piątek, 23 października 2009

Uffff

Muszę sobie poprawić nastrój, po ostatnich kontaktach ze służbą zdrowia.
Czuję się dzisiaj niezwykle lekko, szczególnie pod względem finansowym - ostatnie 200zł wydałam na okoliczność nieudolności wspomnianej wyżej służby, ale ojciec już jest w domu. I tak poszło nieźle, bo lekarz chociaż obejrzał mu tę ranę pooperacyjną, a koledze z pracy pan doktor nawet okiem na spuchniętą nogę, udekorowaną szwem od samego dołu aż do pachwiny - rzucić nie raczył...

Dobrze, że trafiłam dzisiaj na świetny dowcip:

- Zieeeemiaaaa!!! - zakrzyknęli radośnie rozbitkowie.
- Jeeedzonkoooo!!! - zakrzyknęli radośnie tubylcy.



I wygląda na to, że - ostatecznie - oczekiwania pacjenta mają się tak do oczekiwań medyków, jak oczekiwania rozbitków do oczekiwań tubylców.

poniedziałek, 19 października 2009

Agresja w poczekalni

Poczekalnia na oddziale ratunkowym. Pacjenci, z reguły mocno cierpiący, czekają na swoją kolejkę, cierpliwie, do czasu. Zdarza się, podobno coraz częściej, że pacjenci są agresywni. Ściśle rzecz ujmując – stają się agresywni.

W poczekalniach wielu szpitalnych oddziałów ratunkowych zawisły tablice ostrzegawcze, informujące potencjalnych, agresywnych pacjentów, o możliwości policyjnej interwencji w razie, gdyby nabrali chętki na przyłożenie personelowi w ryło. Podobno tablice już przynoszą pozytywne skutki.

???

Oddział ratunkowy w pewnym, wielkim mieście. Godzina 18:00. Pacjent, staruszek, skierowany na oddział nefrologii, przywieziony ze stacji dializ, w której męczył się od 10:00 rano, ledwie żywy, z gnijącą stopą cukrzycową. Po godzinie raczył zjawić się lekarz, rzucił okiem na nogę, kazał prześwietlić. Kolejna godzina, pacjent z gołą stopą, w której brak krążenia, bo martwica naczyń krwionośnych postępuje od dawna, cierpi coraz bardziej. Nikt jednak po niego się nie zjawia. Rodzina pacjenta próbuje się dowiedzieć, kiedy i gdzie to prześwietlenie? Nikt nie wie, pielęgniarki opryskliwie odpowiadają, że to nie ich obowiązek. Żadna nie ma czasu sprawdzić, ponadto one nie są od tego, żeby się pacjentami zajmować. Jest ich pięć. Kawka, wesołe pogawędki, których rodzina wysłuchuje, bo stoi tuż tuż. Nie tylko zresztą ta rodzina. Inne też czekają, nikt nie wie na co. W międzyczasie okazuje się, że właśnie trwa zmiana służb, jedne odchodzą, inne dopiero przyszły. Mija 21:00. Pacjent, cukrzyk, pomału zapada w hipoglikemię - musi jeść regularnie, ale ani nic do picia, ani do zjedzenia tu nie kupisz. Rodzina ma jedną kanapkę, której nie miała czasu zjeść w pracy, daje staruszkowi.

