środa, 25 marca 2009

Stagnacja w stabilizacji

Może i jest w tym trochę
racji, że nie ma jak stagnacja
w stabilizacji. Choć stres
bywa czasami pozytywny
i zdrowy, to lepiej zmartwienia
mieć z głowy.

poniedziałek, 23 marca 2009

Raj utracony

Niespodziewanie uświadomiłam sobie, że jednak, wbrew mojemu głębokiemu przekonaniu, przywiązuję się do rzeczy. I, że nie jest mi obca potrzeba ich posiadania.

Siedzę sobie z filiżanką dobrej herbaty w dłoni i rozmyślam. Jest mi dobrze, bęben pralki obraca się niemal bezdźwięcznie, lodówka szemrze cichutko. A nie dalej, jak dwa dni temu, wydawało się, że już nigdy te przecudne odgłosy nie będą pieściły moich uszu. To było, niczym koszmarny sen: najpierw lodówka zaczęła zamrażać marchewkę, zapominając o energooszczędności, bo pracowała na okrągło. Następnego wieczora pralka postanowiła, jak sądzę, przenieść się do sąsiadów, a że jej się to ostatecznie nie udało – obrażona śmiertelnie spowodowała krótkie spięcie. Stosy nie pranych rzeczy rosły, jedzonko psuło się też w zastraszającym tempie, a mnie równie szybko psuł się humorek. Fachowiec przychodził trzykrotnie, coś tam dłubał, cosik wymieniał, osłuchał, opukał i rozłożył bezradnie ręce.

Odbył się sąd rodzinny, zaciągnięto kredyt i w domeczku pojawiły się nowe sprzęty.
No, Raj po prostu…

O czym zatem ja sobie rozmyślam tak intensywnie, skoro dobry nastrój wrócił na swoje miejsce? A o tym, jak bardzo przywiązuję się do przedmiotów. Dotychczas byłam głęboko przekonana, że jestem wolna od tego rodzaju uzależnień, że poza nałogiem tytoniowym innych nie posiadam, a jednak – myliłam się!

Dzieciństwo upłynęło mi w warunkach raczej trudnych, bez kanalizacji, bez gazu, ciepłej wody. Lodówki nie było, pralka owszem – „Frania”. Czasami prało się też na tarze, w balii. Za komóreczką stała sławojka. Nie było centralnego ogrzewania, tylko piec kaflowy. I jakoś się przecież żyło, ba, nawet często radośnie. Tylko domowe obowiązki zajmowały mnóstwo czasu, ale nie pamiętam, żeby ktokolwiek narzekał. Chociaż w epoce socjalistycznej, wieczorami często ogłaszano „trzeci stopień zasilania” i siedziało się przy lampie naftowej, albo świecach.

Dzisiaj wracam do blokowego mieszkanka, a tam miłe ciepełko, ciepła woda w kranie, węgla nie trzeba taszczyć, bo jest gaz. Same udogodnienia, przynajmniej w odniesieniu do dziecięctwa. Niech jednak tylko na godzinę odłączą zasilanie energii, albo wodę; niech się zepsuje coś – jak właśnie teraz, a od razu ogłaszam, że kataklizm!

I tak siedzę sobie i dumam o tym, co by było, gdyby znienacka przyszło ucywilizowanemu ludkowi wrócić „na drzewa”, czyli do czasów jaskiniowych? Czy byłaby to szkoła przetrwania? Nie, to jednak niezupełnie to samo. Inaczej podchodzę do zmian na gorsze, gdy dobrowolnie się na takie zmiany decyduję, ale, gdy los mi funduje przykre niespodzianki, rodzi się we mnie bunt. Z własnej woli nie chcę z niczego rezygnować. Wprawdzie lubię być zaskakiwana, ale – na przykład – podwyżką wynagrodzenia, albo wygraną w Lotto, a nie koniecznością zaciągania kolejnego kredytu.

