piątek, 30 grudnia 2011

I znowu mija rok...

I znowu jakoś, mniej lub bardziej szczęśliwie, dobrnęliśmy do końca kolejnego roku. Wprawdzie aura jakby ciut wielkanocna raczej, ale co tam! Może to i lepiej? Nie trzeba się odkopywać o świcie, w pracy też lepiej, bo nie zastaję rankiem zasypanych i zamarzniętych na amen drzwi do budynku. Nie ma potrzeby brnąć przez zaspy do mechaników, żeby przyszli i odkopali, odmrozili. Ptaszkom naszym lokalnym też lżej, nie karmimy na razie. Nie można, bo muszą sobie radzić samodzielnie, inaczej zginą marnie. Ziemia nie jest zmarznięta, śniegu ani na lekarstwo,  mają więc gdzie wyszukać pozostałości po letniej obfitości. I drogowców zima nie zaskoczyła w tym roku... Tyle, że się nudzą. Narzekają, że nie ma zleceń. Polacy zawsze znajdą powód do narzekania. I tak źle i tak niedobrze.


Moja cioteczna siostrzyczka poczęstowała mnie ostatnio przepysznym wynalazkiem wegetariańskim. W świątecznym menu miała pasztet z cukinii. Pycha!!!
 Oczywiście, ja też musiałam spróbować zrobić. Ponieważ przepis był zapodany wyłącznie ustnie i bardzo ogólnikowo, czyli: to, tamto i  jeszcze cosik trzeba wziąć, musiałam improwizować trochę:

PASZTET Z CUKINII  czas przygotowania 15 minut, pieczenie 45 minut
zakupiłam:
chudziutkie, młode cukinie sztuk 5
wydobyłam z lodówki:
1 dużą cebulę
1 jajo kurzęce
3 suszone pomidory
wystawiłam przyprawy:
sól, pieprz, oregano ( według Siostruni miało być curry, ale nie miałam akurat), gałkę muszkatołową
około 10 dag orzechów włoskich
Cukinię pokroiłam wzdłuż w plastry, potem w poprzek w paski. cebulę w kosteczkę, pomidorki suszone w paseczki, orzechy posiekałam nożem na desce. 
Na patelni rozgrzałam oliwę z oliwek w ilości 3-4 łyżki stołowe, najpierw zezłociłam cebulę, potem dosypałam cukinię i pomidory, a na koniec orzechy. Jak się wszystko parę minut poddusiło, mieszane drewnianą szpatułką, przełożyłam do dużej miski, dodałam przyprawy ( dużo pieprzu i oregano, nieco gałki, soli do smaku) a potem , jak trochę ostygło, wbiłam 1 jajo i wymieszałam dokładnie, wsypałam też do masy 2 łyżki tartej bułki.  Spróbowałam, wyszło pyszne, mimo, że jeszcze nie upieczone.

Formę do pasztetu wyłożyłam pergaminem, posmarowałam lekko olejem, posypałam tartą bułką, a potem wypełniłam masą, lekko ugniatając. Do piekarnika na 45 minut w 190st. C.

Ostygło, zawinęłam w folię aluminiową i do lodówki. Dzisiaj zamierzam przystąpić do konsumpcji z cichą nadzieją, że nie wyszedł dużo gorszy, niż prawdziwej wegetariance?

wtorek, 27 grudnia 2011

Cudowne święta



Od lat nie miałam takich, cudownie rodzinnych Świąt. Najbardziej cieszy, że udało się zgromadzić całą  rodzinę, z naszej strony. Mam nadzieję, że wszyscy są równie zadowoleni, jak ja? Nawet koty mojej Siostry wydawały się być mniej ostentacyjnie ignorujące, niż zwykle. W każdym razie Maciek miał minę pełną błogiego usatysfakcjonowania licznie zgromadzonym towarzystwem. Nawet pozwolił się pogłaskać, łaskawie. Siostrunia się ciężko napracowała, stół uginał się od smakołyków, a goście uśmiechnięci pałaszowali wszystko, jak leci. Dzięki Ci bardzo, Siostro! Nie ma większego powodu do radości, niż patrzeć na szczęście innych. Nie ma już 8 lat Mamy, od miesiąca nie ma też Taty, ale patrząc na nasze dzieci, naszą Siostrę, Wujostwo, naszych mężów też, wiedziałyśmy obie, że było warto! Nie potrzeba więcej żadnych słów.

piątek, 23 grudnia 2011

Kłódka na drucie

Dostaliśmy wczoraj klucz. Do kłódki. Albo raczej - do kłódeczki, malutkiej, o 5:30 zimowym rankiem, trudnej do zobaczenia w ciemnościach egipskich. Kłódka owa zamyka wjazd na wspólnotowy parking. A zaczęło się od wielkiej awantury o granice wspólnot lokalnych. Wszyscy, którzy nie są szczęśliwymi posiadaczami garażu, stawiali auta na drodze lokalnej, nawiasem mówiąc, należącej do naszej wspólnoty, przynajmniej na odcinku, prowadzącym od drogi miejskiej do końca naszego bloku. Droga jest wąska, więc, by ruch mógł się odbywać jako tako, auta stały częściowo na trawniku. Hmmm... trawnik do wielkie słowo w tym przypadku. Ale niech będzie - trawnik. Zatem, autka stały sobie na tym trawniku, należącym do innej wspólnoty, graniczącej z naszą. Paląc sobie któregoś wieczora papierosa , w oknie kuchennym ( balkonu nie posiadam) z wielkim zainteresowaniem wsłuchiwałam się w przepychankę na dole. Mieszkańcy obu wspólnot skakali sobie do oczu. Rysowali butem granice, gestykulując z zapałem. Nie bardzo mogłam zrozumieć, o co chodzi, ale czułam, że coś z tego "nie bardzo wiem" wyniknie. Na pewno! No i wynikło. Sąsiednia wspólnota zainaugurowała prace ziemne, powtykała dookoła , wzdłuż granic "posiadłości" swojej słupki żelazne. Żeby nie dało się na tym trawniku. Gorzej, bo sama sobie zrobiła na złość. Jej mieszkańcy też tam parkowali.
Skutkiem tego posunięcia było wybudowanie własnego, niewielkiego parkingu. Niewielkiego, bo akurat ta wspólnota ma mało ziemi we władaniu. Obserwując ciąg dalszy prac ziemnych, skonstatowałam ze zdziwieniem niejakim, że - będą się grodzić!?

W odwecie moja wspólnota, jakoś nie pytając mnie o zdanie, też przystąpiła z zapałem do tych ziemnych robót, w wyniku których powstał trzyczęściowy parking dla 7-8 aut. Stąd wczorajszy przydział klucza do kłódki, która zamyka stalową liną wjazd do parkingu. "Nie będzie sąsiad pluł nam w twarz..."
Wynajmujemy garaż, więc mnie w zasadzie ani to ziębi, ani też grzeje, ale... Od wielu lat zwracaliśmy mieszkańcom uwagę, że może należy "poświęcić" po 1 metrze trawnika po obu stronach drogi osiedlowej, poszerzając ją tak, by stojące wzdłuż niej auta, nie blokowały przejazdu na przykład karetki pogotowia.
Ale nic z tego! Trzeba się grodzić. Razem z kluczem otrzymaliśmy informację, że chyba będziemy stawiać szlaban na drodze, uniemożliwiając przejazd nią przez osiedle. Mamy prawo, to nasza część drogi! - usłyszeliśmy z Panem Monszem od przewodniczącego naszej wspólnoty mieszkaniowej.
Czy ktoś wie, gdzie jest taka wspólnota, której nie odbiło? Chętnie się zamienię na mieszkanie.

czwartek, 22 grudnia 2011

Dwa w jednym

Dzisiaj mamy pogrzeb kolegi. Zaraz po nim będzie spotkanie wigilijne pracowników. Dziwne połączenie smutku i radości. Z tą radością to nie tak do końca, sporo nas już ubyło. W takie dni czujemy to wyraźniej, niż na co dzień. Szczególnie dla tych, którzy są w naszej firmie od początku widok, zmieniających się z roku na rok twarzy wokół szwedzkiego stołu jest chwilami przykry. Na  pamiątkowych fotografiach ubywa kolejnych postaci. Pojawiają się nowe. I nie chodzi o to, że są niemiłe, nie! W ponad stuosobowym gronie niewielu jest niesympatycznych. Ale mimo to, pamięć przywołuje wspomnienie nieobecnych już. Próbuje wypełnić lukę pomiędzy Xem, a Zetowskim. Ygreka już nigdy nie będzie między nami. Nie będzie też wielu innych.

piątek, 16 grudnia 2011

Dziura w życiorysie

Można lubić, albo nie lubić PO, można się nie zgadzać we wszystkim, albo prawie w niczym, można mieć odmienny światopogląd, ale można udzielić jej poparcia wtedy, gdy chodzi o interes wszystkich. Przemówieniom Tuska i Sikorskiego w Brukseli przyklasnął Ruch Palikota, SLD, a PiS zarzuca zdradę? I słyszę: ONI ( czyt.: wyborcy PO) są Europejczykami, a MY (czyt.: wyborcy PiS) jesteśmy Polakami! To już nie można być i Europejczykiem i Polakiem jednocześnie??? A może Polska nie leży w Europie?! Aż strach się bać. Być może przenieśli nasz kraj ukochany na Antarktydę, na ten przykład? Albo do innej dziczy? Mnie to tylko żal, że PiS nie teleportowano na Madagaskar. Tam bym im stworzyła enklawę milutką, niech się tam kiszą, niech maszerują, niech konstruują swoje teorie spiskowe. Chociaż nie! Zdaje się, że prezesowi ostatnio najbardziej podobają  się Chiny. Nie powiem, mnie też się podobają, ale w zupełnie innym sensie, niż prezesowi. Prezesowi pewnie tęskno do represji, może by nadrobił stracony w socjalizmie czas, kiedy nikt go nie chciał internować. Być może, w Chinach by się udało dorobić sobie piękny życiorys.

