czwartek, 29 lipca 2010

Don Kichoci

Miała tylko 16 lat. Świat z perspektywy tego wieku, wygląda zupełnie inaczej. W każdym razie – wyglądał. Dzisiaj coś się zmieniło, granice poprzesuwały się, ale czy to dobrze? Ona nie wie.
Szesnaście lat to jednak już poważny wiek, nieodpowiedni dla blizn na kolanach i drzazg w tyłku. Dyskusje egzystencjalne, polityczne, literackie, no i muzyczne wypełniały wolny czas.
W tamtych czasach słuchało się Trójki, albo Radio Luxemburg. Chociaż trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, to w minionej epoce nie było płyt CD, nie było MP3, były gramofony Bambino i magnetofony szpulowe. Jak kto miał szczęście, to nawet czterościeżkowy mógł posiadać. Tylko dobrej muzyki kupić nie było można. Były takie studia nagrań, do których się szło i nabywało tzw. pocztówkę dźwiękową, można było na niej nagrać własne życzenia dla kogoś. Ale nagrywano tam również niektóre przeboje, zagraniczne czasami też, z tym, że nie koniecznie te, o których się marzyło. O jakości tychże „płyt”, trudno w ogóle mówić, bo nie dosyć, że trzeszczały niemiłosiernie, to jeszcze miały tendencję do wypaczania się, przeskakiwania w trakcie odtwarzania i innych, niechcianych wcale, atrakcji. Cóż począć? Innych nie było, no, chyba, że ktoś miał ojca dyplomatę, albo wysoko postawionego członka jedynej słusznej partii. Ona – nie miała.
Trójka, w której w tamtych czasach nie rządził (na szczęście!) Niedźwiedź, naprawdę kształtowała muzyczne gusta i wychowywała młodzież skutecznie. Luxemburg władza zagłuszała, nie szczędząc sił i środków, żeby się społeczeństwo nie zbiesiło i nie rozpędziło władzy na cztery wiatry. Trójka, pozornie poprawna światopoglądowo, wsączała w mózgi wiedzę o świecie, flancowała sadzonki możliwości i zdobyczy zza żelaznej kurtyny, przerabiała socjalistyczną, buraczaną pulpę w egzotyczny cukier trzcinowy. I nikt się nie zorientował, włącznie ze słuchaczami, którzy z czasem uświadamiali sobie, że ich potrzeby intelektualne nie dadzą się zaspokoić przy pomocy tandetnych produktów spod zużytej sztampy. Coś musiało być na rzeczy, skoro bunt rodził się w kręgach niepokornych, nie zaś w tych, słuchających „Matysiaków”, albo innej, radiowej sagi „W Jezioranach”. Program 1 i 2 Polskiego Radia wciskał biednym ludziskom kit. Prezentując przez dziesiątki lat losy przeciętnej, miejskiej i wiejskiej rodziny, która klepie biedę, w której życie toczy się równie nudnie i nijako, jak w rodzinach słuchaczy, medium utwierdzało naród w przekonaniu, że taka egzystencja jest NAJNORMALNIEJSZA W ŚWIECIE. Nie walczy się przecież z wiatrakami.
Całe szczęście, że, w swoim czasie, znalazło się w Polsce wystarczająco wielu Don Kichotów. Ona ma znowu nadzieję, że dzisiaj, choć już Trójka nie ta sama, znajdą się nowi, młodzi zapaleńcy, którzy obronią nas przed zakusami prawomyślnej i słusznej, znowu – jedynej słusznej, nie dopuszczą do zamachu na wolność myśli i słowa, nie dadzą rzucić nas na kolana, pod krzyż głupoty i nietolerancji. Nie pozwolą, by chora, zapiekła nienawiść i zawziętość wyżarła nas od środka. Już raz żyliśmy w nawiedzonym kraju, czy czeka nas powtórka z rozrywki?