Myślę, że Adam i Ewa bardzo dotkliwie musieli odczuć wygnanie z krainy wiecznej szczęśliwości. Co innego wyruszyć na zwiedzanie, dajmy na to - slumsów Indii jako turysta, a co innego zostać tam wysłanym za karę.

piątek, 20 marca 2009

kataklizm odpowiedni do wzrostu

Mówią, że nieszczęścia chodzą stadami. Wprawdzie pewnie niesłusznie nazywa się nieszczęściem, kataklizmem, czy masakrą zdarzenia, które do takich kategorii się nie kwalifikują, ale wszystko jest adekwatne do chwili, w której nas nieoczekiwane kłopoty dopadają. Wczoraj widziałam dziecko, które stojąc z mamą w sklepie wpadło w czarną rozpacz z powodu odmowy obdarowania go wszystkim, co się w witrynie ze słodyczami znajdowało. Łzy lały się rzęsiście, buzia w podkówkę, nos na kwintę, no – półtora nieszczęścia po prostu. Aż żal się robiło i mnie, i sprzedawcy. Ale mama była nieugięta, pewnie nie bez powodu. Jednak w tej właśnie chwili dla malucha to był najprawdziwszy koniec świata. Świat widziany z poziomu poniżej jednego metra nad ziemią wygląda jednak całkiem inaczej. Dorośli powinni o tym pamiętać i nie dawać klapsów, nie złościć się, gdy dziecko płacze, bo jest rozżalone. To baaaardzo wielki żal w stosunku do wielkości człowieczka!

Dorosły człowiek ma już intelektualną możliwość selekcjonowania spraw odpowiednio do ich ciężkości życiowej. I choć nazywa kataklizmem łańcuszek zmartwień w rodzaju: wysiadła lodówka, pralka, terma, samochód i coś tam jeszcze, to w głębi zdrowego rozsądku wie, że to nie fatum zawisło nad nim, tylko sprzęt zestarzał się równocześnie, bo mniej więcej w tym samym czasie został nabyty. I cały ten kataklizm - to tylko niefortunny zbieg okoliczności. Denerwujące, fakt, może nawet być przyczyną bezsenności z powodów finansowych, ale – to jednak nie jest koniec świata, tylko taki pomniejszy kataklizmik, nie tornado, ale tylko tornadeczko, zefirek po prostu. Da się przetrwać.

Taką gradację można, a nawet powinno się stosować w odniesieniu do większości zawieruch życiowych, ale – jak się zwykle okazuje – dorośli mają z tym identyczny problem, jak małe dzieci, którym odmówiono cukierka, albo zabroniono siadania w środku przecudnej kałuży, o gwałtownej potrzebie przyłożenia łopatką koledze z piaskownicy, nie wspomnę już nawet.
Czarna rozpacz powinna być zastrzeżona dla prawdziwych nieszczęść. W danej chwili jednak nie myślimy o jakichś punktach odniesienia, a tylko o tym wysypie, upierdliwie utrudniającym nam egzystencję i wytrącającym z równego rytmu codzienności.
Nie wiem, jak reagują inni, ale ja wtedy mobilizuję się do walki z przeciwnościami losu. A zaczynam od pokonania samej siebie, bo w takich chwilach zawsze depresja stoi u drzwi.

czwartek, 19 marca 2009

Przyjaciółka z lustra

Tak się akurat złożyło, że lektura „Zostaniemy przyjaciółmi”na portalu broszka.pl, autorstwa Wuwulca, przypadła - w moim przypadku - na szczególny dzień, w którym zwykle ludziom psuje się humor. Bez względu na płeć, za to pod warunkiem pewnego przekroczenia. Wieku przekroczenia. Tak więc ja sobie właśnie przebywałam w nienajlepszym humorze, ponieważ przekroczyłam już dawno… lustro na wszelki wypadek odwróciłam „dupcią” do frontu – żeby dodatkowo nie stresowało, a tu: tekścik smakowity, chociaż raczej nie w porę (dla mnie) objawił się na monitorku. Szczególnie nie w porę wypadł przyjaciel z lustra…
To lustro, to w ogóle szatański wynalazek. Ileż zakompleksionych ludzików, zwłaszcza mojej płci byłoby mniej, gdyby nie ono! Sama pamiętam, jak przeżywałam lustrzane odbicie swojej nie tylko buzi:
– Mamo, dlaczego ja nie jestem ładna?!
- Cóż, nie każda może zaraz być Miss Polonia…

I to lakoniczne stwierdzenie ucinało dyskusję, wszelką dyskusję, jako, że Mama koncentrowania się córeczek na swoim wyglądzie, zdecydowanie nie tolerowała.
Moje zainteresowanie „przyjaciółką z lustra” w tamtym czasie się szybko skończyło, bo umartwianie się, a w każdym razie takie długotrwałe, nie leży w mojej naturze. W myśl zasady: co z oczu, to i z serca (tu: z głowy), pożegnałam się na długo z lustereczkiem i nie bardzo lubianą towarzyszką.

