poniedziałek, 29 listopada 2010

Się nie podoba

Nie byłam na wyborach do samorządów. Pierwszy raz od czasu transformacji nie poszłam. I więcej nie pójdę, na żadne, chyba, że zmienią zasady i wprowadzą okręgi jednomandatowe. Nie chcę już oddawać głosu na osobę, którą znam i cenię, a potem patrzeć spokojnie, jak na liście wygranych znajduje się ktoś inny, tylko dlatego, że listy są partyjne, a wchodzą ci z pierwszych miejsc. Dla kandydatów z ostatnich pozycji listy prawie nigdy nie starcza miejsca, choć często mają dużo głosów "za". A przeważnie najmądrzejszych partie lokują na końcu, ciekawe - dlaczego?
Ale co tam wybory...

Zamieć jest taka, że drzwi wejściowych do firmy nijak zamknąć. Szuflował nasz pracownik godzinę, odgarnął, a za 15 minut zaspa znowu półmetrowa się zrobiła. Kataklizm jakiś, czy co? Się mi wcale to nie podoba...

wtorek, 23 listopada 2010

Śmiech to zdrowie

Nie mogę napisać komentarza na stronce Sanowebicz, bo chwilowo pękam ze śmiechu. Ale jak mi przejdzie, na pewno coś napiszę. Chyba, że mi nie przejdzie i pęknę jednak. A wtedy może napisze ktoś inny. Za każdym razem jestem pod wrażeniem ogromu satyrycznej wyobraźni Autora. Powinien wydać książkę.

środa, 17 listopada 2010

Pusty talerz


talerz na świątecznym stole
nie siądziesz przy nim mamo
wiem ale
niech sobie stoi i czeka
ja tak wolę
chociaż wiem na próżno
stawiam ten talerz co roku
wciąż nasłuchuję
twoich kroków
cisza nikt po schodach nie wchodzi
to nic to nic nie szkodzi
wiem że jesteś
obecność twoją
wyraźnie zawsze czuję
myślą tylko jednak
mówię do ciebie
makowiec już tak nie smakuje


Zbliżają się święta, wracają wspomnienia przygotowań, porządków, gonitwy i wielogodzinnego wystawania w kolejkach, po wszystko.  Dzisiaj wydaje się to dziwne, ale jakieś 30 lat wcześniej, trzeba było nie lada wysiłku, by na stole świątecznym znalazły się tradycyjne potrawy. Ja nigdy nie zrobię takiego pasztetu, ani makowca, jakie robiła Mama. Niby we wszystkich, kuchennych produkcjach miałam udział, ale ustalanie proporcji składników i doprawianie to już była domena Mamy. Za to ja robię lepszy sernik. A zamiast makowca serwuję bardzo łatwy placek makowy w stylu retro. Moje makowce zawsze, ale to zawsze mają "kapelusze", czyli odstaje im wierzch. I nie pomaga zawijanie w pergamin, do pieczenia. 


poniedziałek, 15 listopada 2010

Poniedziałek

Czasami wydaje mi się, że finansowanie pracy jasnowidzów meteo jest niecelowe. Straszyli od września, że zima zacznie się już w październiku, mrozy miały być do -30 Celsjuszów, a tu co? A tu drzewo akacjowe stoi całe w zielonych listkach, trawniki osiedlowe są bardziej wiosenne, niż w kwietniu, a wczoraj słońce i temperatura prawie 20stopni, oczywiście na plusie. Widziałam ludzi postrojonych w krótkie spodnie i tiszerty.
Po długim weekendzie nie bardzo się chce brać do pracy... Nawet słońce nie ma ochoty wstać, widocznie wygodnie mu w cieplutkich piernatach, gdzieś za horyzontem. Na nieboskłonie tylko czerwona łuna. Zanosi się na słoneczny, piękny dzień. Po długim okresie słoty, kolejny pogodny dzionek daje nadzieję na dobry humor. Nie mam nic przeciwko. 
 

piątek, 12 listopada 2010

Na nikotynowym odwyku

i znów zabawa w Word...

















Jestem na odwyku. Od palenia. Sąd kapturowy zebrał się w domu i postanowił, że rzucam palenie. Co znaczy, że wszyscy tak postanowili, oprócz mnie. Na razie mogę jeszcze od czasu do czasu zapalić, ale ograniczać muszę do kilku dziennie. To nie jest proste, palić się chce, trzeba szukać absorbującego zajęcia w zamian. Stąd kolejny bohomazik w Word się wziął, Pan Monsz mówi, że wyszła wrona, tyle że w stroju na paradę miłości (?!)

Najgorsze co może spotkać matkę, to dziecko, które ma rację...

