wtorek, 22 grudnia 2009

niby wesoło, ale...

powiało smuteczkiem. Pogrzeb Haliny odbył się wczoraj, o 14-tej.
"Po długiej i ciężkiej chorobie" - napisano w nekrologu. Poczułam się fatalnie, bo od jakiegoś czasu nikt nie miał z Nią kontaktu. I zachowałyśmy się bardzo brzydko, chociaż typowo. "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" - napisano w Biblii. To wielka mądrość. A my posądziłyśmy. O wywyższanie się, o niechęć do starych znajomych i przyjaciół. O unikanie naszego towarzystwa. A Ona tylko nie chciała współczucia, nie pragnęła afiszowania się ze swoją chorobą...
Wstyd mi teraz. A powinnam być mądrzejsza, szczególnie, że mnie też kiedyś posądzono o rzeczy, których nie zrobiłam. I też nie miałam ochoty tłumaczyć, że to całkiem nie tak, tylko machnęłam ręką. I myślę dzisiaj, że najtrudniej przekonać ludzi, że się mylą. Szczególnie, gdy im to przekonanie, chociaż błędne, pasuje do światopoglądu.

Halinko, będziemy o Tobie pamiętać, tak, jak pamiętamy o Adamie - bądźcie szczęśliwi tam, gdzie jesteście teraz... tyle, że ja nie wiem - gdzie?

piątek, 6 listopada 2009

Normalność po polsku

Nie ma to jak korzystać z usług Poczty Polskiej, która - na plakatach - to frontem do klienta, w osobie listonosza wprost ze „Złotopolskich” i w ogóle – mucha nie siada!

Znajomy zamówił sobie przesyłkę z Allegro. Zapłaciwszy z góry, odebrał sobie potwierdzenie, że paczka wysłana, czyli – w drodze. Czeka. Pewnie za 2-3 dni dojdzie. Minął tydzień – nic. Minął drugi – też nic. Nauczony doświadczeniem ostatnich miesięcy, Znajomy, posiadający oprócz skrzynki w klatce schodowej, także skrytkę w siedzibie Poczty, codziennie po pracy sprawdzał, czy aby powiadomienie o przesyłce nie zostało w tej skrytce ulokowane.
Bo trzeba zauważyć, że ostatnim wynalazkiem naszej, lokalnej Poczty jest ułatwianie adresatom odbioru korespondencji. Znajomy w lipcu urządził towarzystwu ubezpieczeniowemu karczemną awanturę, bo opłacił składkę OC, AC, etc, a polisy jakoś nie było. Otóż – była, tyle, że w skrytce leżała sobie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że znajomy żadnemu z nadawców licznej, zalegającej w skrytce od tygodni korespondencji, nie podał numeru swojej skrytki. Wszystkie listy były więc zaadresowane normalnie: kod, miasto, ulica. Nigdzie numeru skrytki nie uświadczyłeś. Znajomy nabuzowany jak nigdy, udał się do okienka i wciąż jeszcze grzecznie pyta, czemu to wszystko jest w skrytce, a w skrzynce, w klatce schodowej nic? Ano, bo po co listonosz ma biegać i nosić po klatkach, jak przecież jest skrytka? Może pan sobie codziennie sprawdzić przecież! A gdybym tak leżał w szpitalu, z nogami na wyciągu? To też bym sobie codziennie podskoczył i sprawdził? – pyta znajomy. Odpowiedzi jednak nie udzielono. A towarzystwo ubezpieczeń trzeba było przeprosić za wcześniejsze obsztorcowanie.

Tym razem jednak powiadomienia nie było ani w skrzynce, ani w skrytce, a czas mijał. Po miesiącu oczekiwania, zaniepokojony znajomy udał się prosto do okienka pocztowego, najeżony cokolwiek i gotowy urządzić małe piekiełko. Podał numer przesyłki, Pani uruchomiła palcóweczkę na klawiaturze i stwierdziła, że niestety nie ma. Dodała też, że właściwie to może i jest, tylko nadającemu przesyłkę podaje się zaledwie pół numeru nadawczego, a po tej połowie nie da się znaleźć informacji, gdzie aktualnie przebywa przesyłeczka i już! Znajomego trafił szlag w tym momencie. I dobrze, bo dzięki temu okazało się, że przesyłka od 3 tygodni spoczywa sobie w stercie innych, o których prawdopodobnie też Poczta Polska nikogo nie powiadomiła. Bo i po co? Żeby się interesanci kręcili po wysprzątanym urzędzie? A poszli won! W ogóle to kto to słyszał, żeby poczta służyła dostarczaniu przesyłek? Poczta Polska, proszę Państwa, służy pocztowcom, nie klientom. I to by było na tyle.

piątek, 23 października 2009

Uffff

Muszę sobie poprawić nastrój, po ostatnich kontaktach ze służbą zdrowia.
Czuję się dzisiaj niezwykle lekko, szczególnie pod względem finansowym - ostatnie 200zł wydałam na okoliczność nieudolności wspomnianej wyżej służby, ale ojciec już jest w domu. I tak poszło nieźle, bo lekarz chociaż obejrzał mu tę ranę pooperacyjną, a koledze z pracy pan doktor nawet okiem na spuchniętą nogę, udekorowaną szwem od samego dołu aż do pachwiny - rzucić nie raczył...

Dobrze, że trafiłam dzisiaj na świetny dowcip:

- Zieeeemiaaaa!!! - zakrzyknęli radośnie rozbitkowie.
- Jeeedzonkoooo!!! - zakrzyknęli radośnie tubylcy.



I wygląda na to, że - ostatecznie - oczekiwania pacjenta mają się tak do oczekiwań medyków, jak oczekiwania rozbitków do oczekiwań tubylców.

poniedziałek, 19 października 2009

Agresja w poczekalni

Poczekalnia na oddziale ratunkowym. Pacjenci, z reguły mocno cierpiący, czekają na swoją kolejkę, cierpliwie, do czasu. Zdarza się, podobno coraz częściej, że pacjenci są agresywni. Ściśle rzecz ujmując – stają się agresywni.

W poczekalniach wielu szpitalnych oddziałów ratunkowych zawisły tablice ostrzegawcze, informujące potencjalnych, agresywnych pacjentów, o możliwości policyjnej interwencji w razie, gdyby nabrali chętki na przyłożenie personelowi w ryło. Podobno tablice już przynoszą pozytywne skutki.

???

Oddział ratunkowy w pewnym, wielkim mieście. Godzina 18:00. Pacjent, staruszek, skierowany na oddział nefrologii, przywieziony ze stacji dializ, w której męczył się od 10:00 rano, ledwie żywy, z gnijącą stopą cukrzycową. Po godzinie raczył zjawić się lekarz, rzucił okiem na nogę, kazał prześwietlić. Kolejna godzina, pacjent z gołą stopą, w której brak krążenia, bo martwica naczyń krwionośnych postępuje od dawna, cierpi coraz bardziej. Nikt jednak po niego się nie zjawia. Rodzina pacjenta próbuje się dowiedzieć, kiedy i gdzie to prześwietlenie? Nikt nie wie, pielęgniarki opryskliwie odpowiadają, że to nie ich obowiązek. Żadna nie ma czasu sprawdzić, ponadto one nie są od tego, żeby się pacjentami zajmować. Jest ich pięć. Kawka, wesołe pogawędki, których rodzina wysłuchuje, bo stoi tuż tuż. Nie tylko zresztą ta rodzina. Inne też czekają, nikt nie wie na co. W międzyczasie okazuje się, że właśnie trwa zmiana służb, jedne odchodzą, inne dopiero przyszły. Mija 21:00. Pacjent, cukrzyk, pomału zapada w hipoglikemię - musi jeść regularnie, ale ani nic do picia, ani do zjedzenia tu nie kupisz. Rodzina ma jedną kanapkę, której nie miała czasu zjeść w pracy, daje staruszkowi.

Salek, w których na pomoc czekają chorzy, jest chyba około dziesięciu, wszystkie otwarte szeroko. Pacjenci w różnym stanie: jedni nieprzytomni, inni – niestety – tak, zwijają się z bólu, płaczą, niektórzy wołają o pomoc. Przez 3 godziny nikt, dosłownie nikt do nich nawet nie zagląda. O, przepraszam, jedna stażystka spaceruje po korytarzu, udając, że robi to w konkretnym celu, ale wnikliwa obserwacja jej kursowania potwierdza ogólne mniemanie, że to tylko taki spacerek. Rodziny wszystkich pacjentów, wkurzone do granic, krążą w poszukiwaniu informacji, lekarzy, pielęgniarek – bezskutecznie.
Około 22:00 udało się dopaść, tak – dopaść, nie inaczej, jednego medyka. Nie powiem, zainteresował się chwilowo. Z zainteresowania owego wynikło, że dokumenty staruszka gdzieś zaginęły. Pan doktor wypisał więc jeszcze raz skierowanie do rtg, grzecznie poprosił, żeby może rodzina zawiozła na to prześwietlenie ( bo nie ma nikogo z personelu), nawet wytłumaczył, którędy pchać wózek. Torby, kule, skierowanie i wózek z pacjentem i – do przodu. Jest. Gabinet rtg jest. Kolejka, wielka jak anakonda też jest. Najpierw do okienka, zapisano – proszę usiąść i czekać. Czekamy. Po ½ godzinie nadjeżdża pani salowa, z jakiegoś oddziału szpitalnego, z innym pacjentem, też ma skierowanie. Rodzina słyszy, jak ten pacjent stanowczo się upiera, że on się nie nazywa XY, i nie ma mieć prześwietlonej nogi, tylko płuca. „Co mi pan tu będzie wpierał! Ja wiem przecież kogo wiozę, mam tu skierowanie!” – krzyczy służba zdrowia. Słysząc owo XY, rodzina podnosi się i mówi, że pacjent ma rację, XY to jej ojciec, ma nogę do amputacji, a siedzi, o, tutaj! „Niemożliwe! Przecież ja mam tu skierowanie!” – dziwi się pielęgniarka. Być może – odpowiada rodzina – ale rodzina chyba wie, jak nazywa się jej ojciec. Pomyliliście Państwo pacjentów, dobrze, że się wyjaśniło, bo nie wiadomo, czy ten pan nie zostałby przypadkiem bez zdrowej nogi, za to dalej z chorymi płucami!
Na oddział ojca rodziny przyjęto „już” po 24:00.
Żeby dopełnić obrazu oddziału ratunkowego: jeszcze jedna, samotna staruszka, siedząca w wózku na środku korytarza, pozostawiona bez żadnej opieki trafiła w ręce rodziny. Pchała rodzina na przemian jeden i drugi wózek, szamocząc się równocześnie z kulami, torbami. Kiedy wepchnęła wózek ze staruszką do rtg, pani ( trudno powiedzieć, czy pielęgniarka, czy lekarka) miała pretensję, że obca rodzina weszła do środka, a ponadto rodzina nie jest służbą zdrowia. Szlag rodzinę trafił w tym momencie. Nie wytrzymała i też wykrzyczała, że się takich pacjentów nie zostawia bez opieki, sama by pacjentka nie dojechała tu w ogóle, jest przecież ciężko chora! Ktoś musi się nią zająć, jak służba zdrowia nie raczy!!! Pani się przymknęła.