środa, 14 grudnia 2011

Spokojnych Świąt



Kolęda
Gdy zmierzch już szybko zapada
i kończą się porządki ostatnie,
gdy stół, już wystrojony,
zaprasza białym opłatkiem,
choinka olśniewa miriadą
gwiazd, jak niebieski firmament,
to znak, że za chwilę się skończy
ten, przedświąteczny zamęt.
Wśród życzeń, żeby każdemu
Los dał wszystkiego dostatek,
łamią się głosy, a w dłoniach
łamie się  kruchy opłatek.
Przy wigilijnej wieczerzy
radośnie się toczy gawęda,
pod  drzewkiem czekają prezenty,
cierpliwie też czeka Kolęda.




piątek, 9 grudnia 2011

Nie czekam na święta


Święta coraz bliżej, a mnie to wcale nie cieszy.
Brakuje wycieczki do leśniczówki, zajadania weckowanej dziczyzny i zadzierania głowy – który czubek jodły najpiękniejszy? Drwale mają planową wycinkę zimą. Wybieram przecudną, gęstą, pachnącą żywicą „główkę” dorodnej jodły. Oczywiście, nie mogę wybierać dowolnego drzewa, tylko spośród tych przeznaczonych do ścięcia. Są ogromne, dla mnie, niedorosłej wówczas, sięgają niemalże nieba. Chojaczek świeżutki, cały ośnieżony i lodowato zimny zostaje zapakowany na pakę starego„Żuka”. Oznakowany wstążeczką, że niby ten jest mój, bo tych czubków jodłowych pojedzie więcej. Jeszcze nie wracamy do domu, jeszcze pani leśniczyna częstuje gorącą herbatką ( to mnie!), a dorosłych chyba czymś mocniejszym ( z wyjątkiem kierowcy). Ze spiżarni przynosi pasteryzowane mięso z dzika, kroi świeży chleb, wszystko pachnie oszałamiająco, a w żołądku gra mi cała orkiestra symfoniczna. Pałaszuję dziczyznę. Najlepsza jest galareta, której w słoju jest całe mnóstwo. Pycha!
Jedziemy, w domu czeka mama i siostra. Na widok drzewka skaczą z radości, a ja pękam z dumy, że tak dobrze wybrałam. Choinka po sam sufit. Nie mogę się doczekać ubierania jej, ale to jeszcze nie pora, drzewko z trudem ląduje więc na balkonie. Będzie czekało do ostatniej, przedświątecznej niedzieli, bo wtedy dopiero stanie na honorowym miejscu, gdy zakończą się przedświąteczne porządki. A porządki są obowiązkowe, w domu szał sprzątania. Dobrze, że  jest nas trzy, bo czasu mało, do szkoły i pracy chodzi się także w soboty, inne czasy…
Nareszcie! Stoi dumna, wystrojona jak…choinka na Boże Narodzenie. Lśni cała od bombek, włosa anielskiego, złotek cukierków i własnoręcznie wykonanych zabawek z wydmuszek i nie tylko. Mogę na nią patrzeć godzinami. Albo raczej – mogłabym, gdyby nie obowiązki, bo przecież pieczenie, gotowanie, ucieranie majonezu, itp. zaprząta nas bez reszty. Zerkam więc tylko co chwilę, mrużę oczy, bo lubię, gdy światło odbijające się od szklanych bombeczek tworzy gwiaździste promienie. Chwilowo cieszy mnie, że mamy ślepą kuchnię, taką z oknem do pokoju, a nie przepisowo – na świat. Dom pachnie tak cudnie, że aż w głowie się kręci. Jodła rozmarza, rozsiewając żywiczne aromaty. W piekarniku rumieni się powoli sernik, makowce rosną tymczasem po ściereczką lnianą, czekając na swoją kolej, a w wielkim garnku gotuje się mięso, będzie pasztet! Galareta z wieprzowych nóżek nie pachnie, bo tężeje już w lodówce. Karp  dopiero przybędzie. Obowiązkowo! Mama nie lubi karpia, mówi, że czuć go błotem. Ja – przeciwnie, mogę zjeść całego sama.
Białe obrusy świeżo poprane, wykrochmalone, wyprasowane ręcznie czekają w komodzie. Mamuś nie uznaje maglowania, prasujemy wszystko w domu, same. Święta to jedyna okazja, gdy na stole pojawia się ręcznie haftowany w fiołki obrus po babci. Przechowywany od wielu lat, traktowany jak najświętsza relikwia. Bo to przecież OBRUS BABCI.
Kroję warzywa na sałatkę, drobniutko, mama pilnuje. Na balkonie, w garnku, moczy się susz, będzie uwielbiany przez wszystkich kompot wigilijny.
Śledzie przygotowane wcześniej, też cierpliwie oczekują Wigilii w lodówce. To akurat dobrze, bo ich zapaszek do miłych nie należy. I nie byłoby dobrze, gdyby mieszał się z zapachem sernika. Teraz jeszcze lepimy pierogi z kapustą i grzybami, też obowiązkowo. Jest wesoło, śmiejemy się dosłownie z niczego, chociaż zmęczone oczy się same zamykają. Ale nie oddam tych chwil za żadne skarby świata!
Dziś.
Dzisiaj tylko tęsknię za świąteczną gorączką, pachnącą lasem jodłą, aromatami świątecznych potraw, bielą haftowanego, babcinego obrusa. Tęsknię za tobą, Mamo…Tato…
Nie lubię teraz świąt.

czwartek, 8 grudnia 2011

Do Elmo

Wysłałam maila, ale nie wiem, czy pod dobry adres? Mocno sfatygowaną książeczkę wciąż posiadam...
Chętnie wyślę kserokopie wszystkich wykrojów, potrzebny mi jednak adres.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Po drugiej stronie światła

Czy naprawdę można ze spokojem czekać na czyjąś śmierć?
Chyba tak. Sama sobie dziwię się, że to potrafię. Lata obcowania z ciężko chorym człowiekiem zrobiły swoje. Uodporniły, znieczuliły w pewnym stopniu. Nauczyłam się wiele, zrozumiałam, że śmierć jest nieodłącznym elementem życia. W naszej kulturze przywykło się udawać, że śmierci nie ma, przez co stała się tematem tabu. A ona jest, tuż obok, przyczajona, wierna jak pies. czeka na właściwy moment, na swój czas. Myślę, że lepiej, gdy przychodzi nieoczekiwanie. Jak we wszystkim, co niesie los, najtrudniejsze jest właśnie czekanie i niepewność.
Ojciec umiera. Jak długo to umieranie potrwa - nie wiadomo. Może finał będzie dziś, ale równie dobrze może być za miesiąc. Jednak jest nieuchronny. Wolałabym, żeby przyszedł szybko. Że co, proszę? Że - grzech komuś życzyć śmierci??? Nieprawda! Grzechem jest życzyć ciężko choremu długiego życia! Tak uważam. Nie każdemu jest dane zejść z tego świata we śnie, albo nagle, bezboleśnie. Jeżeli ktoś umiera w cierpieniu, niewyobrażalnym cierpieniu, trzeba mu życzyć szybkiego zgonu.
Jak znieść, zabłąkane w zmęczonym, znieczulonym medykamentami, umyśle chorego, pytanie: O, jesteś! Przyszłaś po mnie ze śmiercią, tak!?
Zniosłam. Odparłam cicho: Nie, tato, jeszcze nie dzisiaj.
Myślę, że ojcu zdawało się w tej malignie, że to nie ja, tylko moja mama. Przecież ona już dawno jest po drugiej stronie światła.

środa, 16 listopada 2011

Nostalgicznie


Jesiennie. I wcale nie kolorowo już. Wiatr delikatnie muska gałęzie drzew, ostatnie listki opadają, szelestliwie ogłaszając wszystkim finał pory radości. Mgły okrywają coraz bardziej ponury i szary widnokrąg. Zima tuż tuż, za progiem. Człowiek powinien, jak niedźwiedź, zasypiać zimowym snem, skryć się w gawrze i tam, zwalniając metabolizm, czekać wiosny. Pamiętam, jak w dzieciństwie zazdrościłam Krasnalowi Hałabale, że mieszka w dziupli, że przesypia zimę, że jeżeli musi z niej wyściubić nos, to tylko po to, by posmakować lipowego miodku, na weselu, w chałupie Baby Saby.  Zamykałam oczy i z całych sił próbowałam przenieść się w świat, stworzony w wyobraźni autorki. Dla mnie, co oczywiste, był wówczas jak najbardziej realny i możliwy. Pragnęłam, tak bardzo pragnęłam, oglądać świat z bliska, z krasnalowej dziupli. Zapraszać ptaki na pogawędkę, maszerować przez las na spotkanie ze słowikiem, albo na śniadanko do szpasiowej rodziny. Już wtedy, świat wyimaginowany, nierealny i  cudownie wręcz prostolinijny był przedmiotem moich  marzeń. Skromniutkie mieszkanko - dziupla Hałabały, ze zwyczajnym  łóżkiem, stołem, i miotełką z gęsich piórek, co to „stała w kątku i pilnowała porządku”, jawiło mi się jak przepyszna komnata królewny. Ba, owa komnata nigdy nie stała się obiektem marzeń, a ta krasnalowa dziupla – i owszem!  I te troski krasnalkowe, o to jedynie, że jego skrzydlaci goście na placek z borówkami nie przybyli, bo do ciepłych krajów odlecieć musieli nagle.  I te poszukiwania „tego, co by w lesie było, szczęście przynosiło i na bukiet weselny się zdało”. I ten majowy śpiew słowika, który urzekł krasnala i gniewać mu się nie pozwolił długo. I te wiewiórki, które zapomniały gdzie pochowały orzechy, tak bardzo niezbędne na przedwiośniu. I te symptomy wiosenne, które krasnalowi zapachniały „fiołkowo, wiosenkowo”, stawiając imć krasnala wreszcie na nogi, bo mu się całkiem dobrze spało pod pierzynką, calutką zimę. A ja musiałam zrywać się w mroźne dni, jechać na foteliku, zamocowanym na tatowym rowerze, do przedszkola, choć noc ciemna zalegała nad miastem. I spać mi się chciało okrutnie. I dziecięce nóżki wkręciły się razu pewnego w szprychy, pozrywały się więzadła, popuchły małe stópki, jak balony. Bo zasnęłam w tym foteliku. Może śniłam o tych Hałabałowych przygodach?

wtorek, 15 listopada 2011

Czytając "Iliadę"

