piątek, 6 listopada 2009

Normalność po polsku

Nie ma to jak korzystać z usług Poczty Polskiej, która - na plakatach - to frontem do klienta, w osobie listonosza wprost ze „Złotopolskich” i w ogóle – mucha nie siada!

Znajomy zamówił sobie przesyłkę z Allegro. Zapłaciwszy z góry, odebrał sobie potwierdzenie, że paczka wysłana, czyli – w drodze. Czeka. Pewnie za 2-3 dni dojdzie. Minął tydzień – nic. Minął drugi – też nic. Nauczony doświadczeniem ostatnich miesięcy, Znajomy, posiadający oprócz skrzynki w klatce schodowej, także skrytkę w siedzibie Poczty, codziennie po pracy sprawdzał, czy aby powiadomienie o przesyłce nie zostało w tej skrytce ulokowane.
Bo trzeba zauważyć, że ostatnim wynalazkiem naszej, lokalnej Poczty jest ułatwianie adresatom odbioru korespondencji. Znajomy w lipcu urządził towarzystwu ubezpieczeniowemu karczemną awanturę, bo opłacił składkę OC, AC, etc, a polisy jakoś nie było. Otóż – była, tyle, że w skrytce leżała sobie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że znajomy żadnemu z nadawców licznej, zalegającej w skrytce od tygodni korespondencji, nie podał numeru swojej skrytki. Wszystkie listy były więc zaadresowane normalnie: kod, miasto, ulica. Nigdzie numeru skrytki nie uświadczyłeś. Znajomy nabuzowany jak nigdy, udał się do okienka i wciąż jeszcze grzecznie pyta, czemu to wszystko jest w skrytce, a w skrzynce, w klatce schodowej nic? Ano, bo po co listonosz ma biegać i nosić po klatkach, jak przecież jest skrytka? Może pan sobie codziennie sprawdzić przecież! A gdybym tak leżał w szpitalu, z nogami na wyciągu? To też bym sobie codziennie podskoczył i sprawdził? – pyta znajomy. Odpowiedzi jednak nie udzielono. A towarzystwo ubezpieczeń trzeba było przeprosić za wcześniejsze obsztorcowanie.

Tym razem jednak powiadomienia nie było ani w skrzynce, ani w skrytce, a czas mijał. Po miesiącu oczekiwania, zaniepokojony znajomy udał się prosto do okienka pocztowego, najeżony cokolwiek i gotowy urządzić małe piekiełko. Podał numer przesyłki, Pani uruchomiła palcóweczkę na klawiaturze i stwierdziła, że niestety nie ma. Dodała też, że właściwie to może i jest, tylko nadającemu przesyłkę podaje się zaledwie pół numeru nadawczego, a po tej połowie nie da się znaleźć informacji, gdzie aktualnie przebywa przesyłeczka i już! Znajomego trafił szlag w tym momencie. I dobrze, bo dzięki temu okazało się, że przesyłka od 3 tygodni spoczywa sobie w stercie innych, o których prawdopodobnie też Poczta Polska nikogo nie powiadomiła. Bo i po co? Żeby się interesanci kręcili po wysprzątanym urzędzie? A poszli won! W ogóle to kto to słyszał, żeby poczta służyła dostarczaniu przesyłek? Poczta Polska, proszę Państwa, służy pocztowcom, nie klientom. I to by było na tyle.