środa, 27 stycznia 2010

Stołówka



(zdjęcie ze strony Wikipedia)





Karmnik zbudowany przez mojego kolegę jest duży, trochę nawet za duży, bo mieści kilka dorodnych sójek jednocześnie. A maleństwa pierzaste okrutnie się denerwują, gdy te wielkie ptaszydła panoszą się w ich prywatnej stołówce. Nauczyły się już obserwować wczesnym rankiem nasz pokój. Gdy tylko zapalę światło i podniosę rolety – pierwszy zwiad już sadowi się w nagich krzakach jaśminu. I czeka, niecierpliwie przestępując z łapki na łapkę. Nie rozbieram się, tylko biorę wiaderko z karmą i maszeruję na drugą stronę budynku, żeby zasilić jadłodajnię. Jeszcze tylko chwilka niepewności, zabawnego podrygiwania na gałązkach i fruuuu…. Pierwsi goście kosztują świeżych dań. W ciągu kwadransa zlatuje się cała, okoliczna ptasia menażeria. Nawet nie wiedziałam, że tyle ptaszków u nas zimuje! Z odległości około 3 metrów obserwujemy codziennie: liczne stada sikorek bogatek i śmiesznych modraszek, w żydowskich, niebieściuchnych myckach na łebku, wróble wiercipięty, zięby czerwnobrzuszkie, oliwkowe dzwońce, wielkie, napuszone zimą sójki, kwiczoły, że o srokach złodziejkach nie wspomnę. Na śniegu, pod ptasią stołówką dożywiają się rodziny bażancie – dwa samce przyprowadzają swoje kury i zbierają skrzętnie wszystko, co w zamieszaniu wysypuje się z karmnika. A ruch w interesie jest wielki, oj, wielki! Wczoraj naliczyliśmy blisko setkę gości! Od trzech dni mamy nowego, stałego klienta. Właściwie, to chyba raczej klientkę, bo ma czarny dziób: to samiczka kosa. Dziw, nad dziwy… Dwa tygodnie temu na wypas przybyła maleńka, najmniejsza polska sowa –sóweczka. Przysiadła na furtce, kręcąc łebkiem, najwyraźniej zwabiona licznie zgromadzonym, skrzydlatym towarzystwem, można rzec – posiłkiem, bo wszak sowy, to mięsożercy, nie wegetarianie. Stali goście z takim zapamiętaniem konsumowali swoje jarskie menu, że nawet nie zauważyli jej. Niestety, albo – na szczęście – sóweczka wystraszyła się naszych nosów przylepionych do szyby, tuż pod jej dziobem i odleciała do lasu. Dopiero, gdy przefrunęła obok karmnika maleństwa zorientowały się, co było grane i czmychnęły gdzie popadnie. Na moment tylko, bo za kilka minut znowu czupurzyło się toto wokół stołówki. Mimo, że dziennie zasilamy karmnik około kilogramem nasion i orzechów, to awantury i bójki są takie, jakby chodziło o ostatnie ziarenko. Kilka dni temu jeden żarłok-wróbelek przesiedział w karmniku ponad godzinę, opychając się ile wlezie. Potem, napasiony do granic, zdecydował się opuścić bar, ale mu się nie do końca udało. Rozpaczliwie trzepotał skrzydełkami, jednak tylko opadł w śnieżną zaspę. Reszta gości zaśmiewała się do rozpuku, szydziła i najwyraźniej wytykała nadmierne łakomstwo i jego skutki. Chciał nie chciał, wróbelek musiał przesiedzieć jakiś czas pod sosenką, zanim odzyskał zdolność latania. Na szczęście śniegu spadło tyle, że mieszkający po sąsiedzku czarny, spasiony kocur, nie był w stanie przekopać się przez zaspy i wróbel uszedł z życiem.

czwartek, 21 stycznia 2010

śmietnik

Kilkadziesiąt lat socjalizmu odebrało ludziom prawo i poczucie własności, transformacja im je przywróciła, licząc na zdrowy rozsądek społeczny. I tu zaczęły się schody.

Nadmiar wolności, taki nagły, niespodziewany dar młodej demokracji, zamieszał ludziskom w głowach. Zachłysnęli się niektórzy, niemalże aż do utraty tchu. Zakazom i awanturom o byle co nie ma końca. O dzieci z sąsiedniego domu, które chcą bawić się w piaskownicy należącej do innego grona wspólnotowego. O przechodzenie chodnikiem na skróty przez teren należący do innych, świeżo upieczonych właścicieli. O światło latarni, przeszkadzające w ukrywaniu się za firanką i podglądaniu po ciemku sąsiadów. O ławki przed blokiem, które na przemian to znikają, to się pojawiają – w zależności od wyniku głosowania współwłaścicieli. Raz wygrywają ci emeryci, którzy chcą na nich siedzieć i lustrować powracających aktywistów zawodowych, innym razem wygrywają ci, którym przeszkadza przesiadujący na nich kwiat młodzieży, szczególnie w porze nocnej i ze szkłem, najpierw w ręku, a na koniec – wokół ławek. I ta wojna lokalna trwa już od kilku dobrych lat.
Ostatnio dostałam klucz od zarządu naszej wspólnoty mieszkaniowej. Klucz do… śmietnika. Bo, jak skomentowała ten fakt moja latorośl: „śmieci to nie byle co! To cenna rzecz, której nawet na bazarku u Kiepskich nie uświadczysz!!!”
I teraz, w egipskich ciemnościach, wczesnym, zimowym rankiem, próbuję po omacku trafić tym kluczykiem do zamka w drzwiach do śmietnika. Śmietnik obudowano i opancerzono siatką po sam dach. Gorzej, bo nawet gdy się jakoś wreszcie trafi tym kluczem, to przekręcenie go na mrozie wymaga ogromnego wysiłku. To zadanie ponad siły miejscowych staruszków. Ale idea tego pomysłu była szczytna: odciąć dostęp do śmietnika mieszkańcom innych bloków, właścicielom sklepików i obcym pieszym, zwłaszcza młodzieży wędrującej skrótem obok śmietnika w kierunku szkół. I odcięto, skutecznie. Każdego ranka, zmęczona pani sprzątaczka musi teraz sprzątać stosy śmieci pozostawione wokół śmietnikowej twierdzy. Przedtem młodzież wrzucała odpadki, butelki po napojach i papierki po batonach do pojemników, ćwicząc przy tej okazji celność rzutu, a dzisiaj rzuca na drogę, tuż obok zamkniętych drzwi, albo gdzie popadnie.
Kiedyś śpiewali nasi emeryci :”Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz…” dzisiaj śpiewają zapewne: „Niech będzie śmietnik tylko nasz, myśmy właścicielami!”

Sądząc po reportażach TV, Polakom przeszkadza już chyba wszystko: place zabaw dla dzieci, obwodnice, albo ich brak, supermarkety, sąsiedzi, itd. A mnie przeszkadza jedynie świadomość tego faktu.