piątek, 31 grudnia 2010

Pan Kot

( wspomnienia początków znajomości )

Kilkanaście lat temu, nasze dziecko zapragnęło mieć kota. Były łzy, błagania, etc. Dlaczego akurat – kota? Licho wie! Grunt, że się dziecko zaparło, a akurat zimą kociąt na rynku brak. Bo to nie sezon. Zatem wertowanie ogłoszeń w prasie, o – jest: Oddam młodego kotka przybłędę w dobre ręce”. Daleko, ale nie ma rady – dzwonimy, a potem jedziemy. Śnieżyca, mróz, na drodze szklanka, ale jedziemy. Maleńkie mieszkanko, samotna wdowa, a w każdym kącie kot. Który jest do oddania??? A, ten czarny, lekko pręgowany szarością, na oko jakieś 3 miesiące ma. Pani opowiedziała historię swojego, kolejnego przybytku, od którego tym razem rozbolała ją głowa, bo emerytury nie starczało już dla całej menażerii, poinstruowała, co kotek lubi, dała kawałek gazety, którą się bawił ( żeby zapach swojski był) i – pojechaliśmy. Kocię w koszyku wiklinowym z pokrywą zawodzi okrutnie na tylnym siedzeniu, przemawiam do niego czule, uspokajam, ale nic nie pomaga. Znaczy, że się boi i chce wracać.
Jakoś dojechaliśmy przy tym akompaniamencie. Kociątko wypuszczone w naszym, też niewielkim mieszkaniu, natychmiast odzyskało rezon i dalejże badać nowe lokum! Po ostrożnym obwąchaniu każdego kąta, wskoczyło na mnie i patrzy pytająco: To ja teraz tutaj będę mieszkał? Ano, tutaj, Panie Kocie. Latorośl  chętnie zagarnęłaby już nowego członka rodziny do siebie, ale wytłumaczyłam, że trzeba zwierzakowi pozwolić swobodnie się poruszać, żeby się oswoił. I to był błąd…
Kocię początkowo uciekało przed Panem Monszem, oczywiście kryjąc się w moich, bezpiecznych ramionach. Do dziecięcia też za żadne skarby nie chce. Fakt, dziecię moje narwane trochę jest od urodzenia, chwili spokoju w jego towarzystwie nie uświadczysz! Trudno, czekamy na rozwój wypadków.
Kojec zakupiony specjalnie – be! Spać idziemy do jednego łoża, znaczy ja, Pan Monsz i Pan Kot, przy czym Pan Kot nie proszony. O rany, toż to właściwie trójkąt!!!! Kot, oczywiście z bezpiecznej strony, Pan Monsz wciąż straszny przecież.
Kuweta –cacy! Kot, po włożeniu do niej tego skrawka gazety, natychmiast zaznaczył w niej swoją obecność.

Następnego dnia wczesnym rankiem znalazłam smacznie śpiącego kotka na głowie ślubnego. Rzecz jasna, kot na głowie mężczyźnie raczej nie przeszkadza, w każdym razie Panu Monszowi stanowczo nie szkodził!

Ostatecznie: Pan Monsz został ulubioną kanapą dla Pana Kota, cudownym „czochrakiem” ( bo broda), najukochańszym towarzyszem wszelkich wariactw, jakie tylko mogły przyjść jednemu i drugiemu do łba, a latorośl się śmiertelnie na kota obraziła. I zamknęła w swoim pokoju na wiele lat, wyściubiając nos jedynie do karmienia i łazienki. Przecież to miał być JEGO KOT!
Zaczął się koci terror. Klamki w drzwiach – do wymiany na gałki. Dlaczego? Kot już drugiego dnia pobytu znakomicie sobie radził z otwieraniem wszystkiego, co w domu było do otwarcia, włącznie z kranem w kuchni. Bo Pan Kot uwielbiał siedzieć w zlewie, gdy po grzbiecie spływała mu woda. Nie, ja mu nie pozwalam, to raczej oczywiste, ale Pańcio – i owszem. Odbywało się to tak: Ja za drzwi, kot do zlewu.  A potem wszędzie kłaki. Pańcio do wanny, Pan Kot też w łazience, łapa w wodzie, cała łazienka zalana. Choinkę też trzeba było zakupić sztuczną, żeby nie zalał sąsiadów. Najulubieńszym jednak kocim zajęciem było huśtanie się na górnej krawędzi drzwi do pokoju i pacanie wszystkich przechodzących przez te drzwi po głowie.  Tak, czy owak, nastały trudne czasy. I definitywnie zakończyły się kontakty z niektórymi, zaprzyjaźnionymi wcześniej rodzinami. Pan Kot był nadmiernie przyjacielski, a szczególnie zachwycały go dzieci, im mniejsze, tym bardziej go fascynowały. Na okoliczność wizyt takowych niewiniątek, miał przygotowaną specjalną grę:
Najpierw udawał, że go w ogóle w domu nie ma, dziecko niczego się nie spodziewało i w najlepsze baraszkowało, na przykład na tapczaniku naszej latorośli. W tym czasie Pan Kot przyczajony przeważnie pod obrusem w naszym pokoju, z oczami wielkości spodków, przyjmował pozycję wyjściową i z zabawnym kręceniem kociej dupencji wyskakiwał, jak wystrzelony z procy, wskakiwał na tapczanik i stawał słupka przed oczami małolata, z uniesionymi wysoko, rozcapierzonymi łapkami, po czym równie błyskawicznie ulatniał się z powrotem pod stół.  Żal nam było okrutnie tych wystraszonych śmiertelnie maluszków, które nawet po fakcie nie wiedziały co właściwie się stało, bo  kocia akcja trwała dosłownie sekundę. Kotek był stworzeniem o wyjątkowo przyjaznym usposobieniu, ale równie wielkim zapale do rozmaitych figielków. Dzieci bały się go jednak, w każdym razie niektóre.

Dziwny to był zwierzaczek, ten nasz Pan Kot… nie bał się nikogo, ani niczego. Tyle dzisiaj piszą o przerażonych w Sylwestrowe noce psach i kotach, wiem, że to prawda. Nasza firmowa suczka, zawsze po fajerwerkach przepadała gdzieś na kilka dni, trzeba było przeszukiwać okolicę, a znajdowano ją daleko, nad jeziorem, albo w polu. Latem wystarczy, że niebo zrobi się ciemne, chociaż nawet jeszcze nie słychać wiatru, zwiastującego nadchodzącą burzę, Sunia wpada do pokoju, wciska się pod biurko i trzęsie ze strachu.
Pan Kot wręcz przeciwnie, razem ze mną uwielbiał wisieć w oknie, gdy wokół błyskawice rozdzierały niebo, deszcz lał jak z cebra, a od huku piorunów brzęczały szyby w oknach. Sylwestrowe fajerwerki też stanowiły nie lada atrakcję dla Pana Kota.  Do ostatniego wystrzału tkwił na parapecie, z nosem przylepionym do szyby.

Przypomina mi się też mało zabawna historia z czasu, gdy jeszcze nie było tych gałek zamiast klamek u drzwi. Otóż kocię trafiło do nas w czasie, gdy w wiwarium okociły się japońskie myszki, takie maciupeńkie, białe stworzonka. W sumie było ich akurat 12 sztuk. Wiwarium trzeba czyścić, to jasne. Czyszczenie, jak każde powszechnie lubiane zajęcie, przypadało zawsze mnie, bo zwierzątka wprawdzie kochają wszyscy, tylko nikomu się nie chce nimi zajmować. Bawić się  z nimi, to zupełnie co innego!
Zamknęłam się z myszętami w kuchni, przełożyłam te, żywe broszeczki do starego garnka, pod pokrywką trzymam, a wiwarium właśnie myję. Drzwi zamknięte. Były zamknięte. Już nie są, a kot ściąga pokrywkę z garnka. Mysz, to takie zwierzę, które potrafi skakać. Wyrazu kociego pyszczka opisać nie potrafię, 12 sztuk zabawek w prezencie, to prawdziwa gratka! Próbowałam wyłapać myszki, odpędzając jednocześnie kota, a myszy, ściskane zapewne przeze mnie zbyt mocno, wpijały się ząbkami w palce moich obu rąk, kot wpychał nos w tę miotającą się i piszczącą tłuszczę, skutkiem czego jedna mysz mi uciekła.  Na dodatek gdzieś pod zlewozmywak,  pod którym  w naszym bloku jest dziura do dawnego komina   ( kiedyś były tu węglowe kuchnie). No, to koniec! - myślę sobie. Nie złapię tej myszy…Co to będzie, gdy pójdzie do sąsiadów??? Dokończyłam sprzątanie wiwarium, zabezpieczyłam dobrze pokrywę, opatrzyłam pogryzione palce i poszłam sobie usiąść na fotelu a przy okazji urządzić małą awanturę, że „ja się tam w kuchni wydzieram o pomoc, a tu nikt nie słyszy”, ale ledwie siadłam, a tu Pan Kot na sztywno wyprostowanych łapach,  z dumnie uniesioną głową,  maszeruje niosąc w pyszczku tę maleńką, białą zgubę. Na dodatek żywą!!! I kładzie na środku dywanu. Patrzy tymi zielonymi ślepkami na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Masz, już się nie złość!”

Mysz, niestety, padła dwa dni później, chyba na serce. Trauma, związana z transportem w kocim pysku, spowodowała, że nie chciała wytknąć nosa z domu, czyli z kokosowej skorupy. Trzęsła się tam w środku, a reszta mysiej rodziny próbowała ją pocieszyć. Bezskutecznie…

Na środku tego samego dywanu wylądowała też jakiś czas później ryba, a dokładnie - mrożony filet, skradziony z kuchni. Filet był niemalże większy od kota, wyślizgnął się z pyszczka w obecności gości, którzy musieli w związku z tym obejść się smakiem i spałaszować placki ziemniaczane, bo nic innego nie było w domu. Gałki w drzwiach były doprawdy jedynym, skutecznym rozwiązaniem.

środa, 29 grudnia 2010

Podwójne okno na świat

autor zdjęcia:  J.K. (2010 rok)

Dawniej, kiedy jeszcze nie wynaleziono (przynajmniej u nas, w Polsce) okien podwójnych, a na zimę wstawiało się dodatkowe okno, latem przechowywane np. na strychu, zima miała o wiele więcej uroku. Siarczysty mróz z łatwością przenikał przez te, wątpliwe szczelności i na szybach malował bajkowy świat. Godzinami mogłam sobie oglądać przecudne paprocie, niektóre z biskupimi laskami, jak u nerecznicy samczej, a nad nimi kwiaty i gwiazdki spadające, niczym płatki róż podczas procesji w Święto Bożego Ciała. Byłam w wieku, w którym zwykle czytywało się jeszcze baśnie, „Królową Śniegu” J.Ch. Andersena też. Za oknem rozciągała się ogromnym płaszczem biel śniegu, siatkę ogrodzenia wokół Domeczku pokrywała gruba warstwa szadzi, drzewa stroiły się elegancko - nagą, zimową czerń przyozdabiały jedynie miękkim „boa z polarnych lisów”. Nikt nie sypał soli na drogi, nie tworzyła się ohydna breja na ulicach. Może to tylko pamięć płata mi dzisiaj figle, ale wciąż mam przed oczami zimę z okresu szczenięctwa, nadal czuję ten dreszcz zachwytu nad potęgą i niezwykłą urodą matki natury. Ogarnia mnie przemożna ochota , żeby wychuchać sobie na takiej lodowatej szybie, w starym, nie istniejącym już Domeczku, okrągłe oczko, taką dziurkę od klucza z widokiem na pałac Królowej Śniegu. Chciałabym móc obserwować gile, wielkie niemal tak, jak gołębie, ognistą barwą kamizelki i  głęboką czernią fraczka odcinające się wyraźnie na tle tych białych boa, którymi okryły się drzewa w dziadkowym ogrodzie. Koleżanka moja wczoraj powiedziała, że dzisiaj śnieg już nawet gwiazdek nie tworzy, tylko jakiś taki proszek, czy coś w tym rodzaju. Przyznałam jej rację… a po chwili namysłu dorzuciłam: Wiesz, gwiazdki, chyba wciąż są takie same, jak przed laty, tylko nasz wzrok już nie jest taki sam. Jak przed laty…

