piątek, 31 grudnia 2010

Pan Kot

( wspomnienia początków znajomości )

Kilkanaście lat temu, nasze dziecko zapragnęło mieć kota. Były łzy, błagania, etc. Dlaczego akurat – kota? Licho wie! Grunt, że się dziecko zaparło, a akurat zimą kociąt na rynku brak. Bo to nie sezon. Zatem wertowanie ogłoszeń w prasie, o – jest: Oddam młodego kotka przybłędę w dobre ręce”. Daleko, ale nie ma rady – dzwonimy, a potem jedziemy. Śnieżyca, mróz, na drodze szklanka, ale jedziemy. Maleńkie mieszkanko, samotna wdowa, a w każdym kącie kot. Który jest do oddania??? A, ten czarny, lekko pręgowany szarością, na oko jakieś 3 miesiące ma. Pani opowiedziała historię swojego, kolejnego przybytku, od którego tym razem rozbolała ją głowa, bo emerytury nie starczało już dla całej menażerii, poinstruowała, co kotek lubi, dała kawałek gazety, którą się bawił ( żeby zapach swojski był) i – pojechaliśmy. Kocię w koszyku wiklinowym z pokrywą zawodzi okrutnie na tylnym siedzeniu, przemawiam do niego czule, uspokajam, ale nic nie pomaga. Znaczy, że się boi i chce wracać.
Jakoś dojechaliśmy przy tym akompaniamencie. Kociątko wypuszczone w naszym, też niewielkim mieszkaniu, natychmiast odzyskało rezon i dalejże badać nowe lokum! Po ostrożnym obwąchaniu każdego kąta, wskoczyło na mnie i patrzy pytająco: To ja teraz tutaj będę mieszkał? Ano, tutaj, Panie Kocie. Latorośl  chętnie zagarnęłaby już nowego członka rodziny do siebie, ale wytłumaczyłam, że trzeba zwierzakowi pozwolić swobodnie się poruszać, żeby się oswoił. I to był błąd…
Kocię początkowo uciekało przed Panem Monszem, oczywiście kryjąc się w moich, bezpiecznych ramionach. Do dziecięcia też za żadne skarby nie chce. Fakt, dziecię moje narwane trochę jest od urodzenia, chwili spokoju w jego towarzystwie nie uświadczysz! Trudno, czekamy na rozwój wypadków.
Kojec zakupiony specjalnie – be! Spać idziemy do jednego łoża, znaczy ja, Pan Monsz i Pan Kot, przy czym Pan Kot nie proszony. O rany, toż to właściwie trójkąt!!!! Kot, oczywiście z bezpiecznej strony, Pan Monsz wciąż straszny przecież.
Kuweta –cacy! Kot, po włożeniu do niej tego skrawka gazety, natychmiast zaznaczył w niej swoją obecność.

Następnego dnia wczesnym rankiem znalazłam smacznie śpiącego kotka na głowie ślubnego. Rzecz jasna, kot na głowie mężczyźnie raczej nie przeszkadza, w każdym razie Panu Monszowi stanowczo nie szkodził!

Ostatecznie: Pan Monsz został ulubioną kanapą dla Pana Kota, cudownym „czochrakiem” ( bo broda), najukochańszym towarzyszem wszelkich wariactw, jakie tylko mogły przyjść jednemu i drugiemu do łba, a latorośl się śmiertelnie na kota obraziła. I zamknęła w swoim pokoju na wiele lat, wyściubiając nos jedynie do karmienia i łazienki. Przecież to miał być JEGO KOT!
Zaczął się koci terror. Klamki w drzwiach – do wymiany na gałki. Dlaczego? Kot już drugiego dnia pobytu znakomicie sobie radził z otwieraniem wszystkiego, co w domu było do otwarcia, włącznie z kranem w kuchni. Bo Pan Kot uwielbiał siedzieć w zlewie, gdy po grzbiecie spływała mu woda. Nie, ja mu nie pozwalam, to raczej oczywiste, ale Pańcio – i owszem. Odbywało się to tak: Ja za drzwi, kot do zlewu.  A potem wszędzie kłaki. Pańcio do wanny, Pan Kot też w łazience, łapa w wodzie, cała łazienka zalana. Choinkę też trzeba było zakupić sztuczną, żeby nie zalał sąsiadów. Najulubieńszym jednak kocim zajęciem było huśtanie się na górnej krawędzi drzwi do pokoju i pacanie wszystkich przechodzących przez te drzwi po głowie.  Tak, czy owak, nastały trudne czasy. I definitywnie zakończyły się kontakty z niektórymi, zaprzyjaźnionymi wcześniej rodzinami. Pan Kot był nadmiernie przyjacielski, a szczególnie zachwycały go dzieci, im mniejsze, tym bardziej go fascynowały. Na okoliczność wizyt takowych niewiniątek, miał przygotowaną specjalną grę:
Najpierw udawał, że go w ogóle w domu nie ma, dziecko niczego się nie spodziewało i w najlepsze baraszkowało, na przykład na tapczaniku naszej latorośli. W tym czasie Pan Kot przyczajony przeważnie pod obrusem w naszym pokoju, z oczami wielkości spodków, przyjmował pozycję wyjściową i z zabawnym kręceniem kociej dupencji wyskakiwał, jak wystrzelony z procy, wskakiwał na tapczanik i stawał słupka przed oczami małolata, z uniesionymi wysoko, rozcapierzonymi łapkami, po czym równie błyskawicznie ulatniał się z powrotem pod stół.  Żal nam było okrutnie tych wystraszonych śmiertelnie maluszków, które nawet po fakcie nie wiedziały co właściwie się stało, bo  kocia akcja trwała dosłownie sekundę. Kotek był stworzeniem o wyjątkowo przyjaznym usposobieniu, ale równie wielkim zapale do rozmaitych figielków. Dzieci bały się go jednak, w każdym razie niektóre.