Iliada. Homer? Nigdy się nie dowiemy, kto naprawdę jest autorem tego niedoścignionego arcydzieła epickiego. Lektura Iliady nie jest łatwa, oj, nie! Ponad 500 stron, trzynastozgłoskowcem, na których trup ściele się gęsto. Za gęsto. Obrazy ścinanych głów, toczących się po piasku, odrąbywanych kończyn, wylewających się wnętrzności, nocą  nie pozwalają zasnąć. I Grecy i Trojanie składają bogom liczne ofiary, poświęcając im wino i zakąskę. A bogowie? Cóż, bogowie, jak to bogowie – raz pomagają jednej, innym razem drugiej stronie wojny. Wojna, oczywiście, toczy się o podobno najpiękniejszą na całym, ówczesnym świecie kobietę, Helenę, którą trojański rycerz cud urody, Parys, porwał był prawowitemu mężowi, Menelaosowi.  Król Menelaos był bratem innego króla - Agamemnona, najczęściej w Iliadzie zwanego Atrydem. Jest kolejną oczywistością, że żaden mężczyzna nie chce pogodzić się ze stratą czegoś ( w tym przypadku – kogoś) co było w jego posiadaniu. I w związku ze związkiem gotów jest walczyć, jak lew o padlinę, o swój skarb. Nie ma żadnego znaczenia, że Helenie zdaje się było całkiem dobrze u boku Parysa, choć Menelaosa wspominała, przez te wszystkie spędzone w Troi lata, z nutką rozrzewnienia. Wprawdzie z Iliady się tego nie dowiadujemy, ale mit o wojnie trojańskiej mówi o zwycięstwie Greków w tej, dziesięcioletniej wojnie i o powrocie pięknej Heleny na łono prawowitej rodziny. Kobiety w Iliadzie traktowane są jak towar, ich rola jest marginalizowana, ich pragnienia nieistotne całkiem. No, chyba, że są boginiami. Boginiom przypisuje się cechy ludzkie, a właściwie kobiece, są intrygantkami, które knują za plecami bogów- mężczyzn. Knowania nie są wyłącznie ich domeną, bogowie też podejmują działania za plecami pozostałych. Olimp aż wrze od intryg. Jedni, wbrew intencjom Zeusa (Jowisza) próbują przechylić szalę zwycięstwa na stronę Trojan, drudzy sprzyjają Grekom. Wszystko zależy od tego, któremu ludzie ofiarowali więcej i do którego wznieśli więcej modłów. Najbardziej zafascynował mnie jednak Achilles ( Pelej), który po kłótni z Agamemnonem, a konkretnie po odebraniu mu przez tego króla prześlicznej branki,  zawzina się tak skutecznie, że przez prawie 500 stron opisu wojny nie bierze w niej żadnego udziału. Wprawdzie te 500 stron obejmuje raptem jakieś 2 miesiące, na dodatek już w ostatnim, dziesiątym roku wojny, ale każdy dzień konfliktu, to setki ofiar, po obu stronach. W ogóle w tekście ukrywa się wiele bardzo brzydkich, a tak wyjątkowo ludzkich cech: oprócz zawziętości  widzimy mściwość, nienawiść, okrucieństwo. Przy tym wszystkim wszechobecny jest lęk, strach przed śmiercią, przed strąceniem do piekła Tartaru. Ale jest też lęk przed utratą czci wojownika. Dlatego, mimo wszechobecnej siekaniny, dźgania dzidami, przeszywania strzałami, rycerze walczą wiele lat, brocząc we krwi przyjaciół i wrogów. Achilles włącza się do walki dopiero wówczas, gdy ginie jego najwierniejszy przyjaciel, Patryklos. Mści się okrutnie za utratę przyjaciela (kochanka?), zabija Hektora, brata Parysa. Z mitu wiemy, że Achilles zginie w wojnie trojańskiej, w Iliadzie wprawdzie wielokrotnie pojawia się przepowiednia prządek ludzkiego losu, zwanych Parkami. Achilles umrze wkrótce po śmierci Hektora. Epos jednak kończy się , urywa nagle w chwili, gdy wskutek interwencji boskiej, Priam, ojciec Hektora wraca do Troi ze zwłokami syna. Achilles wydał je Priamowi  na prośbę swojej matki, Tetydy. I dalej już nic, koniec.

Co się rzuca w oczy podczas lektury Iliady, oprócz tych rzezi? Najbardziej zadziwia obraz mieszkańców Olimpu, którzy siedząc sobie spokojnie wśród obłoków, zabawiają się widokiem masakry na ziemi, jak widzowie rzymskiej areny śmierci, Koloseum, obserwują walkę gladiatorów.  A w tej walce giną przecież także ich dzieci, bo większość herosów, według mitologii, była dziećmi spłodzonymi, albo urodzonymi ze związków  bogów ze śmiertelnikami. I jeszcze jedno uderza w tekście – liczne związki homoseksualne, o których nie ma mowy wprost, ale daje się czytelnikowi do zrozumienia, rzuca półsłówka, wtrąca sugestywne przymiotniki. Historia stara, jak świat. Skoro moralnie ułomni są bogowie, czegóż wymagać od maluczkich ludzi? Są przecież stworzeni na obraz i podobieństwo.

Iliada liczy sobie już prawie trzy tysiące lat,  a wciąż jest tak aktualna, jakby ją napisano wczoraj.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Salomon i manifestanci

Prawo do swobodnego manifestowania poglądów mści się czasami na manifestujących te poglądy. Nie będę z tego powodu rozpaczać. Wszyscy wiedzieli, co się wydarzy. Znaczy – godzili się na skutki uczestnictwa w marszu. Moja sympatia nie sprzyja żadnej ze stron. Obie, jako ekstremalne, są dla mnie nie do przyjęcia. Wolność polega na tym, że każdy myśli, co mu się podoba. I niech tam sobie spaceruje z tymi transparentami, co mi do tego!? Czemu mam zaraz gnać na blokadę? Spacer jest zdrowy, niech więc sobie spacerują, najwyżej im tyłki zmarzną.
Jest tylko jeden warunek: manifestujący nie ma prawa zmuszać innych do przyjmowania własnej ideologii. I dotyczy to każdego nurtu: religijnego, politycznego, czy jakiegokolwiek innego. Monopolu na jedyną rację nie ma i nie może być. A w każdym razie – być nie powinno.  Nic, ale to nic nie obchodzi mnie w co inni wierzą,  nie interesuje mnie, czy obecność strangersów w Polsce im się podoba. Nie zaprząta mojej uwagi upodobanie seksualne obcych mi osobników. Nikogo też nie powinno obchodzić w co wierzę, czy też w co nie wierzę ja, ani to z kim sypiam, ani czy lubię Murzynów, Żydów, Rosjan, Ukraińców, etc. To moja sprawa. Nikt nie może ode mnie oczekiwać, że polubię akurat jego, bo jest, na przykład patriotą. Patriotyzm mam prawo rozumieć po swojemu. Niekoniecznie zaraz tak, jak demonstranci. Tak się akurat składa, że ani nie jestem religijna, ani nie utożsamiam patriotyzmu z „na ramię broń, trzeba krwi!”, ani nie przeszkadzają mi obcokrajowcy, czy wierzący inaczej, czy raczej – w ogóle wierzący. O ile nie próbują zmuszać mnie do zmiany moich wizji życia zgodnego z naturą, a nie z wiarą powszechnie, przez wszystkich wierzących, niezależnie od nazwy, uznawaną za jedyną słuszną! Krzyż nad drzwiami sali sejmowej też mnie nie uwiera, to tylko gadżet w końcu. Ja wieszam Gauguin'a , a inny sobie wiesza krzyż. Wydaje mi się, że przechodzenie pod obrazem "Thaiti dawnych lat" nikogo nie boli? Nie przeszkadzałoby mi nawet powieszenie obok krzyża jeszcze sierpa i młota. Jeżeli się to komuś podoba... Jak ktoś lubi, to może w parlamencie nawet klęczeć na klęczniku, o ile mu tak będzie wygodniej! (może ma hemoroidy , kto wie?). Pozostali niech siedzą, albo stoją.
Gdy ktoś próbuje mi narzucić SWOJĄ wizję polskości, wtedy JA pokazuję rogi. Ktoś uważa, że aborcja jest grzechem, jego prawo! Dla mnie jest tylko złem, chociaż czasami koniecznym. I nie życzę sobie, by ktoś decydował za mnie, czym ma ona dla mnie być. Nie życzę sobie prób udowodnienia mi, że życie ledwo poczęte, ale jeszcze nie ukształtowane do końca cenniejsze jest od życia świadomego. Czy, gdybym to ja (czysto hipotetycznie) stworzyła kiedyś partię, która doszłaby do władzy i stanowiła w tym kraju prawo samodzielnie, wprowadzając całkowity zakaz wyznawania wiary jako takiej, taki obowiązkowy ateizm, albo obowiązek aborcji (jak w Chinach), to nasi gorliwi patrioci wyznania „nieważnejakiego” ucieszyliby się? Nie! Uznaliby to za zamach na ich wolność osobistą, na ich sumienie, etc, itd.
No, właśnie…

A co to wszystko ma wspólnego z królem Salomonem? 
- Dobre pytanie! Wbrew pozorom, ma! I to wiele...

wtorek, 8 listopada 2011

Bezpieczeństwo przede wszystkim!

Zdjęcie własne. Widok cud piękności. Tymi schodami wdrapywałam się do sklepu z artykułami bhp. Przed wejściem na schody nie zostałam przeszkolona w zakresie czyhających na mnie zagrożeń. Ponieważ pokonałam schody prawie na czworakach, udało mi się wyjść cało. Uff...
Reklama dźwignią handlu. Podobno.