A gile gdzieś przepadły, może odeszły w niebyt razem z Domeczkiem? Może ten jeden, widziany przez chwilę wczoraj gil, po raz pierwszy od wielu, wielu lat, przywołał te wspomnienia? A może zima też jest wciąż taka sama, tylko zmienił się mój, nasz, punkt widzenia? Eh, to pewnie tylko brak tej wychuchanej, okrągłej dziurki w zmarzniętym oknie…

niedziela, 19 grudnia 2010

Właściwa pora

Gdy już nic mi nie będzie trzeba
prócz kawałka własnego nieba
w gwarnym tłumie otoczy mnie pustka
gdy nie spojrzy nikt na mnie z lustra
podróż życia zupełnie mnie znuży
z kart cyganka już nic nie wywróży
czy będzie to pora by zatem
chcieć rozstać się już ze światem?

czwartek, 16 grudnia 2010

Uroki dziczy


Praca w dziczy ma swoje uroki. Szczególnie zimą, a już taką, jak ostatnie, to bezdyskusyjnie. Niech mi ktoś powie, czy to nie jest wielka frajda, gdy zerka się w okno, a na gałęzi, w odległości zaledwie kilku metrów siedzi bażant przecudnej urody,  gotowy do fotografii. Na zdjęciu tego nie widać, ale po śniegu spaceruje sobie jego harem - trzy dorodne kury, już nie tak pięknie ubarwione, zaabsorbowane wyskubywaniem ziarna, które specjalnie dla nich rozsypałam wokół karmnika. Karmnik, przeniesiony za okno naszego nowego lokum, natychmiast został przez ptasią menażerię zlokalizowany i wieść rozeszła się po okolicy: Bar otwarty! Kuchnia pracuje pełną parą. Dzisiaj w menu słonecznik i siemie lniane.

czwartek, 2 grudnia 2010

poniedziałek, 29 listopada 2010

Się nie podoba

Nie byłam na wyborach do samorządów. Pierwszy raz od czasu transformacji nie poszłam. I więcej nie pójdę, na żadne, chyba, że zmienią zasady i wprowadzą okręgi jednomandatowe. Nie chcę już oddawać głosu na osobę, którą znam i cenię, a potem patrzeć spokojnie, jak na liście wygranych znajduje się ktoś inny, tylko dlatego, że listy są partyjne, a wchodzą ci z pierwszych miejsc. Dla kandydatów z ostatnich pozycji listy prawie nigdy nie starcza miejsca, choć często mają dużo głosów "za". A przeważnie najmądrzejszych partie lokują na końcu, ciekawe - dlaczego?
Ale co tam wybory...

Zamieć jest taka, że drzwi wejściowych do firmy nijak zamknąć. Szuflował nasz pracownik godzinę, odgarnął, a za 15 minut zaspa znowu półmetrowa się zrobiła. Kataklizm jakiś, czy co? Się mi wcale to nie podoba...

wtorek, 23 listopada 2010

Śmiech to zdrowie

Nie mogę napisać komentarza na stronce Sanowebicz, bo chwilowo pękam ze śmiechu. Ale jak mi przejdzie, na pewno coś napiszę. Chyba, że mi nie przejdzie i pęknę jednak. A wtedy może napisze ktoś inny. Za każdym razem jestem pod wrażeniem ogromu satyrycznej wyobraźni Autora. Powinien wydać książkę.

środa, 17 listopada 2010

Pusty talerz


talerz na świątecznym stole
nie siądziesz przy nim mamo
wiem ale
niech sobie stoi i czeka
ja tak wolę
chociaż wiem na próżno
stawiam ten talerz co roku
wciąż nasłuchuję
twoich kroków
cisza nikt po schodach nie wchodzi
to nic to nic nie szkodzi
wiem że jesteś
obecność twoją
wyraźnie zawsze czuję
myślą tylko jednak
mówię do ciebie
makowiec już tak nie smakuje


Zbliżają się święta, wracają wspomnienia przygotowań, porządków, gonitwy i wielogodzinnego wystawania w kolejkach, po wszystko.  Dzisiaj wydaje się to dziwne, ale jakieś 30 lat wcześniej, trzeba było nie lada wysiłku, by na stole świątecznym znalazły się tradycyjne potrawy. Ja nigdy nie zrobię takiego pasztetu, ani makowca, jakie robiła Mama. Niby we wszystkich, kuchennych produkcjach miałam udział, ale ustalanie proporcji składników i doprawianie to już była domena Mamy. Za to ja robię lepszy sernik. A zamiast makowca serwuję bardzo łatwy placek makowy w stylu retro. Moje makowce zawsze, ale to zawsze mają "kapelusze", czyli odstaje im wierzch. I nie pomaga zawijanie w pergamin, do pieczenia. 


poniedziałek, 15 listopada 2010

Poniedziałek

Czasami wydaje mi się, że finansowanie pracy jasnowidzów meteo jest niecelowe. Straszyli od września, że zima zacznie się już w październiku, mrozy miały być do -30 Celsjuszów, a tu co? A tu drzewo akacjowe stoi całe w zielonych listkach, trawniki osiedlowe są bardziej wiosenne, niż w kwietniu, a wczoraj słońce i temperatura prawie 20stopni, oczywiście na plusie. Widziałam ludzi postrojonych w krótkie spodnie i tiszerty.
Po długim weekendzie nie bardzo się chce brać do pracy... Nawet słońce nie ma ochoty wstać, widocznie wygodnie mu w cieplutkich piernatach, gdzieś za horyzontem. Na nieboskłonie tylko czerwona łuna. Zanosi się na słoneczny, piękny dzień. Po długim okresie słoty, kolejny pogodny dzionek daje nadzieję na dobry humor. Nie mam nic przeciwko. 
 

piątek, 12 listopada 2010

Na nikotynowym odwyku

i znów zabawa w Word...

















Jestem na odwyku. Od palenia. Sąd kapturowy zebrał się w domu i postanowił, że rzucam palenie. Co znaczy, że wszyscy tak postanowili, oprócz mnie. Na razie mogę jeszcze od czasu do czasu zapalić, ale ograniczać muszę do kilku dziennie. To nie jest proste, palić się chce, trzeba szukać absorbującego zajęcia w zamian. Stąd kolejny bohomazik w Word się wziął, Pan Monsz mówi, że wyszła wrona, tyle że w stroju na paradę miłości (?!)

Najgorsze co może spotkać matkę, to dziecko, które ma rację...

środa, 10 listopada 2010

Obrazki

O szyby deszcz dzwoni,deszcz dzwoni jesienny
i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny
dżdżu krople padają i tłuką w me okno
dźwięk szklanny, płacz szklanny, a szyby w mgle mokną (...)
(autor: Leopold Staff)

No, dzisiaj to całkiem, jak w tym wierszu L. Staffa jest: pogoda pod zdechłym Azorkiem, krótko mówiąc... Czekam wczesnym rankiem na rogu, jak zwykle. Ciemności egipskie, ludziska stłoczeni na przystanku autobusowym, przytulone do siebie "zmokłe kury". Jedzie pojazd komunikacji publicznej, autobus  jedzie. Z fasonem, fantazją ułańską niemalże pomyka sobie środkiem miasta. Na moje oko, to chyba z 80km/h musi mieć na liczniku. Jezdnia, przy tej aurze, tonie w kałużach, chodniki podobnie. Ulica jest główna, więc szerokie chodniki ma, sześciometrowe. Mimo to, fontanny wody, wzbijające się spod potężnych kół autobusu, zalewają nie tylko chodniki, ale nawet stojące wzdłuż ulicy budynki. Przy okazji pieszych, zdążających do pracy pieszo i tych, stłoczonych na przystanku, zalewa nie tylko deszcz i błoto zafundowane przez szczodrego kierowcę, ale przede wszystkim - zalewa ich krew.
Miłego dnia, panie szofer! Miłego dnia...

poniedziałek, 8 listopada 2010

Odpowiedź wysłana za morze

Dobrze, że macie ten cmentarz... W pośpiechu powszedniości trudno o atmosferę do dumania, a cmentarze - tam już nie ma powodów, by się spieszyć, tam jest już tylko spokój...

czwartek, 4 listopada 2010

Zaduszki


Gwiezdny pył

Zebrałam w dłonie
niechciane namiętności
i zagubione emocje
ostrożnie włożyłam je
do zamrażalnika
niech ochłoną
z głębi szuflady
w starej komodzie
wyjęłam album wspomnień
i pożółkłą kopertę pełną
zapomnianych uśmiechów
zdmuchnęłam delikatnie
drobinki kurzu
zamknęłam oczy
i wzięłam głęboki oddech
.................................
spojrzałam  w lustro duszy
w bezkresie spojrzenia
znowu pojawił się gwiezdny pył

Co roku, pod koniec października idę sprzątać groby na cmentarzu. Chociaż nie wiem, dlaczego to robię? Ja lubię, gdy na płytach kamiennych lekko i z wdziękiem tańczą opadłe liście. Wirujące nade mną, cicho szeleszczące, w cudnych, ciepłych barwach jesienne liście kojarzą mi się z duchami. Zawsze, gdy posiaduję sobie samotnie w październikowym słońcu, na ławeczce, przy maminym grobie, popadam w takie zamyślenie, pamięć przywołuje obrazy z przeszłości, takie ulotne chwile, zwykle zapomniane. Czuję wtedy, że moi zmarli bliscy mówią do mnie poprzez ten szelest, otaczają mnie i szepczą coś do ucha. Ja słucham. Zamykam oczy i widzę Mamę, która karmi mnie słodkim rogalikiem z miodem - jestem chora, mam anginę, czy coś w tym rodzaju. Nie chcę jeść, gardło boli. Mama mówi, że to takie buziowskoczki, same się zjedzą. Jem, chociaż buziowskoczki zatrzymują się w przełyku, a z oczu płyną mi łzy. Ale - jem, dla Niej... Widzę Babcie, jedną łagodną, wyrozumiałą dla niesfornych wnuków, drugą - pozornie groźną, trochę oschłą, ale - dzisiaj wiem - bardzo kochającą, tylko nie umiejącą tego okazywać bezpośrednio. I Dziadków widzę, nie wiem czemu, ale zwykle drzemiących smacznie po obiedzie. Jakoś tak Ich zapamiętałam. Z mgły wyłaniają się starzy Przyjaciele, Koledzy i Koleżanki ze szkolnej ławy: Halina, Adam...Są też przyjaciele mojego dziecka: Filip, Sebek... I koledzy z pracy też wyglądają zza sąsiedniego pomnika: Pani Ewa, "Marunia", "Panie Tadzieńku", wielu innych - w sumie, w ciągu tych kilkunastu lat pracy tutaj, pochowaliśmy aż dziesięć osób!
Nawet Ciotkę Stachę widzę, chociaż byłam bardzo mała, gdy umarła. Ciotka pojawia się z przepięknym, fajansowym, malowanym w maki nocnikiem. Ten nocnik, to był fascynujący przedmiot. Stał sobie za zasłonką, w kawalerce Cioteczki. Byłam tam tylko raz, w wieku chyba lat 3 albo 4, tylko tyle pamiętam.
1 listopada, na cmentarzu jest gwarno, tłoczno i w ogóle nie ma żadnej atmosfery. Jest tylko feeria świateł i barw, ale nie ma miejsca na wspominanie. Nie dla mnie takie święta... Poza tym, to przecież nie jest dzień zmarłych, nie Zaduszki, tylko Dzień Wszystkich Świętych, czyli wyniesionych na chrześcijańskie piedestały w niebie. A oni mało mnie obchodzą, w przeciwieństwie do tych, którzy byli trochę mniej święci, ale za to prawdziwi, ludzcy. Patrzą na mnie ze starych fotografii. Tęsknię za nimi...

