce mieć nic wspólnego i to wcale jakoś mnie nie dziwi. Podlizywanie się komukolwiek nie leży w jego naturze, tak mi się przynajmniej wydaje. Mówić ma w zwyczaju to, co myśli, na dodatek bez względu na koniunkturę. Opinię na swój temat też ma w głębokim poważaniu, wyraźnie to się czuje. Każdy polityk wie doskonale, że pokazywanie się w jego towarzystwie grozi śmiercią - w przenośni, rzecz jasna. Społeczeństwo nasze, jak pewnie większość innych, lubi oglądać wystudiowane uśmiechy i wsłuchiwać się w melodyjny szum obietnic. Każdy ( no, prawie każdy!) chce czuć się przez chwilę przyszłym krezusem. A potem, po postawieniu tego krzyżyka,  wraca do szarości codziennego trudu, zapominając rychło o fałszywym  cudotwórcy i tracąc nadzieję na dobrobyt. Nikt jednak nie odda głosu na kogoś, kto nie tylko wiadomo, że nic nikomu nie da za darmo, ale nawet tego nie zamierza obiecywać.
I to mi przywołało z pamięci song Daukszewicza, "Easy Rider". Było tam coś, nie wiem, czy dobrze pamiętam:

"- Sprawiedliwość i PRAWDA, to jest dla mnie wszystko!
- Burek bierz miastowego, będzie widowisko!"

Sprawiedliwość, równość, prawda, to raczej nie jest to, co polskie tygryski lubią najbardziej...

Ja nie lubię, gdy ktoś mi "gruszki na wierzbie", wolę prawdę, nawet wtedy, gdy jest gorzka. Szkoda, że prof. Balcerowicz nie rządzi naszym krajem. 

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Śnisz...



Pomiędzy wieczorem i rankiem
(nawet, gdy budzisz się wcześnie),
bywa, że dzieje się wiele,
choć zwykle, jedynie – we śnie…   

czwartek, 20 stycznia 2011

Do M...

Czyli, wpasowałam się  - całkiem niechcący - w rozwój wypadków, M.? Baaardzo mi jest przykro z powodu Kory. Wiem, że była do Ciebie ogromnie przywiązana. Na odwrót - też zresztą.
Jakoś tak dziwnie się dzieje, że zwierzak staje się członkiem rodziny, po którym płacze się podobnie, jak po człowieku, prawda? Zostawia po sobie smutek, ale też, pewnie - na szczęście, wspomnienia.
Lista imion, które  pozostawiają po sobie wspomnienia pisze się przez całe, nasze życie. Tylko od pewnego czasu, jakby szybciej...
Tak mi się pomyślało.

Aby zamknąć temat


List pisany o 4:00 nad ranem ( 2003 rok)


Panie Kocie! Jak pan  może
Pchać się w me, małżeńskie łoże?
Niech mi pan natychmiast powie,
Dlaczego śpi pan na mojej połowie?

Czemu, na przykład, pan nie może
Sypiać gdziekolwiek, choćby na telewizorze?
Albo na walizce, na krześle lub na fotelu?
Nikt do spania nie ma miejsc tak wielu!

A pan akurat na poduszce, przy głowie!
No, dlaczego? Niech mi pan  powie!
Czeka pan cierpliwie, aż ja zamknę oczy,
Zanim cichuteńko do łóżka pan wskoczy.

I zaraz się robi absolutna kicha,
Bo pan się w dodatku  rozpycha!
Próba wyrzucenia znów kończy się niczym,
Bo od lat już kilku cierpliwość pan ćwiczy.

Wczoraj wyrzucałam ze trzydzieści razy,
A pan spokojniutko, bez żadnej urazy
Próbował to z lewej, to znów z prawej strony
(Pan Mąż był tą walką szczerze ubawiony!)

Czy pan nie rozumie, kociątko kochane,
Że przez pana wstałam o 3:00 nad ranem?!
Bo panu  w łóżku spać przyszła ochota,
Gdy mnie akurat wyszły tabletki „na kota”!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Pan Kot ( wspomnienia)

(Koniec znajomości...)