Frustracje służby zdrowia

Polityka zdrowotna w naszym kraju polega zdaje się na eliminowaniu jednostek chorych. Definitywnym i skutecznym. Celuje w realizacji tej polityki Szpital Bielański. W tym, powszechnie znanym pacjentom przybytku, nawet szatniarka jest dopasowana do całokształtu. Nie odpowiada nawet na dzień dobry, nie słyszy dziękuję, w ogóle nie daje głosu. Podobnie jest z pracownikami medycznymi. Pani doktor, blond Wenus, jest zdegustowana już samym faktem, że musi otworzyć usta. Trzy wizyty, trzy próby rozmowy z lekarzami, za każdym razem z innym, a za każdym razem to samo: nieuprzejmość w stosunku do rodzin, niezadowolenie z samego faktu, że się przyszło do pracy. Łaska pańska na każdym kroku. Wcale mnie nie dziwią tysiące negatywnych opinii na forach. Są uzasadnione. Spędziłam na pewnym oddziale sporo czasu, nie pierwszy zresztą raz, nigdy i nikt nie okazał ani mnie, ani innym rodzinom chorych nawet odrobiny zainteresowania, a wyłącznie niechęć i irytację. Cóż, ja stamtąd wychodzę, zostawiam tam jednak chorego bliskiego, który musi znosić tę "głęboką troskę i życzliwość". Jadąc tam wczoraj autobusem, przez całą drogę przeżywałam stres przed koniecznością spotkania z przemiłą służbą zdrowia, która nie jest dzisiaj już ani służbą, ani zdrowia. Zastanawiam się, może tak dzisiaj trzeba? Może też należy wrzeszczeć na naszych, firmowych klientów, wyładowywać na nich swoje frustracje?  Mnie się jednak taki nieżyczliwy świat nie podoba.

czwartek, 3 listopada 2011

Antyk zmęczonej Europy

Zostało mi trochę, w księgozbiorze domowym, woluminów nieprzeczytanych. W tym "Iliada". Przymiarki do jej lektury czyniłam już dwukrotnie, ale jakoś nie udało się przebrnąć poza kilkadziesiąt stron pierwszych. Ostatnio jednak Pan Monsz przywlókł był  "Antyk zmęczonej Europy", autorstwa Piotra Kuncewicza. Trudna lektura. Przeczytałam, plącząc się i gubiąc pomiędzy obcymi mi zupełnie pojęciami. Wiem, dla historyka antyku, wszystko byłoby jasne i czytelne, ale mnie ludy Wilków, czy Wandalów, że o innych, których nawet nazw nie zapamiętałam, nie wspomnę - nie mówią nic, albo prawie nic. Jednak przeczytałam. Autor, pisząc o przenikaniu się kultur w epoce starożytnej Grecji, Rzymu, Syrii, Persji itd., zwraca uwagę na nierozerwalność i ciągłość, na niechciane spuścizny, które na dobre zagościły na przykład w kulturze chrześcijańskiej. Pisze o  odtrącaniu ich, o niekończących się próbach wyeliminowania pierwiastków antycznych z nowej ideologii, nowej, ledwo rodzącej się wiary chrześcijańskiej. Jednakże, bezskutecznie. Chrześcijaństwo przejęło, chcąc nie chcąc, wiele z tradycji antyku. Nie pomogły wały obronne, twierdze, ani krucjaty. Antyk przeczekał, rozgościł się, rozpanoszył i wrósł w kulturę nowożytną. Żyjemy w błogiej nieświadomości tego faktu.
Chyba dzięki tej lekturze wygrzebałam tę "Iliadę" Homera. Osiągnęłam wczoraj szczyt 217 stron! I jestem z siebie dumna. Oj, nie jest łatwo poruszać się na polu nieustającej bitwy, rzezi, drepcząc po trupach herosów, królów, wojowników i licznych bogów mnogich imion. Atena raz jest Pallas, innym razem Minerwą, by kilka wersów dalej znów stać się Ateną. Achilles bywa, na przykład Pelidem. Zanim się człek rozezna w tych synonimach, w tej wieloimiennej ciżbie, mija sporo czasu. A tu - trup ściele się gęsto, pod Troją. Dzidy i miecze sieką na oślep, odrąbując głowy i członki, wydzierając trzewia ku uciesze sępów.  A wszystko dzieje się z przyczyny uprowadzenia greckiemu królowi, Menelaosowi, jego żony - Heleny. I niewielkie, albo żadne ma tutaj znaczenie, że Menelaos miał oprócz niej mnóstwo branek, a wszystkie cud piękności. Nie jest też istotne, że Achilles, nabzdyczony na Agamemnona za odebranie mu pewnej branki, czyli wojennego łupu, miał i mógł mieć jeszcze więcej innych, równie urodziwych. Im dalej zagłębiam się w to arcydzieło trzynastozgłoskowe, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bogom, herosom, wojownikom, a ostatecznie - mężczyznom, nie chodzi w braniu się za łby o nic konkretnego, chodzi o "manie", czyli posiadanie rzeczy. I o poczucie straty, gdy im się tę rzecz odbierze.  Nawet wtedy, gdy nie jest im wcale niezbędna. Ważne, że jest JEGO.
Poważnie, to bardziej zaskoczył mnie fakt, że obie strony wojny próbowały zaskarbić sobie przychylność bogów, a nawet - tego samego boga. A bogowie bawili się kosztem ludzi, przechylając szalę zwycięstwa to na tę, to na tamtą stronę. Jak kibice na stadionie, też skakali sobie do łbów i robili na złość. A plac boju spływał krwią.
Nawet mi się nie bardzo chce porównywać wojny z epoki już chrześcijańskiej, przywoływać pytania Jezusa: "Boże, czemuś mnie opuścił?". Tak samo pytali Grecy i Trojanie, tylko kto inny był bogiem, do którego kierowano to pytanie.

piątek, 28 października 2011

Święto zmarłych


Gdy odchodzi ktoś

Tak trudno czasem wstać i żyć, 
Gdy wstaje piękny, nowy dzień,
A duszę spowija chłodny mrok,
I myśl kładzie na sercu cień.

Niewielka to strata dla świata -
Odejście jednego człowieka.
Wśród gwiazd wiecznego tułacza,
Nikt nigdy i nigdzie nie czeka.

Na cześć jego nie zgaśnie słońce,
Ani księżyców latarnie.
I tylko się cisza rozdzwoni.
I ziemia go zimna przygarnie.

Niekiedy nad grobem wierzba stara,
Gdy  wiatr jesienny przerwie ciszę,
Łagodnym szumem siwych włosów
Do snu wiecznego go kołysze.

Najbliższe dni nastrajają nostalgicznie. Jesień rozgościła się na dobre, wiatr strąca liście, wirujące w dziwacznych pląsach. Ich szelest, cichutki niczym szept, niesie głosy z innego świata.
Wsłuchuję się w nie, próbuję rozpoznać. Budzi się tęsknota. I wspomnienia chwil, które już nigdy nie wrócą... 

wtorek, 25 października 2011

z lamusa (2005)

 Dusza 
 
Leć, moja duszo, daleko.
Wznieś się nad chmury, wysoko.
Tam, skąd już tylko można
Pomachać z góry obłokom.

Leć dalej, i dalej, i jeszcze.
Ogrzej się w promieniach słońca.
Sprawdź, czy  wszechświat naprawdę
Nie ma żadnego końca.

poniedziałek, 24 października 2011

Protagoras

Protagoras, starożytny filozof grecki, powiedział, że "miarą wszystkich rzeczy jest człowiek". Co oznacza, że położył swoiste podwaliny pod późniejszą o tysiące lat teorię względności. Bo, cóż znaczy to stwierdzenie? Znaczy wszystko! Wynika z niego, że to od indywidualizmu danego osobnika zależy, jak dana rzecz, zdarzenie, wszystko zresztą jest postrzegane. Dla zwycięzcy w walce, wynik tej walki jest czymś zupełnie innym, niż dla przegranego. Dla człowieka, żyjącego współcześnie krynolina jest śmieszna i idiotyczna, dla człowieka z tak zwanej epoki - piękna. Można mnożyć przykłady, które - gdy się zastanowić - wydają się być oczywiste. Ziemia też wygląda inaczej, gdy się po niej stąpa, a oglądana choćby  z księżyca zadziwia i wprawia oglądającego ją człowieka w konsternację, tak bardzo obraz ten jest różny od codziennego. Dla osoby siedzącej w aucie pędzącym z prędkością, dajmy na to, 200km/h samochód jest statyczny, dla patrzącego z pobocza drogi - wydaje się być błyskawicą, w mgnieniu oka przelatującą tuż obok niego.
A nam się wydaje, że to współczesny świat wymyślił wszystko. A jesteśmy jak powielacz, kopiujemy jedynie myśli naszych protoplastów.

czwartek, 13 października 2011

Drabina wolności

Zgodnie z przewidywaniami, Platforma pogrąża się w samouwielbieniu. Jeden tylko polityk powiedział, że:"Trzeba się przyjrzeć przyczynom, które spowodowały taki dobry wynik Ruchu Poparcia. Poseł Gowin, a także poseł Niesiołowski raczyli wyrazić się lekceważąco o Januszu P. Że niby nie wart nawet wzmianki. (???!)
Poseł Kłopotek zapowiedział, że o ile Palikot spróbuje zdejmować krzyż z sali sejmowej, to on go osobiście ściągnie z drabiny. Fajnie, fajnie... Jakoś sobie nie przypominam, żeby poseł pragnął ściągać tego, kto wieszał. Ba! Nawet nie szukał tego, który wieszał. Bo, będąc wysoce tolerancyjną osobą, poseł Kłopotek uznał, że o ile samowola dotyczy działań zgodnych ze światopoglądem posła Kłopotka, to nie należy interweniować.  W imię wolności przekonań. Mnie ten krzyż nie przeszkadza. Niech sobie wisi, skoro komuś jest w jego obecności lepiej. To ostatecznie tylko mały krzyż na ścianie. Gorzej, gdy te krzyże wyrastają wszędzie dookoła i są pokaźnych rozmiarów. Zwłaszcza przy drogach publicznych. Albo w szkołach, które winny uczyć dzieci samodzielnego myślenia. Gdy słyszę od koleżanki, że dyrektor pewnej szkoły zarządził lekcje religii 5 razy w tygodniu, przy okazji publicznie wymieniając nazwisko dwójki dzieci, które na religię uczęszczać nie będą, bo rodzina jest ( o zgrozo!) niewierząca, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Dochodzi do tego, że moja koleżanka, sama nie bardzo przekonana, posyła dzieci na tę religię, zbiera te kartki co tydzień, w kościele ( że była!?), żeby dzieci nie były napiętnowane. Żeby się na nich nikt nie mścił. Może dlatego wiele osób głosowało na Ruch Poparcia Palikota? Posłowie Platformy, którzy bardziej wpisują się w poglądy PiS, powinni chyba zmienić partię. A już z całą pewnością nie mają prawa lekceważyć kogoś, kto dostał 10% głosów, bo sami dostali niespełna 40%. Zresztą, nawet gdy tylko jeden człowiek nie chce żyć zgodnie z wytycznymi kościoła katolickiego, to ma do tego prawo. NIE MUSI! Też jest obywatelem tego kraju. I, gdy zapragnie powiesić w sali sejmowej "gołą babę" na ścianie, to też mu wolno. Może on wierzy w gołe baby? Kto wie... Ciekawe, który poseł by ściągał tę babę pierwszy?

wtorek, 11 października 2011

Nowa stara koalicja

 