środa, 27 października 2010

Popęd do władzy

Przeczytałam informację w Necie, że w przyszłym roku będziemy płacić o około 20% więcej za energię elektryczną. I, że przeciętne gospodarstwo płaci za prąd około 1200zł rocznie. Ja płacę teraz około 2200zł. A moje gospodarstwo domowe to zaledwie 45m2. Mam w tym „gospodarstwie” same energooszczędne  urządzenia, od pralki, poprzez termę,  lodówkę, na żarówkach kończąc. Oczywiście, można nie prać odzieży, tylko chodzić przez cały tydzień w jednych majtkach, koszulce, no i całej reszcie. Można zaśmiardnąć się nie myjąc się codziennie. Tylko już teraz mamy w szkołach wszawicę, o której niemalże zapomnieliśmy. Najwyraźniej, wielu rodziców już dziś musi oszczędzać… Ze wszystkich mediów najłatwiej – moim zdaniem – zrezygnować z TV. Tam i tak są jedynie awantury partyjne, mydlane opery i głupie konkursy.  Nie żal wcale.
Jednak w obliczu już widocznych i planowanych dopiero podwyżek cen żywności, energii, paliw, etc, itd. dom opieki, w którym jest mój ojciec, podniósł nam opłatę miesięczną o 400zł, już teraz. Ja nawet rozumiem dom opieki, przecież wykwalifikowany personel też chce podwyżki płac, gdy mu rosną koszty, a gdy wydatki na utrzymanie pacjenta też rosną, to spadają zyski właścicieli. To dosyć oczywiste. Tylko ja poproszę stosowne zaświadczenie, bo mnie te nowe koszty zmniejszą moje dochody o co najmniej 40%, tak wynika z moich obliczeń. Bo jest jeszcze osławiona niechlubnie służba zdrowia, która bez stosownego „załącznika” nie kiwnie palcem w okolicy niepełnosprawnego pacjenta.
To co ja mam teraz zrobić? Pójść do Szefa i zażądać podwyżki? Czemu tylko nas, zwykłych zjadaczy chleba ma dotknąć  kryzys finansowy? Firma, gdy będzie musiała wydać na działalność więcej, a wie doskonale, że więcej nie zarobi, bo ludzie będą biedniejsi, też nie podniesie mi płacy! Tak, wiem, wiem, można przecież poszukać dodatkowego zajęcia – powie jakiś mędrek. Tylko kiedy mam znaleźć czas na to dodatkowe? Praca na jednym etacie zajmuje mi ni mniej ni więcej, tylko dokładnie pół doby. Spać muszę przynajmniej 6 godzin   (choć powinnam 8, dla zdrowotności), zostaje na wszystko inne kolejne 6h, a jest jeszcze dom na głowie! Zakupy, przygotowanie posiłków, pranie, prasowanie, sprzątanie, o odpoczynku i tak większość z nas już nawet nie marzy.
A taki, na przykład, poseł Kurski, zarabiając 70 tysięcy zł miesięcznie ma ochronę BOR-u za darmo. Nie, dokładnie odwrotnie – nie za darmo, bo na koszt podatników. Czyli mój, między innymi.
I tak zostaje mi tylko: płacz i płać… Trzeba było zostać posłanką, albo ministerką. Szkoda, że nie mam predyspozycji i wystarczającego popędu, do władzy.

środa, 20 października 2010

When I close my eyes

Dzień wstał, ale wciąż jeszcze jest zaspany. Gęsta mgła spowija jesienny, wilgotny ranek. Starczyło kilka wietrznych i chłodnych nocy, a już drzewa stoją, trzęsąc się, nagie, lub prawie nagie w tej, zimnej łaźni. Kto miał odlecieć, już to zrobił, a kto nie lubi corocznych przeprowadzek - szykuje się do przetrwania  trudnych miesięcy. Znawcy pogody ostrzegają przed długą i mroźną zimą. Zobaczymy, ale na taką się zanosi.

Martwię się, jak przetrwają moi mali, skrzydlaci podopieczni. W nowym lokum nie będzie warunków do dokarmiania.

Za plecami słyszę, jak politycy wyciszają emocje. Od tego wyciszania już mi gorzej. Czemu Polacy nie potrafią wyzbyć się rozkoszy nienawiści, nie są zdolni do merytorycznej, twórczej dyskusji? Nie wiem. Mogę sobie tylko pomarzyć i wyobrazić, że przedstawiciele różnych partii pojawiają się w mediach z wypchanymi teczkami. Teczkami, pełnymi pomysłów na rozkwit tej, tak podobno przez nich ukochanej Ojczyzny. Zamykam oczy i słyszę, jak próbują przekonać słuchaczy i swoich interlokutorów do swoich racji. I słyszę, jak dyskutanci grzecznie i merytorycznie wypunktowują słabe elementy propozycji, sugerując jednocześnie własne,  lepsze rozwiązanie problemu. I widzę, oczami wyobraźni, siebie samą, jak idę do urn i oddaję głos na tych, którzy - moim zdaniem - mają lepszą wizję dobrobytu naszego narodu. Nie wybieram już mniejszego zła, nie głosuję "przeciw", pozornie oddając głos "za", tylko stawiam krzyżyk świadomie, z przekonaniem, że wybieram najlepiej.

Cóż...otwieram oczy.Za plecami nadal słyszę chore i zużyte dawno obelgi pod adresem oponentów.

To może odnotuję sobie jeszcze coś z ulubionego M.Załuckiego:

"Ludzkość to ja"

Z miłym uczuciem wstaję co dnia,
w sercu pogoda,
ruchy żwawsze...
Pomyśleć - to przecież ja!
Cząsteczka, ale zawsze.
Pomyśleć:
wszyscy toczą dziś boje
o Dobro Ludzkości,
to znaczy - moje!
O szczęście Ludzkości,
to znaczy - moje!
Doprawdy - jeden czart wie,
czym ja się jeszcze martwię...


Tysiące zagranicznych gości -
politycy
mędrcy
i burżuje -
wciąż maja usta pełne Ludzkości!
(Ciekawe, jak ja im smakuję -
bez przypraw,
bez konfiturki
i nie obrany ze skórki?)
(...)

Wystarczy cytatu. Nic dodać, nic ująć. Aż trudno uwierzyć, że ta satyra jest z 1961 roku...

wtorek, 19 października 2010

W rynsztoku

Walka polityczna w naszym kraju sięgnęła już dna rynsztoka. Ohyda…
Prezes wypowiada się jak zwykle, w duchu „nikt nas nie przekona, ze białe jest białe, a czarne jest czarne”. Odpowiedzialni są, rzecz jasna, przeciwnicy polityczni, czyli PO. No, bez winy nie są, fakt. Też uprawiają polityczne poletko metodą podgryzania korzonków, tyle, że – w przeciwieństwie do PiS – robią to w białych rękawiczkach. I udają świętoszków. Natomiast Prezes od lat sieje w każdym zakątku kraju nienawiść. Nie pochwalam terroryzmu, ale powiedziałam jakiś czas temu, że to się źle skończy. Nie można bezkarnie dzielić społeczeństwa według własnej miary. Nietolerancja mści się zawsze, choć czasem z opóźnieniem. Jeżeli ktoś próbuje wmówić społeczeństwu, że wybrało prezydenta przez pomyłkę, nie uznaje demokratycznych zasad, mówi, że połowa obywateli stoi tam, gdzie ZOMO, odmawia zasług wszystkim, którzy śmią nie zgadzać się ze zdaniem jego partii, to musi doprowadzić do eskalacji negatywnych emocji. Ludzie w naszym kraju zaczynają sobie skakać do oczu już nawet we własnych domach i – według mnie – to też zasługa prezesa. Tylko prezes nie jest zdolny do samokrytyki, a krytyki, nawet tej konstruktywnej, też nie toleruje, czego dał wyraźne dowody, odtrącając wiernych, ale nie bezkrytycznych towarzyszy.

Pisałam tuż po katastrofie w Smoleńsku, o słowach mojej znajomej - zwolenniczki PiS, a ostatnio, z okazji manifestacji PiS 10 października, pod Pałacem Prezydenckim, wszyscy mieliśmy okazję słyszeć okrzyki manifestujących, wyrażające nadzieję, że samolot z Panią Prezydentową może jednak spadnie.

Każda wypowiedź prezesa od lat podnosi mi ciśnienie, ale nigdy nie życzyłam mu niczego złego. Napastnik w Łodzi najwyraźniej nie zdzierżył już.
Teraz słucham znowu wystąpienia prezesa, muszę powiedzieć, że rzeczywiście – lepiej zamknąć telewizor. Szkoda tylko, że zamiast mordować niewinnych ludzi, starszy pan w Łodzi nie próbował przekonać członków PiS, że pora, najwyższa pora, zmienić prezesa. Gdy w firmie źle się dzieje, to się nie strzela do jej pracowników, tylko zmienia zarząd.

poniedziałek, 11 października 2010

Once upon a time

Dawno, dawno temu książęta i królowie zaręczali się „w ciemno”. Wybrankę obejrzeć mogli na portrecie tylko, a portrety, jak to portrety, malowane były przecież na zamówienie rodziców, którzy gotowi byli zrobić wszystko, byle doszło do koligacji z potężnym rodem.

I tak to przyszły mąż u stóp ołtarza zdejmował z twarzy przyszłej żony woal i – jak mniemam – jeśli padał z wrażenia, to raczej nie z zachwytu nad objawiającą mu się pięknością. Pocieszać się musiał potem biedaczek, aczkolwiek zapewne niechętnie, w łożach zawodowych kurtyzan, tudzież innych, przypadkowych nałożnic. Przysięgę małżeńską łamiąc przy każdej, takiej okazji, co z absolutną pewnością spędzać musiało mu sen z powiek, bo na potępienie wieczne skazywał duszę swoją, jak nic!
Dzisiaj kota w worku nikt już chyba nie kupuje, przynajmniej, gdy chodzi o związki damsko-męskie. Za to starożytny obyczaj przeniósł się był na politykę.
Otwierasz TV, a tu z ekranu wdzięczy się do ciebie polityk, patriota i tradycjonalista w jednej osobie. Wymuskany, wygładzony, z przylepionym uśmiechem nr 8, pochylający się nad ciężkim losem obywatela, czyli - twoim, rozpływający się w uprzejmościach, a czasem zdaje się, że już już, a z tegoż ekranu wychynie nagle obśliniona gębusia i cmoknie cię w dłoń. Prawą dłoń, o ile jesteś praworęczny. Zawsze jednak w tę, którą stawiasz krzyżyk na karcie wyborczej. I patrzysz tak na tę gębusię, na ten zwis męski elegancki w paski, co dobrany wyjątkowo do garnituru jest. I myślisz sobie: Ładny taki ten kandydat, uprzejmy, grzeczny, mądrości z ust jego się sypią, niczym suchy groch. Albo raczej, niczym ten pieniądz, co to polityk ci do kieszeni pustych sypać będzie. Aż ci ta mamona dźwięczy w uszach. A odgłos to przemiły jest, uwodzicielski taki, o cnocie zapominasz i bez względu na płeć pędzisz oto, do urn pędzisz, by głos swój oddać na to bożyszcze, na tego zbawcę narodu, na tego Midasa, co różdżką swoją czarodziejską gnój ci nawet w złoto zamieni.
I stawiasz ten krzyżyk i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku układasz się spokojnie do snu. I śnisz…o górach złota w twoim portfelu, o drogach, na których nie urywa się zawieszenie od starego Fiata, o służbie zdrowia, co to z otwartymi ramionami wita cię od progu, o pracy, w której nie musisz nocować i nareszcie godnie ci płacą, o szkole, w której nauczyciele uczą i wychowują twoje dzieci na ludzi.
Eh, piękny to był sen, tylko krótki. A polityk – patriota, który uwiódł cię bezkarnie, okazuje się być zwyczajnym draniem. I jak ten drań, co zostawił sąsiadkę w stanie wskazującym na ciążę, tak on zostawił ciebie, w stanie wskazującym na głupotę. I po co to było sąsiadce tłumaczyć, że trzeba mieć rozum przed, a nie – po? Przyganiał kocioł garnkowi!

środa, 29 września 2010

c.d.

Jeszcze sobie tylko odnotuję ciekawe spostrzeżenie na temat emancypacji, też z WP, chociaż nie było to powiedziane wprost, ale znakomicie odzwierciedla dzisiejsze zwyczaje. Zwłaszcza w parlamencie naszym, gdzie, w zależności od tego komu chce się dokopać, powody są różne:
Cóż to jest zatem ta emancypacja? Ano, to jest tak:

Jak facet nie przepuści kobiety pierwszej w wejściu,to usłyszy, że jest "CHAM". Jak przepuści, to usłyszy, że jest "SEKSISTA".

O, bo babie to nigdy nie dogodzi...

