czwartek, 30 kwietnia 2009

The End

Rok temu skończyłam te swoje 50 lat. To miał być rok z życia pięćdziesięciolatki, no i przyszła chyba pora zakończyć radosną twórczość i zamknąć ten pamiętnik. Niech tu sobie spoczywa w spokoju. "Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy..."
Amen

wiosna 2005 ( z lamusa)

Drzewa

Lubię przez okno patrzeć wczesną wiosną,
gdy wiatr chmury deszczowe przywiewa.
Lubię przyglądać się, jak po deszczu
pięknie stroją się okoliczne drzewa.

Taka, na przykład, wiotka brzoza:
jak egzotyczna, smukła księżniczka
tysiącami złotych wisiorków potrząsa,
pewna, że jest powabna i śliczna.

Lipa niczym silna, wiejska dziewczyna
pień i gałąź ma mocnej budowy.
Włożyła sweterek dziergany w bąbelki,
tylko leciutko i dyskretnie ażurowy.

Wierzba płacząca jeszcze inaczej:
jak giętka cyganka lubi taniec wszelki.
Dlatego narzuciła tylko muślinową chustę
wykończoną w plączące się w tańcu frędzelki.

Drzewa owocowe, w sadach i ogrodach,
drżące delikatnie pod dotykiem słonka,
wdzięcznie eksponują wokół swą urodę,
niczym panny młode – w tiulach i koronkach.

Tylko olchy stare, stojące nad brzegiem,
nie dbają o siebie, nie dbają o stroje.
Jak mężni, średniowieczni rycerze
przywdziały błyszczące srebrem zbroje

piątek, 3 kwietnia 2009

Asertywna

Pracuję nad sobą. Próbuję wykształcić w sobie asertywność. Nie jest to łatwe, ale małymi kroczkami zmierzam do celu, który sobie wytyczyłam. Wbudowano mi w drugą naturę poczucie obowiązku, na dodatek o szerokim zasięgu.