I jeszcze: w międzyczasie zaginął bez wieści jeszcze jeden pacjent na wózku. Był i nagle go już nie było. Rodzina, zastanawiając się, czy go przypadkiem na porodówkę nie zawieziono, mruknęła do siebie: lepiej sprawdźcie, czy już mu nogi nie ucięli przez przypadek…

Zamiast tablic ostrzegawczych na korytarzach oddziałów ratunkowych, proponuję każdemu przy wejściu aplikować narkozę, może być młotkiem, bo szybciej i taniej. I policji nie trzeba będzie angażować niepotrzebnie, a służba zdrowia będzie nareszcie zadowolona. Jak nie może być zadowolony pacjent, to niech chociaż ona będzie.

poniedziałek, 12 października 2009

Dziura

Gdy się rozejrzeć, tak, dokoła,
obraz się jawi dość ponury.
Wizja, doprawdy – niewesoła,
w każdej dziedzinie same dziury!?

Taki na przykład budżet (wiecie,
bo trąbią o tym niemal co dzień),
największa dziura jest w budżecie.
Dodatni? U nas wciąż nie w modzie.

Skąd się w publicznej kasie bierze
ten finansowych dóbr niedobór?
Powiedzmy krótko, za to szczerze:
Kasa jest taka, jaki pobór.

A drogi? O! To każdy powie,
kto czterech kółek czar docenia:
Kierowcą dopiero staje się człowiek,
gdy z polską drogą ma do czynienia.

A Kasy Chorych? No, a ZUS?
To także bardzo trudny temat...
Tu może pomóc tylko cud,
lecz – jak wiadomo - cudów nie ma...

czwartek, 8 października 2009

Margaret Atwood

Literatura kobieca kojarzy się z tematyką lekką, łatwą i przyjemną, albo łzawą, romantyczną historią miłosną. Tak, w stylu Mniszkówny. Są jednak kobiety, które potrafią pisać prawdziwe książki, traktujące o babskim świecie. O świecie, który wcale nie zamyka się wokół spraw męsko-damskich, nie koncentruje wyłącznie na uczuciach, związanych z erotyczną stroną życia. Margaret Atwood, kanadyjska pisarka, napisała mnóstwo książek o kobietach. Każda z nich jest inna, dotyka innych problemów, ale każda tchnie egzystencjalizmem i trąca odrobinę o metafizykę. Bohaterki, wszystkie bez wyjątku, to istoty o skomplikowanej naturze, w żadnym wypadku nie są to słodkie, wysztafirowane kociaki, węszące w poszukiwaniu kandydata. Na męża zwłaszcza. One węszą, to prawda, nawet można rzec, że węszą w poszukiwaniu, ale – siebie. Siebie, swojej tożsamości, swojego celu, swoich pragnień i rzeczywistych możliwości. Słuchają i patrzą. W książkach M. A. kobiety są raczej małomówne, milczące, skupione na wsłuchiwaniu się i przyglądaniu wszystkiemu, co się dokoła, lub wewnątrz nich dzieje. Gadatliwi są niektórzy faceci, ale nie one. Psychologiczne portrety kobiet: zawsze zagubionych, często zdziwionych, czasem osaczonych, przy czym nie koniecznie wyłącznie przez męską połowę ludzkości. W książkach tej autorki pojawia się wyraźny, charakterystyczny dla niej, schemat: kobieta bezwolna, podobna marionetce, zawsze – chociaż nie zawsze szybko – wyciąga wnioski z własnych, nawet tych najgorszych, najbardziej uprzykrzonych doświadczeń i staje na własnych nogach. Chociaż nigdy nie zapomina, nie odrzuca przeszłości, czerpiąc z niej jakąś siłę i motywację, często na przekór wszystkiemu. Czasem przyszłość okazuje się niewiele lepsza od przeszłości. Ten fakt jednak bohaterki konstatują z wrodzonym stoicyzmem, nie są typowymi buntowniczkami, nie ma też w nich wiele z feministek, chociaż zawsze są to kobiety nowoczesne. Czytając, trudno się oprzeć wrażeniu, że Madame Atwood chce nam powiedzieć coś niezwykle ważnego, przekazać jakąś ponadczasową mądrość, będącą sumą doświadczeń wielu pokoleń kobiet, które były przed nami. Siłą kobiet nie jest wyzwolenie się spod wpływu mężczyzn, ale właśnie ta ich kobiecość, ta ukryta, zamaskowana i skrywana głęboko, gdzieś w zakamarku umysłu mądrość. Wiedza, której korzenie sięgają brzegów pradawnej jaskini. Te, milczące, pozornie podporządkowane i pogodzone z losem, kobiety zawsze (u tej autorki) przewyższają otaczających je mężczyzn, są mądrzejsze, mają bogatsze osobowości, są wytrzymalsze i zaradne, nic nie jest w stanie ich pokonać. Nie walczą przy tym z nikim, szukają miejsca dla siebie, jakiejś oazy, albo raczej jakiegoś kokonu, w którego cieple będą mogły egzystować, prząść nić swojego życia.
„Kobieta do zjedzenia” to pierwszy tytuł, z którym zawarłam bliską znajomość. Wyjątkowa powieść o młodej dziewczynie. Ma narzeczonego. Ów przyszły robi karierę, oczekuje od niej, że będzie stanowiła tło, doskonałe i nieskazitelne, dopasowane do jego drogiego garnituru na obowiązkowych przyjęciach i rautach. Ona nie czuje się w tej roli dobrze, nie lubi świata pozorów i blichtru. Odreagowuje w miejskiej pralni, siedząc przed obracającym się rytmicznie bębnem, rozmyśla długo, uświadamiając sobie powoli idiotyzm swojej sytuacji. Poznaje ( w tejże pralni) chłopaka, rozmawiają, nie – to on mówi, bo on ma taką potrzebę. On – stres odreagowuje przy prasowaniu. Ostatecznie – co kilka dni prasuje stosy jej prania, mówiąc o sobie, wyłącznie o sobie. Ona – znowu jest tylko tłem dla jego przeżyć. Narzeczeństwo trwa nadal, minie sporo czasu, zanim ona się odnajdzie, nim upiecze to ciasteczko w kształcie kobiety i zje. Ze smakiem.
Za wyjątkową, jedną z najlepszych powieści Margaret, uważane jest „Wynurzenie’. Faktycznie, to swoisty majstersztyk pisarski. Autorka dokonuje w nim pewnego rodzaju wiwisekcji, sięga samego dna kobiecej psychiki, wydobywa na światło dzienne najgłębsze tęsknoty i lęki. Ta książka jest dla mnie czymś w rodzaju studium skrywanej depresji, zakorzenionej i długo nie dostrzeganej. Ma przy tym ogromną zaletę – niesie iskierkę nadziei. Sugeruje, podpowiada, jak odnaleźć siebie, w sobie.

poniedziałek, 5 października 2009

(2004)

Jesienne liście. Feeria barw.
Barwny pejzaż impresjonisty.
Jesienne liście. Wirują na wietrze
i szeleszczą jak świerszcze.
Taki balsam dla duszy artysty.

poniedziałek, 28 września 2009

i znowu z archiwów (2007)

Łza zwątpienia

Czasami pod powieką zawiśnie
samotna i drżąca
nie wie, co ze sobą zrobić

niepewna i zagubiona
rozpływa się powoli
znikając w głębinach smutku

ostrożnie i bez pośpiechu
unoszę zasłony milczenia
skrywające niezmącony spokój

czwartek, 17 września 2009

Przedświt


Wstawanie przed świtaniem jest niezgodne z ludzką naturą, ale – wyjścia nie ma. Żeby nie zabić się o własne nogi, dobudzić się jakoś, Pan Monsz otwiera TVN24. I cóż my tam widzimy i słyszymy, popijając kawusię i spożywając śniadanko o godzinie 5:15?

Ano, tak:

- poniedziałek – reportaż z protestu mieszkańców X przeciwko budowie obwodnicy.
- wtorek – protest mieszkańców Y w związku z brakiem obwodnicy.
- środa – protest mieszkańców ulicy Z w mieście V w związku z hałasem podczas dostaw do osiedlowego sklepu.
- czwartek – protest mieszkańców Q z powodu braku ekranów wzdłuż drogi szybkiego ruchu
- piątek – protest mieszkańców jeszcze innej miejscowości przeciwko postawionym ekranom wzdłuż trasy szybkiego ruchu.

W kolejnym tygodniu – kolejne protesty, raz za, a następnego dnia - przeciw.
Nie ma jednak żadnego wyboru, bo inne kanały to albo obraz kontrolny, albo TVMarket.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że protest wrósł w krajobraz Polski.
Zatem niniejszym ogłaszam protest przeciwko protestom. I przeciwko idiotycznym reportażom. I przeciwko wstawaniu o 4:30 też!

wtorek, 15 września 2009

List do

Jesień… Byłam wczoraj na cmentarzu. Słoneczne promyki bawiły się z opadającymi już powoli liśćmi w chowanego, w gałęziach starej akacji sroki kłóciły się zawzięcie, zakłócając ciszę i spokój wiecznego snu. Lubię cmentarze wczesną wiosną, gdy groby zaczynają tonąć w zieleni, jeszcze nie wypalonej, ale takiej świeżutkiej i gdy przylatują pierwsze ptaki, by w koronach drzew zakładać swoje gniazda. Jesienią też jest urokliwie, gdy mgła ściele się, jakby narzucała woal na cały cmentarz, a słońce prześwieca tylko lekuchno przez ten ażur. Ludzie krążą pomiędzy grobami, porządkują coś tam przed nadejściem zimy, wzdychają do siebie w ukryciu, bo jesień ożywia tęsknotę za bliskimi, których już nie ma… Taki szczególny nastrój, w którym smutek miesza się z akceptacją losu.
Pamiętam, że jako dziecko nie byłam w stanie wyobrazić sobie, że kiedykolwiek mi może Ciebie, Mamo, zabraknąć. Już sześć lat minęło od dnia, w którym odeszłaś, a wciąż mam wrażenie, że Cię widzę. Gdzieś, w tłumie ludzi mignie fioletowy płaszcz, podobna do twojej sylwetka, a serce zaczyna walić mocniej. Rozsądek podpowiada, że to niemożliwe, ale serce rządzi się swoimi prawami. Ojcu też ciężko, nawet posiedzieć przy Tobie nie może. W tym tygodniu czeka go kolejna, już chyba dwunasta operacja w tym roku, trochę się pogubiłam, już je przestałam liczyć. Mam cichutką nadzieję, że nie okaże się, że rękę też trzeba będzie mu amputować…wygląda jak balon, ale – podobno – jest jeszcze nadzieja.
Dziwnie rozmawia się z Tobą myślami, tak bardzo brakuje mi naszych babskich pogawędek, wspólnego szykowania świąt, nawet wesołego narzekania na niesforne dzieci i nie tylko.
Wiem, ważne jest tylko to, że już nie musisz cierpieć, tylko tak trudno poradzić sobie ze wspomnieniami.

czwartek, 10 września 2009

Z wykopalisk (2006)

Miłość

Świerszczem zielonym ci zagram
smyczkiem pogłaszczę ci duszę
balsamem muzyki cię natrę
aż skałę stwardniałą poruszę.