Sęk

I tak wyszło: wczoraj wrzuciłam starociowate wierszydełko o korespondencji erotycznej, wcześniej gdzieś tam jest, równie stareńka, "Modlitwa pantoflarza", a dzisiaj, przy śniadanku czytam sobie na WP o zniewieściałych facetach. A kiedyś za te wierszydła nieźle mi się oberwało, głównie od panów zresztą.
Ja tam jednak sobie bardzo nie niułejwowo uważam, że przesadzać z nowoczesnością i emancypacją nie należy, bo to się kiedyś zemści, w myśl zasady: kto pod kim dołki...etc.
Trudno, ale mężczyzna rozprawiający z kolegami o pieluszkach, kupkach, pieczeniu ciasta i takich tam podobnych atrakcjach życia rodzinnego - mężczyzną tak do końca nie jest. I już. Przynajmniej moim zdaniem. Podobnie facet, który namiętnie wyżywa się w liryce, zwłaszcza tej uduchowionej. Stanowczo i zdecydowanie wolę panów, których interesuje prawdziwa, wąsko pojęta technika i wszystko, co się z nią w jakiś sposób wiąże, niż rozkochanych w technice komponowania wierszy, czy sztuce makijażu, albo w niezwykle emocjonujących serialach, w rodzaju "M, jak Miłość"...
Zresztą, każda doświadczona żona wie, że facet musi mieć jakąś kochankę, a jeżeli jej nie ma, to trzeba mu ją prędko znaleźć. Jeżeli nie będzie nią ukochane auto, jednoślad, krótkofalówka, stare żelazko, czy cokolwiek innego, materialnego, czym mógłby się pobawić, to znajdzie sobie inną, tzw. "muzę". Żony na muzy rzadko się nadają... I w tym sęk.

wtorek, 28 września 2010

Niewłaściwe podejście do kobiet

Korespondencja

Raz pewien mały chłopiec,
co brodę codziennie golił ,
dziewczynkę pragnął zaprosić,
więc list mailem nagryzmolił:

„Dziewczątko prześliczne moje,
ja pragnę wręcz niesłychanie,
spotkać się z tobą we dwoje,
na kolacji … ze śniadaniem!

Ja wiersze poczytam ci swoje,
romans ci zagram, lub dwa.
Ręce będę trzymał przy sobie!”
Odpowiedź: „To po co będę szła?

Jesteś milutki, chłopczyku,
lecz nie dla mnie wiersze, ballady!
Mnie dzisiaj mężczyzny potrzeba.
Poety? – Nie! Bez przesady!

Nie pragnę być niczyją muzą,
nie chcę być wierszy podmiotem,
trubadur mi nie jest potrzebny,
ostatecznie... może...ale - potem”

poniedziałek, 27 września 2010

z lamusa (2006)

Zwykła kolej rzeczy

Myśli, tak czyste czasami,
jak kartka białego papieru...
szarzeją, żółkną z biegiem lat,
w miarę przeżyć zbyt wielu...

Uczucia, tak naturalne,
jak kryształ przejrzyste,
matowieją i pękają rysami,
gdy stają się zbyt oczywiste.

Pragnienia, nieśmiałe, jak pąki,
pod dotknięciem gorącego słońca,
rozwijają się w żądze dojrzałe,
bo niewinne nie będą bez końca...

sobota, 25 września 2010

jesień

Do Craft:

Nie przyjechałyśmy i bardzo, bardzo żałujemy...
Niestety, już trzeci tydzień trzyma mnie zapalenie oskrzeli, reszta rodziny dla odmiany była zakatarzona i też zdechła w ogólności.
Zostaje mi chwilowo tylko oglądanie w Necie przepięknych dzieł Waszych rąk. Może się uda innym razem?

Marysiu, wiem, że jesteś zajęta, ale jeżeli tu zaglądasz, otwórz po prawej stronie link do "Maryla", zobacz, jakie cudeńka można zrobić własnoręcznie.

Do Maryli: spotkałam Twoją siostrę w Urzędzie. Moim zdaniem trzeba jej szybko pomóc, nie jest dobrze...

środa, 22 września 2010

Bywa, że są czasami

Są takie myśli, które się rodzić nie powinny,
Są serca, które milczeć nieustannie muszą,
Są zdarzenia, które dotykają wyłącznie innych,
Są takie góry, które kiedyś z posad ruszą.

Bywa, że serce zdrowe, ale mocno krwawi,
Bywa, że chore, lecz bicie jego dziwnie mocne,
Bywa, że myśl, jak rdza, nam rozum trawi,
Bywa, że są pragnienia płonne, bezowocne.

Czasami słychać krzyk, choć nikt nie woła,
Czasami woła ktoś, lecz nikt tego nie słyszy,
Czasami zamęt jest, chociaż pustka dookoła,
Czasami pustka, choć tłum ludzi wokół dyszy.

Nie ma niczego, czego pragnąć dziś nie można,
Nie ma niczego, o czym marzyć nie należy,
Nie ma niczego, czego myśl, tak nieostrożna,
Nie dotknie, po to, żeby w nią uwierzyć...

Sens życia to taki węzeł gordyjski, który człowiek rozwiązuje przez całe swoje istnienie, oczywiście - bezskutecznie...

piątek, 17 września 2010

cd. babskiej listy przebojów (2007)

Powtórka z rozrywki

Deep Purple,
Sweet Child in Time?
pani powiada…hmmm
na tę okoliczność
to mi nie odpowiada!
Już może raczej:
Highway Star?
Co do zasady.
Z szybkością światła mknąć
ale – możemy nie dać rady!
To może: Love Hurts,
Nazareth? - Nie, proszę Pani!
To wcale, ale to wcale
mnie teraz nie rani!
To może Only the Lonely,
Roy Orbison, lepiej pasuje?
- Nie, jakoś specjalnie samotna
akurat się wtedy nie czuję.
No, jak widzę, więcej
pomysłów już nie ma!?
Więc proponuję może
I’m Your Man,
Leonarda Cohena.

środa, 15 września 2010

Fleetwood Mac cichutko gra
Albatrosa…


… i tylko maleńka zmarszczka
na wodzie
I Put a Spell on You -
to Creedence wrzeszczy
mi prosto do ucha
na wodzie już prawie
dwójeczka
Rolling Stones Paint In Black
i trójka, jak nic
Lady In Black Uriah Heep
teraz już białe grzywki
czwóreczka jednym słowem
Nights In White Satin
To The Moody Blues
i wyraźne już fale przyboju
piątka, tak, zdecydowanie
Paul Simon & Art Gurfunkel
Skaczą z mostu
nad spienioną wodą
prosto w czyjeś oczy
a na wodzie już widać szkwał
nieokiełznana aura szaleje,
na niebie ołowiane chmury
Catch the Rainbow
Najpiękniejsza z ballad
kapeli Rainbow
If You Go Away Terry Jacks
A w końcu
Pink Floyd:
Set the Controls for the Hurt of the Sun
i A Saucerful of Secrets
no, teraz to
rycząca czterdziestka gotowa.

Kilka lat temu próbowałyśmy z dziewczynami stworzyć listę najbardziej...nastrojowych (hmmm) utworów dla pań.
Powstało wówczas kilka wierszowanek tematycznych. To pierwsza z nich - chyba rok 2007.

piątek, 10 września 2010

to COŚ

"(...)Jemiołuszko z dalekiej północy, proszę cię z całej mocy: co by to być mogło, co by w lesie było, szczęście przynosiło i na bukiet się zdało? - A cóż by to być mogło, jeśli nie jemioła! - jemiołuszka woła - jest zieloniuchna, ma jagód pełne grona, gdym głodna szczęście przynosi mi ona!(...)" ( cytacik z "Przygody Krasnala Hałabały")

J.K. (zdaniem posłanek PIS!) ma to COŚ, co kochają kobiety!(???)
Ciekawi mnie okrutnie, cóż by to być mogło...hmmmm...czyżby?!...eeee...chyba nie...

poniedziałek, 6 września 2010

naukowe podejście do sprawy

Matematyka i seks

Z nosem w książce
palcami uwalanymi kredą
w przetartym na łokciach swetrze
nie zauważył mnie
gdy stanęłam obok
wzięłam go ostrożnie za rękę
i zaprowadziłam do siebie
wcale się nie zorientował
……………………………
Kiedy powitała nas Jutrzenka
byłam już
w podwójnym nawiasie
podniesiona do n-tej potęgi
spierwiastkowana w trzecim stopniu
z dwoma miejscami zerowymi
złożonej funkcji liczb zespolonych
z obliczoną macierzą
byłam liczbą „pi”
z dwudziestym miejscem
po przecinku
liczbą względnie pierwszą
granicą w nieskończoności
mojego podziwu
dla królowej nauk
........................

piątek, 3 września 2010

Zero dioptrii

Wielce szanowny pan Śniadek przeszedł samego siebie. Krytykując poniewczasie JK, ujawnił swoje, prawdziwe oblicze. No tak, sprawa jest jasna – zbliżają się wybory do władz związku…

Ciekawe, czy ktokolwiek uwierzy, że pan przewodniczący się odmienił? Pewnie - tak, gdy JK podobnie cudownym sposobem, na okoliczność kampanii, przyodział jagnięcą skórę na wilcze futro, to całkiem spora grupa dała się nabrać.

Ponieważ ja jednak mam skłonność do głupich skojarzeń, to tym razem mam takie pomyślonko:

Nowy wizerunek obu panów przypomina mi te, cud piękności żywe kwiaty w moim wazonie, na których widok znajoma wydała okrzyk:
Ach, jakie piękne! Całkiem, jak sztuczne!

Starocie (2006)

Modlitwa pantoflarza

Nie odchodź… zostań…
ja tak proszę!
potrzebny jestem ci,
ty wiesz…
świeżutkie bułki
ci przynoszę,
a nocą jestem
jak ten zwierz…

całuję, pieszczę tak,
jak lubisz…
choć nie dostaję
nic od ciebie…
odchodzę kiedy już
się znudzisz …
czekam, aż wezwiesz znów
do siebie…

dźwigam to wszystko,
co kupujesz…
choć nie wiem, gdzie
to zmieści się…
straconych godzin
nie żałuję,
gdy pod marketem
nudzę się…

sponsorem jestem
twojej szafy
twych fryzur, perfum
i wizaży…
nie popełniłem
nigdy gafy
choć nie we wszystkim ci
do twarzy…

w domu posprzątam
zrobię pranie…
pozmywam, gdy już
obiad zjesz…
jestem na każde
zawołanie…
chciałbym doczekać,
że ty też…

wtorek, 31 sierpnia 2010

30-lecie Solidarności

Pani Henryko! Gdybym mogła, to bym Panią ucałowała!!!
Wychodzi na to, że tam, gdzie nawet diabeł się boi, to babę pośle. Kiedyś mężczyźni się bali, a Pani zatrzymała ten tramwaj, dzisiaj też nikt nie miał odwagi powiedzieć prosto w oczy, co myśli o JK, a Pani stanęła przed tą zgrają głodnych szakali i powiedziała wszystko to, co wielu z nas myśli. I za to Pani dziękuję, z całego serca, w imieniu wielu Polaków - dziękuję.
A Panu Śniadkowi chętnie powiem: Panu już dziękujemy.
Ciekawe, że nikomu, spośród ankietowanych na ulicach Polaków, "Solidarność" jakoś nie kojarzy się ze Śniadkiem, ani z Kaczyńskim, tylko z Wałęsą. Gdyby niektórym nie wywiało w przeciągu ostatniej, szarej komórki , to może mogliby się nad tym zastanowić. Głęboko zastanowić.
Okropnie jest, gdy nagle człowiek budzi się z przeświadczeniem, że - choć całe życie był przeciw komunizmowi - to dzisiaj mu bliżej do współczesnych czerwonych. Muszę jednak zgodzić się z SLD, że związkowcy powinni utrzymywać się ze składek członkowskich, a nie z państwowej kasy. Ja bym jeszcze zdjęła z nich ochronę przed zwolnieniem, znaczy z głównodowodzących związkowych.

piątek, 27 sierpnia 2010

Manifest ateistki

Mądrość i polityka (2005)

Powiem całkiem szczerze,
że nikomu już nie wierzę.
Może jestem zbyt ostrożna,
sądząc, że
politykom ufać nie można?

Lecz nadziei nie ma znikąd,
by mądry parał się polityką.
Jak się przyjrzeć, to każdy głupi
widzi, że
mądry poparcia nijak nie kupi!

Bo mądry zwykle jest uczciwy,
i stołka niekoniecznie chciwy.
Ponadto się nie podnieca,
gdy biednym
gruszki na wierzbie obieca.

Mądry zwykle klepie biedę -
nie u innych, ale u siebie.
Garnitur nosi z secondhandu,
a gdy mówi -
to bez językowych błędów.