Pan Kot mieszkał z nami przez 8 lat. Wiele mieliśmy radości, myślę, że obustronnej z bycia rodziną.
Lubimy, od czasu do czasu wypić wieczorem szklaneczkę Martini, z oliwką. Pan Kot lubił oliwki, bez Martini. Najpierw taka pozostawiona specjalnie, na stole, albo na parapecie okiennym, oliwka była - rzecz jasna - długo hokejowana po całym mieszkaniu, wydłubywana spod mebli, chowana pod dywan, żeby następnie ją z zasadzki zaatakować i poturlać w inne, równie ucieszne schowanko, a już zmaltretowana do ostateczności zjadana oficjalnie, publicznie, na samym środku dywanu. Nie wiedzieć czemu, kociakowi smakowały tylko te, nadziewane papryką.
Najbardziej jednak lubiłam podchody późnowieczorne, w związku z układaniem się do snu. Żadne kojce, fotele, ani koszyki nie stanowiły atrakcji większej od małżeńskiego łóżka. Pan Kot wiedział, że mu nie wolno sypiać w łóżku. I na tym koniec, wiedział, ale się nie zamierzał stosować do zakazu. Ja sypiam na tej połowie kanapy, która jest - można powiedzieć - od frontu, bo wstaję bladym świtem. Pierwsza się kładę spać. Pan Kot czekał spokojnie, wylegując się na Pańciu, w dogodnej obserwacyjnie pozycji. Dopóki miałam otwarte oczy, nic się nie działo. Wystarczyło, że je zamknęłam, a  Pan Kot zeskakiwał i cichutko podchodził do kanapy, opierał przednie łapki o jej krawędź i niemalże nie oddychając wpatrywał się w moją twarz. Spod przymkniętych powiek obserwowałam kocię, czekając co dalej? Starałam się oddychać równo, udając, że już śpię. Pan Kot wówczas obchodził ostrożnie kanapę i bezszelestnie pakował się na poduszkę, przytulając się grzbietem do mojej głowy. Kiedy się odwracałam, to on udawał, że śpi, jak zabity. Procedura wyrzucania z pościeli powtarzana była aż do znudzenia. Mojego znudzenia, bo Kot miał niewyczerpane zapasy cierpliwości, jeżeli idzie o spanie razem z nami. I tak, codziennie rankiem, znajdowałam kota śpiącego smacznie, wtulonego pomiędzy nasze poduszki.

Mijały lata. Wcale nie spokojne, bo to ostatnie lata choroby Mamy. Patrzenie, jak cierpienie zmienia ją nie do poznania. Potem, długo oczekiwana ulga – już po wszystkim, koniec bólu, koniec wszystkiego. Odeszła. Nareszcie… Została pustka, której w żaden sposób nie daje się wypełnić. Do dziś. I wciąż te same wątpliwości: Czy na pewno zrobiłam wszystko, co możliwe? Czy może można było więcej? Nigdy się nie dowiem.

Nagle, bez uprzedzenia, bez żadnych wyraźnych symptomów, prawie rok po śmierci Mamy, przyszedł ten dzień. Pan Kot otworzył sobie drzwi komody, wygarnął pracowicie wszystko z dolnej półki, zapakował się do środka i tak już pozostał. Smutny wyraz pyszczka, przymglone ślepki, matowa, zjeżona sierść aż nadto dobitnie świadczyły o chorobie. Koszyk, wędrówka do lecznicy. Mnóstwo uciążliwych badań, jakieś leki, ale diagnoza właściwie żadna. Pan Kot chory. Nie chce jeść, picie też mu jakoś nie wychodzi, codziennie kroplówka. Mija tydzień, ani śladu nadziei na lepsze. Weterynarze wkłuli się w jamę brzuszną, wyciągnęli paskudny, brązowy płyn – to ropa! Brzuszek koci ogromny, jak balonik. I te słowa okrutne: Nie wiemy, ale chyba nowotwór, jama otrzewnowa cała w ropie. Można próbować jeszcze tego, czy tamtego, ale rokowania złe, naszym zdaniem lepiej uśpić, ale decyzja należy do państwa. Pańcio, jak każdy facet, patrzeć nie może, więc wyszedł. Płacze, wiem, widziałam łzy. Ja – cóż, ktoś musi zostać. Przełykam łzy, podejmuję decyzję – usypiamy. Nie chcę, nie mogę po raz kolejny patrzeć na przeciągające się męczarnie i śmierć, która przychodzi za późno. Środek usypiający sączy się powoli kroplówką, Pan Kot na stole, na materacu, ja przykucnęłam i trzymam go za łapki, przełykam - już teraz – całe morze łez. Kochany kociak z trudem uniósł łebek i oparł o moje czoło, popatrzył mi w oczy, jakby chciał powiedzieć: Dziękuję…Dziękuję, że jesteś przy mnie, nie płacz.
Pochowaliśmy Pana Kota pod leszczyną, nad stawem, posadziliśmy mu stokrotki.