środa, 10 listopada 2010

Obrazki

O szyby deszcz dzwoni,deszcz dzwoni jesienny
i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny
dżdżu krople padają i tłuką w me okno
dźwięk szklanny, płacz szklanny, a szyby w mgle mokną (...)
(autor: Leopold Staff)

No, dzisiaj to całkiem, jak w tym wierszu L. Staffa jest: pogoda pod zdechłym Azorkiem, krótko mówiąc... Czekam wczesnym rankiem na rogu, jak zwykle. Ciemności egipskie, ludziska stłoczeni na przystanku autobusowym, przytulone do siebie "zmokłe kury". Jedzie pojazd komunikacji publicznej, autobus  jedzie. Z fasonem, fantazją ułańską niemalże pomyka sobie środkiem miasta. Na moje oko, to chyba z 80km/h musi mieć na liczniku. Jezdnia, przy tej aurze, tonie w kałużach, chodniki podobnie. Ulica jest główna, więc szerokie chodniki ma, sześciometrowe. Mimo to, fontanny wody, wzbijające się spod potężnych kół autobusu, zalewają nie tylko chodniki, ale nawet stojące wzdłuż ulicy budynki. Przy okazji pieszych, zdążających do pracy pieszo i tych, stłoczonych na przystanku, zalewa nie tylko deszcz i błoto zafundowane przez szczodrego kierowcę, ale przede wszystkim - zalewa ich krew.
Miłego dnia, panie szofer! Miłego dnia...

poniedziałek, 8 listopada 2010

Odpowiedź wysłana za morze

Dobrze, że macie ten cmentarz... W pośpiechu powszedniości trudno o atmosferę do dumania, a cmentarze - tam już nie ma powodów, by się spieszyć, tam jest już tylko spokój...

czwartek, 4 listopada 2010

Zaduszki


Gwiezdny pył

Zebrałam w dłonie
niechciane namiętności
i zagubione emocje
ostrożnie włożyłam je
do zamrażalnika
niech ochłoną
z głębi szuflady
w starej komodzie
wyjęłam album wspomnień
i pożółkłą kopertę pełną
zapomnianych uśmiechów
zdmuchnęłam delikatnie
drobinki kurzu
zamknęłam oczy
i wzięłam głęboki oddech
.................................
spojrzałam  w lustro duszy
w bezkresie spojrzenia
znowu pojawił się gwiezdny pył

Co roku, pod koniec października idę sprzątać groby na cmentarzu. Chociaż nie wiem, dlaczego to robię? Ja lubię, gdy na płytach kamiennych lekko i z wdziękiem tańczą opadłe liście. Wirujące nade mną, cicho szeleszczące, w cudnych, ciepłych barwach jesienne liście kojarzą mi się z duchami. Zawsze, gdy posiaduję sobie samotnie w październikowym słońcu, na ławeczce, przy maminym grobie, popadam w takie zamyślenie, pamięć przywołuje obrazy z przeszłości, takie ulotne chwile, zwykle zapomniane. Czuję wtedy, że moi zmarli bliscy mówią do mnie poprzez ten szelest, otaczają mnie i szepczą coś do ucha. Ja słucham. Zamykam oczy i widzę Mamę, która karmi mnie słodkim rogalikiem z miodem - jestem chora, mam anginę, czy coś w tym rodzaju. Nie chcę jeść, gardło boli. Mama mówi, że to takie buziowskoczki, same się zjedzą. Jem, chociaż buziowskoczki zatrzymują się w przełyku, a z oczu płyną mi łzy. Ale - jem, dla Niej... Widzę Babcie, jedną łagodną, wyrozumiałą dla niesfornych wnuków, drugą - pozornie groźną, trochę oschłą, ale - dzisiaj wiem - bardzo kochającą, tylko nie umiejącą tego okazywać bezpośrednio. I Dziadków widzę, nie wiem czemu, ale zwykle drzemiących smacznie po obiedzie. Jakoś tak Ich zapamiętałam. Z mgły wyłaniają się starzy Przyjaciele, Koledzy i Koleżanki ze szkolnej ławy: Halina, Adam...Są też przyjaciele mojego dziecka: Filip, Sebek... I koledzy z pracy też wyglądają zza sąsiedniego pomnika: Pani Ewa, "Marunia", "Panie Tadzieńku", wielu innych - w sumie, w ciągu tych kilkunastu lat pracy tutaj, pochowaliśmy aż dziesięć osób!
Nawet Ciotkę Stachę widzę, chociaż byłam bardzo mała, gdy umarła. Ciotka pojawia się z przepięknym, fajansowym, malowanym w maki nocnikiem. Ten nocnik, to był fascynujący przedmiot. Stał sobie za zasłonką, w kawalerce Cioteczki. Byłam tam tylko raz, w wieku chyba lat 3 albo 4, tylko tyle pamiętam.
1 listopada, na cmentarzu jest gwarno, tłoczno i w ogóle nie ma żadnej atmosfery. Jest tylko feeria świateł i barw, ale nie ma miejsca na wspominanie. Nie dla mnie takie święta... Poza tym, to przecież nie jest dzień zmarłych, nie Zaduszki, tylko Dzień Wszystkich Świętych, czyli wyniesionych na chrześcijańskie piedestały w niebie. A oni mało mnie obchodzą, w przeciwieństwie do tych, którzy byli trochę mniej święci, ale za to prawdziwi, ludzcy. Patrzą na mnie ze starych fotografii. Tęsknię za nimi...