Czasem mu coś burczy z głodu,
a forsy na koncie nie ma jak lodu,
w solarium nie leży, ani w jakuzzi,
bo czasu
nigdy nie ma na tzw. ”luzik”.

I taka myśl mi w głowie świta,
że mądry chyba za dużo czyta?
Czytając mniej, wiedziałby mało,
a wyborcom
to na pewno by się spodobało!

Cogito ergo sum Kartezjusz powiedział,
lecz co mówił, chyba nie wiedział!
Chciwość Maybachem jeździ z głupotą
a mądrość?
Mądrość zawsze chodzi piechotą...


Niezrozumiała jest dla mnie niemoc organów porządkowych i władz lokalnych w stosunku do obrońców dwu kawałków drewna, ustawionych bez pozwolenia, na terenie posesji, która nie jest przecież, jak bezpański pies - ma swojego właściciela. Nie jest dobrze w państwie, w którym dosłownie i w przenośni można bezkarnie ( za przeproszeniem) nasrać komuś na głowę. Nie jest dobrze, gdy toleruje się chuligaństwo, nawet wówczas, gdy ma to miejsce pod szyldem symbolu religijnego. Nie podoba mi się, że szanuje się wyłącznie uczucia jednej, wybranej grupy społecznej, kompletnie nie licząc się z całą resztą obywateli. W moim przekonaniu to jest skandal. I kropek. Wszyscy niekatolicy w tym dziwnym narodzie muszą przez całe życie starannie dobierać słowa, żeby przypadkiem nie urazić uczuć religijnych katolików. Muszą tolerować krzyże porozstawiane wszędzie, gdzie tylko to jest możliwe. Muszą godzić się z faktem, że w szkole naucza się jedynej słusznej religii, nie dając żadnej alternatywy, a na dodatek opłaca się te lekcje z kasy publicznej, czyli również z podatków ateistów oraz wszystkich, wierzących inaczej. Narzuca się im obowiązkowe świętowanie w dni, w które obchodzą swoje święta wyznawcy tylko jednej wiary, mało tego - w zakładach pracy organizuje się przyjęcia dla załogi powiązane z dzieleniem się opłatkiem, jajkiem i w ogóle - mające wyraźny charakter wyznaniowy. Ja OCZEKUJĘ, ba - MAM PRAWO ŻĄDAĆ, by moje uczucia także były szanowane, by nie urażano moich uczuć osobistych wyzywając mnie od bezbożnic, odszczepieńców i podobnie tylko dlatego, że nie poszczę, że nie wzruszam się ceremoniami kościelnymi, nie leżę pod żadnym krzyżem, bo nie czuję takiej potrzeby. Żądam rozdziału kościoła od państwa! Niech na kościół łożą ci, którzy są jego członkami. Reszcie populacji nic do tego.
Ja też jestem obywatelem tego kraju. Wymagam, by wreszcie ktoś to zauważył, bo ja tu płacę podatki, w przeciwieństwie do obrońców krzyża. Za wylegiwanie się na środku promenady chyba nikt jeszcze nie płaci? Tu jednak mogę się mylić. A nawet mylę się na pewno!

środa, 25 sierpnia 2010

Archiwa (2007)

Pagórki

W życiu stale jest pod górkę,
z górki rzadko bywa raczej.
Choć łzy płyną z oczu ciurkiem,
nie chce jakoś być inaczej!

Chcesz odetchnąć małą chwilkę,
gdy się już na wzgórek wdrapiesz,
siadasz, wokół się rozglądasz,
utrudzony głośno sapiesz.

Myślisz, że odpoczniesz sobie,
że uleczysz chore nogi,
a już życie szepce tobie,
że to jest początek drogi!

Że przed sobą masz meandry
dróg i gór nowych, nieznanych.
ruszasz w drogę, mimo chandry,
gonić los swój, nieprzejednany...

wtorek, 24 sierpnia 2010

Rocznica w mudurkach, po polsku

100 lat harcerstwa. Okrąglutka rocznica. Pan Prezydent się osobiście stawił. Z małżonką, czyli aktualną, Pierwszą Damą. I fajnie... gdyby nie to, że to dzięki niezwykłej nadgorliwości harcerzy musimy się teraz wstydzić. Cała ta afera z krzyżem - mamy ją dzięki zaangażowaniu chłopczyków i dziewczynek w mundurkach. Fuj! Nigdy nie znosiłam munduru, żadnego. Rodzice tych "czuwajców", którzy zafundowali Warszawie tzw. element dekoracyjny, pod którym zimować zamierzają dzisiaj obrońcy, powinni naprawdę solidnie przetrzepać skórę młodzieży. I to szybko, bo lada chwila już nie będzie można palcem dziecięcia tknąć. Nawiasem mówiąc, to zżera mnie ciekawość, skąd ci obrońcy krzyża mają tyle wolnego czasu???? Większości ludzi nie starcza go nawet na codzienne obowiązki, a tu - proszę - całymi tygodniami można sobie bezczynnie polegiwać w imię braku zdrowia na umyśle! Gdzie dają takie długie urlopy? Może ktoś mi powie, bo ja też takie chcę! I obiecuję, przysięgam na moją niewiarę, że:
" Pod żadnym krzyżem sterczeć miesiącami nie będę!!!
Nie będę nikomu narzucać swojego światopoglądu!
Nie będę oczekiwać, że wszyscy będą pragnęli żyć według mojego widzimisię!"

A w ogóle to róbta, co chceta, ja odpadam.

Jeszcze notuję na gorąco:

Pod jakimś niusem z WP, dzisiaj znalazłam adres kuriercodziennychicago.com

Zajrzałam tam, a po lekturze dwu artykułów na temat katastrofy smoleńskiej, omal nie dostałam apopleksji. Jedno jest pewne - wszystkie tutejsze teorie spiskowe, razem wzięte, a dotyczące tej katastrofy, to zaledwie pryszcz, pryszczyk, pryszczyczek maleńki, ot - tyci..

Chciałabym powiedzieć chicagowskiej Polonii tak:
"Kochani Rodacy! A weźcie wy sobie cały PIS, jak jeden mąż, do siebie. Kochajcie się tam, pielęgnujcie te uczucia wzniosłe, nostalgiczne, patriotyczne etc. Zachłystujcie się dumą, żeście z Polski. Tylko nie wtrącajcie się do kraju, w którym nie musicie żyć. I w żadnym razie tu nie wracajcie.PLEASE!!!!!! A gdy już wasz ukochany PIS trochę porządzi w Chicago, to wiejcie na Madagaskar. Razem z PiS-em, rzecz jasna."

wtorek, 3 sierpnia 2010

Moja modlitwa

Boję się. Wstydzę się. Za swój kraj się wstydzę. Nie chcę już być Polką!!!! Nie chcę, żeby utożsamiano mnie z oszołomami!

Modlitwa niewierzącej

Jeśli gdzieś jesteś, o mój dobry Boże!
Przybyć z odsieczą tu chciej!
Gdy naród rozumu odzyskać nie może,
ty naród ten w opiece swej miej...

Tę modlitwę napisałam w 2005 roku. Nadal jest na topie. Na moim topie.

czwartek, 29 lipca 2010

Don Kichoci

Miała tylko 16 lat. Świat z perspektywy tego wieku, wygląda zupełnie inaczej. W każdym razie – wyglądał. Dzisiaj coś się zmieniło, granice poprzesuwały się, ale czy to dobrze? Ona nie wie.
Szesnaście lat to jednak już poważny wiek, nieodpowiedni dla blizn na kolanach i drzazg w tyłku. Dyskusje egzystencjalne, polityczne, literackie, no i muzyczne wypełniały wolny czas.
W tamtych czasach słuchało się Trójki, albo Radio Luxemburg. Chociaż trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, to w minionej epoce nie było płyt CD, nie było MP3, były gramofony Bambino i magnetofony szpulowe. Jak kto miał szczęście, to nawet czterościeżkowy mógł posiadać. Tylko dobrej muzyki kupić nie było można. Były takie studia nagrań, do których się szło i nabywało tzw. pocztówkę dźwiękową, można było na niej nagrać własne życzenia dla kogoś. Ale nagrywano tam również niektóre przeboje, zagraniczne czasami też, z tym, że nie koniecznie te, o których się marzyło. O jakości tychże „płyt”, trudno w ogóle mówić, bo nie dosyć, że trzeszczały niemiłosiernie, to jeszcze miały tendencję do wypaczania się, przeskakiwania w trakcie odtwarzania i innych, niechcianych wcale, atrakcji. Cóż począć? Innych nie było, no, chyba, że ktoś miał ojca dyplomatę, albo wysoko postawionego członka jedynej słusznej partii. Ona – nie miała.
Trójka, w której w tamtych czasach nie rządził (na szczęście!) Niedźwiedź, naprawdę kształtowała muzyczne gusta i wychowywała młodzież skutecznie. Luxemburg władza zagłuszała, nie szczędząc sił i środków, żeby się społeczeństwo nie zbiesiło i nie rozpędziło władzy na cztery wiatry. Trójka, pozornie poprawna światopoglądowo, wsączała w mózgi wiedzę o świecie, flancowała sadzonki możliwości i zdobyczy zza żelaznej kurtyny, przerabiała socjalistyczną, buraczaną pulpę w egzotyczny cukier trzcinowy. I nikt się nie zorientował, włącznie ze słuchaczami, którzy z czasem uświadamiali sobie, że ich potrzeby intelektualne nie dadzą się zaspokoić przy pomocy tandetnych produktów spod zużytej sztampy. Coś musiało być na rzeczy, skoro bunt rodził się w kręgach niepokornych, nie zaś w tych, słuchających „Matysiaków”, albo innej, radiowej sagi „W Jezioranach”. Program 1 i 2 Polskiego Radia wciskał biednym ludziskom kit. Prezentując przez dziesiątki lat losy przeciętnej, miejskiej i wiejskiej rodziny, która klepie biedę, w której życie toczy się równie nudnie i nijako, jak w rodzinach słuchaczy, medium utwierdzało naród w przekonaniu, że taka egzystencja jest NAJNORMALNIEJSZA W ŚWIECIE. Nie walczy się przecież z wiatrakami.
Całe szczęście, że, w swoim czasie, znalazło się w Polsce wystarczająco wielu Don Kichotów. Ona ma znowu nadzieję, że dzisiaj, choć już Trójka nie ta sama, znajdą się nowi, młodzi zapaleńcy, którzy obronią nas przed zakusami prawomyślnej i słusznej, znowu – jedynej słusznej, nie dopuszczą do zamachu na wolność myśli i słowa, nie dadzą rzucić nas na kolana, pod krzyż głupoty i nietolerancji. Nie pozwolą, by chora, zapiekła nienawiść i zawziętość wyżarła nas od środka. Już raz żyliśmy w nawiedzonym kraju, czy czeka nas powtórka z rozrywki?

środa, 28 lipca 2010

archiwa (2007)

Uczucia

Uczuć ostentacyjność
zawsze mnie niepokoi.
Prawdziwe namiętności
nie potrzebują afisza.
One, zwyczajnie - są.
Nie lubią publiczności,
nie oczekują poklasku,
ani pierwszego miejsca
na liście przebojów.
Żywią się ciszą i dotykiem
spokojnie bytują sobie
na maleńkim skrawku
naszej podświadomości.

wtorek, 27 lipca 2010

Apostazja

Wobec, nie dającego się w żaden sposób uzasadnić, postępowania wielu przedstawicieli kościoła katolickiego w naszym, ukochanym kraju, postanowiliśmy się z tegoż kościoła wypisać oficjalnie i ostatecznie. Nie da się ukryć, że – choć wychowani w rodzinach o rodowodzie katolickim – od wielu lat nie czujemy się członkami tegoż. W miarę dorastania, pogłębiało się w nas przekonanie, że nie jest on żadną alternatywą dla komunistycznego światopoglądu. Oczywiste jest, że głęboko wierzącym jest łatwiej żyć. Możliwość zrzucenia odpowiedzialności na tzw. wolę boską, jest zachęcająca. Wprawdzie kłóci się nieco z powtarzaną w kółko regułką rozumu i wolnej woli człowieka. O jakiej wolnej woli można mówić, gdy się stosuje przymus? Już chrzest w niemowlęctwie jest tego dobitnym dowodem, potem komunia, itd. Starożytni, prekursorzy chrześcijaństwa, chrzcili się w wieku w pełni dojrzałego rozumu. Wygląda na to, że dzisiejszy kościół obawia się, że umysły dojrzałe mogą nie zechcieć wcale. A to oznacza utratę kasy, czyli jak zwykle – gdy nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo o co chodzi. Pamiętam doskonale ustępy z Biblii, opowiadające o czasach Jezusa. Nie ma tam ani słowa o budowaniu kościołów, o paradach, o klepaniu pacierzy. Jest za to wiele o życiu we wspólnocie, o miłości dla wszystkich ludzi, bo - podobno – wszyscy jesteśmy dziećmi jednego boga. Ale ta miłość i skromność i wyrażona przez Chrystusa zasada: „nie módlcie się tam, gdzie was widzą, módlcie się tam, gdzie was nie widzą” skończyły się szybciej, niż się pojawiły.
S.J.Lec odnotował dawno temu złotą myśl: „Chciałbym wierzyć w boga, tylko dlaczego tak wielu pośredników?”