piątek, 7 stycznia 2011

Mam dosyć

Oj, niedobrze się już robi od tej smoleńskiej katastrofy… Po prostu rzygać się chce. Strach otworzyć TV, nie ma dnia, nie ma programu publicystycznego, w którym nie wałkowaliby tego tematu. Co rusz, to wywęszy ktoś nową aferę w tej sprawie, a katastrofa, jak katastrofa – zdarzyła się i tyle! Nie pierwsza i nie ostatnia w historii lotnictwa. Liczba pomników też rośnie w zastraszającym wręcz tempie. Ja już tylko czekam, że jakiś głupek wpadnie na pomysł ustawowego uregulowania upamiętnienia tego, „wyjątkowego” (sic!) zdarzenia. Można przecież obligatoryjnie zmusić wszystkich obywateli do postawienia statuetki na kominku, albo na komodzie, albo za szkłem,  najlepiej w specjalnie do tego celu przeznaczonej gablocie. Można też nakazać cowieczorne, albo poranne modły w intencji ofiar. Wyobrażam sobie, jak w zakładach pracy, na podobieństwo japońskiej przerwy na gimnastykę, w naszym ukochanym kraju, zarządza się obowiązkową modlitwę. Co tam – modlitwę, mszę się zarządza. W każdej firmie kapliczka, a w kapliczce święty, Santo subito, można powiedzieć… I załoga na kolanach, przed figurką, głowy pochylone, a prezes firmy sypie na te głowy popiół. Niech żywym będzie wstyd, że żyją, a nieszczęśnicy z samolotu TU-ileśtam – nie! A powinno być na odwrót!
Internet również puchnie od nowinek w temacie: to nie było mgły, to brzoza była za chuda, to ciało podmienili w trumnie, etc…
Co za naród, co za ludzie…

środa, 5 stycznia 2011

Pan Kot (wspominki)

 (ciąg dalszy znajomości)

Kot europejski pręgowany. Imię: Pan Kot. Krótko mówiąc rasowy dachowiec. Gdzieś, kiedyś przeczytałam taką oto definicję kota:
„Pies, to proszę państwa, po prostu pies, a kot? A kot, to, proszę państwa - PERSONA!”