Będziesz mnie prosił o jeszcze,
lecz ja ci odmawiać będę,
bo wiem, że - przedawkowane -
już nie jest takie przyjemne.

Ździebełkiem trawy za uchem
lekuchno cię połaskoczę,
na nosie biedronkę posadzę
i spojrzę głęboko w oczy.

Pod wierzbą się z tobą położę,
listek ci wplączę we włosy,
o niczym już myśleć nie będziesz,
pogrążysz się ze mną w rozkoszy...

Nie szukaj mnie, proszę, bo nigdzie
w tłumie mnie nie rozpoznasz,
gdy zechcę - sama cię znajdę,
zmusić mnie raczej nie można.

Odejdę. Zawsze odchodzę.
Chwilę mi będziesz kochankiem.
Nie próbuj mnie siłą zatrzymać-
ja z innym już będę wybrankiem.

Jestem ulotna, jak chwila,
niczym spotkanie z aniołem.
Zniknę, przepadnę, zostawię
ślad pocałunku na czole.

Wiesz, M., zabawa w personifikacje to nawet było nie najgorsze znowu zajęcie. Gdzieś w głębiach archiwów jest jeszcze takie "uczłowieczone" szczęście i autko, nawiasem mówiąc - autko mojego kolegi z pracy, który mnie w swoim czasie namówił do zawodów w próbie nadania różnym pojęciom nieludzkim, czysto ludzkich cech i zachowań. Dawno tego nie robiłam, w ogóle nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek coś w miarę sensownego napiszę. Mam wrażenie, że ten wysyp najróżniejszych, głupawych często, tekstów wiązał się bezpośrednio z odejściem Mamy, przedtem nic nie pisałam, odreagowałam, wyrzucałam z siebie emocje, a teraz jakby we mnie ta potrzeba wygasała. Żeby jednak znowu nie wysłuchać zarzutów z Twojej i naszych, wspólnych Przyjaciół zza mórz i oceanów, strony - coś tam od czasu do czasu skrobnę. Może dzięki temu A. i T. mniej będą tęsknić za krajem? Jak sobie takie ewidentne bzdury poczytają, to pomyślą sobie: Eh, tutaj, daleko, jednak jest chociaż normalniej!!!

wtorek, 8 września 2009

Z archiwów

Majty modne

Jest taka mała księżniczka,
co siusia już do nocniczka.
Księżniczka chce majty mieć nowe
koniecznie przy tym różowe.

Nieważne, czy ciepłe i wygodne,
byle różowe, najbardziej modne.
Pytam księżniczki-dziewuszki:
A może jednak - w całuski?

Nieee - Bączek mi odpowiada -
W całuski mi nie wypada!
Więc Jurek kupuje par dziesięć,
na wiosnę, zimę i jesień.

Bączek pyta: A gdzie majty na lato?
A po co? - Jurek jej na to -
Latem, gdy upał dookoła
pupa może chodzić goła!

Nieprawdą jest, Jureczku, jakoby!
Majty są ważne dla wygody!
- tak Bączek Jurkowi powiada
i na kolanach mu siada -

Bo przecież, Kochany Dziadku,
mucha usiąść może na zadku,
albo - gdy słonko zbyt piecze -
pupa się czasem przypiecze.

A sam, choć mówisz, że bez majtek tak wygodnie,
to nawet w skwar największy nosisz spodnie!


Bączek już w tym roku poszedł do szkół. Dziadek Bączka, kilka lat temu, opowiadał, jak próba założenia małej księżniczce zielonych majteczek, skończyła się wielką awanturą.Bo księżniczka się uparła, że nosić będzie wyłącznie różowe! Biedny dziadek, prawdę mówiąc, miał bogate doświadczenie w tym względzie, bo w domu zawsze miał babiniec: żona, córuś i teściowa na dodatek. I on - rodzynek w tej domowej babie z bab.Biedaczek!!! Wierszyczek powstał na - tak zwaną - pocieszkę dla dziadunia, w 2005 roku.

Wróciłam...

- Wiesz, Kochanie, wczoraj oglądałam w tym sklepie fantastyczną wręcz bluzeczkę i spodnie...
- Tak? To może dzisiaj też chcesz sobie POOGLĄDAĆ? Spoko, ja poczekam tutaj.
- ????!!!!

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Szukając korzeni

Dziecko urodzone w lesie. To ja. Puszcza Spalska, gdzieś w głębi kniei ukryte bunkry Goeringa, które po wojnie wykorzystywano jako magazyny krajowe, na wypadek wojny. Oczywiście, wszystko tajne i łamane przez poufne. Dwa małe bloki, a właściwie bloczki, postawiono specjalnie dla pracowników tej, polskiej spiżarni. Dzisiaj bunkrów już nie ma, zalano je wodą wiele lat temu. Ojciec opowiadał, że były ogromne - całe, długaśne składy pociągów mieściły bez najmniejszego problemu. Dziesiątki ton ryżu, mąki, materiałów opatrunkowych i czego tam jeszcze, gromadzono w ukryciu. Bo złe nie śpi nigdy.

I ja tam, na szczęście lub wprost przeciwnie, pierwszy raz ujrzałam świat, oznajmiając wszem i wobec głośnym wrzaskiem, że oto jestem.
Moja siostra miała wówczas 5 lat. Śliczna, jak laleczka, grzeczniutka, dobrze ułożona, przemiła dziewuszka. W przeciwieństwie. I tak już zostało.
Ja wrzeszczałam w niebogłosy, a Ona próbowała mnie zabawiać. Nie było karuzeli przyczepionej do łóżeczka, z pozytywką, dzwoneczkami, ani grzechotek, ani nic innego. Za to do mieszkania przylatywały dzięcioły, często zaglądały bez zaproszenia wiewiórki, a pod oknami spacerowały sarenki. Siostrzyczka jagody, poziomki i grzyby zbierała do koszyczka spacerując wokół domu.
Mama do najbliższego przystanku kolejowego maszerowała około 7 km, przez las. Pracowała w Spale. O samochodzie nikt w tamtych czasach nawet nie marzył.
Miałam prawie roczek, gdy Rodzice postanowili zmienić swoje życiowe centrum. Siostra wkrótce miała przecież pójść do szkół. Nie było innego wyjścia.

Miejsce, w którym się urodziłam, zobaczyłam świadomie dopiero po ponad 40 latach. Domeczki stoją do dziś. A ogrodzonego wysokim murem obszaru, dzisiaj już nadziemnych, a nie podziemnych, magazynów, nadal nie wolno fotografować. Strażnik pozwolił mi jedynie zrobić zdjęcie tych maleńkich bloków, które nadal są zamieszkałe. Zgodził się dopiero wtedy, gdy pokazałam mu dowód osobisty, z tym wyjątkowym miejscem urodzenia. To od niego dowiedziałam się, że bunkry zalano jeszcze za minionej epoki.

Znalezienie owego miejsca było przedsięwzięciem trudnym, nawet bardzo trudnym. W siedzibie powiatu wszyscy, straszliwie nudzący się, urzędnicy zaangażowali się chętnie, próbując ustalić, dokąd i którędy mam jechać. Nikt nie wiedział, dopiero wezwany drogą służbową kustosz miejscowego muzeum, wykazał się niewielką, ale jednak – wiedzą. Wskazał kierunek, nie umiejąc wszakże sprecyzować dokładnie lokalizacji. Pojechaliśmy, po drodze klucząc i błądząc leśnymi traktami, trafiliśmy do jakiejś zagubionej osady, nie oznaczonej na najdokładniejszej mapie. I wtedy się zaczęło… Zapytaliśmy o drogę w pierwszym gospodarstwie, zbiegli się wszyscy pozostali mieszkańcy i po kilkunastu minutach atmosfera zgęstniała tak skutecznie, że już prawie kosy na sztorc. Nie, nie przeciwko nam, ale przeciw sąsiadom. Każdy coś słyszał, że gdzieś, w lesie „byli takie bunkry, panie, ze całe pociągi”. Prawie głuchy, niemal stuletni staruszek, przytaszczony na starym, zardzewiałym wózku dziecięcym i wymachujący - bez żadnego wyraźnego powodu - laską, wiedział. Pamiętał! Drogi - niestety - nie mógł wskazać, ale poprowadził jakoś tak: „wedle tego buczka, co na zakrencie za lasem, trza w lewo, pani, jechać i dali – takom wonziuchnom dróżkom, bez pusce, aze będzie budka dróznika. Tam zapytajta. On wi.”
I „On” wiedział. I zdziwił się, zaprosił na szklaneczkę herbatki, pogadał, powspominał, choć też nie ze swojej, ale rodzicielskiej, pamięci. Trafiliśmy potem bez trudu.
Jak opisać uczucie, towarzyszące powrotowi do miejsca narodzin, gdy to miejsce przez całe życie było właściwie nieznane? Nie wiem. Chyba nie potrafię. Tylko ten żal, że nie zdążyłam tego zrobić razem z Mamą… chociaż przymierzałam się tyle lat. Wiem jedno: nigdy nie należy niczego odkładać „na potem”, trzeba chwytać chwilę, póki trwa.
Jeżeli trzeba używać czasu przeszłego, niech to chociaż będzie czas dokonany.

Dopisek: W dowodzie osobistym mam dzisiaj inną nazwę miejscowości urodzenia. Na ostatni dowód czekałam pół roku, bo system komputerowy nie chciał „łyknąć” informacji z Aktu urodzenia. Ostatecznie ustalono, że obecnie najbliżej znajduje się inna miejscowość, niż wtedy, gdy rodziłam się w domu. Od trzech lat próbuję zapamiętać tę, nową dla mnie, nazwę, ale nie idzie mi najlepiej.

środa, 20 maja 2009

zapiski blogowe z 25 września 2008r.

Pamięć jest zawodna. I czasem dobrze, że niektórym przychodzi do głowy pisanie pamiętnika. Pisałam przez cały rok na blogu, utrwalając w ten sposób jeden rok z życia. Po wydrukowaniu wyszło ponad 120 stron A4. I, przeglądając te zapomniane już teksty, odnalazłam coś „na czasie”: notkę o solidarności, w której zatrzymałam, niczym na fotografii, swoje niepomierne wówczas zdziwienie, że ci, których dotychczas uważałam za symbol najprawdziwszej solidarności, czyli przedstawiciele związku zawodowego „Solidarność” z Gdańskiej Stoczni jechali do Brukseli protestować przeciwko restrukturyzacji Stoczni Gdynia. Bo to zaszkodzi ich stoczni. A, gdy stocznia w Gdyni padnie, to im, w Gdańskiej, będzie lepiej się powodziło. Zamiast solidarnie, wyszło partykularnie, czyli normalnie.
I dzisiaj znowu się zdziwiłam. Tym razem przedmiotem mojego zaskoczenia jest to, że nikt o tym fakcie nie pamięta! Cóż, ja jestem tylko obserwatorem sceny, na której odgrywają ten niekończący się spektakl. Nawiasem mówiąc, nie jestem pewna, czy to , co oglądam, to dramat w licznych odsłonach, czy też komedia w rodzaju purnonsensu? Pewnie i jedno i drugie…
Mam sporo lat, skleroza u drzwi też być może czeka. Ale dziennikarze żyją z tego show, powinni pamiętać lepiej, niż ja. A może nie chcą? Pamiętać. Poza tym podsycanie niechęci i jątrzenie stanowczo lepiej im wychodzi. A głupi naród ma pamięć tak krótką, jak niedźwiedzi ogon, zresztą – pewnie nawet nie odnotował wydarzeń z września ubiegłego roku.
Nie pochwalę jednak obecnej władzy. Bo, mimo wszystko, też kieruje się wyłącznie własnym, politycznym interesem. Czekam na taką władzę, która jednym, zdecydowanym cięciem skończy z rozdawnictwem publicznych pieniędzy, moich również. Czekam na epokę sprawiedliwości społecznej, nie solidarności zawodowej.