I skąd tylu fałszywych proroków, powołujących się na jedyną, słuszną wiarę? Wszystko, co jest „jedyne i słuszne” do śmierci kojarzyć mi się będzie z socjalizmem. Nic na to nie poradzę. A ja chcę mieć swój rozum i wolną wolę naprawdę, a nie tylko na niby.
Nie życzę sobie wygłaszania przez niektórych polityków, że jestem członkiem katolickiego kraju, więc muszę znosić wszystkie, nawet najbardziej bzdurne pomysły i zwyczaje. Pozwolę sobie zauważyć, że ten kraj to także ludzie innych wyznań, że o agnostykach nie wspomnę. Jako tak zwana mniejszość nie mamy jednak żadnych praw, ba! – nie możemy ich mieć. I kropka!
Ja pozostanę sobie tymczasem przy swojej, prywatnej teorii:
„Jeżeli jest jakiś bóg, to z pewnością bardziej cieszą go trele skowronka, który wyśpiewuje pod niebem radość życia, niż bezmyślne, zbiorowe wycie w kościelnych ławach.”

Mnie stwórca potrzebny nie jest. Mam odwagę ponieść odpowiedzialność za swoje, krótkie życie. I nigdy nie powiem tak: „Gdyby w tej katastrofie zginął Tusk, to bym wcale po nim nie płakała!” Ja płakałam po wszystkich bez wyjątku uczestnikach tej nieszczęsnej wycieczki, mimo, że nie wszyscy byli z mojej bajki.

piątek, 23 lipca 2010

Ku pamięci

Pochowaliśmy wczoraj kolegę. Odszedł po zaledwie kilku miesiącach choroby, 15 lipca 2010r. Będziemy o nim pamiętać. Emeryturą cieszył się tylko 2 lata...

środa, 21 lipca 2010

Zaskroniec




zdjęcie pochodzi ze stronki:
zawieszony.wrzuta.pl/.../zaskroniec_zwyczajny

Świat wciąż mnie zadziwia. Dzisiaj, około południa, zza otwartego na oścież okna naszego firmowego pokoju, dobiegł nas niesamowity, ptasi jazgot. Tak, właśnie jazgot, albo raczej – terkot, bo ze śpiewem dźwięk ten nie miał nic wspólnego. A krzyczał wróbelek! Maleńki, na co dzień rozświergotany ptaszek. Po kilku chwilach tego niezwykle hałaśliwego tatatatatania podniosłam się, chcąc sprawdzić, czemu wróblę takie larum podniosło. Ptaszek siedział na furtce, tuż przy otwartym oknie i darł się wniebogłosy, kompletnie nie zważając na moje - też głośne – nawoływanie do uciszenia się. Nie reagował na mój widok za moskitierą wcale, nawet na wymachiwanie ręką. Wtedy, kątem oka dostrzegłam coś jeszcze, jakiś powolny ruch przy samiutkim murze, wzdłuż którego wznosi się w górę kabel od anteny radiowej. Przyjrzawszy się uważnie, ze zdziwieniem przeogromnym skonstatowałam obecność beznogiego żywiątka, z dwiema, jaskrawożółtymi plamami na skroniach. Po kablu wspinał się zaskroniec! Całkiem spory gad, zielonkawo-brunatnej barwy. Wróbel nadal wrzeszczał zapamiętale, siedząc wewnątrz oczka furtkowej siatki, jakieś 20-30cm od skradającej się bezgłośnie gadziny. Oczywiście, pognałam co sił do firmowego fotoamatora, który nigdy nie rozstaje się z aparatem. Moje nawoływania: „Jurek! Łap aparat, zaskroniec za oknem jest! Prędko, bo ucieknie!” postawiły pół firmy na równe nogi. Zbiegło się całe, męskie towarzystwo, wrzeszcząc, żebym się do gada nie zbliżała, bo to na pewno żmija jest. Żmija! Eeeeh… „Żmija”, przerażona zbiegowiskiem, dała nogę. Nie, nie nogę, dała ogon i szszszus… w zielsko wszędobylskie. Zdjęcia nie będzie…

Mimo, że mi żal, bo miałam szczery zamiar dokładnie obejrzeć beznoga, nie mogę przestać myśleć o ogromnym poświęceniu miejscowego ćwirka, który tak zawzięcie bił na alarm, narażając własne życie. W tak maleńkim, zwykle strachliwym, serduszku ni stąd ni zowąd zmieścił się bezmiar odwagi.
Tej zimy będę znowu dokarmiać moją ptasią menażerię.
Absolutnie!

wtorek, 20 lipca 2010

Deszczowa rymowanka (2004)

Chmury kłębią się wysoko,
słonko z rzadka puszcza oko.
Deszczyk pomaleńku siąpie,
wróbel się w kałuży kąpie.

Drzewa, trawki, ziółka, kwiatki
mają czyste listki, płatki.
Ślimak snuje się leniwie,
ja się wcale mu nie dziwię,

bo nie trafia się codziennie,
żeby było tak przyjemnie!
Gdy już zamkną się niebiosa,
w mgnieniu oka zniknie rosa,

w słońcu zieleń wkrótce skona,
zżółknie, niczym siena palona.
Tak bym chciała na bosaka,
w mokrej trawie dziś poskakać!

Gdyby deszczyk spływał ze mnie
dopiero by było przyjemnie!
Uczucia ostudziłby gorące,
zanim znów rozpali je słońce.

Tęsknię za tamtym latem, gdy skwar niemiłosierny przypiekał nasze ciała na piaszczystej plaży. Tęsknię za tamtym słońcem, które nie żłobiło mi jeszcze żadnych zmarszczek, tu i tam. I za tamtą rzeką tęsknię, o wodach wciąż przejrzystych, w których spotykało się nawet raki. Pamiętam noce - duszne, parne, wypełnione ciężkim, wilgotnym powietrzem, gdy wakacyjnie wyluzowani, nago wskakiwaliśmy do wody. I księżyc, który bezwstydnie nas podglądał, na chwilę tylko przestając narcystycznie zachwycać się własnym odbiciem. Słyszę kląskanie kaczek w sitowiu i plusk wyskakującej ryby. I słyszę ciche rozmowy wędkarzy w przybrzeżnych szuwarach. Wciąż czuję delikatne muśnięcia wiatru, gdy dotykał mojej, mokrej i pachnącej wodorostami skóry. Widzę siebie, spacerującą po plaży, zapadającą się w piasek, oblepiający mi stopy i lekko kłujący maleńkimi, pustymi, wapiennymi domkami. I chciałabym raz jeszcze zmoknąć w ulewnym, ciepłym deszczu. A niebo niech rozdzierają błyskawice, a grzmot niech odbija się echem bez końca. Chcę zdjąć z nóg trzewiki i, jak dawniej, brodzić boso w kałużach na miejskim chodniku. Chcę czuć smak deszczowych, spływających mi po twarzy, łez. I chcę raz jeszcze spróbować schwytać tęczę, gdy po burzy otworzą się bramy nieba.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Cudowny wieczór

Spotkanie po dziesiątkach lat, a miałam wrażenie, jakbyśmy rozstali się na chwilę. Gdyby nie to, że tyle się w tzw. międzyczasie wydarzyło… W pizzerii było bardzo hałaśliwie, trochę duszno i mało przytulnie, ale uświadomiłam to sobie dopiero po powrocie do domu. Cały wieczór przegadaliśmy, próbując nadrobić stracone lata. Nie było ani odrobiny dystansu, nawet ociupinki niepewności, czy się uda nawiązać kontakt, czy nie dzieli nas zbyt wiele?
Jeszcze dziś mam ochotę roześmiać się w głos, gdy sobie przypomnę wczorajsze przymiarki do Menu! Dobrze, że wszyscy mieliśmy przy sobie zapasowe oczka. Pięcioro okularników i błysk flesza podświadomości: właściwie nic się nie zmieniło, przybyło nam tylko … dioptrii w okularach.
- A co tam, Panie, słychać w polityce?
- Aaa… właściwie to nie wiem! Za to nareszcie wiem, co słychać u moich Przyjaciół!

Przypomniało mi się, że kiedyś napisał się wierszyczek o odłamkach przeszłości, o kuferku wspomnień, które gromadzimy w czasie podróży przez życie.

Pamiątki i tęsknoty

szklane paciorki obłe kamyczki
zdobne żyłkami kolejnych epok
przez stulecia całowane wiatrem

bursztynowe okruchy pachnące algami
DNA przeszłości
martwe ciała białych koralowców
zaklęte wspomnienie raf południowych

muszelki szumiące wapienne domki
w których nikt już nie mieszka
surrealistyczne graffiti
namalowane na ścianach przez szaleńca

półszlachetne minerały odłamków pamięci


Tak niewiele trzeba, żeby poczuć się krezusem. W moim Sezamie ukryłam całe mnóstwo skarbów, cenniejszych, niż złoto. I wymyśliłam tak skomplikowane hasło, że nie złamie go nawet Czterdziestu Rozbójników.

piątek, 16 lipca 2010



Prawdziwe piękno
zwykle pozostaje
niezauważone...

Dlaczego się nie udało? ( archiwa 2006)

chciałeś ją mieć
całą
taką delikatną i kruchą
chciałeś ją kochać
zawsze
tak namiętnie i czule
chciałeś jej dać
siebie
świat i przestrzeń całą
może to było
za dużo?
a może to było
za mało?

środa, 14 lipca 2010

Żaba













Żabka
Żaba podobno jest płazem,
a z tego wprost wynika,
że wodę lubić powinna,
a ona przed wodą umyka!


Pod krzakiem trzmieliny zamieszkała żaba. Całkiem spora ta żaba. Jak się wykąpie, to nabiera złocistomosiężnej barwy. Krótko mówiąc: ładna jest, albo – ładny, bo płeć nie została ustalona. I w związku bezpośrednim z brakiem możliwości określenia tej płci, cierpię na dylemat: całować, bo a nuż zmieni się w królewicza cud urody? Czy raczej nie całować, bo może zmienić się w królewnę, a wtedy dla mnie raczej to będzie niedościgniona konkurentka?
A, tak w ogóle, to po jaką cholerę mi królewicz??? Mało to facetów dookoła, mało kłopotów?
Sama nie wiem…co tu robić? Na razie podlewam żabę regularnie. Mam przy tym mnóstwo frajdy, bo rytuał jest taki: ja leję wodę z koneweczki, żaba hyc! Spod tej trzmielinki, na chodniczek i siedzi. I ani drgnie. Jak woda troszkę wsiąknie w grunt, żabka siup! I znowu ślad po niej zaginął. Następnego ranka to samo: woda, hyc i siup. I tak codziennie. Kolega miał wielkie pragnienie uwiecznić żabę na zdjęciu. No problem! Koneweczka wody i żaba czeka czyściutka, wykąpana i gotowa do portretowania.

wtorek, 13 lipca 2010

Obrzydliwy budzik

Statek pasażerski płynie po wyjątkowo spokojnych wodach oceanu. Noc rozświetla niebo usiane miriadami gwiazd, pośród których przyczaił się sierpowaty księżyc w nowiu. Miejskie niebo nigdy nie jest tak czarne, ani tak obsypane gwiazdami.
Powolnemu ruchowi pogrążonego we śnie statku towarzyszy cichutki plusk fali za rufą. Na pokładzie cisza, tylko w sterowni słychać ruch nocnej zmiany. Przy lewej burcie kobieca postać. Stoi zamyślona i zapatrzona w noc. Nagie ramiona owiewa chłód morskiej bryzy, wiatr plącze włosy. O czym tak rozmyśla, sama, w środku nocy? Czego wypatruje w tych migocących, jak lampki choinkowe, gwiazdach? Nie wiem…