Nie wypada odmawiać pomocy, gdy ktoś o nią prosi. Trzeba pomagać potrzebującym, ale nie koniecznie zawsze i na dodatek nieuzasadnionym kosztem. Wkoło mnóstwo wyciągniętych rąk. Każdemu, bez wyjątku, nie da się udzielić wsparcia – to naturalnie nie jest możliwe. Co robić, gdy trzeba walczyć samemu ze sobą? Gdy rozsądek podpowiada, że dosyć tej pomocy, tego altruizmu, tej filantropii, a poczucie obowiązku wciąż pcha do działania opiekuńczego?
Zaczęłam od prostych ćwiczeń: idąc ulicą, odmówiłam pierwszy raz w życiu datku. Żeby uspokoić swoją drugą naturę dodałam głośno, że już wrzuciłam do dwu puszek, że nie mogę tego robić na każdym rogu ulicy tylko dlatego, że tam akurat tkwi kolejny wolontariusz. Gdzieś wewnątrz mnie ogrzało się i spłynęło aż do pięt moje samozadowolenie, radosna myśl błysnęła przelotnie: Ja też potrafię powiedzieć - NIE!
I przejrzałam na oczy. Spostrzegłam, że mnie oszukano. Bezczelnie wykorzystano naturalny, ludzki odruch, którym kieruje się większość z nas. Odruch podawania ręki w potrzebie. Krótko mówiąc: wyręczono się mną, nami – Obywatelami. Zagrano perfekcyjnie na uczuciach. Zmiksowano i skorygowano przekaz tak, że nie umieliśmy wyczuć fałszu. Dawaliśmy ( wielu, ja na to akurat – nie!) na ratowanie Stoczni, zmotywowani umiejętnie przez hochsztaplera, który bez zmrużenia oka dorobił się na najuboższych emerytach i rencistach. Gromadzimy miliony na koncertach charytatywnych na rzecz. Oddajemy jeszcze 1 procent podatku, też na szczytny cel, przy okazji przynoszący niezły dochodzik licznym spryciarzom. Ale – dlaczego? To nie my jesteśmy prawnie zobligowani do udzielania tej pomocy! My już na tę pomoc odprowadziliśmy datki – w tychże samych podatkach. Regularnie płaconych i potrącanych z naszych dochodów. I w składkach też. Na budowę i remonty dróg też się składamy, w cenie paliwa na przykład, w winietach, itp., jakoś nie mogąc dostrzec efektów. Albo raczej – dostrzegając je, ale nie tak, jakbyśmy tego oczekiwali, a raczej – mieli prawo oczekiwać. Ale to już inna sprawa.
I pora zacząć mówić – NIE! Nie zgadzam się na żadną, nową ściepę. Ja się nie chcę wykazywać, nie chcę, żeby mi przypinano serduszka, nie chcę laurek, chcę normalności. Płacę i wymagam. Wymagam, żeby moje podatki i moje składki były wykorzystywane zgodnie z ich przeznaczeniem. Nie zamierzam finansować czyichś, wcześniejszych emerytur jedynie dlatego, że związki zawodowe zorganizowały spęd przed Parlamentem, a w masie tkwi wielka siła. Nie chcę się składać na operację jeszcze jednego ciężko chorego, bo składka idzie na niebotyczne stawki za dyżury lekarzy ( właśnie wysłuchałam informacji, że lekarze odchodzą ze szpitala psychiatrycznego, bo nie ma zgody na stawkę za 1 [słownie: jeden]dyżur w kwocie 1600zł!!!), na bezpłatne leki i zabiegi dla wybranych grup społecznych. Nie znajduję uzasadnienia dla wydawania z publicznej kasy pieniędzy na becikowe i pomniejszania podatku od osób fizycznych o duże kwoty tylko za samo „manie” dzieci. Bez jakiejkolwiek kontroli, na co idą te pieniądze i czy faktycznie rodzina jest w trudnej sytuacji materialnej. Żądam sprawiedliwego rozdzielania pieniędzy z budżetu Państwa! Pomoc należy się niepełnosprawnym, albo w inny sposób pokrzywdzonym przez los, czyli tym którzy jej naprawdę potrzebują. I powinna to być pomoc prawdziwa, a nie jałmużna. Bo IM ta pomoc naprawdę się należy, nie mają przecież żadnej alternatywy dla swojego cierpienia. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za nich , a w naszym imieniu – Państwo. I to Państwo odpowiada za sprawiedliwy podział środków. Nie ja, jako pojedynczy obywatel. I Państwo (czyli każdy, kolejny, demokratycznie wybrany Rząd i takaż Wysoka Izba) powinno skończyć ze ślepym rozdawnictwem, a zacząć - wśród milionów wyciągniętych rąk - wyszukiwać te jednostki, które tych rąk już nawet nie wyciągają, bo nie mają siły walczyć o godziwy byt ze sprawnymi, dorodnymi i tryskającymi zdrowiem beneficjentami wszelkich możliwych, choć w żaden sposób nie zasłużonych, profitów. A nam wmówiono, że mamy rozdawać „co łaska”, epatuje się nas widokiem chorych dzieci, pogorzelców, powodzian, rodzin po zmarłych górnikach, etc… Dlaczego akurat po górnikach, a nie np. po budowlańcach, czy kierowcach zawodowych? - Nie wiadomo. Sorry – wiadomo. Na drogach, na budowach, zresztą – w tylu miejscach pracy giną ludzie, ale jakoś nigdy nikt nie ogłosił żałoby narodowej z powodu ich śmierci. O tym się w ogóle nie mówi, bo to codzienność. A górnicy ulegają wypadkom zbiorowym i to się świetnie sprzedaje medialnie i politycznie zarazem. Statystycznie – mniej niebezpieczna jest praca górnika, niż kierowcy, ale jakie to ma znaczenie? Kierowcy są rozproszeni po całym kraju, a górnicy stanowią regionalnie skupioną zbiorowość.
Kilka lat temu, w pobliskim ośrodku dla bezdomnych matek i dzieci wyłączono zasilanie energią i ogrzewanie. Powód - zadłużenie ośrodka. Zima, -15st.C. Ogłosiliśmy z kolegą zbiórkę firmową na spłacenie tychże rachunków, by ratować. Postawiliśmy puszkę. I co? Ludziska wtykali, ile kto mógł, płace u nas są niezbyt wysokie. I zebraliśmy, ale nie wiem ile, bo jakiś „życzliwy” pracownik uznał, że jemu ta forsa potrzebna jest bardziej. Akurat zbliżały się święta. I wydłubał wszystko z zaplombowanej puszki przy pomocy spinacza biurowego ( sprytnie pokrzywiony spinacz znaleziono i jak wyrzut sumienia wystawiono na widok publiczny, na lokalnej tablicy ogłoszeń). A puszka była naprawdę wypełniona po brzegi…przedtem.
Wsłuchując się w lekceważący ton wypowiedzi przewodniczącego śląskich związków zawodowych, w TVN24, miałam przed oczami tę wstydliwą historię sprzed lat. I - ten spinacz.