Miałam wprawdzie już więcej nic nie pisać tutaj i gdziekolwiek, ale trudno - przyzwyczajenie, a może - nałóg?

czwartek, 30 kwietnia 2009

The End

Rok temu skończyłam te swoje 50 lat. To miał być rok z życia pięćdziesięciolatki, no i przyszła chyba pora zakończyć radosną twórczość i zamknąć ten pamiętnik. Niech tu sobie spoczywa w spokoju. "Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy..."
Amen

wiosna 2005 ( z lamusa)

Drzewa

Lubię przez okno patrzeć wczesną wiosną,
gdy wiatr chmury deszczowe przywiewa.
Lubię przyglądać się, jak po deszczu
pięknie stroją się okoliczne drzewa.

Taka, na przykład, wiotka brzoza:
jak egzotyczna, smukła księżniczka
tysiącami złotych wisiorków potrząsa,
pewna, że jest powabna i śliczna.

Lipa niczym silna, wiejska dziewczyna
pień i gałąź ma mocnej budowy.
Włożyła sweterek dziergany w bąbelki,
tylko leciutko i dyskretnie ażurowy.

Wierzba płacząca jeszcze inaczej:
jak giętka cyganka lubi taniec wszelki.
Dlatego narzuciła tylko muślinową chustę
wykończoną w plączące się w tańcu frędzelki.

Drzewa owocowe, w sadach i ogrodach,
drżące delikatnie pod dotykiem słonka,
wdzięcznie eksponują wokół swą urodę,
niczym panny młode – w tiulach i koronkach.

Tylko olchy stare, stojące nad brzegiem,
nie dbają o siebie, nie dbają o stroje.
Jak mężni, średniowieczni rycerze
przywdziały błyszczące srebrem zbroje

piątek, 3 kwietnia 2009

Asertywna

Pracuję nad sobą. Próbuję wykształcić w sobie asertywność. Nie jest to łatwe, ale małymi kroczkami zmierzam do celu, który sobie wytyczyłam. Wbudowano mi w drugą naturę poczucie obowiązku, na dodatek o szerokim zasięgu.

Nie wypada odmawiać pomocy, gdy ktoś o nią prosi. Trzeba pomagać potrzebującym, ale nie koniecznie zawsze i na dodatek nieuzasadnionym kosztem. Wkoło mnóstwo wyciągniętych rąk. Każdemu, bez wyjątku, nie da się udzielić wsparcia – to naturalnie nie jest możliwe. Co robić, gdy trzeba walczyć samemu ze sobą? Gdy rozsądek podpowiada, że dosyć tej pomocy, tego altruizmu, tej filantropii, a poczucie obowiązku wciąż pcha do działania opiekuńczego?
Zaczęłam od prostych ćwiczeń: idąc ulicą, odmówiłam pierwszy raz w życiu datku. Żeby uspokoić swoją drugą naturę dodałam głośno, że już wrzuciłam do dwu puszek, że nie mogę tego robić na każdym rogu ulicy tylko dlatego, że tam akurat tkwi kolejny wolontariusz. Gdzieś wewnątrz mnie ogrzało się i spłynęło aż do pięt moje samozadowolenie, radosna myśl błysnęła przelotnie: Ja też potrafię powiedzieć - NIE!
I przejrzałam na oczy. Spostrzegłam, że mnie oszukano. Bezczelnie wykorzystano naturalny, ludzki odruch, którym kieruje się większość z nas. Odruch podawania ręki w potrzebie. Krótko mówiąc: wyręczono się mną, nami – Obywatelami. Zagrano perfekcyjnie na uczuciach. Zmiksowano i skorygowano przekaz tak, że nie umieliśmy wyczuć fałszu. Dawaliśmy ( wielu, ja na to akurat – nie!) na ratowanie Stoczni, zmotywowani umiejętnie przez hochsztaplera, który bez zmrużenia oka dorobił się na najuboższych emerytach i rencistach. Gromadzimy miliony na koncertach charytatywnych na rzecz. Oddajemy jeszcze 1 procent podatku, też na szczytny cel, przy okazji przynoszący niezły dochodzik licznym spryciarzom. Ale – dlaczego? To nie my jesteśmy prawnie zobligowani do udzielania tej pomocy! My już na tę pomoc odprowadziliśmy datki – w tychże samych podatkach. Regularnie płaconych i potrącanych z naszych dochodów. I w składkach też. Na budowę i remonty dróg też się składamy, w cenie paliwa na przykład, w winietach, itp., jakoś nie mogąc dostrzec efektów. Albo raczej – dostrzegając je, ale nie tak, jakbyśmy tego oczekiwali, a raczej – mieli prawo oczekiwać. Ale to już inna sprawa.
I pora zacząć mówić – NIE! Nie zgadzam się na żadną, nową ściepę. Ja się nie chcę wykazywać, nie chcę, żeby mi przypinano serduszka, nie chcę laurek, chcę normalności. Płacę i wymagam. Wymagam, żeby moje podatki i moje składki były wykorzystywane zgodnie z ich przeznaczeniem. Nie zamierzam finansować czyichś, wcześniejszych emerytur jedynie dlatego, że związki zawodowe zorganizowały spęd przed Parlamentem, a w masie tkwi wielka siła. Nie chcę się składać na operację jeszcze jednego ciężko chorego, bo składka idzie na niebotyczne stawki za dyżury lekarzy ( właśnie wysłuchałam informacji, że lekarze odchodzą ze szpitala psychiatrycznego, bo nie ma zgody na stawkę za 1 [słownie: jeden]dyżur w kwocie 1600zł!!!), na bezpłatne leki i zabiegi dla wybranych grup społecznych. Nie znajduję uzasadnienia dla wydawania z publicznej kasy pieniędzy na becikowe i pomniejszania podatku od osób fizycznych o duże kwoty tylko za samo „manie” dzieci. Bez jakiejkolwiek kontroli, na co idą te pieniądze i czy faktycznie rodzina jest w trudnej sytuacji materialnej. Żądam sprawiedliwego rozdzielania pieniędzy z budżetu Państwa! Pomoc należy się niepełnosprawnym, albo w inny sposób pokrzywdzonym przez los, czyli tym którzy jej naprawdę potrzebują. I powinna to być pomoc prawdziwa, a nie jałmużna. Bo IM ta pomoc naprawdę się należy, nie mają przecież żadnej alternatywy dla swojego cierpienia. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za nich , a w naszym imieniu – Państwo. I to Państwo odpowiada za sprawiedliwy podział środków. Nie ja, jako pojedynczy obywatel. I Państwo (czyli każdy, kolejny, demokratycznie wybrany Rząd i takaż Wysoka Izba) powinno skończyć ze ślepym rozdawnictwem, a zacząć - wśród milionów wyciągniętych rąk - wyszukiwać te jednostki, które tych rąk już nawet nie wyciągają, bo nie mają siły walczyć o godziwy byt ze sprawnymi, dorodnymi i tryskającymi zdrowiem beneficjentami wszelkich możliwych, choć w żaden sposób nie zasłużonych, profitów. A nam wmówiono, że mamy rozdawać „co łaska”, epatuje się nas widokiem chorych dzieci, pogorzelców, powodzian, rodzin po zmarłych górnikach, etc… Dlaczego akurat po górnikach, a nie np. po budowlańcach, czy kierowcach zawodowych? - Nie wiadomo. Sorry – wiadomo. Na drogach, na budowach, zresztą – w tylu miejscach pracy giną ludzie, ale jakoś nigdy nikt nie ogłosił żałoby narodowej z powodu ich śmierci. O tym się w ogóle nie mówi, bo to codzienność. A górnicy ulegają wypadkom zbiorowym i to się świetnie sprzedaje medialnie i politycznie zarazem. Statystycznie – mniej niebezpieczna jest praca górnika, niż kierowcy, ale jakie to ma znaczenie? Kierowcy są rozproszeni po całym kraju, a górnicy stanowią regionalnie skupioną zbiorowość.
Kilka lat temu, w pobliskim ośrodku dla bezdomnych matek i dzieci wyłączono zasilanie energią i ogrzewanie. Powód - zadłużenie ośrodka. Zima, -15st.C. Ogłosiliśmy z kolegą zbiórkę firmową na spłacenie tychże rachunków, by ratować. Postawiliśmy puszkę. I co? Ludziska wtykali, ile kto mógł, płace u nas są niezbyt wysokie. I zebraliśmy, ale nie wiem ile, bo jakiś „życzliwy” pracownik uznał, że jemu ta forsa potrzebna jest bardziej. Akurat zbliżały się święta. I wydłubał wszystko z zaplombowanej puszki przy pomocy spinacza biurowego ( sprytnie pokrzywiony spinacz znaleziono i jak wyrzut sumienia wystawiono na widok publiczny, na lokalnej tablicy ogłoszeń). A puszka była naprawdę wypełniona po brzegi…przedtem.
Wsłuchując się w lekceważący ton wypowiedzi przewodniczącego śląskich związków zawodowych, w TVN24, miałam przed oczami tę wstydliwą historię sprzed lat. I - ten spinacz.

środa, 25 marca 2009

Stagnacja w stabilizacji

Może i jest w tym trochę
racji, że nie ma jak stagnacja
w stabilizacji. Choć stres
bywa czasami pozytywny
i zdrowy, to lepiej zmartwienia
mieć z głowy.

poniedziałek, 23 marca 2009

Raj utracony

Niespodziewanie uświadomiłam sobie, że jednak, wbrew mojemu głębokiemu przekonaniu, przywiązuję się do rzeczy. I, że nie jest mi obca potrzeba ich posiadania.

Siedzę sobie z filiżanką dobrej herbaty w dłoni i rozmyślam. Jest mi dobrze, bęben pralki obraca się niemal bezdźwięcznie, lodówka szemrze cichutko. A nie dalej, jak dwa dni temu, wydawało się, że już nigdy te przecudne odgłosy nie będą pieściły moich uszu. To było, niczym koszmarny sen: najpierw lodówka zaczęła zamrażać marchewkę, zapominając o energooszczędności, bo pracowała na okrągło. Następnego wieczora pralka postanowiła, jak sądzę, przenieść się do sąsiadów, a że jej się to ostatecznie nie udało – obrażona śmiertelnie spowodowała krótkie spięcie. Stosy nie pranych rzeczy rosły, jedzonko psuło się też w zastraszającym tempie, a mnie równie szybko psuł się humorek. Fachowiec przychodził trzykrotnie, coś tam dłubał, cosik wymieniał, osłuchał, opukał i rozłożył bezradnie ręce.