No, to wszystko zostaje po staremu. Koalicja też, a szkoda! PO robi błąd, nie licząc się z wyborcami. A powinni się zastanowić. Głęboko zastanowić, dlaczego Palikotowi udało się uzyskać taki wysoki wynik. Wyższy, niż wielu innym partiom, znanym dobrze ze sceny politycznej. Polacy chcą reform! Nie chcą stagnacji w stabilizacji, tylko chcą reform. A na PO głosowali głównie dlatego, że bali się PiS-u!!! Polacy mają dosyć zrzucania się na emerytury mundurowych, rolników, górników. Mają dosyć narodowej ściepy na pomoc dla poszkodowanych w, mnożących się jak grzyby po deszczu, kataklizmach wszelakich. Może trzeba stworzyć obowiązkowy fundusz ubezpieczeń dla rolników, zmusić ich do ubezpieczania się? Jak się wie, że się wymusi pomoc na koszt reszty społeczeństwa, to po co się ubezpieczać? Trzeba być głupcem, żeby to zrobić. I jeszcze Polacy chcą rozdziału Kościoła od Państwa. Stanowczo! Światopogląd, wyznanie, przekonania są sprawą prywatną każdego obywatela. Nikt nie ma prawa narzucać innym swojej wiary. Nikt też nikomu nie ma prawa zabraniać wiary w boga. Wtedy dopiero jest sprawiedliwie i tolerancyjnie, gdy każdy obywatel traktowany jest jak człowiek, po prostu!

piątek, 7 października 2011

Dziób w ciup

Jutro już cisza wyborcza, a ja wciąż niezdecydowana. W każdym razie nie wiem, na kogo za głosować, bo, że pójdę, to już akurat zdecydowałam. Niby wiem, kto głosi poglądy podobne do moich, ale z drugiej strony: głosić poglądy, a mieć poglądy - to dwie różne sprawy, no i jeszcze problem w tym, że można zmarnować swój głos na tzw. Przystawkę, zamiast na partię mającą szansę na przywództwo. I tu mam znowu dylemat, bo jedynki znam, a ich nie chcę, a dalsze pozycje na listach obce mi są, jak chiński język. Fikuśne, nawet ładne znaki, tyle, że całkiem nieczytelne. Zresztą, przy obecnym systemie wyborczym też mają marne szanse... Jednak nie dam przecież sobie odebrać prawa do narzekania! Jak kto nie głosuje, to buźka w kubeł! Nie odzywać się, nie malkontencić, w ogóle dziób w ciup! Ja i dziób w ciup?! Nieee...
NO TO IDĘ.
A potem się zobaczy, czy obudzę się jeszcze w swoim kraju, czy już w cudzym?

czwartek, 6 października 2011

Na fali

Chciałoby się Kazikowi powiedzieć: I ty, Brutusie? Mój mężczyzna zawsze stawiał Kazika na piedestale, przekonywał, że piosenki Kazika, to prawda o rzeczywistości. A ja, z uporem charakterystycznym dla każdej baby, upierałam się, że coś mi się w Kaziku nie podoba. Tak tylko, intuicyjnie, czułam, że nie.
Kazik będzie głosował na PiS. 
Nawet mnie to nie zdziwiło specjalnie, w ujęciu intuicyjnym - spodziewałam się tego. Nie ma znaczenia, że też jestem rozczarowana PO. Bo przez 4 lata nie zrobili wiele. Nie zreformowali niczego, co przewrócić do góry nogami należało bezwzględnie. I już dawno. Kazik najwyraźniej dołączył do grona socjalistów. Co mnie raczej dziwi. Jak sądzę, Kazikowi jest dzisiaj też finansowo całkiem dobrze. A na pewno lepiej, niż mnie, zwykłemu robolowi. Ja jednak nie wyciągam rąk po nie swoje, nie upieram się przy traktowaniu mnie jak żebraka, pod kościołem wyciągającego kapelusz na datki. Nie chcę od państwa nic, chcę, żeby zostawiło mnie w spokoju, pozwoliło żyć po swojemu, nie chcę, by otaczało opieką wbrew mojej woli. Chcę tylko zwyczajnie być, pracować, myśleć, co chcę, wierzyć w co chcę (albo nie wierzyć, gdy nie chcę!). Ja dam sobie radę. Państwo niech dba o gospodarkę, o wspólną kasę, a do mojej się nie wtrąca. A przede wszystkim – niech nie narzuca mi cudzej wizji moralności, zgodnej z przekonaniami  tylko jednej grupy społecznej. Kazik chce głosować na PiS, bo pluje sobie w brodę, że głosował wcześniej na PO. Obawiam się, że za jakiś, jak się zdaje - niedługi czas, Kazik znowu będzie pluł w tę brodę, tylko będzie za późno tym razem.  I ja mu tej brody nie wytrę. Niech chodzi z oplutą. Może mu Macierewicz, albo Ziobro, albo jeszcze lepiej mój "ulubieniec" Śniadek wytrze. Ciekawi mnie powód tego nieoczekiwanego zwrotu sympatii Kazikowej… Przyczyna może być o wiele bardziej interesująca, niż sama przemiana światopoglądowa! Chyba jestem od Kazika starsza wiekiem, ale stanowczo młodsza umysłem. Nie da się zatrzymać postępu, nie powstrzyma nikt kolejnej fali. Można się opierać, udawać, że się ją trzyma za grzywę, ale to ona nas unosi. Powrót z otchłani przeznaczenia nie jest możliwy, już Toffler o tym wiedział. No, może Kazik ma wehikuł czasu, nie wiem. Życzę Kazikowi, żeby mu dali order, za zafundowanie normalnemu społeczeństwu tej ropuchy na obiad. Możemy go jeść przez 4 kolejne lata. Smacznego!

list pożegnalny

Drogi Polityku!

Żegnam. Ozięble. I odchodzę.
Ty skonstatować racz to:
Od dziś sam musisz radzić sobie.
Klucz masz pod wycieraczką.

środa, 5 października 2011

Gdzie dwu się kłóci...

Gdy w tv wyłącznie polityczne spory
Nie włączam. Nie słucham.
Ja robię przetwory.

Że na świecie kryzys, to jest wina Tuska! -
Kaczor wie na pewno.
A ja pestki łuskam.

Narodowi całkiem polityka zbrzydła.
Wszyscy w krąg się kłócą.
Ja smażę powidła.


CBOS  kolejne słupki nam rysuje.
Nie patrzę. Nie słucham.
Ja pasteryzuję.

wtorek, 4 października 2011

Palikot

Weszłam na stronkę latarnik.nq.pli odpowiedziałam na wszystkie pytania o moje poglądy na takie różne tematy. Wyszło mi:
w 70% są one zgodne z poglądami Ruchu Poparcia Palikota
w 59% zgodne z poglądami PO
w 30% z poglądami PSL i SLD
a w 14% z poglądami PiS

I tu się zdziwiłam, bo nie wiedziałam, że moje poglądy w ogóle mogą być jakoś zbieżne z poglądami PiS!?

Tak, czy owak, powinnam oddać głos na Palikota. To mnie akurat specjalnie nie dziwi, bo uważam, że pomijając obecne dziwactwa przedwyborcze RPP, może czasem szokujące dla niektórych, ja pamiętam, że tylko Palikot miał odwagę mówić głośno to wszystko, co wielu ludzi myślało w duchu, ale nigdy tego nie artykułowało publicznie. Pewnie ze strachu, albo z nieświadomości, że inni mogą myśleć podobnie...
Fakt, Palikot bulwersuje i często drażni. Ale dzięki temu działa oczyszczająco, jak parówka na cerę. Trudno wytrwać pod ręcznikiem, nad miską pełną gorącego naparu, ale potem! Człowiek czuje się, jakby mu nową skórę naciągnięto na twarz. I tak też jest z Palikotem: trochę zniesmaczy, mocno poruszy, a po chwili zastanowienia dochodzi się do wniosku, że ma rację. W całej rozciągłości - rację!!!
W maju 2008 roku wrzuciłam tutaj wierszydełko na temat Palikota.  Zwróciłam w nim uwagę, że Platforma nie bardzo wie, co z nim zrobić. I chciałaby i boi się. Osobiście uważam, że PO popełniła błąd pozbywając się Palikota ze swoich szeregów. Rezygnując z takiej wyrazistej twarzy upodobniła się do PiS-u. I przestała być alternatywą.

poniedziałek, 3 października 2011

Autko

- Wiesz, kochanie, chciałbym mieć takie auto, jak w tej reklamie. Samo parkuje, rozpoznaje znaki drogowe i w ogóle - wszystko robi samo...
- Taaak... A ty byś sobie pospał na tylnej kanapie, zamiast prowadzić!
- Oj, tak, tak! Nie stać mnie na kierowcę.
- No widzisz! A mnie takie autko niepotrzebne, bo mnie stać!

piątek, 30 września 2011

Obietnice wyborcze

Wiele osób nie chce pójść do urn, bo uważa, że politycy i tak nie spełnią obietnic wyborczych. Ja pójdę. Bo obawiam się, że niektórzy politycy mogą chcieć spełnić swoje obietnice.

czwartek, 29 września 2011

czyje wina?

Chyba nic tak nie streszcza tegorocznej kampanii wyborczej, jak znaleziony w Necie dowcip:

Kaczor w supermarkecie robi zakupy. Wykłada przy kasie wszystkie wiktuały, w koszyku zostają mu tylko dwie butelki wina.
Kasjerka pyta: Proszę pana, a wina?!
Kaczor: A wina to Tuska!