środa, 28 lipca 2010

archiwa (2007)

Uczucia

Uczuć ostentacyjność
zawsze mnie niepokoi.
Prawdziwe namiętności
nie potrzebują afisza.
One, zwyczajnie - są.
Nie lubią publiczności,
nie oczekują poklasku,
ani pierwszego miejsca
na liście przebojów.
Żywią się ciszą i dotykiem
spokojnie bytują sobie
na maleńkim skrawku
naszej podświadomości.

wtorek, 27 lipca 2010

Apostazja

Wobec, nie dającego się w żaden sposób uzasadnić, postępowania wielu przedstawicieli kościoła katolickiego w naszym, ukochanym kraju, postanowiliśmy się z tegoż kościoła wypisać oficjalnie i ostatecznie. Nie da się ukryć, że – choć wychowani w rodzinach o rodowodzie katolickim – od wielu lat nie czujemy się członkami tegoż. W miarę dorastania, pogłębiało się w nas przekonanie, że nie jest on żadną alternatywą dla komunistycznego światopoglądu. Oczywiste jest, że głęboko wierzącym jest łatwiej żyć. Możliwość zrzucenia odpowiedzialności na tzw. wolę boską, jest zachęcająca. Wprawdzie kłóci się nieco z powtarzaną w kółko regułką rozumu i wolnej woli człowieka. O jakiej wolnej woli można mówić, gdy się stosuje przymus? Już chrzest w niemowlęctwie jest tego dobitnym dowodem, potem komunia, itd. Starożytni, prekursorzy chrześcijaństwa, chrzcili się w wieku w pełni dojrzałego rozumu. Wygląda na to, że dzisiejszy kościół obawia się, że umysły dojrzałe mogą nie zechcieć wcale. A to oznacza utratę kasy, czyli jak zwykle – gdy nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo o co chodzi. Pamiętam doskonale ustępy z Biblii, opowiadające o czasach Jezusa. Nie ma tam ani słowa o budowaniu kościołów, o paradach, o klepaniu pacierzy. Jest za to wiele o życiu we wspólnocie, o miłości dla wszystkich ludzi, bo - podobno – wszyscy jesteśmy dziećmi jednego boga. Ale ta miłość i skromność i wyrażona przez Chrystusa zasada: „nie módlcie się tam, gdzie was widzą, módlcie się tam, gdzie was nie widzą” skończyły się szybciej, niż się pojawiły.
S.J.Lec odnotował dawno temu złotą myśl: „Chciałbym wierzyć w boga, tylko dlaczego tak wielu pośredników?”

I skąd tylu fałszywych proroków, powołujących się na jedyną, słuszną wiarę? Wszystko, co jest „jedyne i słuszne” do śmierci kojarzyć mi się będzie z socjalizmem. Nic na to nie poradzę. A ja chcę mieć swój rozum i wolną wolę naprawdę, a nie tylko na niby.
Nie życzę sobie wygłaszania przez niektórych polityków, że jestem członkiem katolickiego kraju, więc muszę znosić wszystkie, nawet najbardziej bzdurne pomysły i zwyczaje. Pozwolę sobie zauważyć, że ten kraj to także ludzie innych wyznań, że o agnostykach nie wspomnę. Jako tak zwana mniejszość nie mamy jednak żadnych praw, ba! – nie możemy ich mieć. I kropka!
Ja pozostanę sobie tymczasem przy swojej, prywatnej teorii:
„Jeżeli jest jakiś bóg, to z pewnością bardziej cieszą go trele skowronka, który wyśpiewuje pod niebem radość życia, niż bezmyślne, zbiorowe wycie w kościelnych ławach.”

Mnie stwórca potrzebny nie jest. Mam odwagę ponieść odpowiedzialność za swoje, krótkie życie. I nigdy nie powiem tak: „Gdyby w tej katastrofie zginął Tusk, to bym wcale po nim nie płakała!” Ja płakałam po wszystkich bez wyjątku uczestnikach tej nieszczęsnej wycieczki, mimo, że nie wszyscy byli z mojej bajki.

piątek, 23 lipca 2010

Ku pamięci

Pochowaliśmy wczoraj kolegę. Odszedł po zaledwie kilku miesiącach choroby, 15 lipca 2010r. Będziemy o nim pamiętać. Emeryturą cieszył się tylko 2 lata...