Odbył się sąd rodzinny, zaciągnięto kredyt i w domeczku pojawiły się nowe sprzęty.
No, Raj po prostu…

O czym zatem ja sobie rozmyślam tak intensywnie, skoro dobry nastrój wrócił na swoje miejsce? A o tym, jak bardzo przywiązuję się do przedmiotów. Dotychczas byłam głęboko przekonana, że jestem wolna od tego rodzaju uzależnień, że poza nałogiem tytoniowym innych nie posiadam, a jednak – myliłam się!

Dzieciństwo upłynęło mi w warunkach raczej trudnych, bez kanalizacji, bez gazu, ciepłej wody. Lodówki nie było, pralka owszem – „Frania”. Czasami prało się też na tarze, w balii. Za komóreczką stała sławojka. Nie było centralnego ogrzewania, tylko piec kaflowy. I jakoś się przecież żyło, ba, nawet często radośnie. Tylko domowe obowiązki zajmowały mnóstwo czasu, ale nie pamiętam, żeby ktokolwiek narzekał. Chociaż w epoce socjalistycznej, wieczorami często ogłaszano „trzeci stopień zasilania” i siedziało się przy lampie naftowej, albo świecach.

Dzisiaj wracam do blokowego mieszkanka, a tam miłe ciepełko, ciepła woda w kranie, węgla nie trzeba taszczyć, bo jest gaz. Same udogodnienia, przynajmniej w odniesieniu do dziecięctwa. Niech jednak tylko na godzinę odłączą zasilanie energii, albo wodę; niech się zepsuje coś – jak właśnie teraz, a od razu ogłaszam, że kataklizm!

I tak siedzę sobie i dumam o tym, co by było, gdyby znienacka przyszło ucywilizowanemu ludkowi wrócić „na drzewa”, czyli do czasów jaskiniowych? Czy byłaby to szkoła przetrwania? Nie, to jednak niezupełnie to samo. Inaczej podchodzę do zmian na gorsze, gdy dobrowolnie się na takie zmiany decyduję, ale, gdy los mi funduje przykre niespodzianki, rodzi się we mnie bunt. Z własnej woli nie chcę z niczego rezygnować. Wprawdzie lubię być zaskakiwana, ale – na przykład – podwyżką wynagrodzenia, albo wygraną w Lotto, a nie koniecznością zaciągania kolejnego kredytu.

Myślę, że Adam i Ewa bardzo dotkliwie musieli odczuć wygnanie z krainy wiecznej szczęśliwości. Co innego wyruszyć na zwiedzanie, dajmy na to - slumsów Indii jako turysta, a co innego zostać tam wysłanym za karę.

piątek, 20 marca 2009

kataklizm odpowiedni do wzrostu

Mówią, że nieszczęścia chodzą stadami. Wprawdzie pewnie niesłusznie nazywa się nieszczęściem, kataklizmem, czy masakrą zdarzenia, które do takich kategorii się nie kwalifikują, ale wszystko jest adekwatne do chwili, w której nas nieoczekiwane kłopoty dopadają. Wczoraj widziałam dziecko, które stojąc z mamą w sklepie wpadło w czarną rozpacz z powodu odmowy obdarowania go wszystkim, co się w witrynie ze słodyczami znajdowało. Łzy lały się rzęsiście, buzia w podkówkę, nos na kwintę, no – półtora nieszczęścia po prostu. Aż żal się robiło i mnie, i sprzedawcy. Ale mama była nieugięta, pewnie nie bez powodu. Jednak w tej właśnie chwili dla malucha to był najprawdziwszy koniec świata. Świat widziany z poziomu poniżej jednego metra nad ziemią wygląda jednak całkiem inaczej. Dorośli powinni o tym pamiętać i nie dawać klapsów, nie złościć się, gdy dziecko płacze, bo jest rozżalone. To baaaardzo wielki żal w stosunku do wielkości człowieczka!

Dorosły człowiek ma już intelektualną możliwość selekcjonowania spraw odpowiednio do ich ciężkości życiowej. I choć nazywa kataklizmem łańcuszek zmartwień w rodzaju: wysiadła lodówka, pralka, terma, samochód i coś tam jeszcze, to w głębi zdrowego rozsądku wie, że to nie fatum zawisło nad nim, tylko sprzęt zestarzał się równocześnie, bo mniej więcej w tym samym czasie został nabyty. I cały ten kataklizm - to tylko niefortunny zbieg okoliczności. Denerwujące, fakt, może nawet być przyczyną bezsenności z powodów finansowych, ale – to jednak nie jest koniec świata, tylko taki pomniejszy kataklizmik, nie tornado, ale tylko tornadeczko, zefirek po prostu. Da się przetrwać.

Taką gradację można, a nawet powinno się stosować w odniesieniu do większości zawieruch życiowych, ale – jak się zwykle okazuje – dorośli mają z tym identyczny problem, jak małe dzieci, którym odmówiono cukierka, albo zabroniono siadania w środku przecudnej kałuży, o gwałtownej potrzebie przyłożenia łopatką koledze z piaskownicy, nie wspomnę już nawet.
Czarna rozpacz powinna być zastrzeżona dla prawdziwych nieszczęść. W danej chwili jednak nie myślimy o jakichś punktach odniesienia, a tylko o tym wysypie, upierdliwie utrudniającym nam egzystencję i wytrącającym z równego rytmu codzienności.
Nie wiem, jak reagują inni, ale ja wtedy mobilizuję się do walki z przeciwnościami losu. A zaczynam od pokonania samej siebie, bo w takich chwilach zawsze depresja stoi u drzwi.

czwartek, 19 marca 2009

Przyjaciółka z lustra

Tak się akurat złożyło, że lektura „Zostaniemy przyjaciółmi”na portalu broszka.pl, autorstwa Wuwulca, przypadła - w moim przypadku - na szczególny dzień, w którym zwykle ludziom psuje się humor. Bez względu na płeć, za to pod warunkiem pewnego przekroczenia. Wieku przekroczenia. Tak więc ja sobie właśnie przebywałam w nienajlepszym humorze, ponieważ przekroczyłam już dawno… lustro na wszelki wypadek odwróciłam „dupcią” do frontu – żeby dodatkowo nie stresowało, a tu: tekścik smakowity, chociaż raczej nie w porę (dla mnie) objawił się na monitorku. Szczególnie nie w porę wypadł przyjaciel z lustra…
To lustro, to w ogóle szatański wynalazek. Ileż zakompleksionych ludzików, zwłaszcza mojej płci byłoby mniej, gdyby nie ono! Sama pamiętam, jak przeżywałam lustrzane odbicie swojej nie tylko buzi:
– Mamo, dlaczego ja nie jestem ładna?!
- Cóż, nie każda może zaraz być Miss Polonia…

I to lakoniczne stwierdzenie ucinało dyskusję, wszelką dyskusję, jako, że Mama koncentrowania się córeczek na swoim wyglądzie, zdecydowanie nie tolerowała.
Moje zainteresowanie „przyjaciółką z lustra” w tamtym czasie się szybko skończyło, bo umartwianie się, a w każdym razie takie długotrwałe, nie leży w mojej naturze. W myśl zasady: co z oczu, to i z serca (tu: z głowy), pożegnałam się na długo z lustereczkiem i nie bardzo lubianą towarzyszką.

Wuwulec sugeruje, że prędzej, czy później nadchodzi pora, by zaprzyjaźnić się ze sobą samym, tym – z lustra. Coś w tym jest. Chyba.

Rozmyślania na temat lustra przywiodły mnie do kolejnego odkrycia: wydaje się, że natura zadbała o dobry nastrój ludzi „wpędzonych w lata”. W miarę upływu lat, a więc również w miarę, jak rośnie liczba zmarszczek na naszych twarzach, słabnie nasz wzrok. Im jesteśmy starsi, tym gorzej widzimy to, co mamy pod nosem, albo co widać w lustrze. I to jest kapitalne rozwiązanie problemu! Dlatego, gdy mój Szef (sam w średnim wieku) dzisiaj zadał mi pytanie, czy świadomość powolnego starzenia się nie spędza mi snu z powiek i czy ja też, stojąc przed lustrem, liczę sobie zmarszczki, odpowiedziałam, że – nie! Na to mój przemiły Szef: Niemożliwe, każdy to robi.
Tak, możliwe, że każdy, ale ja – podchodząc do lustra – najpierw zdejmuję okulary – odpowiedziałam.
I muszę powiedzieć, że moja przyjaciółka z lustra dzisiaj jest o wiele bardziej sympatyczna, niż kiedyś - nie krzywi się tak, gdy na mnie patrzy.

poniedziałek, 16 marca 2009

Podział majątku

Oddam marzenia. Za darmo.
Niespełnione.
Podzielę się zmartwieniami.
Po połowie.
Zazdrości nie podaruję.
Bo nie znam.
Mam jeszcze uśmiech.
Zostawię go sobie.

wtorek, 10 marca 2009

Czekając na cud

Czekanie na cud

Zastygłam
bezmyślnie wsłuchana w ciszę
w oczekiwaniu na cud
który się nie zdarzy
nade mną to samo niebo
gwiazdy i noc ta sama
i ja też ta sama
tylko trochę starsza
poważniejsza
dojrzałam rozumiem wiem
cudów nie ma



Najprzyjemniejsze zawsze jest oczekiwanie cudu, nie sam cud. Jak narodziny dziecka. Nawet uciążliwości ciąży nie zmieniają faktu, że to czekanie, wyobrażanie sobie, co będzie, gdy już się urodzi maleństwo, jest najmilszym okresem. Potem, gdy już jest, zaczyna się pasmo kłopotów, niekończąca się historia. Kolka, katarek, kaszelek, płacz, ząbkowanie, etc… Przedszkole, szkoła jedna, druga, kolejna. Wywiadóweczki rozkoszne z wysłuchiwaniem uwag krytycznych w kwestii pilności naukowej i zachowania naszej pociechy… I te bunty młodości, te wieczne pretensje o wszystko. Oj, niewiele wspólnego z cudem to ma! Ale – przed – szykujemy, kupujemy, urządzamy, myśląc, że dzieciątko da nam jedynie radości, a jeśli już łzy, to tylko sporadycznie. A rzeczywistość odsłania wszystko na odwrót… Z reklamą TV nie ma to w każdym razie nic wspólnego.

Przychodzi czas, gdy uświadamiamy sobie, że ten „cud” odebrał nam wszystko, o czym kiedyś marzyliśmy, do czego dążyliśmy. „Cud” rośnie, rozwija się, zagarniając niezauważalnie przestrzeń życiową, którą chcieliśmy mieć tylko dla siebie. I tak, dla nas pomalutku nie zostaje nic, nawet ta maleńka enklawa, w której chroniliśmy się, gdy już mieliśmy wszystkiego dosyć – przepada, znika. Nasi rodzice odchodzą. Na zawsze. Wtedy, tak ostatecznie i bezwzględnie, przestajemy sami być dziećmi.