Dziwny to był zwierzaczek, ten nasz Pan Kot… nie bał się nikogo, ani niczego. Tyle dzisiaj piszą o przerażonych w Sylwestrowe noce psach i kotach, wiem, że to prawda. Nasza firmowa suczka, zawsze po fajerwerkach przepadała gdzieś na kilka dni, trzeba było przeszukiwać okolicę, a znajdowano ją daleko, nad jeziorem, albo w polu. Latem wystarczy, że niebo zrobi się ciemne, chociaż nawet jeszcze nie słychać wiatru, zwiastującego nadchodzącą burzę, Sunia wpada do pokoju, wciska się pod biurko i trzęsie ze strachu.
Pan Kot wręcz przeciwnie, razem ze mną uwielbiał wisieć w oknie, gdy wokół błyskawice rozdzierały niebo, deszcz lał jak z cebra, a od huku piorunów brzęczały szyby w oknach. Sylwestrowe fajerwerki też stanowiły nie lada atrakcję dla Pana Kota.  Do ostatniego wystrzału tkwił na parapecie, z nosem przylepionym do szyby.

Przypomina mi się też mało zabawna historia z czasu, gdy jeszcze nie było tych gałek zamiast klamek u drzwi. Otóż kocię trafiło do nas w czasie, gdy w wiwarium okociły się japońskie myszki, takie maciupeńkie, białe stworzonka. W sumie było ich akurat 12 sztuk. Wiwarium trzeba czyścić, to jasne. Czyszczenie, jak każde powszechnie lubiane zajęcie, przypadało zawsze mnie, bo zwierzątka wprawdzie kochają wszyscy, tylko nikomu się nie chce nimi zajmować. Bawić się  z nimi, to zupełnie co innego!
Zamknęłam się z myszętami w kuchni, przełożyłam te, żywe broszeczki do starego garnka, pod pokrywką trzymam, a wiwarium właśnie myję. Drzwi zamknięte. Były zamknięte. Już nie są, a kot ściąga pokrywkę z garnka. Mysz, to takie zwierzę, które potrafi skakać. Wyrazu kociego pyszczka opisać nie potrafię, 12 sztuk zabawek w prezencie, to prawdziwa gratka! Próbowałam wyłapać myszki, odpędzając jednocześnie kota, a myszy, ściskane zapewne przeze mnie zbyt mocno, wpijały się ząbkami w palce moich obu rąk, kot wpychał nos w tę miotającą się i piszczącą tłuszczę, skutkiem czego jedna mysz mi uciekła.  Na dodatek gdzieś pod zlewozmywak,  pod którym  w naszym bloku jest dziura do dawnego komina   ( kiedyś były tu węglowe kuchnie). No, to koniec! - myślę sobie. Nie złapię tej myszy…Co to będzie, gdy pójdzie do sąsiadów??? Dokończyłam sprzątanie wiwarium, zabezpieczyłam dobrze pokrywę, opatrzyłam pogryzione palce i poszłam sobie usiąść na fotelu a przy okazji urządzić małą awanturę, że „ja się tam w kuchni wydzieram o pomoc, a tu nikt nie słyszy”, ale ledwie siadłam, a tu Pan Kot na sztywno wyprostowanych łapach,  z dumnie uniesioną głową,  maszeruje niosąc w pyszczku tę maleńką, białą zgubę. Na dodatek żywą!!! I kładzie na środku dywanu. Patrzy tymi zielonymi ślepkami na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Masz, już się nie złość!”