środa, 21 lipca 2010

Zaskroniec




zdjęcie pochodzi ze stronki:
zawieszony.wrzuta.pl/.../zaskroniec_zwyczajny

Świat wciąż mnie zadziwia. Dzisiaj, około południa, zza otwartego na oścież okna naszego firmowego pokoju, dobiegł nas niesamowity, ptasi jazgot. Tak, właśnie jazgot, albo raczej – terkot, bo ze śpiewem dźwięk ten nie miał nic wspólnego. A krzyczał wróbelek! Maleńki, na co dzień rozświergotany ptaszek. Po kilku chwilach tego niezwykle hałaśliwego tatatatatania podniosłam się, chcąc sprawdzić, czemu wróblę takie larum podniosło. Ptaszek siedział na furtce, tuż przy otwartym oknie i darł się wniebogłosy, kompletnie nie zważając na moje - też głośne – nawoływanie do uciszenia się. Nie reagował na mój widok za moskitierą wcale, nawet na wymachiwanie ręką. Wtedy, kątem oka dostrzegłam coś jeszcze, jakiś powolny ruch przy samiutkim murze, wzdłuż którego wznosi się w górę kabel od anteny radiowej. Przyjrzawszy się uważnie, ze zdziwieniem przeogromnym skonstatowałam obecność beznogiego żywiątka, z dwiema, jaskrawożółtymi plamami na skroniach. Po kablu wspinał się zaskroniec! Całkiem spory gad, zielonkawo-brunatnej barwy. Wróbel nadal wrzeszczał zapamiętale, siedząc wewnątrz oczka furtkowej siatki, jakieś 20-30cm od skradającej się bezgłośnie gadziny. Oczywiście, pognałam co sił do firmowego fotoamatora, który nigdy nie rozstaje się z aparatem. Moje nawoływania: „Jurek! Łap aparat, zaskroniec za oknem jest! Prędko, bo ucieknie!” postawiły pół firmy na równe nogi. Zbiegło się całe, męskie towarzystwo, wrzeszcząc, żebym się do gada nie zbliżała, bo to na pewno żmija jest. Żmija! Eeeeh… „Żmija”, przerażona zbiegowiskiem, dała nogę. Nie, nie nogę, dała ogon i szszszus… w zielsko wszędobylskie. Zdjęcia nie będzie…

Mimo, że mi żal, bo miałam szczery zamiar dokładnie obejrzeć beznoga, nie mogę przestać myśleć o ogromnym poświęceniu miejscowego ćwirka, który tak zawzięcie bił na alarm, narażając własne życie. W tak maleńkim, zwykle strachliwym, serduszku ni stąd ni zowąd zmieścił się bezmiar odwagi.
Tej zimy będę znowu dokarmiać moją ptasią menażerię.
Absolutnie!

wtorek, 20 lipca 2010

Deszczowa rymowanka (2004)

Chmury kłębią się wysoko,
słonko z rzadka puszcza oko.
Deszczyk pomaleńku siąpie,
wróbel się w kałuży kąpie.

Drzewa, trawki, ziółka, kwiatki
mają czyste listki, płatki.
Ślimak snuje się leniwie,
ja się wcale mu nie dziwię,

bo nie trafia się codziennie,
żeby było tak przyjemnie!
Gdy już zamkną się niebiosa,
w mgnieniu oka zniknie rosa,

w słońcu zieleń wkrótce skona,
zżółknie, niczym siena palona.
Tak bym chciała na bosaka,
w mokrej trawie dziś poskakać!

Gdyby deszczyk spływał ze mnie
dopiero by było przyjemnie!
Uczucia ostudziłby gorące,
zanim znów rozpali je słońce.

Tęsknię za tamtym latem, gdy skwar niemiłosierny przypiekał nasze ciała na piaszczystej plaży. Tęsknię za tamtym słońcem, które nie żłobiło mi jeszcze żadnych zmarszczek, tu i tam. I za tamtą rzeką tęsknię, o wodach wciąż przejrzystych, w których spotykało się nawet raki. Pamiętam noce - duszne, parne, wypełnione ciężkim, wilgotnym powietrzem, gdy wakacyjnie wyluzowani, nago wskakiwaliśmy do wody. I księżyc, który bezwstydnie nas podglądał, na chwilę tylko przestając narcystycznie zachwycać się własnym odbiciem. Słyszę kląskanie kaczek w sitowiu i plusk wyskakującej ryby. I słyszę ciche rozmowy wędkarzy w przybrzeżnych szuwarach. Wciąż czuję delikatne muśnięcia wiatru, gdy dotykał mojej, mokrej i pachnącej wodorostami skóry. Widzę siebie, spacerującą po plaży, zapadającą się w piasek, oblepiający mi stopy i lekko kłujący maleńkimi, pustymi, wapiennymi domkami. I chciałabym raz jeszcze zmoknąć w ulewnym, ciepłym deszczu. A niebo niech rozdzierają błyskawice, a grzmot niech odbija się echem bez końca. Chcę zdjąć z nóg trzewiki i, jak dawniej, brodzić boso w kałużach na miejskim chodniku. Chcę czuć smak deszczowych, spływających mi po twarzy, łez. I chcę raz jeszcze spróbować schwytać tęczę, gdy po burzy otworzą się bramy nieba.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Cudowny wieczór