Kiedy czekam na wiosnę, jestem pełna nadziei, bo znowu spodziewam się cudu. Życie budzi się po wielomiesięcznym letargu. Najpierw tylko ślady – jakieś ździebełko zielone, świeże, nie zrudziałe; jakiś pączek maleńki, nabrzmiały i ślepy jeszcze, ale przez zamknięte wciąż powieki wyglądający cieplejszego promyka słońca. I te awantury srok przy gnieździe, te gimnastyczne popisy wróbli i sikorek, klucz gęsi na tle muśniętego bladym błękitem nieba.

A potem wybuch, jak Big Bang, wszystko naraz gna w szaleńczym wyścigu we wszystkie, cztery strony Świata. W wyścigu o przedłużenie gatunku. Bezmyślnie, feromonowo gna. Rozpachnia się jawnie ( to flora) i skrycie (a to fauna). Przedłuża i umiera. Jak jętka jednodniówka.

Uświadomienie sobie, że cały ten spektakl życia jest pozbawiony jakiegokolwiek sensu wprawia mnie w ponury nastrój, chwilowo na szczęście. Tyle wysiłku wkładają wszystkie gatunki, by narodziły się istoty z góry skazane na unicestwienie. Wmawianie sobie, że to jest przedłużenie naszego, własnego istnienia kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. To tylko „samolubny gen” tak to urządził, żeby nam się zdawało, że rozmnażanie jest dla nas, a nie dla niego.
Patrząc na narodzone dziecko, myślimy: „Mamy dziecko”. Nie, to dziecko ma nas. Będziemy potrzebni mu tak długo, aż będzie wystarczająco rozwinięte, by przekazać ów gen dalej.

Życie to sztafeta. I tyle. Pozostaje tylko cieszyć się, że wyznaczona nam w tym wyścigu trasa jest pełna niespodzianek i takich cudów, jak – na przykład - wiosna.

poniedziałek, 9 marca 2009

wierszyk w dziurawym bucie

Taki wierszyk, pisany na kolanie.
Wiersz bez sensu i bez rymu,
i bez treści. Wiersz, jak kwiatek
który kwitnąć miał w wazonie,
ale zwiądł, bo pośród innych
się nie zmieścił. Wiersz banalny,
pospolity i głupawy. Jak ta stopa,
która w bucie, bez skarpetki.
A najgorsze, że ten bucik
był dziurawy. Razem z wierszem
wyrzucono go na śmietnik…

piątek, 6 marca 2009

Kalendarz świąteczny ( z lamusa 2007)

W kalendarzu polskim
świąt mamy bez liku:
Boże Narodzenie
Wielkanoc
Wszystkich Świętych
zwycięstw rozmaitych
Czterdziestu Męczenników
górników hutników
nauczycieli wojaków
pocztowców stoczniowców
matek i ojców
dziadków i babć
i zakochanych
imienin znanych
i mniej znanych
jest dzionek dzieciątek
własnych i cudzych
twoich moich i naszych
rocznic urodzin
ślubów i rozwodów
oraz innych świąt
świątek
świąteczek
i takich tam okazji
by wydać grosik
wcale nie mały
a i do obalenia flaszki
powód doskonały
…………………………
I mnie obojętne jest
które akurat właśnie się zbliża
albo jest
albo było
bo mnie już dawno dawno
wszystko się na dobre pomyliło…

wtorek, 3 marca 2009

Między wierszami (z lamusa 2007)

Dlaczego piszę wiersze?
Otóż, moi kochani,
jak długo można pisać
wyłącznie – między wierszami?
A ja, co rusz, to słyszę:
Widzę, że jesz śniadanie,
czy,
między wierszami,
”na wczoraj”
machniesz mi sprawozdanie?
I tak jest zawsze,
codziennie,
że piszę :
raporty,
sprawozdania,
odpowiedzi,
nagany,
prośby,
wyjaśnienia,
protokoły,
zestawienia,
podania,
artykuły do gazet
i co tam jeszcze szef chce
lub ma
do napisania…
i to jest wielka ściema,
bo piszę wszystko
między wierszami,
których – zwyczajnie –
nie ma!
Więc w stronę szefa wysyłam
uśmiechy, choć nie te - najszczersze,
i między pisaniem tym piszę
te, brakujące, wiersze.



I jakoś tak się porobiło, że nic się nie zmieniło...
Pisałam i - nadal piszę, słyszałam i - nadal słyszę...
i ciągle brak mi czasu
na jakiekolwiek igraszki,
więc między codziennym pisaniem,
wymyślam sobie fraszki.

czwartek, 26 lutego 2009

środa, 25 lutego 2009

i jeszcze...

Rogacz
Wciąż nie ma pojęcia,
że jest do wzięcia...

Kochanka
Absolutnie wyjątkowa.
Póki nowa.

Kochanek kryzysowy
Od wieków znana zasada
tak jasna jest, jak słońce:
w kryzysie potrzebny kochanek,
by związać koniec z końcem!

Gwiazda
Jedna, druga, trzecia
jazda i – gwiazda!

Balneologia
Seksualna euforia
w sanatoriach

wtorek, 24 lutego 2009

fraszki różne - cd.

Dzik
Czy dzik ryje, bo ryj dzika swędzi?
Nie, dzik ryje, bo dzik szuka żołędzi!

Zając

Ze strachu dygocze zając
w kapuście sobie kicając.

Królik
Nie próbuj gonić królików,
one są mistrzami uników.

Mucha
Brzęczy mucha koło ucha,
że brzęczenia nikt nie słucha!

Jętka
Nie doczeka przednówka
jętka jednodniówka.


Optymista
Licznik pokazuje trzysta,
a on ciągle optymista?

Harleyowiec
Niejeden na niego zerka,
myśląc: Jedzie moja nerka…

Baseballista

Po co mi siedzieć w szkole?
Wolę pomachać baseballem!

Niewierna
Wiernością nie grzeszy
i to właśnie go cieszy!

czwartek, 19 lutego 2009

Zwierzaki

Lis
Lisowi wszystko zwisa.
Nawet kita pana lisa!

Borsuk
Czego po nocy pan szuka?-
spytałem grzecznie borsuka.
Odrzekł: A tobie, kolego,
to niby co do tego?

Wilk
Czemu wilk wyje do księżyca?
- Bo księżyc wilka zachwyca.

Jeż
Z dala się trzymać należy
od jeża, który się najeżył.

Kot
To taki zwierz, moi kochani,
co chadza własnymi ścieżkami.

Pies
Gdy ogonem merda pies,
znaczy, że szczęśliwy jest.

Wąż
Węże zapamiętać nie mogą,
gdzie mają głowę, gdzie ogon.

Żmija
Sykiem ostrzega w lesie żmija:
Niech mnie lepiej każdy omija!

Kret
Nie łatwo złapać krecika,
bo szybko do norki umyka.

Krowa
Za darmo rozdaje mleko.
A gdzie? O tam, niedaleko!

Koń
Jeśli narowisty koń,
lepiej się nie zbliżaj doń!

Świnia
Od rana ma wielką ochotę
natrzeć się świeżym błotem.


Tchórzofretka

Schwytać mysz, to dla mnie betka!
-chwaliła się tchórzofretka.

Norka
Że norki kochają kuśnierze?
Szczerze mówiąc – ja nie wierzę!

Lampart
Uważać trzeba na lamparty,
bo lampart jest wiecznie nienażarty.
Nieprawda, pleciesz androny!
Ten lampart jest już najedzony.

wtorek, 17 lutego 2009

Ptaki polskie

Sroka
Miła ta pani Sroka!
A przynajmniej –
na pierwszy rzut oka…

Kaczka
Skarżyła się pewna kaczka,
że lis chciał ją zjeść w buraczkach.

Sójka
Zdecydować się nie może,
czy odlecieć ma za morze.

Szpak
Nawet bardzo młody szpak
szpakowaty nosi frak.

Gęś
Bardzo trwała łączy więź
Pana Gęś i panią Gęś.

Dudek
Dudek unika ptasich budek
Bo musi uważać na czubek.

Łabędź
Zbyt ciężkie są kupry łabędzie,
by łabędzie siadały na grzędzie.

Wróbel
Dobrze wychowany wróbel
publicznie w dziobie nie dłubie.

Dzięcioł
„Cip cip” się chyba nie woła,
kiedy się szuka dzięcioła?

Kawka
Szklane paciorki dla kawki
to ulubione zabawki.

Kura
Trudno prześcignąć kurę
w pisaniu jak kura pazurem.

Sowa
Kto wie, dlaczego sowa
na dzień się w dziupli chowa?

Kukułka
Kukułka nigdy nie pamięta,
kto chowa jej pisklęta.

Jastrząb
Czy ktoś widział jastrzębia
o sercu gołębia?


Sokół
Nikt ukryć się nie zdoła
przed bystrym okiem sokoła.

wtorek, 10 lutego 2009

Dyplomacja

Oszaleć można. Cokolwiek otworzyć w TV, wszędzie jeden temat – zamordowany Polski geolog. Tak, wiem – to tragedia dla rodziny. Ale nie należy przesadzać z nadawaniem sprawie takiego rozgłosu. Ostatecznie, Polak był dorosły, wiedział, co robi, dokąd jedzie. Przecież nawet dzieci wiedzą, że tam od kilkudziesięciu lat trwa wojna. To inny świat, obcy Europejczykom. Każdy, kto się tam udaje, robi to na własną odpowiedzialność. Nie wolno zrzucać winy na rząd, taki, czy inny. Rząd nie kazał tam jechać i ryzykować życia, wręcz przeciwnie – ostrzegał! Nie rozumiem, czemu całe społeczeństwo ma ponosić konsekwencje potrzeby zarobienia dużych pieniędzy przez kogokolwiek? Podobnie jest zresztą z żołnierzami w Iraku i Afganistanie. Jadą ci, którzy chcą, a nie ci, którzy muszą, choć nie chcą wcale. Wolny wybór. Po co wtrącamy się w nie swoje sprawy, jako Naród, tego nie wiem. Ja się wtrącać nie lubię. I nie zamierzam. Wcale mnie nie dziwi, że wciąż trwa eskalacja oporu wobec obcych wojsk na Bliskim Wschodzie. Nikt nie lubi, gdy mu się nieproszeni goście pchają z butami do domu! Najgorsze, że jak zwykle – chodzi o pieniądze. Złoża roponośne są łakomym kąskiem, a dorabianie do pospolitego interesu ideologii zbawiania tamtejszych społeczeństw kłóci się z prawdą. Dobrze jest wiedzieć wprawdzie, co w trawie piszczy, jakie są nastroje, zamiary geograficznych bliższych i dalszych sąsiadów, ale wywiadu już nie mamy. Pan Macierewicz definitywnie nas źródła informacji pozbawił. Już nie ma kim inwigilować. Jeżeli ja mam pretensje do obecnego rządu, to raczej o to, że nie odbudowuje, nie reaktywuje profesjonalnych służb wywiadowczych. Nasza armia tam psu na budę potrzebna, ale akurat wywiad wojskowy i owszem, bardzo nawet! A my – polskim zwyczajem – wszystko na odwrót… Tyle, że przy naszej skłonności do gdakania o wszystkim, o czym się powinno milczeć, nie ma chyba szans. Tak, à propos, przypomniało mi się powiedzenie: ”prawdziwy dyplomata trzy razy pomyśli, zanim - nic nie powie”.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Noc miałam niespokojną. Namówiliśmy, a właściwie, wymusiliśmy na nim zgodę na amputację gnijącej nogi, a teraz mam wątpliwości. Czy na pewno dobrze zrobiliśmy? Jaka jest szansa, że 82-latek, który sam w sobie jest już od dawna wrakiem człowieczym, przeżyje? Minimalna. A jeśli przeżyje, to ile tego, wątpliwej jakości, życia zyska? Czy, zwyczajnie (pewnie by sobie samym wmówić, że próbowaliśmy wszystkiego), nie dołożyliśmy mu tylko dodatkowego cierpienia?

piątek, 6 lutego 2009

Donikąd ?