I to w zasadzie zamyka temat.
P.S. Swoją drogą, to zauważyłam, że im gorzej się dzieje w polityce, tym naród dowcipniejszy się staje...

wtorek, 27 września 2011

Wina Tuska


Że dzisiaj złotówka znów leci na łeb
To wina Tuska!
I, że podrożało i mleko i chleb,
To też wina Tuska!
Że w Lotto do wzięcia 50 milionów
To wina Tuska!
Że sąsiad z czwartego w świat poszedł od żony
To też wina Tuska!
Że nie dojrzewały jak trzeba truskawki
To wina Tuska!
Że z Chin sprowadzili trujące zabawki
To też wina Tuska!
Że we mgle zniknęło smoleńskie lotnisko
To wina Tuska!
Że nikt nie przeprosił nas dotąd za wszystko
To też wina Tuska!
Że uśmiech Kaczora to wielka jest ściema
To wina Tuska!
I, że w wyborach wyboru znów nie mam
To też wina Tuska!

poniedziałek, 26 września 2011

Zależności ( z lamusa 2007)

Wartość arcydzieł 
rośnie wraz z kwadratem czasu
który upłynął 
od śmierci ich autora
Potęgę świadomości
określa czas 
poświęcony na rozważania
nad sensem istnienia
Tak zwana życiowa mądrość
pozostaje w ścisłej zależności
z liczbą zakrętów drogi
którą kroczymy
Szczęście w miłości
jest odwrotnie proporcjonalne
do naszych wysiłków
by je mieć

piątek, 23 września 2011

Magia wiary

To już jest blady strach...
Jeżeli już dzisiaj PiS i Po idą łeb w łeb, to wygra PiS. Jak w banku! I to mnie przeraża tak bardzo, że nie daje spać po nocach. I, mimo upływu lat, wciąż mnie dziwi ślepa wiara ludków w obietnice. Nie rozumiem zaniku zdrowego rozsądku, poczucia realizmu, zdolności do obserwacji i umysłowej percepcji. Jeżeli się nie śledzi, nawet na poziomie niezbędnego minimum, rozwoju wydarzeń w Polsce, w kontekście tego, co się dzieje dookoła kraju, to o świadomym wyborze można zapomnieć. Magia wiary, że PiS, czy ktokolwiek inny naleje z pustego w próżne, szczególnie w czasie fali kryzysu na świecie, jest magią prestidigitatorską, w rodzaju "pojawia się i znika". W obietnicach wszystko się błyskawicznie "pojawia", a po wyborach równie szybko wszystko "znika". I wygląda na to, ze naród jednak wciąż jest naiwny. I głupi. Smutne.

wtorek, 20 września 2011

Dzielenie skóry na niedźwiedziu

Śmieszy mnie ta przepychanka przedwyborcza. Wścieka mnie to obiecywanie góry pieniędzy, to prześciganie się w szczepieniu gruszek na wierzbie, to przekrzykiwanie się, kto więcej wyciągnie dla nas z Unii. Na co liczą kandydaci? Traktują nas, jak bezmózgowe istoty, ślepe, głuche i nieświadome nawet  swego istnienia. Grecja bankrutuje, Hiszpania,Włochy też ledwie zipią, a oni nam z pustego w próżne nalewać zamierzają. Ciekawe, nowi prorocy, czy co? Ostatni taki przypadek, o którym mi wiadomo miał miejsce jakieś 2 tysiące lat temu, z okładem. Jezus jedną rybą i jednym bochenkiem chleba obdzielił ponoć rzesze ludków. Ale od tego dnia, o ile wiem, nic podobnego się nie powtórzyło. Widać "nadejszła wiekopomna chwiła"...

piątek, 16 września 2011

Artystki

O 6:00 rano, w pracy, cisza aż dzwoni mi w uszach. Ciemno, zimno, ogólnie kiepska motywacja, by się obudzić. Szukam na Youtubie staroci. Znalazłam dzisiaj Poppa Joe, The Sweet i Simon Says, The Fruitgum Company. I przypomniało mi się, jak w 1970 roku, w zamierzchłych czasach epoki kamienia łupanego (z punktu widzenia dzisiejszej dzieciarni), kończąc edukację w szkole podstawowej wymyśliłam sobie, że na pożegnanie zorganizujemy "występ artystyczny" dla gogów. Przygotowania trwały kilka miesięcy, były oczywiście tajne. W każdym razie - miały być tajne. Jako, że chłopcy utrzymać niczego w tajemnicy nie potrafią, "artystki" nie wtajemniczały ich w swoje plany. Próby organizowałyśmy sobie w sali gimnastycznej, wieczorową porą, wiedziała tylko pani sprzątaczka. Jednak chłopcy jakoś wyszpiegowali, podejrzeli i sprawa się rypła. Znaczy - grono dowiedziało się, co dziewczyny szykują. I wtedy się zaczęło wtrącanie, bo gogowie pękali z dumy, że taka samoistna inicjatywa młodzieży i w ogóle. W sumie wyszło nam na dobre, w pewnym sensie. Do części folklorystycznej, która obejmowała takie tam: kujawiaki i inne dzieła charakterystyczne dla programu zespołu "Mazowsze", zorganizowali nam stroje ludowe. Ale co zrobić z częścią bigbitową? trudno raczej w zapasce fikać w rytmie rocka! I głupio ciut. W tamtych latach nie wiadomo jeszcze było nic o rakotwórczych właściwościach azbestu. A w szkole były całe metry koca azbestowego. Pewna krawcowa, babcia którejś z "artystek" wykroiła nam minióweczki prześliczne, z tego koca azbestowego. Mamusie pozszywały, dopięto aksmitne kokardki przy dekolcie, białe skarpeteczki każda posiadała, a stare tenisówki wybieliło się pastą "Buwi" i cacy! Girlaski jak się patrzy! I girlaski, w liczbie 12 sztuk, przygotowały program artystyczny w rytmie "Poppa Joe" i "Simon Says", oraz "Co Co". Kroki były swoistą mieszanką rock mixera, lambet walk'a, jive'a. Wszystko było pięknie, tylko tego rodzaju repertuar muzyczny w zgniłym socjalizmie dostępny był jedynie na tzw. pocztówkach dźwiękowych, z lokalnej wytwórni, specjalizującej się w nagrywaniu na tych pocztówkach życzeń okolicznościowych, na życzenie klientów. Ską wytwórnia miała nagrania - nie wiem, ale jakość pocztówek pozostawiała wiele do życzenia. Uwielbiały się zacinać w dowolnie wybranym momencie, skutkiem czego płyta powtarzałąa bez końca np.: poppa joe, poppa joe, poppa joe... i tak w kółko. Przy adapterze marki "Bambino" stała więc moja kochana mama, która w odpowiedniej chwili popychała igiełkę i piosenka, przy upierdliwym akompaniamencie trzasków płynęła sobie dalej, aż do następnego zacięcia. Zanim odbył się występ pożegnalny w szkole, gogowie zdążyli nas wykorzystać artystycznie i w Domu Partii, i w muszli koncertowej w naszym miasteczku, na okoliczność 1-majową, na stadionie lokalnym - to na Dzień Sportowca. Duma miasta po prostu...
Niestety, ponieważ artystki kontynuowały naukę w różnych, licznych u nas szkołach średnich, kariery estradowej nie zrobiłyśmy. Pożegnalny występ w szkole podstawowej był ostatnim naszym pokazem.
Teraz, po 40 latach, została tylko nostalgia za młodością i łza wzruszenia, gdy się słucah na youtubie: rambo, rambo, eh poppa joe...

czwartek, 15 września 2011

Jak połknąć żabę

Coś mi się zanosi, że trzeba będzie zjeść tę żabę.
Wygląda na to, że wygra jednak partia Poprawna światopoglądowo i Sprawiedliwa inaczej. Ponieważ ja już znam efekt takiej wygranej zarówno w skali makro, jak i mikro, doszłam do wniosku, że pora spróbować, jak smakują te żabie udka. Nic specjalnego. Zjadłam. Trochę mi te drobne kosteczki stanęły w gardle, ale przeżyłam. Może zatem przełknę i całą żabę? Może nie skończy się wymiotami, albo zapaleniem opon mózgowych?
Oj… ratuuuuunku!!!!

środa, 14 września 2011

Niedotrzymane obietnice

Boję się. Boję się okrutnie. Poczytałam wpisy pod dzisiejszym wywiadem z prof. Krzemińskim na WP i blady strach padł na mnie, jak cień. Mam wrażenie, że wpisują się głównie ludzie młodzi. Podkreślają przy tym, że oni są mądrzy, ogłupić się nie dadzą, będą głosować na PiS. Chociaż głosowanie na PiS o mądrości świadczyć nie będzie, a raczej wręcz przeciwnie, ale oni tego nie wiedzą, bo gdy rządził PiS byli za młodzi, żeby rozumieć. A teraz patrzą i cóż widzą? Ano, że cały PiS, z Na Czele, taki uśmiechnięty, taki uładzony, taki papuśny wręcz! No, mucha nie siada! I na młodzież jaki otwarty jest! I jak to będzie jednym bochenkiem obdzielał naród cały! A z pustego to zaraz w próżne naleje każdemu. Nie, nie każdemu. Zaraz po wyborach wszyscy Polacy obowiązkowo do spowiedzi. W konfesjonale będzie czekał "ksiądz" (zweryfikowany wprzód przez Ojca Dyrektora), na kolanach notebook, odnotuje nazwisko, adres i na kogo się głosowało, a potem - odszczepieńcy, sprzedawczyki, kosmopolici, co to dumy narodowej nie poczuwają, i inni "zwyrodnialcy" - figa z makiem! Kto wyznaje jedyną słuszną partię - mlekiem i miodem, a kto przeciwnie - pomyje dostanie.  A żaden ledwie co wyrośnięty młody człowiek nie wie ( bo i skąd? ), że jak przyłożyć ten rzekomy lek na wszystko do rany, to gangrena gotowa... I nie znają, nie potrafią przewidzieć skutków złego wyboru. Mają rację zasadniczo, pisząc, że PO nie dotrzymała obietnic. Różnica między rządami PiS, a rządami  PO polega jednak na tym, że:
LEPSZE SĄ CZASEM OBIETNICE NIEDOTRZYMANE, NIŻ  - CO NIE DAJ BOŻE - DOTRZYMANE...
Żeby to zrozumieć, trzeba pożyć trochę dłużej niż 20-30 lat. Bo tu nie jest potrzebny ROZUM, ale DOŚWIADCZENIE, czyli tzw. AUTOPSJA.

wtorek, 13 września 2011

Stop jedynkom

Ogromnie mi się podoba akcja "stop jedynkom". Popieram i sama zamierzam zrobić to samo. Nie oddam głosu na osobę z pierwszego miejsca na liście, dam szansę nowym. Wszystkich "jedynkowców" już zapoznaliśmy, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Bo, właśnie nie - poznaliśmy, ale zapoznaliśmy, czyli wiemy, aż nazbyt dokładnie, co oni nam mogą. Albo raczej, co oni i komu chcą. Niech po wyborach nowicjusze, albo ci, których partie spychały na margines, nie pozwalając się wybić ponad przeciętność, pokażą nam, co potrafią. Może okażą się lepsi, niż ich "marka wiodąca na rynku"? Niech ten mój głos "przeciw PiS", skoro nie może być głosem "za PO" będzie chociaż w jakimś, niewielkim stopniu odzwierciedleniem tego, co myślę o naszych wielkich przywódcach narodu.
Tak zrobię. I mam nadzieję, że profesorom i studentom naszych uczelni uda się namówić wielu innych rodaków.

poniedziałek, 12 września 2011

Miesięcznica

Madame Fotyga w „Faktach po faktach” poinformowała Anitę Werner, że zjechała kawał Polski, by uczestniczyć w kolejnej miesięcznicy. Nie tłumaczyła przy tym, cóż to jest owa „miesięcznica”. Członkostwo pani Fotygi w PiS mówi samo za siebie. Sformułowanie „kolejna miesięcznica” sugeruje mi, że PiS zamierza już po wieki wieków obchodzić uroczyście te miesięcznice. Pomysł jest przedni, bo o wiele łatwiej doczekać jubileuszu, na przykład, 100 miesięcznicy, niż choćby 10 rocznicy. W każdym razie, madame Fotyga  mówiła i mówiła, roztaczała wokół siebie aurę kompetencji i mądrości wszelakiej. A mnie z każdym jej słowem coraz bardziej cierpła skóra na plecach. Nim skończyła się rozmowa w tym programie, byłam już cała w gęsiej skórce. Trochę zelżało, gdy poproszony o komentarz do słów p. Fotygi, Paweł Graś, następny gość programu, powiedział, że ten komentarz nie jest potrzebny, prosi tylko, by pani Fotyga była zapraszana codziennie, żeby jej słowa mogły dotrzeć do szerokich mas. Rozbawiło mnie to odrobinę, tyle, że ja nie mam aż tak wielkiego zaufania do mądrości narodowej, jak poseł Graś. Im bliżej 8 października, tym bardziej boję się, że większość wyborców machnie ręką i nie pójdzie. A chyba nigdy głosy „przeciw” nie miały tak wielkiej wagi, jak dziś. Zwolennicy PiS zmobilizują się na pewno. I popędzą truchcikiem.