Salek, w których na pomoc czekają chorzy, jest chyba około dziesięciu, wszystkie otwarte szeroko. Pacjenci w różnym stanie: jedni nieprzytomni, inni – niestety – tak, zwijają się z bólu, płaczą, niektórzy wołają o pomoc. Przez 3 godziny nikt, dosłownie nikt do nich nawet nie zagląda. O, przepraszam, jedna stażystka spaceruje po korytarzu, udając, że robi to w konkretnym celu, ale wnikliwa obserwacja jej kursowania potwierdza ogólne mniemanie, że to tylko taki spacerek. Rodziny wszystkich pacjentów, wkurzone do granic, krążą w poszukiwaniu informacji, lekarzy, pielęgniarek – bezskutecznie.
Około 22:00 udało się dopaść, tak – dopaść, nie inaczej, jednego medyka. Nie powiem, zainteresował się chwilowo. Z zainteresowania owego wynikło, że dokumenty staruszka gdzieś zaginęły. Pan doktor wypisał więc jeszcze raz skierowanie do rtg, grzecznie poprosił, żeby może rodzina zawiozła na to prześwietlenie ( bo nie ma nikogo z personelu), nawet wytłumaczył, którędy pchać wózek. Torby, kule, skierowanie i wózek z pacjentem i – do przodu. Jest. Gabinet rtg jest. Kolejka, wielka jak anakonda też jest. Najpierw do okienka, zapisano – proszę usiąść i czekać. Czekamy. Po ½ godzinie nadjeżdża pani salowa, z jakiegoś oddziału szpitalnego, z innym pacjentem, też ma skierowanie. Rodzina słyszy, jak ten pacjent stanowczo się upiera, że on się nie nazywa XY, i nie ma mieć prześwietlonej nogi, tylko płuca. „Co mi pan tu będzie wpierał! Ja wiem przecież kogo wiozę, mam tu skierowanie!” – krzyczy służba zdrowia. Słysząc owo XY, rodzina podnosi się i mówi, że pacjent ma rację, XY to jej ojciec, ma nogę do amputacji, a siedzi, o, tutaj! „Niemożliwe! Przecież ja mam tu skierowanie!” – dziwi się pielęgniarka. Być może – odpowiada rodzina – ale rodzina chyba wie, jak nazywa się jej ojciec. Pomyliliście Państwo pacjentów, dobrze, że się wyjaśniło, bo nie wiadomo, czy ten pan nie zostałby przypadkiem bez zdrowej nogi, za to dalej z chorymi płucami!
Na oddział ojca rodziny przyjęto „już” po 24:00.
Żeby dopełnić obrazu oddziału ratunkowego: jeszcze jedna, samotna staruszka, siedząca w wózku na środku korytarza, pozostawiona bez żadnej opieki trafiła w ręce rodziny. Pchała rodzina na przemian jeden i drugi wózek, szamocząc się równocześnie z kulami, torbami. Kiedy wepchnęła wózek ze staruszką do rtg, pani ( trudno powiedzieć, czy pielęgniarka, czy lekarka) miała pretensję, że obca rodzina weszła do środka, a ponadto rodzina nie jest służbą zdrowia. Szlag rodzinę trafił w tym momencie. Nie wytrzymała i też wykrzyczała, że się takich pacjentów nie zostawia bez opieki, sama by pacjentka nie dojechała tu w ogóle, jest przecież ciężko chora! Ktoś musi się nią zająć, jak służba zdrowia nie raczy!!! Pani się przymknęła.

I jeszcze: w międzyczasie zaginął bez wieści jeszcze jeden pacjent na wózku. Był i nagle go już nie było. Rodzina, zastanawiając się, czy go przypadkiem na porodówkę nie zawieziono, mruknęła do siebie: lepiej sprawdźcie, czy już mu nogi nie ucięli przez przypadek…

Zamiast tablic ostrzegawczych na korytarzach oddziałów ratunkowych, proponuję każdemu przy wejściu aplikować narkozę, może być młotkiem, bo szybciej i taniej. I policji nie trzeba będzie angażować niepotrzebnie, a służba zdrowia będzie nareszcie zadowolona. Jak nie może być zadowolony pacjent, to niech chociaż ona będzie.

poniedziałek, 12 października 2009

Dziura

Gdy się rozejrzeć, tak, dokoła,
obraz się jawi dość ponury.
Wizja, doprawdy – niewesoła,
w każdej dziedzinie same dziury!?

Taki na przykład budżet (wiecie,
bo trąbią o tym niemal co dzień),
największa dziura jest w budżecie.
Dodatni? U nas wciąż nie w modzie.

Skąd się w publicznej kasie bierze
ten finansowych dóbr niedobór?
Powiedzmy krótko, za to szczerze:
Kasa jest taka, jaki pobór.

A drogi? O! To każdy powie,
kto czterech kółek czar docenia:
Kierowcą dopiero staje się człowiek,
gdy z polską drogą ma do czynienia.

A Kasy Chorych? No, a ZUS?
To także bardzo trudny temat...
Tu może pomóc tylko cud,
lecz – jak wiadomo - cudów nie ma...