Mysz, niestety, padła dwa dni później, chyba na serce. Trauma, związana z transportem w kocim pysku, spowodowała, że nie chciała wytknąć nosa z domu, czyli z kokosowej skorupy. Trzęsła się tam w środku, a reszta mysiej rodziny próbowała ją pocieszyć. Bezskutecznie…

Na środku tego samego dywanu wylądowała też jakiś czas później ryba, a dokładnie - mrożony filet, skradziony z kuchni. Filet był niemalże większy od kota, wyślizgnął się z pyszczka w obecności gości, którzy musieli w związku z tym obejść się smakiem i spałaszować placki ziemniaczane, bo nic innego nie było w domu. Gałki w drzwiach były doprawdy jedynym, skutecznym rozwiązaniem.

środa, 29 grudnia 2010

Podwójne okno na świat

autor zdjęcia:  J.K. (2010 rok)

Dawniej, kiedy jeszcze nie wynaleziono (przynajmniej u nas, w Polsce) okien podwójnych, a na zimę wstawiało się dodatkowe okno, latem przechowywane np. na strychu, zima miała o wiele więcej uroku. Siarczysty mróz z łatwością przenikał przez te, wątpliwe szczelności i na szybach malował bajkowy świat. Godzinami mogłam sobie oglądać przecudne paprocie, niektóre z biskupimi laskami, jak u nerecznicy samczej, a nad nimi kwiaty i gwiazdki spadające, niczym płatki róż podczas procesji w Święto Bożego Ciała. Byłam w wieku, w którym zwykle czytywało się jeszcze baśnie, „Królową Śniegu” J.Ch. Andersena też. Za oknem rozciągała się ogromnym płaszczem biel śniegu, siatkę ogrodzenia wokół Domeczku pokrywała gruba warstwa szadzi, drzewa stroiły się elegancko - nagą, zimową czerń przyozdabiały jedynie miękkim „boa z polarnych lisów”. Nikt nie sypał soli na drogi, nie tworzyła się ohydna breja na ulicach. Może to tylko pamięć płata mi dzisiaj figle, ale wciąż mam przed oczami zimę z okresu szczenięctwa, nadal czuję ten dreszcz zachwytu nad potęgą i niezwykłą urodą matki natury. Ogarnia mnie przemożna ochota , żeby wychuchać sobie na takiej lodowatej szybie, w starym, nie istniejącym już Domeczku, okrągłe oczko, taką dziurkę od klucza z widokiem na pałac Królowej Śniegu. Chciałabym móc obserwować gile, wielkie niemal tak, jak gołębie, ognistą barwą kamizelki i  głęboką czernią fraczka odcinające się wyraźnie na tle tych białych boa, którymi okryły się drzewa w dziadkowym ogrodzie. Koleżanka moja wczoraj powiedziała, że dzisiaj śnieg już nawet gwiazdek nie tworzy, tylko jakiś taki proszek, czy coś w tym rodzaju. Przyznałam jej rację… a po chwili namysłu dorzuciłam: Wiesz, gwiazdki, chyba wciąż są takie same, jak przed laty, tylko nasz wzrok już nie jest taki sam. Jak przed laty…

A gile gdzieś przepadły, może odeszły w niebyt razem z Domeczkiem? Może ten jeden, widziany przez chwilę wczoraj gil, po raz pierwszy od wielu, wielu lat, przywołał te wspomnienia? A może zima też jest wciąż taka sama, tylko zmienił się mój, nasz, punkt widzenia? Eh, to pewnie tylko brak tej wychuchanej, okrągłej dziurki w zmarzniętym oknie…

niedziela, 19 grudnia 2010

Właściwa pora

Gdy już nic mi nie będzie trzeba
prócz kawałka własnego nieba
w gwarnym tłumie otoczy mnie pustka
gdy nie spojrzy nikt na mnie z lustra
podróż życia zupełnie mnie znuży
z kart cyganka już nic nie wywróży
czy będzie to pora by zatem
chcieć rozstać się już ze światem?

czwartek, 16 grudnia 2010

Uroki dziczy


Praca w dziczy ma swoje uroki. Szczególnie zimą, a już taką, jak ostatnie, to bezdyskusyjnie. Niech mi ktoś powie, czy to nie jest wielka frajda, gdy zerka się w okno, a na gałęzi, w odległości zaledwie kilku metrów siedzi bażant przecudnej urody,  gotowy do fotografii. Na zdjęciu tego nie widać, ale po śniegu spaceruje sobie jego harem - trzy dorodne kury, już nie tak pięknie ubarwione, zaabsorbowane wyskubywaniem ziarna, które specjalnie dla nich rozsypałam wokół karmnika. Karmnik, przeniesiony za okno naszego nowego lokum, natychmiast został przez ptasią menażerię zlokalizowany i wieść rozeszła się po okolicy: Bar otwarty! Kuchnia pracuje pełną parą. Dzisiaj w menu słonecznik i siemie lniane.

czwartek, 2 grudnia 2010