środa, 7 września 2011

Chłopak, który umiał całować

Dojrzewanie to trudny, ale też fascynujący okres w życiu. Poszukiwanie własnego miejsca w przestrzeni, odkrywanie niepoznanego, beztroska. Każdy chce wtedy być już naprawdę dorosłym, domaga się traktowania siebie, jak osoby w pełni odpowiedzialnej i dojrzałej. Oczywiście, dorosłość to doświadczenie, umiejętność pokonywania trudności i zmagania się z przeciwnościami losu. A to wymaga czasu. Całych lat wymaga. I samodzielności zupełnej. Mając jednak lat naście, na świat patrzy się przez pryzmat nieskończoności, wieczności. Przecież przed młodym człowiekiem jeszcze całe życie. A tu nagle nielatek budzi się ze świadomością, że to życie już ma, jeżeli nawet nie za sobą, to już nie przed sobą, a w każdym razie tkwi w nim po same uszy. I zerkając nostalgicznie wstecz, dostrzega śmieszność młodzieńczej buty i przekory. I od swoich małolatów wymaga zrozumienia pojęcia przemijania. Nic z tego! Małolat nie zrozumie, bo nie może zrozumieć. Tak, jak my, w jego wieku. Zabawnie jest tak sięgać wstecz, daleko, do czasów dla ludzi mocno wpędzonych w lata, raczej prehistorycznych. I, słuchając na ten oto przykład, „Last tango In London” kapeli Mud, próbować sobie odtworzyć atmosferę tamtych lat, cudownych i radosnych. Jak też wyglądałam ja, a jak ten chłopak, z którym bawiłam się w rytm tej muzyki? Długie włosy, spodnie dzwony, a może szwedy? Kto to dzisiaj wie? Ej, wystarczy przecież zajrzeć na youtube, żeby zobaczyć w czym na scenie prezentowała się ta kapela, a wybuchamy śmiechem: Jak my mogliśmy na siebie włożyć coś takiego?! I te dziwaczne buciska, oj, jakie dziwaczne!O, przypomniało mi się – chłopak miał na imię Andrzej. I czarne włosy. Więcej nie pamiętam. Z innym, też Andrzejem, kojarzyć mi się już zawsze będzie  „Killing me softly” Roberty Flack. A „Angie” Stonesów  z pewnym Adasiem, kajakarzem, vice mistrzem województwa. Mam też inne skojarzenia. Na przykład wojskowe akcesoria przypominać mi już zawsze będą blondynka Areczka, który wieczorami wisiał cierpliwie w oknie, obserwując pilnie, kiedy wyjdę od koleżanki. I w kilka sekund pojawiał się na drodze, w hełmofonie zdobycznym na głowie, odprowadzał mnie zawsze do domu. Nie wiem po co mnie odprowadzał, bo koleżanka mieszkała dwa bloki dalej zaledwie. Ale niech mu tam! Skoro musiał i chciał. Areczek, to w ogóle osobna historia była. Mało kto pewnie pamięta, że autobusy PKS w epoce socjalizmu były zatłoczone do granic możliwości, bo auta prywatne były wówczas rzadkością, innej możliwości podróżowania, oprócz kolei nie było. Któregoś wieczora wracałam z siostrą swoją i jej przyjaciółką z kina, w stolicy. Ciemno, choć oko wykol, wcisnęłyśmy się jakoś do autobusu, jedziemy na wisząco. W pojeździe też ciemno, bo podczas jazdy świateł w środku nie wolno zapalać. Zatem – jedziemy. Nagle, w tych egipskich ciemnościach czuję, że ktoś mnie ciągnie za rękę i w wyszukany, niezwykle delikatny sposób zaprasza, żebym usiadła. Ja, też niezwykle uprzejmie, dziękuję pięknie, choć nie wiem – komu? Siadam i jadę wygodnie, nie mając bladego pojęcia kto mi tego miejsca ustąpił, ani gdzie się podziewa moja kochana siostrzyczka? Nic nie widzę przecież. I tak dojechałam sobie wygodnie, mając tuż przed nosem czyjś brzuch, co chwilę wciskający mi się prosto w nos. Też nie wiem czyj był ten brzuch.
Następnego dnia pukanie do drzwi, na progu przystojny, wysoki chłopiec z bukietem kwiatów. Mówi, że to on, wczoraj, w autobusie. Wytrzeszczam oczy, nie powiem – z przyjemnością! O, bardzo mi  miło! Jeszcze raz dziękuję ci! – mówię i zapraszam do domu.
I taki był początek znajomości z hełmofonem. Dalszy ciąg nieco męczący, bo chłopak okazał się uparty w swojej adoracji, a ja nie bardzo pragnęłam być adorowana. Ale muszę przyznać, że ten, to umiał całować… Oj, umiał!
Ciekawe, swoją drogą, dlaczego nie mam dzisiaj żadnych skojarzeń z mężczyzną, który został moim pierwszym mężem? Oj, pokręcona ta ludzka pamięć, wybiórcza!

wtorek, 6 września 2011

If you go away

To było tak dawno… Miała chyba zaledwie 16 lat. Tylko 16 lat. Nie było komputerów, Internetu, Youtube’a, nawet odtwarzaczy CD nie było. W ogóle było niewiele. Ale były magnetofony szpulowe. Miała taki czterościeżkowy, marki Grundig. Ten magnetofon wędrował po wszystkich lokalnych dyskotekach młodzieżowych. Dyskotek stacjonarnych, prawdziwych, też zresztą wtedy nie było. Zabawy trzeba było sobie organizować samemu. A bywały rożnie: w SWOS-ie, nad miejscową rzeką – to tylko latem, w Hufcu Harcerskim, w szkołach, których wówczas było sporo w miasteczku. Wojsko, patronując wielu szkołom, chętnie pożyczało siatkę, zieloną, maskującą, którą podwieszało się nad głowami. Lampy stroboskopowe służyły za iluminację, a muzykę odtwarzało się z magnetofonu. W tygodniu polowało się w radio, w Trójce, na smakowite, przebojowe  kąski. Wszystkie utwory nagrywane były z wielkim pietyzmem, w atmosferze nerwowej niepewności: Czy puszczą w całości? Czy znowu utną końcówkę? Teraz, często słuchając ich na youtube.pl ze zdziwieniem konstatuje się, że piosenki trwają jakby dłużej, niż kiedyś.
Miała przyjaciela. Chłopaka? Nie, chyba nie, przynajmniej nie oficjalnie, wprost. Chłopiec był od niej niższy, uczył się w innej szkole. Pamięta lekko piegowaty nos i oczy, z wyjątkowo długimi, jak na chłopca rzęsami. Razem, we dwoje, wieczorami nagrywali różne różności muzyczne, przeważnie z programu Mini-max ( czyt.:minimum słów, maksimum muzyki). Lubiła go bardzo. Zawsze miał jej wiele do powiedzenia. W soboty targali tego Grundiga do lokalu, w którym akurat zaplanowano potańcówkę.  Nie zdarzyło się nigdy, żeby zabawa się nie udała.  A pląsało się czasem w dziwnych rytmach: Slade, Led Zeppelin, Mud, Deep purple, Urial Heep, Queen, etc. Nie wiedziała skąd, ale chłopiec często dostarczał jej wyjątkowych, muzycznych  atrakcji, w rodzaju „Atomic Heart of Mother” Pink Floyd, na przykład. To były cudowne lata, młodość kipiała, uboga w zdobycze techniki, ale bogata w wyobraźnię i otwarta na świat.
Nie pamięta już dzisiaj, co się stało, ale faktem jest, że nastały długie, samotne, ciche dni. Pewnie bez powodu, jakoś tak – samoistnie, jak bywa w każdym związku, koleżeńskim też. Minął jakiś czas, kilka dni, a może nawet tygodni? Któregoś wieczoru zadźwięczał dzwonek u drzwi. Na progu stał obcy chłopak. Wręczył jej „list” - maleńką szpulę magnetofonową, powiedział: To dla ciebie. Nie powiedział od kogo, nic nie powiedział więcej, oprócz – dobranoc…
Z taśmy, w słuchawkach, rozbrzmiało jej cicho, tęsknie „Vien” ( Przyjdź) Marie Laforet http://www.youtube.com/watch?v=PnkJVL76dnQ , a potem jeszcze: „If You Go Away” Terry’ego Jacks’a http://www.youtube.com/watch?v=GXi6Lt1fUlo ,  a na koniec „Without You” Harry’ego Nilsona http://www.youtube.com/watch?v=vAX1rkdzUH4&feature=related

Co dalej było? Myślę, że znalazła się w jego pokoju, dwie ulice dalej szybciej, niż by wypadało. Zresztą – nic się nie stało, ale pamięta  łzy. Jej i jego. I radość pogodzenia.   

Wiem (starocie 2006)

Wiem...

Wiem, jesteś dla mnie opoką
W szarej życia codzienności.
Lecz proszę, zostaw margines
Dla mojej, osobistej wolności.

poniedziałek, 5 września 2011

Fraszki


Zmiennik

Wczoraj, wieczorem, mówił,
Że kocha.
A dzisiaj, znienacka, znów
Strzela focha…

Polityk

Do każdej z obietnic
Jest chętny i skory
Gdy się zbliżają
Kolejne wybory.