Spotkanie po dziesiątkach lat, a miałam wrażenie, jakbyśmy rozstali się na chwilę. Gdyby nie to, że tyle się w tzw. międzyczasie wydarzyło… W pizzerii było bardzo hałaśliwie, trochę duszno i mało przytulnie, ale uświadomiłam to sobie dopiero po powrocie do domu. Cały wieczór przegadaliśmy, próbując nadrobić stracone lata. Nie było ani odrobiny dystansu, nawet ociupinki niepewności, czy się uda nawiązać kontakt, czy nie dzieli nas zbyt wiele?
Jeszcze dziś mam ochotę roześmiać się w głos, gdy sobie przypomnę wczorajsze przymiarki do Menu! Dobrze, że wszyscy mieliśmy przy sobie zapasowe oczka. Pięcioro okularników i błysk flesza podświadomości: właściwie nic się nie zmieniło, przybyło nam tylko … dioptrii w okularach.
- A co tam, Panie, słychać w polityce?
- Aaa… właściwie to nie wiem! Za to nareszcie wiem, co słychać u moich Przyjaciół!

Przypomniało mi się, że kiedyś napisał się wierszyczek o odłamkach przeszłości, o kuferku wspomnień, które gromadzimy w czasie podróży przez życie.

Pamiątki i tęsknoty

szklane paciorki obłe kamyczki
zdobne żyłkami kolejnych epok
przez stulecia całowane wiatrem

bursztynowe okruchy pachnące algami
DNA przeszłości
martwe ciała białych koralowców
zaklęte wspomnienie raf południowych

muszelki szumiące wapienne domki
w których nikt już nie mieszka
surrealistyczne graffiti
namalowane na ścianach przez szaleńca

półszlachetne minerały odłamków pamięci


Tak niewiele trzeba, żeby poczuć się krezusem. W moim Sezamie ukryłam całe mnóstwo skarbów, cenniejszych, niż złoto. I wymyśliłam tak skomplikowane hasło, że nie złamie go nawet Czterdziestu Rozbójników.

piątek, 16 lipca 2010



Prawdziwe piękno
zwykle pozostaje
niezauważone...

Dlaczego się nie udało? ( archiwa 2006)

chciałeś ją mieć
całą
taką delikatną i kruchą
chciałeś ją kochać
zawsze
tak namiętnie i czule
chciałeś jej dać
siebie
świat i przestrzeń całą
może to było
za dużo?
a może to było
za mało?

środa, 14 lipca 2010

Żaba













Żabka
Żaba podobno jest płazem,
a z tego wprost wynika,
że wodę lubić powinna,
a ona przed wodą umyka!


Pod krzakiem trzmieliny zamieszkała żaba. Całkiem spora ta żaba. Jak się wykąpie, to nabiera złocistomosiężnej barwy. Krótko mówiąc: ładna jest, albo – ładny, bo płeć nie została ustalona. I w związku bezpośrednim z brakiem możliwości określenia tej płci, cierpię na dylemat: całować, bo a nuż zmieni się w królewicza cud urody? Czy raczej nie całować, bo może zmienić się w królewnę, a wtedy dla mnie raczej to będzie niedościgniona konkurentka?
A, tak w ogóle, to po jaką cholerę mi królewicz??? Mało to facetów dookoła, mało kłopotów?
Sama nie wiem…co tu robić? Na razie podlewam żabę regularnie. Mam przy tym mnóstwo frajdy, bo rytuał jest taki: ja leję wodę z koneweczki, żaba hyc! Spod tej trzmielinki, na chodniczek i siedzi. I ani drgnie. Jak woda troszkę wsiąknie w grunt, żabka siup! I znowu ślad po niej zaginął. Następnego ranka to samo: woda, hyc i siup. I tak codziennie. Kolega miał wielkie pragnienie uwiecznić żabę na zdjęciu. No problem! Koneweczka wody i żaba czeka czyściutka, wykąpana i gotowa do portretowania.