Wuwulec sugeruje, że prędzej, czy później nadchodzi pora, by zaprzyjaźnić się ze sobą samym, tym – z lustra. Coś w tym jest. Chyba.

Rozmyślania na temat lustra przywiodły mnie do kolejnego odkrycia: wydaje się, że natura zadbała o dobry nastrój ludzi „wpędzonych w lata”. W miarę upływu lat, a więc również w miarę, jak rośnie liczba zmarszczek na naszych twarzach, słabnie nasz wzrok. Im jesteśmy starsi, tym gorzej widzimy to, co mamy pod nosem, albo co widać w lustrze. I to jest kapitalne rozwiązanie problemu! Dlatego, gdy mój Szef (sam w średnim wieku) dzisiaj zadał mi pytanie, czy świadomość powolnego starzenia się nie spędza mi snu z powiek i czy ja też, stojąc przed lustrem, liczę sobie zmarszczki, odpowiedziałam, że – nie! Na to mój przemiły Szef: Niemożliwe, każdy to robi.
Tak, możliwe, że każdy, ale ja – podchodząc do lustra – najpierw zdejmuję okulary – odpowiedziałam.
I muszę powiedzieć, że moja przyjaciółka z lustra dzisiaj jest o wiele bardziej sympatyczna, niż kiedyś - nie krzywi się tak, gdy na mnie patrzy.

poniedziałek, 16 marca 2009

Podział majątku

Oddam marzenia. Za darmo.
Niespełnione.
Podzielę się zmartwieniami.
Po połowie.
Zazdrości nie podaruję.
Bo nie znam.
Mam jeszcze uśmiech.
Zostawię go sobie.

wtorek, 10 marca 2009

Czekając na cud

Czekanie na cud

Zastygłam
bezmyślnie wsłuchana w ciszę
w oczekiwaniu na cud
który się nie zdarzy
nade mną to samo niebo
gwiazdy i noc ta sama
i ja też ta sama
tylko trochę starsza
poważniejsza
dojrzałam rozumiem wiem
cudów nie ma



Najprzyjemniejsze zawsze jest oczekiwanie cudu, nie sam cud. Jak narodziny dziecka. Nawet uciążliwości ciąży nie zmieniają faktu, że to czekanie, wyobrażanie sobie, co będzie, gdy już się urodzi maleństwo, jest najmilszym okresem. Potem, gdy już jest, zaczyna się pasmo kłopotów, niekończąca się historia. Kolka, katarek, kaszelek, płacz, ząbkowanie, etc… Przedszkole, szkoła jedna, druga, kolejna. Wywiadóweczki rozkoszne z wysłuchiwaniem uwag krytycznych w kwestii pilności naukowej i zachowania naszej pociechy… I te bunty młodości, te wieczne pretensje o wszystko. Oj, niewiele wspólnego z cudem to ma! Ale – przed – szykujemy, kupujemy, urządzamy, myśląc, że dzieciątko da nam jedynie radości, a jeśli już łzy, to tylko sporadycznie. A rzeczywistość odsłania wszystko na odwrót… Z reklamą TV nie ma to w każdym razie nic wspólnego.

Przychodzi czas, gdy uświadamiamy sobie, że ten „cud” odebrał nam wszystko, o czym kiedyś marzyliśmy, do czego dążyliśmy. „Cud” rośnie, rozwija się, zagarniając niezauważalnie przestrzeń życiową, którą chcieliśmy mieć tylko dla siebie. I tak, dla nas pomalutku nie zostaje nic, nawet ta maleńka enklawa, w której chroniliśmy się, gdy już mieliśmy wszystkiego dosyć – przepada, znika. Nasi rodzice odchodzą. Na zawsze. Wtedy, tak ostatecznie i bezwzględnie, przestajemy sami być dziećmi.