czwartek, 8 października 2009

Margaret Atwood

Literatura kobieca kojarzy się z tematyką lekką, łatwą i przyjemną, albo łzawą, romantyczną historią miłosną. Tak, w stylu Mniszkówny. Są jednak kobiety, które potrafią pisać prawdziwe książki, traktujące o babskim świecie. O świecie, który wcale nie zamyka się wokół spraw męsko-damskich, nie koncentruje wyłącznie na uczuciach, związanych z erotyczną stroną życia. Margaret Atwood, kanadyjska pisarka, napisała mnóstwo książek o kobietach. Każda z nich jest inna, dotyka innych problemów, ale każda tchnie egzystencjalizmem i trąca odrobinę o metafizykę. Bohaterki, wszystkie bez wyjątku, to istoty o skomplikowanej naturze, w żadnym wypadku nie są to słodkie, wysztafirowane kociaki, węszące w poszukiwaniu kandydata. Na męża zwłaszcza. One węszą, to prawda, nawet można rzec, że węszą w poszukiwaniu, ale – siebie. Siebie, swojej tożsamości, swojego celu, swoich pragnień i rzeczywistych możliwości. Słuchają i patrzą. W książkach M. A. kobiety są raczej małomówne, milczące, skupione na wsłuchiwaniu się i przyglądaniu wszystkiemu, co się dokoła, lub wewnątrz nich dzieje. Gadatliwi są niektórzy faceci, ale nie one. Psychologiczne portrety kobiet: zawsze zagubionych, często zdziwionych, czasem osaczonych, przy czym nie koniecznie wyłącznie przez męską połowę ludzkości. W książkach tej autorki pojawia się wyraźny, charakterystyczny dla niej, schemat: kobieta bezwolna, podobna marionetce, zawsze – chociaż nie zawsze szybko – wyciąga wnioski z własnych, nawet tych najgorszych, najbardziej uprzykrzonych doświadczeń i staje na własnych nogach. Chociaż nigdy nie zapomina, nie odrzuca przeszłości, czerpiąc z niej jakąś siłę i motywację, często na przekór wszystkiemu. Czasem przyszłość okazuje się niewiele lepsza od przeszłości. Ten fakt jednak bohaterki konstatują z wrodzonym stoicyzmem, nie są typowymi buntowniczkami, nie ma też w nich wiele z feministek, chociaż zawsze są to kobiety nowoczesne. Czytając, trudno się oprzeć wrażeniu, że Madame Atwood chce nam powiedzieć coś niezwykle ważnego, przekazać jakąś ponadczasową mądrość, będącą sumą doświadczeń wielu pokoleń kobiet, które były przed nami. Siłą kobiet nie jest wyzwolenie się spod wpływu mężczyzn, ale właśnie ta ich kobiecość, ta ukryta, zamaskowana i skrywana głęboko, gdzieś w zakamarku umysłu mądrość. Wiedza, której korzenie sięgają brzegów pradawnej jaskini. Te, milczące, pozornie podporządkowane i pogodzone z losem, kobiety zawsze (u tej autorki) przewyższają otaczających je mężczyzn, są mądrzejsze, mają bogatsze osobowości, są wytrzymalsze i zaradne, nic nie jest w stanie ich pokonać. Nie walczą przy tym z nikim, szukają miejsca dla siebie, jakiejś oazy, albo raczej jakiegoś kokonu, w którego cieple będą mogły egzystować, prząść nić swojego życia.
„Kobieta do zjedzenia” to pierwszy tytuł, z którym zawarłam bliską znajomość. Wyjątkowa powieść o młodej dziewczynie. Ma narzeczonego. Ów przyszły robi karierę, oczekuje od niej, że będzie stanowiła tło, doskonałe i nieskazitelne, dopasowane do jego drogiego garnituru na obowiązkowych przyjęciach i rautach. Ona nie czuje się w tej roli dobrze, nie lubi świata pozorów i blichtru. Odreagowuje w miejskiej pralni, siedząc przed obracającym się rytmicznie bębnem, rozmyśla długo, uświadamiając sobie powoli idiotyzm swojej sytuacji. Poznaje ( w tejże pralni) chłopaka, rozmawiają, nie – to on mówi, bo on ma taką potrzebę. On – stres odreagowuje przy prasowaniu. Ostatecznie – co kilka dni prasuje stosy jej prania, mówiąc o sobie, wyłącznie o sobie. Ona – znowu jest tylko tłem dla jego przeżyć. Narzeczeństwo trwa nadal, minie sporo czasu, zanim ona się odnajdzie, nim upiecze to ciasteczko w kształcie kobiety i zje. Ze smakiem.
Za wyjątkową, jedną z najlepszych powieści Margaret, uważane jest „Wynurzenie’. Faktycznie, to swoisty majstersztyk pisarski. Autorka dokonuje w nim pewnego rodzaju wiwisekcji, sięga samego dna kobiecej psychiki, wydobywa na światło dzienne najgłębsze tęsknoty i lęki. Ta książka jest dla mnie czymś w rodzaju studium skrywanej depresji, zakorzenionej i długo nie dostrzeganej. Ma przy tym ogromną zaletę – niesie iskierkę nadziei. Sugeruje, podpowiada, jak odnaleźć siebie, w sobie.

poniedziałek, 5 października 2009

(2004)

Jesienne liście. Feeria barw.
Barwny pejzaż impresjonisty.
Jesienne liście. Wirują na wietrze
i szeleszczą jak świerszcze.
Taki balsam dla duszy artysty.