Rodzisz się, żyjesz, umierasz -
tyle z tym wszystkim zachodu…
Quo vadis? – pytam - Człowieku!
- Nie wiem… dokądkolwiek,
jednak zawsze – do przodu.

czwartek, 5 lutego 2009

Dzięciołek


Pamiętam zimę. Białą, puszystą i mroźną. Zaspy wyższe ode mnie, ogrodzenia udekorowane, oplecione jakby śnieżnymi łańcuchami. Drzewa wokół domeczku i kopiaste krzewy uginające się pod ciężarem białych kożuszków. Na szybach malowidła paprociowate, gwiaździste – cuda natury.

Jest zimowe południe, siedzę w biurze, od czasu do czasu odrywam wzrok od monitora, żeby dać zmęczonym oczom choć chwilę wytchnienia. Lubię, gdy oko wolnym kroczkiem wędruje aż po horyzont, po drodze przystaje wśród rosochatych wierzb, pokręconych, koślawych i dziuplastych. Brakuje mi teraz tylko tych rozmaitych farb, którymi natura bez umiaru szafuje wiosną. Cóż – luty…

Wracam z tej wzrokowej wycieczki, zakładam oczka zapasowe, koncentruję się. Kątem oka dojrzałam jednak coś, nie wiem wprawdzie – co, ale to „coś” nie pasuje do zimowego, monotonnego nastroju z pewnością! To – było zielone! I mignęło, przeleciało i znikło. Wyglądam przez okno – wszechogarniająca szarość, popielato-bury świat, nie odkurzany, ani nie myty świeżym, cieplutkim deszczykiem. Smutek zatopiony we mgle i ociekający wilgocią. Cisza.
Nagle słyszę dwie sroki, skrzeczące głośno na niewidoczne jakieś żywiątko w zmarzniętej, przyprószonej lekko padającą z nieba lodowo-deszczową kaszą, trawie. Jest! Moje zielone mgnienie oka. Przepiękny zielony dzięcioł! Raczej domyślałam się, niż widziałam, że to dzięcioł, bo dziobał cosik energicznie, z charakterystycznym, młotkowym ruchem dzięciolego łebka. Jednak – chodził wśród źdźbeł, po ziemi. Patrzyłam na drepczącego, zielonego ptasia, z dużą, widoczną z daleka, czerwoną plamą na łebku. Sroki dostały szału, bo najwyraźniej wkroczył na teren prywatny. A sroki miejscowe, firmowe można by rzec. Nastroszyło toto ogony i dalejże przeganiać intruza. Dzięciołek chyba nie szukał zwady, machnął lekceważąco skrzydłem i przeniósł się bliżej mojego okna. Mogłam go obserwować z odległości dosłownie kilku metrów. Jakiż on cudny! Kubraczek oliwkowy, mszysty, zrobił na mnie wielkie wrażenie. I ta czapeczka, a właściwie – berecik krwistoczerwony, zawadiacki trochę. Nosa, sorry, chciałam powiedzieć – dzioba matka natura nie poskąpiła też – długaśny, na oko z 5-6cm, mocny i lśniący. Do dziubania w drzewach wprost idealny! Po prostu dziub, nie - dziób! Po posiłku dzięciołek podfrunął ciut wyżej, ale niezbyt wysoko, bo był widać przyciężkawy akurat. Przysiadł nisko, na lipowej gałęzi, tuż pod moim przylepionym do szyby nosem. Dech mi zaparło. Teraz dopiero zaczął srokom urągać, a cmoktać, a popiskiwać w ich stronę. Najedzony od razu zodważniał. Ponarzekał tak jeszcze jakiś czas i odleciał w sobie tylko wiadomym kierunku. Pewnie mieszka gdzieś niedaleko.
I jak tu pracować? Gdy nawet zimą tyle życia się wokół dzieje?

środa, 4 lutego 2009

Sąd ostateczny




Co jakiś czas pojawiają się proroctwa o zbliżającym się końcu świata. Teraz mówią, że w 2012r.. Pożyjemy – zobaczymy… Zawsze mnie to śmieszy, podobnie jak słowa: w niebie bardziej cieszą się z jednego nawróconego grzesznika, niż z dziesięciu sprawiedliwych”. Mnie z tego wychodzi, że wystarczy dać na tacę duży datek tuż przed końcem żywota i „chwatit”! Już wszystko O.K. No, to dalej, jazda – grzeszyć ile wlezie, a potem jakoś się to odkręci przed Najświętszym Trybunałem.

Żywot człeka niepoczciwego

Czyżby był początek końca?
Czy nie będzie więcej słońca?
Czy świat wnet ogarnie ciemność?
Sądu przyjdzie nieprzyjemność?

Trzeba brać się do roboty,
By na koncie były cnoty!
Oj! Nie będzie rzeczą łatwą,
bo upartą żeśmy dziatwą.

Chętni krańce badać grzechu,
coś nie mamy dziś do śmiechu?!
I jesteśmy w wielkiej kropce,
bo: co ludzkie – nam nie obce!

A gdy zbliża się Sąd Boski,
to przedmiotem naszej troski
jest, czy Niebo jednak raczy
nasze błędy nam wybaczyć?

Może się zamydli oczy,
przed Sąd bocznym wejściem wkroczy.
I przedstawi zaświadczenie,
że ruszyło nas sumienie?

Że się człek poprawił wreszcie,
i zrozumiał to nareszcie,
że do Nieba wiedzie droga,
kręta, trudna i uboga.

A cóż na to Sąd odpowie?
By się nie mitrężył człowiek!
Całe życie wszak zaciekle
trudził się, by znaleźć w piekle!

Kocioł czeka nań gotowy-
-zmieści się po czubek głowy!
I z widłami diabłów pięć,
gdyby uciec przyszła chęć!



Komentarz mojego Kolegi: Nie mogę przejść obojętnie nad wierszem „Żywot człeka niepoczciwego”

Mnie natomiast zdaje się,
że Ten co nad nami,
ulituje się, bo tylko nas mami,
(nie wiem po co?)
piekłem, smołą i diabłami.
Myśmy przecież jego dzieci
a on Ojcem swoich pociech.
Czyżby miał wśród swoich uciech
Własne dzieci jako śmieci
do kociołka i widłami
poszturchiwać? Nieeee wołamy.

Przecież Eden wybudował,
Adama i z żebra Ewę zmajstrował,
a, że oni na wzór Jego
więc zapewne by swe Ego
ukryć, dał im jabłoń
co z jabłoni zabronione aby w dłoń
jabłko wziąć.

Ewa z babską ciekawością
(bo ciekawość Jego częścią)
jabłko wzięła i urwała
nie należy się jej pochwała
bo to jabłko już na wieki
stało się początkiem męki.
Stąd na co dzień jest Sąd Boży
zmartwień wiele, chorób moc
których żadna lista nie złoży.

Już jesteśmy oskarżeni
i wyroki też wydane,
nie czekajmy na Sąd Boży
bo to w końcu nic nie zmieni.

Więc ma rada jest o taka:
Śpij spokojnie dziewczę miłe,
na poduszce złóż buziaka,
sądem nie martw się choć chwilę.


Szukałem prawdy. Nie znalazłem. Ten co nad nami, jeżeli jest, jako Ojciec, Przyjaciel nie powinien wyciąć takiego numeru. Dać wszystko ale z małym wyjątkiem. Wiedział, że Ewa to zrobi. Później już było łatwiej na kogo zrzucić winę. Bo wiedział, że są na podobieństwo z Jego żądzami, wadami itp..
Gdy przyjmowałem jednego z moich, niestety nielicznych, przyjaciół powiedziałem – tu gdzie jesteś jest Twój Dom. Korzystaj zatem w co jest bogaty. Aby jednak nie kusić, żonę zabrałem ze sobą.

środa, 28 stycznia 2009

Fraszki

Absolwent

Niby młody, a jednak -
zbyt stary,
by chadzać na wagary.

Sklerotyk


Nawet tego nie pamięta,
że obłapiał dziewczęta!


Żonaty


Od kiedy zyskał status męża,
w kieszeni nosi węża.

Mężatka

Przed ślubem chętna i gotowa,
teraz wciąż ją boli głowa.


Starsi panowie

Zawsze w kolejce są pierwsi
do gabinetów, w których leczą
okładami z młodych piersi.


Młodzież lekko wpędzona w lata

Twarz w pajęczynie bruzd,
a w życiu wciąż „on the loose”.


Siostry miłosierdzia


Jak wszyscy - w pracy się pocą,
ale nocą.

Formalista

Na wszystkie swoje przekręty
ma właściwe dokumenty.

Motyle

Mężczyźni są jak motyle -
kochają tylko przez chwilę.

Niedźwiedzie


Oh, jak ja kocham niedźwiedzie,
byle nie po sutym obiedzie!

Stara panna

Rok za rokiem mija,
a ona wciąż niczyja.

Stary kawaler

Nikt mu nad uchem nie gdera...
Eh,szczęśliwiec!... Cholera!

Rozwodnik

Wolnością cieszy się szalenie -
przez formalne rozkojarzenie.

Rozwódka

Nie panna, a jednak nie żona-
kobieta doświadczona!

Akt kobiecy

Chuda, gruba,
smutna, czy wesoła
- nieważne!
Ważne, że - goła!!!

wtorek, 27 stycznia 2009

Napisałeś, mój znajomy Poeto, że „najważniejsze, żeby żyć w zgodzie z Bogiem”. Już, już miałam wrzucić ci komentarz, ale w ostatniej chwili się wycofałam. Szczęściem! Bałam się burzy, a raczej – oburzenia ze strony bywalczyń twojego bloga. Lepiej nie zadrażniać, ludzie wierzący są często przewrażliwieni. A wiersz całkiem, całkiem – miło się czytało. Chociaż z treścią się niezupełnie zgadzam, ale nic to.