Wybory parlamentarne

Że gruszki wyrosną
Na każdym drzewie,
Może ktoś wierzy?
Ja? - Sama nie wiem…

piątek, 2 września 2011

Celebrytka

Fraszka o celebrytce

Botoks, silikon
i gruba tapeta.
I mówią: Piękna kobieta!

Przerwa śniadaniowa


Czytam wczoraj artykuł Prof. J. Staniszkis. Przeważnie się z panią Profesor nie zgadzam. Teraz także nie do końca rozumiem, o co chodzi w dzisiejszym tekście na WP. Niby wiem, że z perspektywy trzydziestu lat z okładem, na dodatek przez pryzmat wydarzeń w Libii i nie tylko, nasze, polskie porozumienie sierpniowe wygląda inaczej, niż  wtedy, gdy było podpisywane.  Fakt, wygląda inaczej. Wszystko wygląda inaczej. Pani profesor potrzebowała aż 30 lat, żeby zrozumieć, dlaczego Solidarność poszła w 1980 roku na ustępstwa? Jakoś trudno mi w to uwierzyć! Ja sama byłam wtedy 20-latką, ale rozumiałam doskonale, dlaczego i po co ta ugoda. Wprawdzie porozumienie było nietrwałe, skończyło się stanem wojennym, zamordyzmem i w ogóle, ale gdyby go nie podpisano, gdyby Solidarność zachowała się tak, jak dzisiaj zachowuje się PiS, to byłoby jeszcze gorzej. Wolę nie myśleć, jak bardzo gorzej…
Artykuł, jak każdy artykuł – można się z jego treścią zgodzić, albo nie. Jednak to, co wypisują internauci w komentarzach, nie mieści mi się w głowie. Co nie znaczy, że mnie dziwi. Inwektywy, obelgi, insynuacje i „piana na piórze”. Z przykrością się je czyta. Czemu ludziom sprawia tyle frajdy dokopywanie innym? Szczególnie, gdy są anonimowi. To ciemna strona Internetu. Nie można napisać: Pani profesor, nie zgadzam się z panią. Uważam, że…etc…,itd.. Każdy ma własne, indywidualne i odmienne doświadczenia, spostrzeżenia.
Ja na przykład mam takie: po katastrofie smoleńskiej, Rosjanie wykazali wiele współczucia i gotowość do współpracy. Nie można temu zaprzeczyć, chociaż można udawać, że się tego nie zauważyło. Ale to fakt! Gdyby na nich nie spadły oskarżenia a to sztuczną mgłę, a to o zamach, to znowu o zlekceważenie Prezydenta i świadome, złe przygotowanie lotniska, że o innych, jeszcze bardziej egzotycznych pomysłach nie wspomnę, to dalsza współpraca na pewno ułożyłaby się o wiele lepiej. Ale, gdy  ktoś zachowuje się niczym mały kundelek, obszczekujący niedźwiedzia, to się w końcu doczeka. Niedźwiedzia widok ujadającego obszczymurka nawet nie rozdrażni zanadto. Ot! Trzepnie taki jedną łapą i po psie! Co się będzie z głupim użerał? Ciekawe, swoją drogą, dlaczego nie oskarżają Rosjan przedstawiciele   WSZYSTKICH rodzin, a tylko tych związanych z PiS?

czwartek, 1 września 2011

Z archiwów ( 2007)


Yeti

Gdzieś bardzo daleko, w Tybecie,
Na samym Dachu Świata,
Żył sobie samotny Yeti,
Nie miał ni siostry ni, brata.

W futrze cieplutkim chadzał
Od święta i na co dzień,
Pojęcia nie miał przy tym,
Że futra prawdziwe nie w modzie.

Mieszkał w ciemnej jaskini
Króliki jadł na surowo
Bo ognia nie umiał rozpalić
(coś nie do końca miał z głową!)

Tak sobie spokojnie bytował
Nie znając radości ni smutku
Aż razu pewnego od tyłu
Ktoś zaszedł go po cichutku.

Yeti zastygł w bezruchu
Gdy poczuł, że ktoś ramiona
Na szyję mu nagle zarzucił,
Ze strachu prawie, że skonał.

A gdy na dodatek na ucho
Szepnął mu: Mój ty Misiu!
To Yeti choć nic nie zrozumiał,
To z wrażenia aż przysiadł.

A przy tym, z niejakim zdziwieniem,
Poczuł, że mu się podoba
Ta ciepła i delikatna
Nie – mowa, ale – osoba!

Co dalej było – ja nie wiem,
Bo mnie przy tym nie było,
Lecz chodzą słuchy, że wkrótce
Jednego półyeti przybyło.

I morał z tej bajki wynika
Całkiem zwyczajny taki:
Bez względu na modę noście
Prawdziwe futra chłopaki!

środa, 31 sierpnia 2011

teoria względności

Czy solidarność jest dobra zawsze? Otóż – nie!
Dajmy na to,  widzisz męża przyjaciółki w niedwuznacznej sytuacji, gdzieś tam, pokątnie. Uświadamiasz niezwłocznie swoją przyjaciółkę, że mąż ją zdradza z jakąś lafiryndą. I co? I kicha! Przyjaciółka wpada w rozpacz czarną, albo i nawet w szał i wystawia ślubnemu walizkę na wycieraczkę, a rzeczonej  lafiryndzie może nawet kudły rwie. Bo akurat skłonność do wybaczania  przyjaciółce obca jest.
A przecież:
Mąż, w myśl - zdrowej skądinąd - zasady, że jak kot pilnował jednej dziury, to zdechł, znalazł sobie inną „dziurę” do pilnowania. I ów mąż stanął przed alternatywą: znalazłszy, dajmy na to, rzeczoną wyżej dziurę  na IV piętrze bez windy, a cierpiąc na strzykanie w kolanach, wskutek zmęczenia materiału  wrócić na tak zwane łono, co wyszłoby mu stanowczo na zdrowie, albo nie cierpiąc na owo strzykanie, nie zniechęcić się schodami i samodzielnie spakować sobie walizkę. Ta druga możliwość zachodzi jednak rzadko. W przypadku donosu w ramach kobiecej solidarności, w zasadzie nie ma mowy o powrocie na łono, w związku z czym ślubny wyboru nie ma – bez względu na stan swoich stawów kolanowych, zmuszonym jest na to IV piętro bez windy, na dodatek z nieporządnie spakowaną walizką. Skutkiem tej solidarności nieszczęśliwe są aż trzy postaci z tego dramatu: zdradzona żona, niewierny,  cierpiący męki mąż oraz dawno już znudzona  nim lafirynda. Zatajenie prawdy przez przyjaciółkę sprawiłoby, że albo szczęśliwi byliby wszyscy, albo nieszczęśliwa byłaby tylko jedna osoba – w zależności od decyzji męża – żona lub lafirynda.
Wniosek:  wszystko jest względne.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Kolejna rocznica

I tak już minęło 8 lat. Od śmierci Mamy. W niedzielę. Na cmentarzu było cicho, słonecznie i nostalgicznie. Obawiałam się komarów, ale nie dokuczały. Mogłam podumać w tej snującej się nisko, wśród pomników, atmosferze tęsknoty. Jeszcze w gałęziach drzew świergoczą ptaki, jeszcze nie osypują się z szelestem liście, wciąż na grobach mienią się wszystkimi barwami kwiaty, a maleńkich płomyków lampek nie widać, giną w smugach słonecznych.
A w sercu wciąż czuć ten ból. Zauważyłam, że nikt z nas, żywych, nie chce mówić głośno, co czuje. Ojciec tylko wspomniał, że to dziś, że rocznica, że wie. Powiedziałam: Tak, dzisiaj jest rocznica.
I zmieniłam temat, Pijawka też nie kontynuował, gładko przeszedł do tematów mało ważnych, powszednich.
 Każdy z nas przeżywa na swój sposób, nie mamy zwyczaju dzielić się, przeżywać publicznie. Takie natury…
A ja widzę Ją na każdym kroku, kiedy lepię pierogi, kiedy układam na stole wydzierganą przez nią serwetę, kiedy zaparzam kawę i siadam w fotelu - też. Przypominam sobie chwilę, gdy robiłyśmy to razem. Gawędziłyśmy sobie leniwie, zaśmiewając się z byle czego. Cudowne lata, gdy Mama była. Gdy żyła.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Puszcza Białowieska

Lato się kończy, a ja znowu, jak w poprzednich latach miałam jedynie wczasy w pigułce...My mieliśmy, znaczy ja i Pan Monsz.
Udało się tylko wyskoczyć "tam i z powrotem" do Gdyni, Białowieży, Pułtuska. Ale nic to. I tak było miło. Białowieża, Puszcza Białowieska powitała nas, jak co roku, chłodnym cieniem i wonią przecudną. Tym razem zafundowaliśmy sobie przejażdżkę wynalazkiem miejscowym. Traktor i wagonik, przerobione na pojazd wycieczkowy, kolorowe i zabawne. Wagonik zadaszony, ale otwarty, siedzi się, jak w autobusie - po dwa miejsca na siedzeniu, zmieści się do 20 osób chyba. Właściciel, przewodnik pyrka sobie powolutku uliczkami pobliskich miejscowości, co chwilę zatrzymując się i gawędząc sympatycznie. Może z drogi publicznej za wiele zobaczyć nie można, to prawda, za to dla tych, którzy zdecydowali się na pobyt kilkudniowy, ta wycieczka, to zachęta do pomaszerowania na piechotę, albo przejażdżki rowerem wytyczonymi szlakami, zahaczając o dzikość puszczańską, tajemniczą i sięgającą pradawnych czasów. Kierowca- przewodnik wie, jak zachęcić turystów do zagłębienia się w bór. Opowiada o architekturze, o miejscowym stylu, o uzupełnianiu się i mieszaniu kultur wschodu, o ciekawych miejscach, w których pozostały ślady pogańskich zwyczajów, pozostawiając  po sobie niezrozumiałe zjawiska, podobne do tych, które podobno poczuć można krocząc śladami kultury celtyckiej na Wyspach Brytyjskich. Nie wiem, nie byłam. Wzruszyło mnie, że przewodnik podkreślał w każdym niemal zdaniu konieczność dbałości o środowisko, że miejscowym zależy nie tylko na wyłuskaniu z kieszeni turystów ostatniego grosza, ale na zachowaniu Puszczy dla potomnych. To rzadkość, taka świadomość ekologicznych konieczności i szacunek dla Matki Natury.

 Żałuję, że nie mogliśmy zostać dłużej, mam jednak nadzieję, że w październiku pojadę tam znowu. Nie ma piękniejszego widoku, niż puszcza ubrana w ciepłe barwy jesieni.