poniedziałek, 15 czerwca 2009

Szukając korzeni

Dziecko urodzone w lesie. To ja. Puszcza Spalska, gdzieś w głębi kniei ukryte bunkry Goeringa, które po wojnie wykorzystywano jako magazyny krajowe, na wypadek wojny. Oczywiście, wszystko tajne i łamane przez poufne. Dwa małe bloki, a właściwie bloczki, postawiono specjalnie dla pracowników tej, polskiej spiżarni. Dzisiaj bunkrów już nie ma, zalano je wodą wiele lat temu. Ojciec opowiadał, że były ogromne - całe, długaśne składy pociągów mieściły bez najmniejszego problemu. Dziesiątki ton ryżu, mąki, materiałów opatrunkowych i czego tam jeszcze, gromadzono w ukryciu. Bo złe nie śpi nigdy.

I ja tam, na szczęście lub wprost przeciwnie, pierwszy raz ujrzałam świat, oznajmiając wszem i wobec głośnym wrzaskiem, że oto jestem.
Moja siostra miała wówczas 5 lat. Śliczna, jak laleczka, grzeczniutka, dobrze ułożona, przemiła dziewuszka. W przeciwieństwie. I tak już zostało.
Ja wrzeszczałam w niebogłosy, a Ona próbowała mnie zabawiać. Nie było karuzeli przyczepionej do łóżeczka, z pozytywką, dzwoneczkami, ani grzechotek, ani nic innego. Za to do mieszkania przylatywały dzięcioły, często zaglądały bez zaproszenia wiewiórki, a pod oknami spacerowały sarenki. Siostrzyczka jagody, poziomki i grzyby zbierała do koszyczka spacerując wokół domu.
Mama do najbliższego przystanku kolejowego maszerowała około 7 km, przez las. Pracowała w Spale. O samochodzie nikt w tamtych czasach nawet nie marzył.
Miałam prawie roczek, gdy Rodzice postanowili zmienić swoje życiowe centrum. Siostra wkrótce miała przecież pójść do szkół. Nie było innego wyjścia.

Miejsce, w którym się urodziłam, zobaczyłam świadomie dopiero po ponad 40 latach. Domeczki stoją do dziś. A ogrodzonego wysokim murem obszaru, dzisiaj już nadziemnych, a nie podziemnych, magazynów, nadal nie wolno fotografować. Strażnik pozwolił mi jedynie zrobić zdjęcie tych maleńkich bloków, które nadal są zamieszkałe. Zgodził się dopiero wtedy, gdy pokazałam mu dowód osobisty, z tym wyjątkowym miejscem urodzenia. To od niego dowiedziałam się, że bunkry zalano jeszcze za minionej epoki.

Znalezienie owego miejsca było przedsięwzięciem trudnym, nawet bardzo trudnym. W siedzibie powiatu wszyscy, straszliwie nudzący się, urzędnicy zaangażowali się chętnie, próbując ustalić, dokąd i którędy mam jechać. Nikt nie wiedział, dopiero wezwany drogą służbową kustosz miejscowego muzeum, wykazał się niewielką, ale jednak – wiedzą. Wskazał kierunek, nie umiejąc wszakże sprecyzować dokładnie lokalizacji. Pojechaliśmy, po drodze klucząc i błądząc leśnymi traktami, trafiliśmy do jakiejś zagubionej osady, nie oznaczonej na najdokładniejszej mapie. I wtedy się zaczęło… Zapytaliśmy o drogę w pierwszym gospodarstwie, zbiegli się wszyscy pozostali mieszkańcy i po kilkunastu minutach atmosfera zgęstniała tak skutecznie, że już prawie kosy na sztorc. Nie, nie przeciwko nam, ale przeciw sąsiadom. Każdy coś słyszał, że gdzieś, w lesie „byli takie bunkry, panie, ze całe pociągi”. Prawie głuchy, niemal stuletni staruszek, przytaszczony na starym, zardzewiałym wózku dziecięcym i wymachujący - bez żadnego wyraźnego powodu - laską, wiedział. Pamiętał! Drogi - niestety - nie mógł wskazać, ale poprowadził jakoś tak: „wedle tego buczka, co na zakrencie za lasem, trza w lewo, pani, jechać i dali – takom wonziuchnom dróżkom, bez pusce, aze będzie budka dróznika. Tam zapytajta. On wi.”
I „On” wiedział. I zdziwił się, zaprosił na szklaneczkę herbatki, pogadał, powspominał, choć też nie ze swojej, ale rodzicielskiej, pamięci. Trafiliśmy potem bez trudu.
Jak opisać uczucie, towarzyszące powrotowi do miejsca narodzin, gdy to miejsce przez całe życie było właściwie nieznane? Nie wiem. Chyba nie potrafię. Tylko ten żal, że nie zdążyłam tego zrobić razem z Mamą… chociaż przymierzałam się tyle lat. Wiem jedno: nigdy nie należy niczego odkładać „na potem”, trzeba chwytać chwilę, póki trwa.
Jeżeli trzeba używać czasu przeszłego, niech to chociaż będzie czas dokonany.

Dopisek: W dowodzie osobistym mam dzisiaj inną nazwę miejscowości urodzenia. Na ostatni dowód czekałam pół roku, bo system komputerowy nie chciał „łyknąć” informacji z Aktu urodzenia. Ostatecznie ustalono, że obecnie najbliżej znajduje się inna miejscowość, niż wtedy, gdy rodziłam się w domu. Od trzech lat próbuję zapamiętać tę, nową dla mnie, nazwę, ale nie idzie mi najlepiej.