Kiedy czekam na wiosnę, jestem pełna nadziei, bo znowu spodziewam się cudu. Życie budzi się po wielomiesięcznym letargu. Najpierw tylko ślady – jakieś ździebełko zielone, świeże, nie zrudziałe; jakiś pączek maleńki, nabrzmiały i ślepy jeszcze, ale przez zamknięte wciąż powieki wyglądający cieplejszego promyka słońca. I te awantury srok przy gnieździe, te gimnastyczne popisy wróbli i sikorek, klucz gęsi na tle muśniętego bladym błękitem nieba.

A potem wybuch, jak Big Bang, wszystko naraz gna w szaleńczym wyścigu we wszystkie, cztery strony Świata. W wyścigu o przedłużenie gatunku. Bezmyślnie, feromonowo gna. Rozpachnia się jawnie ( to flora) i skrycie (a to fauna). Przedłuża i umiera. Jak jętka jednodniówka.

Uświadomienie sobie, że cały ten spektakl życia jest pozbawiony jakiegokolwiek sensu wprawia mnie w ponury nastrój, chwilowo na szczęście. Tyle wysiłku wkładają wszystkie gatunki, by narodziły się istoty z góry skazane na unicestwienie. Wmawianie sobie, że to jest przedłużenie naszego, własnego istnienia kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. To tylko „samolubny gen” tak to urządził, żeby nam się zdawało, że rozmnażanie jest dla nas, a nie dla niego.
Patrząc na narodzone dziecko, myślimy: „Mamy dziecko”. Nie, to dziecko ma nas. Będziemy potrzebni mu tak długo, aż będzie wystarczająco rozwinięte, by przekazać ów gen dalej.

Życie to sztafeta. I tyle. Pozostaje tylko cieszyć się, że wyznaczona nam w tym wyścigu trasa jest pełna niespodzianek i takich cudów, jak – na przykład - wiosna.

poniedziałek, 9 marca 2009

wierszyk w dziurawym bucie

Taki wierszyk, pisany na kolanie.
Wiersz bez sensu i bez rymu,
i bez treści. Wiersz, jak kwiatek
który kwitnąć miał w wazonie,
ale zwiądł, bo pośród innych
się nie zmieścił. Wiersz banalny,
pospolity i głupawy. Jak ta stopa,
która w bucie, bez skarpetki.
A najgorsze, że ten bucik
był dziurawy. Razem z wierszem
wyrzucono go na śmietnik…

piątek, 6 marca 2009

Kalendarz świąteczny ( z lamusa 2007)

W kalendarzu polskim
świąt mamy bez liku:
Boże Narodzenie
Wielkanoc
Wszystkich Świętych
zwycięstw rozmaitych
Czterdziestu Męczenników
górników hutników
nauczycieli wojaków
pocztowców stoczniowców
matek i ojców
dziadków i babć
i zakochanych
imienin znanych
i mniej znanych
jest dzionek dzieciątek
własnych i cudzych
twoich moich i naszych
rocznic urodzin
ślubów i rozwodów
oraz innych świąt
świątek
świąteczek
i takich tam okazji
by wydać grosik
wcale nie mały
a i do obalenia flaszki
powód doskonały
…………………………
I mnie obojętne jest
które akurat właśnie się zbliża
albo jest
albo było
bo mnie już dawno dawno
wszystko się na dobre pomyliło…

wtorek, 3 marca 2009

Między wierszami (z lamusa 2007)

Dlaczego piszę wiersze?
Otóż, moi kochani,
jak długo można pisać
wyłącznie – między wierszami?
A ja, co rusz, to słyszę:
Widzę, że jesz śniadanie,
czy,
między wierszami,
”na wczoraj”
machniesz mi sprawozdanie?
I tak jest zawsze,
codziennie,
że piszę :
raporty,
sprawozdania,
odpowiedzi,
nagany,
prośby,
wyjaśnienia,
protokoły,
zestawienia,
podania,
artykuły do gazet
i co tam jeszcze szef chce
lub ma
do napisania…
i to jest wielka ściema,
bo piszę wszystko
między wierszami,
których – zwyczajnie –
nie ma!
Więc w stronę szefa wysyłam
uśmiechy, choć nie te - najszczersze,
i między pisaniem tym piszę
te, brakujące, wiersze.



I jakoś tak się porobiło, że nic się nie zmieniło...
Pisałam i - nadal piszę, słyszałam i - nadal słyszę...
i ciągle brak mi czasu
na jakiekolwiek igraszki,
więc między codziennym pisaniem,
wymyślam sobie fraszki.