Ktoś jeszcze wyszedł na pokład. Nie słychać stąpania, kobieta przy burcie nie czuje niczyjej obecności.
Kiedy nagle wypada za burtę, jest tak zdziwiona tym faktem, że nie może się zdobyć nawet na krzyk. Przez chwilę czuje tylko paraliżujący strach, krótki, jak mgnienie oka, przebłysk świadomości otaczającej ją niezmierzonej głębi. Głębi, pełnej niewidocznych, nieznanych, więc przez to tym bardziej przerażających stworów. Oślizgłych i ohydnych.
Dlaczego??? – to, nieme pytanie, też przemyka jej przez, zdrętwiałą ze strachu, myśl. Początkowo rozpaczliwie próbuje utrzymać się na powierzchni, omiata wzrokiem okręt, rozgwieżdżony nieboskłon, tonący w lodowatej czerni morza, ale już po chwili mięśnie miękną, łagodnie poddają się wciągającym ją mackom wody. Zanurza się, znika w odmętach, opada swobodnie coraz niżej i niżej, czując jak niewidoczne ciała dotykają jej mokrej skóry. Czuje oblepiające ją, mokre ubranie, ciężkie i ograniczające swobodę ruchów. W miarę, jak zbliża się do dna, przestaje się bać, przestaje czuć cokolwiek, lęk znika gdzieś, jakby pozostał na powierzchni oceanu, albo wręcz uleciał ku gwiazdom. Ogarnia ją dziwny spokój i bliżej nieokreślona przyjemność, można by powiedzieć, że - radość i szczęście. Jest spokojna, pogodzona ze sobą. Nie ma żalu do tego kogoś, kto jednym, silnym ruchem ręki przerwał jej nocne dumanie i wtrącił w tę piekielną, zimną czeluść.
Jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Już nie musi budzić się kolejnego ranka i żyć. Nic nie musi. Jest wolna.

Ostry dźwięk wytrąca ją z delikatnej równowagi opadania, jak robal, wsysa się w mózg. Ona, miotając się bezładnie w ciemnościach, próbuje go strącić, ale bezskutecznie.
Kiedy jej się to w końcu udaje, za oknem wschodzi blady świt. Słońce zagląda w jej zaspaną twarz, a z oczu spływają dwie, samotne łzy. Więc to był tylko sen?!
Może… gdyby nie nastawiła budzika…

poniedziałek, 5 lipca 2010

Już po...

No, to już po. Pomaszerowaliśmy, postawiliśmy krzyżyk, teraz możemy zacząć narzekać. No, to ja już mogę przystąpić do marudzenia:
1. wcale nie głosowałam "za", tylko "przeciw".
2. Nie liczę, że prawie pełnia władzy cokolwiek zmieni na lepsze. Myślę, że pozostaniemy sobie przy drobnych posunięciach ustawowych, nie tykając śmierdzących spraw, w rodzaju - emerytury mundurowe, KRUS, itp.
3. Będziemy łatać dziurawy budżet znowu kosztem garstki ciężko pracujących Polaków, którzy z paleniem opon nie mają nic wspólnego, bo muszą harować, w przeciwieństwie do związkowców, którzy najwyraźniej nie muszą i mają dużo wolnego czasu.
4. Gdybym była młodsza i nie uwiązana rodzinnie, to bym stąd wyjechała na zawsze, wcale nie chcąc uczestniczyć w kolejnych, beznadziejnych wyborach.
5. Uważam, że człowiek powinien głosować tam, gdzie jest jego życiowe centrum (jak to się ładnie w systemie podatkowym nazywa), to znaczy tam, gdzie naprawdę żyje. Polacy, mieszkający w USA, głosowali "patriotycznie" nie mając bladego pojęcia, co to oznacza dla naszego tu i teraz. Bo zdążyli się już zintegrować z innym społeczeństwem. I mogą sobie z oddali pozwolić na kultywowanie wzniosłych uczuć, bo byt mają zapewniony. My - niekoniecznie...

wtorek, 29 czerwca 2010

Dajcie szansę, ale już!!!

Give PIS a chance!

Pod takim hasłem PIS zorganizował imprezę towarzyską, na której pojawiało się również hasło "He PIS". Znaczy, że niby PIS taki tolerancyjny jest, taki pokojowo nastawiony, że nic tylko dać mu tę szansę...
Szkoda tylko, że jakoś nie mogę sobie samej wmówić, że PIS=Peace. A już Prezes kojarzy mi się ze wszystkim, ale w żadnym razie nie z pokojem i hippisowską tolerancją.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

czytając S.J.Leca

S.J. Lec miał w głowie tysiące ciekawych myśli, niektóre z nich są niezwykle adekwatne do teraźniejszości. Kilka z nich odnotowuję:

Coś o elektoracie o moherowym rodowodzie:

„Ludzie, zauważyłem, lubią takie myśli, które nie zmuszają do myślenia.”
„Z szeregu zer łatwo stworzyć łańcuchy.”


„Pozytywnych bohaterów nie trzeba tworzyć, wystarczy ich mianować.”

Coś o debatach wyborczych:

„A może by tak walka dwu Hamletów, który ma być, a który nie być?”
„Ukrywał się za językiem, który pokazywał światu.”
„Kto nabiera wody w usta, niech nią przynajmniej nikogo potem nie opluwa.”
„Można być wirtuozem fałszywej gry.”


Coś o manii wielkości narodowej:

„Im mniejsi obywatele, tym większe się zdaje imperium.”

I tak ogólnie, o polityce:

„W walce idei giną ludzie.”
„Maszeruje z nimi do celu, ale w takt innej melodii.”
„Gdy kameleon przy władzy, zmienia barwę otoczenie.”


I jeszcze o cudach i dziwach pamięci społecznej, odnośnie historii:

„To, że umarł nie jest jeszcze dowodem, że żył.”
„Biada dyktatorom, którzy uwierzyli, że nie są dyktatorami.”
„Można oczy zamknąć na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia.”


To ostatnie troszkę bym przystosowała do realiów:
„Można oczy zamknąć na teraźniejszość, ale nie powinno się zamykać na wspomnienia!”

I coś, bardzo mądrego, ku przestrodze:
„Wszyscy chcą naszego dobra. Nie dajcie go sobie zabrać.”

piątek, 25 czerwca 2010

Klimakterium

Wszystko ją denerwuje, wścieka, doprowadza do szału, nawet, gdy trudno doszukać się konkretnego powodu. I w ogóle zła jest, jak cholera… albo ryczy cały dzień, też bez przyczyny. Tu ją boli, ówdzie strzyka, eee tam… Do dupy z takim życiem. Powiadają: Pracuj, a garb ci sam wyrośnie! No i mają rację, faktycznie – rośnie. Na plecach jak dotąd umiarkowanie, za to gdzie indziej – już prawie Quasimodo. Rośnie.
I po co było się tak szarpać? I tak nic z tego nie ma. Tylko zmarszczki i siwe włosy, albo cellulitis. Śmieją się, że w rozwoju się cofa, bo jak niemowlę ma znowu trzy fałdki w rozmiarze XL…

Jej się odkłada tłuszcz, a poseł Kurski, to na zlicytowany czar czterech kółek, to sobie ot – tak, o! palcami pstryka, bo ma odłożone. Sobie kupi drugi, jak zechce. Bo ma. Odłożone.
A jeden taki słuchacz zadzwonił do Trojki, do Manna Wojciecha i powiedział, że niech się poseł nie chwali, bo on – słuchacz, też miał odłożone. 150zł…tylko żona znalazła i już teraz nie ma. Ale znowu sobie odłoży, a co!?

Ona postanowiła, że nie będzie gorsza i też sobie odłoży. Może nawet 200złotych odłoży. Jej oszczędności przynajmniej żona nie znajdzie.

środa, 23 czerwca 2010

Małe tęsknoty

Dorosłam. Chyba tęsknię za latami, w których piosenek się słuchało, a ich nie oglądało. Jak to dobrze, że jest youtube. Znalazłam tam cud piękności starocie:
Deep Purple „Soldier of Fortune” www.youtube.com/watch?v=8BGwEulYs8c

Rare Bird „Sympathy” www.youtube.com/watch?v=2TMw92_q8Ac
The Moody Blues „Melancholy Man” www.youtube.com/watch?v=TXJpgqhWvNY
Creedence Clearwater Revival „I Put a Spell on You” www.youtube.com/watch?v=WnZTj7xGxpY
Rainbow „Catch the Rainbow” www.youtube.com/watch?v=p3VgV31vmUE

Że o: Mick Jagger „Party Doll” www.youtube.com/watch?v=ZalRLN0KeE0

nawet nie wspomnę już. I całe mnóstwo innych, zapomnianych, na ten oto przykład:
Queen „Love of My Life” www.youtube.com/watch?v=SPrFIP3Hf-o

I niezwykle ekspresyjne Queen „Death on Two Legs” www.youtube.com/watch?v=v4zmv1IFCOA

Albo okrutnie tęsknie brzmiące Terry Jacks „If You Go Away” www.youtube.com/watch?v=zyFSAEEG8eI

W radio można usłyszeć niektóre starocie, ale jakoś nie te, które tu przywołuję z zakamarków swojej pamięci. Zapomniano o nich, strącono w niebyt. No cóż, Bohemian Rapsody, to faktycznie piękny utwór, ale może warto posłuchać czasem, jak Queen śpiewa, na kilka głosów o miłości swojego życia. Albo przypomnieć wszystkim przepiękną balladę Catch the Rainbow, uznawaną przez krytyków za jedną z najlepszych ballad rockowych.
A dzisiaj, w dobie pogoni za pieniądzem, wyścigu szczurów, opowiedzieć bez agresji i nienawiści, że najważniejsza jest życzliwość, że połowa świata jest samotna, głodna i pozostawiona sama sobie, bez przyjaciół. A my, tkwiąc sobie w ciepełku dobrobytu, zapominamy o tym, kłócimy się o nieistotne drobiazgi, dąsamy na siebie, toczymy nieustanne wojny właściwie o nic.
Ale – nie, lepiej się dzisiaj sprzedają gołe wygibasy, wysztafirowanych niczym „ssaki leśne”, beztalenci z dużymi niebieskimi oczami i drapanie po jajach pseudoartystów, którzy nie mają nic ważnego do powiedzenia nawet samemu sobie, a co dopiero słuchaczom.
No więc – tęsknię sobie za przesyłką muzyczną, na starej magnetofonowej taśmie do Grundiga, z której kiedyś, przed wielu laty zabrzmiało mi If You Go Away, wyszeptane niemal przez Terry Jacks’a, a potem „Vien” Marie Laforet www.youtube.com/watch?v=N6RzqjiGW9E , a mnie dąsy nieletnie na przyjaciela przeszły, jak ręką odjął.

Po wyciu niejakiej Edyty Górniak, albo Dody – na przykład - nic mi nie przechodzi, a nawet wręcz przeciwnie – cosik mnie dopada!

Komu dzisiaj się chce naprawdę wsłuchać w śpiew i komu chce się jeszcze naprawdę śpiewać?

poniedziałek, 21 czerwca 2010

światłowstręt

spuszczam zasłony milczenia
na własne przeczucia sprawdzone
spuszczam zasłony milczenia
na oczekiwania nieuzasadnione
spuszczam zasłony milczenia
na naszą przyszłość niepewną
spuszczam zasłony milczenia
chociaż wszędzie wokół ciemno

I znowu przeczucie mnie nie myliło...Różnica jest tak niewielka, że właściwie nie ma o czym mówić.