Zatem, mieliśmy nowego członka rodziny, który niezaprzeczalnie wzbogacił nasze życie rodzinne. Na odstrzał poszły wszystkie roślinki, cierpliwie hodowane przeze mnie. Pierwsza była jukka, która nie przetrwała upadku z wysokości komody. Potem scheflera – też w wyniku twardego lądowania. Fikus wyłysiał doszczętnie, bo Pan Kot podczas nieobecności domowników odgryzał ( nie obgryzał!) mu po kolei wszystkie listki. Leżały sobie potem, zieloniuchne, w rozmaitych kątach mieszkania. Co kotek robił z nimi, mogę się tylko domyślać na podstawie innych doświadczeń. Wszystko, co znalazło się  w pobliżu  kocich łap, było dyskretnie strącane, wynoszone poza zasięg naszego widzenia, a następnie „hokejowane”, aż do czasu, gdy ze skradzionego skarbu zostały nędzne strzępy, albo zabawka straciła urok nowości i kot szukał już kolejnej.  Rodzina nieustannie niemal poszukiwała a to kluczy, a to długopisu, to znowu jakiejś notatki na karteczce samoprzylepnej, itd…
Pan Kot zawsze miał wtedy minę niewiniątka, chociaż zdarzało się, że na pytanie: „Gdzie to schowałeś?” podnosił się leniwie i wyciągał czasem to COŚ spod kanapy. Ostatecznie, to jeszcze nie były wielkie szkody, gorzej, gdy na podłodze lądował – na przykład – odtwarzacz video, albo budzik, albo inna, równie cenna rzecz. Któregoś dnia zastałam kocię, zaabsorbowane doszczętnie próbą otwarcia przeszklonej witryny, skrywającej kieliszki, tudzież inne skorupy, będące moim osobistym przedmiotem uwielbienia. Usiadłam cicho na kanapie, kot – zbyt zajęty - mnie nie zauważył, a ja go obserwowałam. Kombinacje trwały dosyć długo, bo witryna wyposażona w magnetyczne zamknięcie, ale w końcu udało się pokonać opór materii i Pan Kot, rozanielony, gotów już był hycnąć do wnętrza i zrobić tam wreszcie porządek. „Już był w ogródku, już witał się z gąską”, już dwie łapy między kieliszkami były, a tu nagle cap! To wredna pani domu podjęła w końcu interwencję, ratując w ostatniej chwili swoje, dźwięczące skarby. Kot nadąsał się na trzy dni. Ostentacyjnie omijał mnie, nie muskając nawet wzrokiem. Jedzenia ode mnie też nie raczył wziąć. Za to Pańcio był adorowany w sposób wyjątkowo widoczny, co znaczy, że kot polegiwał na nim na okrągło, obcałowywał i nucił mu swoje,  kocie mruczanda tak głośno, żebym ja NA PEWNO słyszała.
Żadne tam: „kocie, chodź, przytul się, daj pyska!” nie działało. Jakbym była powietrzem. A zwykle, gdy kot nie strzelał focha, wystarczyło, żebym zrobiła smutną minę, a kocio zeskakiwał ze swojej kanapy (czytaj: z Pańcia) biegł do mnie, obejmował łapkami za szyję, dawał pyszczka, patrzył w oczy, zamruczał, a potem wracał do siebie (czytaj: do Pańcia). Nie pozwalał nikomu się smucić, ani płakać, pocieszał, jak potrafił… Pana Monsza wyróżniał jawnie i bezczelnie, ale pamiętał o reszcie swojej rodziny.
Tym razem jednak Pan Kot się obraził, a nie zdarzało się to często. Obrażanie się było i jest w naszej rodzinie domeną innego osobnika...
Latem, nie pamiętam którego roku, doszło do jedynego, wyjątkowego pogniewania na uwielbianego Pana Monsza. W tamtym czasie na naszym osiedlu rosły jeszcze potężne drzewa, później je albo wycięto w pień, albo skrócono o ¾ w ramach tzw. hmmm…przycinki pielęgnacyjnej. Ale w dniu kociego gniewu, przed naszym oknem na IV piętrze, widniała rozłożysta, gęsta korona starej, jak świat lipy.    Środek lata, okno otwarte na oścież, każdy zajęty czymśtam, a tu nagle z kuchni dobiega straszliwy łomot, cała ludzka trójka zbiegła się, żeby unaocznić sobie przyczynę hałasu. Pan Kot, po skutecznym zdemolowaniu pomieszczenia, postrącaniu czego się dało, obtłuczeniu i innych skutkach ubocznych, balansując na dwu łapach na rurce, biegnącej wzdłuż ściany pod sufitem, z wybałuszonymi ślepiami i zjeżoną sierścią próbuje się dobrać do zielonego świerszcza. Świerszcz, dorodny wielce, siedzi sobie w rogu pod sufitem i strzyże zawadiacko wąsiskiem, drwiąc sobie z Pana Kota. Pan Monsz -  prawdopodobnie w trosce o życie kota – zdjął kocisko z rury, wyniósł do łazienki, zamykając przy tym starannie drzwi. Kot darł się wniebogłosy, skacząc na gałkę u drzwi, a Pan Monsz  złowił zielonego przybysza i wysadził na parapet za oknem, żeby się wyprowadził na drzewo, bo blisko. Okno zostało zamknięte, na wszelki wypadek. Pan Kot wypuszczony z aresztu toaletowego, śmignął prościutko do kuchni. Biega, szuka, niucha, nawet pod zlew zagląda – nie ma!!!! Całe mieszkano przeszukane – nie ma! A jednak znalazł! Jak dojrzał zielonego stworka za oknem, na parapecie – nie wiem. Fakt, że dojrzał i dalejże prosić, żeby Pańcio to okno mu otworzył. Pan Monsz pozostał nieugięty, a Pan Kot śmiertelnie nabzdyczony. Wyszło na to, że brak dostępu do witryny ze szkłem to był pikuś w porównaniu z odebraniem świerszcza. Długo trwał ten foch, oj, długo. W żaden sposób nie dało się obrażalskiego kota przekupić. Dopiero świeżutka, przecudna, gumowa, ale wypisz wymaluj – jak żywa, ogromna, trzęsąca się mucha udobruchała kota. Bo, kot, to niby kot, ale jednak bardziej, proszę państwa – persona…