wtorek, 13 lipca 2010

Obrzydliwy budzik

Statek pasażerski płynie po wyjątkowo spokojnych wodach oceanu. Noc rozświetla niebo usiane miriadami gwiazd, pośród których przyczaił się sierpowaty księżyc w nowiu. Miejskie niebo nigdy nie jest tak czarne, ani tak obsypane gwiazdami.
Powolnemu ruchowi pogrążonego we śnie statku towarzyszy cichutki plusk fali za rufą. Na pokładzie cisza, tylko w sterowni słychać ruch nocnej zmiany. Przy lewej burcie kobieca postać. Stoi zamyślona i zapatrzona w noc. Nagie ramiona owiewa chłód morskiej bryzy, wiatr plącze włosy. O czym tak rozmyśla, sama, w środku nocy? Czego wypatruje w tych migocących, jak lampki choinkowe, gwiazdach? Nie wiem…

Ktoś jeszcze wyszedł na pokład. Nie słychać stąpania, kobieta przy burcie nie czuje niczyjej obecności.
Kiedy nagle wypada za burtę, jest tak zdziwiona tym faktem, że nie może się zdobyć nawet na krzyk. Przez chwilę czuje tylko paraliżujący strach, krótki, jak mgnienie oka, przebłysk świadomości otaczającej ją niezmierzonej głębi. Głębi, pełnej niewidocznych, nieznanych, więc przez to tym bardziej przerażających stworów. Oślizgłych i ohydnych.
Dlaczego??? – to, nieme pytanie, też przemyka jej przez, zdrętwiałą ze strachu, myśl. Początkowo rozpaczliwie próbuje utrzymać się na powierzchni, omiata wzrokiem okręt, rozgwieżdżony nieboskłon, tonący w lodowatej czerni morza, ale już po chwili mięśnie miękną, łagodnie poddają się wciągającym ją mackom wody. Zanurza się, znika w odmętach, opada swobodnie coraz niżej i niżej, czując jak niewidoczne ciała dotykają jej mokrej skóry. Czuje oblepiające ją, mokre ubranie, ciężkie i ograniczające swobodę ruchów. W miarę, jak zbliża się do dna, przestaje się bać, przestaje czuć cokolwiek, lęk znika gdzieś, jakby pozostał na powierzchni oceanu, albo wręcz uleciał ku gwiazdom. Ogarnia ją dziwny spokój i bliżej nieokreślona przyjemność, można by powiedzieć, że - radość i szczęście. Jest spokojna, pogodzona ze sobą. Nie ma żalu do tego kogoś, kto jednym, silnym ruchem ręki przerwał jej nocne dumanie i wtrącił w tę piekielną, zimną czeluść.
Jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Już nie musi budzić się kolejnego ranka i żyć. Nic nie musi. Jest wolna.

Ostry dźwięk wytrąca ją z delikatnej równowagi opadania, jak robal, wsysa się w mózg. Ona, miotając się bezładnie w ciemnościach, próbuje go strącić, ale bezskutecznie.
Kiedy jej się to w końcu udaje, za oknem wschodzi blady świt. Słońce zagląda w jej zaspaną twarz, a z oczu spływają dwie, samotne łzy. Więc to był tylko sen?!
Może… gdyby nie nastawiła budzika…

poniedziałek, 5 lipca 2010

Już po...

No, to już po. Pomaszerowaliśmy, postawiliśmy krzyżyk, teraz możemy zacząć narzekać. No, to ja już mogę przystąpić do marudzenia:
1. wcale nie głosowałam "za", tylko "przeciw".
2. Nie liczę, że prawie pełnia władzy cokolwiek zmieni na lepsze. Myślę, że pozostaniemy sobie przy drobnych posunięciach ustawowych, nie tykając śmierdzących spraw, w rodzaju - emerytury mundurowe, KRUS, itp.
3. Będziemy łatać dziurawy budżet znowu kosztem garstki ciężko pracujących Polaków, którzy z paleniem opon nie mają nic wspólnego, bo muszą harować, w przeciwieństwie do związkowców, którzy najwyraźniej nie muszą i mają dużo wolnego czasu.
4. Gdybym była młodsza i nie uwiązana rodzinnie, to bym stąd wyjechała na zawsze, wcale nie chcąc uczestniczyć w kolejnych, beznadziejnych wyborach.
5. Uważam, że człowiek powinien głosować tam, gdzie jest jego życiowe centrum (jak to się ładnie w systemie podatkowym nazywa), to znaczy tam, gdzie naprawdę żyje. Polacy, mieszkający w USA, głosowali "patriotycznie" nie mając bladego pojęcia, co to oznacza dla naszego tu i teraz. Bo zdążyli się już zintegrować z innym społeczeństwem. I mogą sobie z oddali pozwolić na kultywowanie wzniosłych uczuć, bo byt mają zapewniony. My - niekoniecznie...