środa, 16 czerwca 2010

piątek, 11 czerwca 2010

Obrazki. Śpiewak

Idzie sobie drogą, wzdłuż ogrodzenia. Lekko pochylony, trochę chwiejny krok, łachmany zwisają na nim smętnie, jak zawieszone na gwoździu. Podeszwa lewego buta niezupełnie się trzyma cholewki, więc podczas marszu w rytmie „dwa do przodu, trzy do tyłu” but uśmiecha się szeroko, ukazując rząd „zębów”, które nie grzeszą bielą jeszcze bielszą. W dłoni dynda reklamówka, niegdyś zapewne biała, dzisiaj mocno sfatygowana i brudna. Po charakterystycznych wypchnięciach widać, że w jej wnętrzu kryje się zapas na rozgrzewkę. Nieduży zapas, na miarę możliwości, czyli środków, pochodzących ze sprzedaży pustych opakowań po poprzednich, własnych, a także – cudzych, zapasach. Idzie sobie i śpiewa. Radośnie, bez ceregieli, kompletnie nie przejmując się brakiem talentu śpiewaczego, ani zużyciem strun głosowych z przyczyn nadużywania, wspomnianej wyżej, rozgrzewki. Śpiewa tak mniej więcej: „Dała mu, k…, a on chciał jeszcze, k… p…lę ten rząd, k… ja wam wszystkim, k…, pokażę, dała mu…” itd., w stylu podobnym. Co dwie zgłoski czknięcie, głos niesie się daleko, odbija echem od zabudowań, psy okoliczne szczekają, miotają się za ogrodzeniami, a ON idzie i śpiewa. Mija przydrożną kapliczkę, milknie, mimo, że wydaje się tej kapliczki nie dostrzegać nawet, ale ledwie meandry jego ścieżki miną kolejny "zakręt" - wznawia wokalne popisy. Nie zwraca uwagi ani na psy, ani na mijanych ludków. Śpiewa, radośnie i donośnie. Pomachuje sobie przy tym, jakby wybijając rytm, reklamóweczką z cenną zawartością. Dokąd zmierza? Nad jeziorko pobliskie. Tam, w szuwarach, ma swoją ulubioną miejscóweczkę, swoje letnie leże. Swoją „daczę”. Zimą zamilknie, zaszyje się w cieple nie ogrzewanego, cudzego domku na jakiejś działce, w pobliskim miasteczku.
Ot, człowiek szczęśliwy. Po prostu...

czwartek, 10 czerwca 2010

Co i komu rośnie?

M.O.:
"Kaczyńskiemu rośnie. A to, czy jest, czy nie jest żonaty, ani, czy ma dzieci, czy nie - nie powinno mieć żadnego znaczenia dla wyborców."
S.N.: "Kaczyńskiemu nie rośnie. A powiedzenie, że nie ma pojęcia o wychowaniu dzieci, bo zna się tylko na hodowli zwierząt futerkowych - nie jest obraźliwe."

Jakoś tak to było, ale zanotowane skrótowo, z pamięci.W każdym razie clou wypowiedzi tak można było zapamiętać.

I się zastanawiam, czy chodziło o dąb, zasadzony ręką Wodza? I nie rozumiem, bo jak się tyle wody leje zewsząd (nie tylko z rzek!) to rosnąć powinno w zastraszającym tempie, jak bambus.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Półtora nieszczęścia

Mam już dość ewakuacji. Pakowanie i rozpakowywanie ton dokumentacji, deinstalacja sprzętu. Ledwie się rozpakowaliśmy po jednej, a już druga fala nadciąga. Siedzę sobie i dumam, brudna, zmęczona i w ogóle - półtora nieszczęścia…
Jeżeli ja jestem tak zniechęcona, to jak muszą czuć się ludzie, którym woda nie tylko zagroziła i zagraża, ale którzy stracili w tej wodzie wszystko? A ci, których domy złożyły się niczym domki z kart? Nie mam prawa narzekać, mnie - jak dotąd – nie utopiło niczego. Bardzo, bardzo tym nieszczęśnikom współczuję… Tylko – po jaką cholerę im to moje współczucie? Im potrzebna pomoc. I to nie taka, wygłaszana w ferworze walki politycznej, obiecanka-cacanka tego, kto przez krótki czas cierpiał na zanik głosu, ale ozdrowiał znienacka.
Mnie, mnie wybierzcie, ja to nawet z pustego w próżne potrafię nalać! Mój brat jest już wśród świętych, ma się więc te chody na górze! Zobaczycie - jedną rybą obdzielę głodne miliony, a jedną flaszencją napoję.
A tak na ucho: Gdybym ja była premierem (premierką?) to powodzi w ogóle by nie było, a ludziska by dostali i tak, nawet po 100 tysięcy EURO! A co?! Ja to bym miała gest!

piątek, 28 maja 2010

Żywioł

IMGW: „Mieliśmy podać na najbliższy weekend lokalne przymrozki, ale zrezygnowaliśmy z tego”

Uff… od razu cieplej. Instytut postanowił, że przymrozków nie będzie, nawet lokalnie. Gdyby jednak się pojawiły, to proszę pamiętać, że to wbrew decyzji IMGW!!!

W sumie to wielkie szczęście, że powódź nastąpiła w roku wyborczym, a nie w jakimkolwiek innym, zwykłym, kalendarzowym. Bo to i prezydenta wybieramy i samorządowe władze. Gdyby nie ten terminarz, to powodzianie – jak sądzę – nie mieliby zbytnio na co liczyć, w kwestii pomocy. A tu, proszę uprzejmie – i mobilizacja na najwyższym szczeblu lokalnym i nie tylko, i pieniądz się znalazł był, i wszyscy pochylają się z troską przeogromną nad losem pokrzywdzonych przez matkę naturę. Władza obfotografowała się na wałach i z profilu i en face, i worki dźwigała osobiście nawet, brodząc w wodzie po… kolana.
Okrutnie intryguje mnie jeszcze problem worków przeciwpowodziowych. Co teraz z nimi będzie? W mojej gminie ułożono coś około 300 tysięcy, nieekologicznych, nierozkładalnych. Jeżeli zostaną tam, gdzie je ułożono, to problem bobrów rozwiąże się samoistnie – gryzonie udławią się.

A swoją drogą, to żal mi trochę tych kandydatów, w liczbie sztuk dziesięciu, kandydatów na Głowę Państwa. Nie jest łatwo uprawiać zapasy w błocie, gdy nikogo na widowni nie ma. Oprócz sztabów wyborczych.

środa, 19 maja 2010

Cofka

Zalewa nas fala złych informacji. Zalewa nas krew. Z różnych powodów. Ale dlaczego zalało Wojewódzką Bazę Przeciwpowodziową w Krakowie? Dobre pytanie...
Pewnie dlatego, że nasi spece od bezpieczeństwa hydrologicznego zanadto leją wodę, wmawiając wszystkim, że działają na rzecz. Na rzecz bezpieczeństwa mieszkańców. Nic dziwnego, że woda wpadła w szał i zalała ich. To się nazywa kolokwialnie - "cofka".

wtorek, 18 maja 2010

Podmuch smutku

Umarł drugi przyjaciel mojego dziecka, Filip. Jednego stracił w 2004 roku, 21- latek umarł na serce. Teraz drugi, w czerwcu skończyłby 27 lat, ale nie doczekał, miał czerniaka. Dwaj przyjaciele dzieciństwa…

W pracy też wieje grozą - już trzeci pracownik w ciągu roku zachorował na nowotwór.I jak tu pocieszyć, jak dodać otuchy w takiej sytuacji? A co powiedzieć ojcu, który wciąż żyje, chociaż wcale już nie chce?

Chciałabym wiedzieć, umieć, dać radę...

poniedziałek, 17 maja 2010




Czasami zapominamy, że diabeł to też anioł, tyle, że w opozycji do obecnej władzy. Politycy dobrze o tym wiedzą i dlatego palą Bogu świeczkę, a diabłu - ogarek. Na wszelki wypadek.

wtorek, 11 maja 2010

Analogia

Jakoś brak mi wiary w cudowne przemiany. Jezus przemienił wodę w wino, tak piszą w którejś Ewangelii. Być może tak było, ale jeżeli nawet –tak, to wszystkie pozostałe przypadki i tak są wątpliwe. Zresztą, wiadomo przecież, że to wiara, sama w sobie, czyni cuda. Głębokie przekonanie, że prestidigitator, który spogląda na nas z ekranu TV może nas uzdrowić - być może bywa skuteczne, w niektórych przypadkach. Osobiście sądzę, że jedynie w przypadkach tzw. hipochondrii. Jakoś nie słyszałam, żeby komuś odrosła noga, albo ręka?!

Teraz, również z ekranu TV spogląda na mnie taki cudotwórca, który sam uległ niesamowitej przemianie. Od niedawna zamiast zapalnikiem, wywołującym reakcje termojądrowe, stał się był katalizatorem, dzięki któremu, wino w mózgach wyborców ulegnie niespodziewanej przemianie w wodę. I tu kończy się odwrotnie skuteczna analogia do pierwowzoru tego cudu.
Jezusa malują z aureolą nad głową, dzisiejszy przedstawiany jest w (dodających mu statecznego wyglądu mędrca) okularach. Trzeba przyznać, że dobranych wyjątkowo przemyślnie.
Prekursor cudów zapoczątkował (niechcący) wielowiekową tradycję, dzięki której do dziś skutecznie rozprzestrzeniają się zarazy morowe, drugi (chcący) zapoczątkuje …aż strach się bać!

poniedziałek, 10 maja 2010

ptaszki cd.

Bociek i żaby
Bocian wprost uwielbia żaby
i wskutek tej, do nich, słabości,
w bocianim brzuszku żab mnóstwo
na sutym obiedzie gości.

Świerszczyk
Mam przyjaciela, świerszczyka,
w letnie wieczory go słyszę.
Zielonych skrzypek muzyka
do snu mnie lekko kołysze.

Makolągwa
Makolągwa – mądra głowa,
pośród maków dzieci chowa.
Gdy nad polem sokół leci,
w maku nie wypatrzy dzieci.

środa, 28 kwietnia 2010

Osiołkowi w żłoby dano









Media już zdecydowały. Ilu by nie wystartowało kandydatów, liczyć się będą tylko dwaj. A żaden z nich nie będzie dobrym wyborem. Mniejszy – bo wiemy, czym pachnie, a większy – bo nie będzie stanowił jakiejkolwiek przeciwwagi dla władzy wykonawczej. Lubię tego większego, zawsze go ceniłam, ale to nie ma znaczenia – w związku, w którym oboje myślą dokładnie tak samo jest nudno i brak perspektyw na rozkwit. Dyskusja twórcza, bez mordobicia i nieustannych awantur jest przecież motorem postępu.
Jest kandydat, którego z przyjemnością ujrzałabym na reprezentacyjnym stolcu, ale nie ma szans. A szkoda, bo to dobry kandydat do tego stanowiska. Zrównoważony, dystyngowany, prawdziwy światowiec, z różnorodnym doświadczeniem… Byłby dobrą wizytówką Rodziny, ale nie będzie, cóż…

ptaszki cd.

Kopciuszek

Kopciuszek przysiadł na płocie,
nie rusz kopciuszka, kocie!
Piórka ma lekko przydymione,
a od spodu rudy ogonek.

Dzwoniec

Gdy zima zbliża się do końca
coraz trudniej spotkać dzwońca.
Czy odleciał nad Śródziemne Morze?
Nie wiem, ale być może…

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Las

Ten las widział wszystko.
Nie stanął w obronie…
Trzask gałęzi. I cisza.
Całun mgły. I – koniec.

Może to głupie, może niepatriotyczne nawet, ale nie mogę przestać myśleć o ofiarach innych, równie katastroficznych wydarzeń – o tych, którzy kilka dni wcześniej zginęli w moskiewskim metrze, o tych, którzy tracili życie podczas trzęsień ziemi na antypodach, o tsunami na Thaiti… O wielu innych…
Wobec śmierci jesteśmy przecież równi?! Chyba jednak – nie.
Myślę też o Rosjanach, którzy – podobnie, jak Niemcy – od dziesiątków lat dźwigają ciężar odpowiedzialności za nie popełnione przez nich samych, tak – osobiście, czyny. Dla nas – tragedia narodowa, dla nich – koszmarny, pechowy zbieg okoliczności, który ponownie zwraca na nich uwagę całego świata. Zachowali się pięknie, profesjonalnie, serdecznie. Nie jestem pewna, czy – gdyby to darzyło się u nas – my, Polacy, stanęlibyśmy na wysokości zadania? Doświadczenie wskazuje, że prawdopodobnie natychmiast spiętrzyłyby się liczne przeszkody i trudności. I, jak zwykle, byłby bałagan. Już sam fakt, że do jednego, archaicznego dinozaura lotniczego, zapakowano tylu ważnych ludzi w Państwie, świadczy, że - tak. I jeszcze, w TV, jakiś generał powiedział, że on nic nie słyszał o procedurach bezpieczeństwa lotu generalicji wojskowej, że takich procedur nie ma!

Wiele jest we mnie goryczy, bo nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tych, niepotrzebnych śmierci można było uniknąć, gdyby nie zbliżające się wielkimi krokami wybory prezydenckie.

Smutno, tak bardzo smutno i żal.