Często jakoś spotykam w życiu podobne, dla mnie niezrozumiałe, mniemanie: człowiek podobno tylko wtedy jest szczęśliwy, dobry, sprawiedliwy, gdy żyje w zgodzie z Bogiem.
No, nie wiem, nie wiem…Może? Tyle, że to żadna sztuka być dobrym, etc. - ze strachu przed gniewem i karą. Nie czuć nad sobą bata i być Człowiekiem – ma, moim zdaniem, o wiele większą wartość. A Bóg? Jeżeli jest jakiś Bóg, to chyba powinien docenić fakt, że się nie bało piekła, a jednak żyło się godnie i uczciwie.
Świadomość własnych ułomności, wad i innych mankamentów, dostrzeganie potrzeb innych, tolerancja w stosunku do cudzej niedoskonałości – nie są zastrzeżone dla grupy wybrańców wiary, którejkolwiek wiary! Wystarczy rozum i odrobina pokory wobec potęgi natury, szacunek dla życia jako takiego.
Świat, Wszechświat właściwie, we wszystkich przejawach jego istnienia, wyobrażam sobie jak coś w rodzaju zbiorów wzajemnie zagnieżdżonych, niekończący się ciąg zdarzeń, zależności i konsekwencji. Istnienia przenikające się nawzajem, wrastające w siebie, spójne i nierozerwalne. Jak fraktale.

To dopiero jest doskonałość!

Przedświt

Z ciemności nocy wyłaniają się powoli
istoty bezkształtne niedokończone
rozespane jak ja
z głośników snują się dźwięki
wyłaniają się z mgły snu i oczekiwania
opływają kołyszącą falą ballady
„Soldier of Fortune”


Jak to dobrze, że jest youtube, można posłuchać sobie o poranku ulubionych, a już zapomnianych - bo nieobecnych w radio - perełek z zamierzchłych czasów mojego cielęctwa.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Żeberko

Nie powiem, trochę mi głupio,
jestem lekko zażenowana…
Bo Bóg mnie zrobił, podobno,
z żebra niejakiego Adama.

W zasadzie to bez znaczenia!
Powinno mi być wszystko jedno,
czy było to co innego,
czy właśnie akurat żebro.

Lecz kiedy o tym rozmyślam,
to z tego powodu - jak wnoszę,
ja chyba właśnie - od zawsze -
żeberek po prostu nie znoszę.

A jeśli już, to wyłącznie takie,
które spożywa się na surowo,
w dodatku wyłącznie saute
i ze skórką – obowiązkowo!

W ogóle to jestem głęboko,
naprawdę głęboko przekonana,
że nie z żeberka, lecz raczej
z głowy powstałam Adama.

Ja wiem, że to jest być może
pogląd absolutnie nowy,
ale tłumaczy, czemu faceci,
bez baby są - jak bez głowy!

W przepastnych głębiach komputerowych archiwów znalazł się niespodzianie ten stary wierszyk, z roku chyba jeszcze 2004. Gdyby kolega Stańczyk nie zaczął mnie ( równie złośliwie zresztą)podpuszczać, pewnie nigdy by nie powstał, podobnie, jak "Raj" i "Ewa". Trudno się czasem powstrzymać od riposty, jak się ma takich wesołych, ale i ciut dokuczliwych kolegów.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Dzieci z probówki

Choć chętnym panom to nie w smak,
dziś każda kobieta ( mój Boże!)
jak zechce, to matką in vitro
bez seksu, z łatwością, być może.

Już w banku spermy czeka
licznych dzieciątek zaczątek,
by w jakimś wygodnym jajeczku
znaleźć cieplutki zakątek.

A dorosłemu dziecięciu
wbija się później do głowy,
że w polu: imię ojca
ma pisać – „Anonimowy”…

I tylko czasem, przypadkiem,
gdy trudne życiowe zakręty,
chciałoby się od Anonimowego
anonimowe mieć alimenty.

Więc wbijcie sobie, miłe panie,
w blond farbowaną główkę:
Skarżyć można zawsze faceta,
lecz nigdy – szklaną probówkę!

Polityczna prostytucja

Jest, w każdym chyba języku, mnóstwo słów, które zatracają swoje pierwotne znaczenie, lub zyskują nowe. Do takich słówek należy w języku polskim "prostytucja".Dzisiaj używa się go do podkreślenia niemoralnych zachowań nie tylko w sferze erotycznej, ale dowolnie wybranej. I to właśnie zrobił poseł Palikot. Chyba każdy rozsądny i cokolwiek obyty człek wie, że sformułowanie:"Nie wiedziałem, że prostytucja w polityce sięga nawet posłanki X." nie dotyczy sprzedawania usług seksualnych, a politycznych. Ale gdzie tam! Wszyscy nagle jakby doznali zaćmienia umysłu. Oburzenie po prawej, zgroza po lewej stronie areny, a po środku coś, jakby odcinanie pępowiny. Fakt, nie brzmi to smacznie, ale przecież ktoś już dawno powiedział, że polityka, sama w sobie, jest jak dziwka. A cóż innego robią posłowie ze wszystkich stron, jeśli nie trudnią się sprzedawaniem partyjnych głosów za stołki, albo za coś podobnego? To, czy to nie jest swoista polityczna prostytucja?

piątek, 9 stycznia 2009

Temat dnia

Na świecie kryzys. Kurek z gazem z Rosji zakręcony. Tematem dnia 8 stycznia była jednak kwestia ojcostwa. Francuska Pani minister, o której dotąd nikt u nas nie słyszał, bo to ostatecznie nie nasza minister sprawiedliwości, czy czego tam ministrem ona jest, kilka dni temu urodziła córeczkę. I nie chce powiedzieć kto jest ojcem. W mediach aż huczało od spekulacji: być może to nawet sam premier Francji? Nie rozumiem tylko, dlaczego akurat w polskich mediach tak zawzięcie roztrząsano problem? Dla pięknej pani minister najwyraźniej problemu nie ma, ale Europa zamiast kryzysami w rozmaitych, ważnych dziedzinach gospodarki, zajmuje się dochodzeniem w sprawie bliżej nieokreślonego tatusia. A może córeczka jest stworzona metodą in vitro, bo nie jest wykluczone, że ta pani chciała córeczkę, ale nie chciała żadnego tatusia? W każdym razie dociekanie - który i z kim pocałunek ministerialnej piękności doprowadził do jej ciąży wydaje się nie na miejscu. Myślałam, że drogą pocałunku przenoszą się jedynie bakterie i wirusy i jeszcze, np. grzyby, itp., ale o przenoszeniu ustnym plemników nigdy nie słyszałam. Jeżeli i tą drogą można zajść w ciążę, to już aż strach się bać!

czwartek, 8 stycznia 2009

Dzicz

Lubię, zimowym przedświtem, zerkać przez okno firmowe. Praca w dziczy ( zwanej przeze mnie Madagaskarem) ma jednak swój urok. Nikogo jeszcze w biurze nie ma. Tylko ja. Świat wygląda, jakby ktoś narzucił nań całun – tak głęboka czerń pochłania wszystko. Tylko firmowa latarnia, różowym, rozproszonym blaskiem wyłania z tej nicości kilka kształtów: nagie gałęzie lipy, delikatnie kołyszące się na wietrze, wyglądają jak splątane włosy wiedźmy; sosenka, która wielką wolą życia, po wielokrotnym koszeniu naszego robotnika gospodarczego, wystrzeliła w górę – gęsta, wystrzyżona „na punka”, a na każdej czuprynce gałązki – czapeczka śniegowa; za płotem – uschłe słoneczniki stoją w śnieżnych kapturkach rządkiem, niczym żołnierze na apelu porannym. I trawy, wysokie, smukłe trawy, nigdy nie koszone przez naszych sąsiadów. Jak się ma szczęście, to w tych trawach można czasem dojrzeć kuropatwy, albo bażanty, a zdarzyło się raz, że i kuna przemknęła bezszelestnie, polując prawdopodobnie na nornice, które zimą upodobały sobie wielkie donice, w których sezonowo sadzimy kwiaty przed wejściem do biura, a zimą cierpliwie oczekują wiosny, stojąc pod naszym oknem, z tyłu budynku. O, teraz z tej, rozmywającej się łagodnie, czerni wzrok wydobywa już zarysy polskich rosochatych wierzb. W którejś z pewnością siedzi Rokita, tak przynajmniej głoszą ludowe klechdy. Cóż, w naszych, okolicznych, mieszkają zdaje się jedynie szerszenie, uprzykrzając nam życie w sezonie letnim. Jeszcze sójka, nastroszona, grubaśna, kolorowa zerka jednym oczkiem w nasze okno, siedząc sobie na daszku karmnika.
Nastrój pomału się zmienia, szarość ranka zastępuje bezdenną czerń nocy, wyobraźnia musi odpocząć. Pani Głupstewka! Łyk kawusi i pora się brać do pracy. Minęła 7:00.

środa, 7 stycznia 2009

Znaki

Poprzedni rok był trudny, oj – trudny… może ten będzie ciut lepszy? Nie mówię, żeby zaraz – dobry, ale – lepszy. Ojciec nareszcie w domu opieki. Jeśli się zdecyduje na dłużej tam zostać, to jakoś to będzie. Pielęgniarski dom opieki to dla niego najodpowiedniejsze dzisiaj miejsce, a warunki naprawdę dobre w nim są. Jeździmy kilka razy w tygodniu, nie powinien się czuć porzucony. A w domu zostawał sam na cały dzień. Teraz, po amputacji stopy, nie dałby sobie rady sam.

Byłam wczoraj w mieszkanku rodziców. Dziwna rzecz – ze ściany w kuchni spadł talerz ozdobny, który Mama powiesiła wiele lat temu. Leżał rozbity na kawałki obok lodówki. A w ścianie jest dziura większa, niż pięciozłotówka! Czyżby Mama? Z powodu tego domu opieki? Przecież wie, że to jedyne rozsądne rozwiązanie w sytuacji, gdy wszyscy pracują. Czy rzeczywiście – jak mówił Ojciec – Ona tam wciąż jest? Martwiła się przed śmiercią, czy będziemy się ojcem opiekować, może uznała, że źle to robimy, sama nie wiem…
Jadę dzisiaj z Pijawką do ojca.

wtorek, 6 stycznia 2009

Zima ( z cyklu dla dzieci "Cztery pory roku", 2005)

Zima

W bieli - niczym panna młoda,
Zima zerka mroźnym okiem,
choć klasyczna jej uroda,
nie wszyscy pod jej urokiem!

Czasem groźna, ale krzynkę!
Mrozem nas troszeczkę gnębi.
Jednak śnieżną da pierzynkę -
żeby ziemi nie przeziębić!

Gdy humor ma (a czasami tak bywa)
na świat patrzy z sympatią od rana.
Hojnie sypie białym puchem - szczęśliwa,
że dzieci lepią śmiesznego bałwana.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Śnieg

Zapodziały mi się myśli
w białym tłumie wirujących baletnic
nieprzytomnym wzrokiem
rozglądam się wokoło
szukam – przerażona -
jak mam egzystować bez nich?
O, coś zalśniło w dali - to one!
Przejrzyste stalagmity całowane wichrem,
zastygły w ciszy nocy, niewidzialne,
jak lodowe ciernie w sercu Kaja.

Eh, głupie! Były pewne,
że wyrwały się na wolność...