piątek, 28 listopada 2008

z lamusa 2005

Rozgardiasz myśli

Zbyt dużo myśli
po głowie się błąka.
Zbyt dużo uczuć
w sercu miejsca szuka.
Zanadto boli,
choć krótka rozłąka.
Zanadto trudna
dla duszy nauka.
Nie trzeba losowi
ślepoty zarzucać!
Nie trzeba sądzić,
że lepiej by było!
Nie wolno bliskich
ranić, ni dokuczać!
Nie wolno płakać,
że się nie zdarzyło!
Trzeba iść do przodu,
choć dróżką ciernistą.
Trzeba ufać gwiazdom,
one przyszłość znają!
Może się sny wszystkie
wnet urzeczywistnią?
Może senne rojenia
znaczenia nie mają?

środa, 26 listopada 2008

strzał w dziesiątkę

Ależ, kochanie, spróbuj zrozumieć! To był wypadek!!! Tak zwane „apteczne złudzenie oka” – używając zwrotu imć Wiecha. Bo to było tak: do domu wróciłam wtedy późno. Już w klatce schodowej zdziwiło mnie, że nie ma światła. Otworzyłam z trudem, po omacku, drzwi, a tu w środku też ciemno, jak za przeproszeniem. Co robić - rozebrałam się i poszłam do łazienki wziąć prysznic. Dlaczego prysznic po ciemku? – No, cóż – nie moja wina, że awaria! Woda na szczęście była, a umyć się przecież trzeba. Spodziewałam się ciebie wieczorem. Wgramoliłam się właśnie do kabiny, odkręciłam wodę i wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Przecież wiesz, że dzwonek mam na baterie, więc działał. Skąd miałam wiedzieć, że to nie byłeś ty, tylko sąsiad? Poza tym - on też miał takie łaskoczące wąsy, jak ty! A w ogóle to nie wykręcisz się od ojcostwa - tamtego dnia rozpoznałam cię po dzwonku!
***********
Ciekawe swoją drogą, jak można rozpoznać, kto strzelał – tak konkretnie – po odgłosach strzałów tylko i języku, którym nie wiadomo kto się posługuje, bo ktosia nie widać. Niektórzy to mają szczęście – najwyraźniej natura wyposażyła ich w noktowizory. „Jestem w stu procentach pewny, że to byli Rosjanie, poznałem bo odgłosach strzałów”

Wizjoner, czy co?
Słowa

Tak trudno czasami
myśli ubrać w słowa.
Niekiedy z ust płyną
jak wartkie potoki,
ale gdy wyrazić pragnę to, co czuję,
ciężkie, potężne zamyka ktoś wrota,
przez które przecisnąć się
żadna myśl nie może.

Milczę. Zamyślona.
Wsłuchana w siebie.
Widzę, że mówisz do mnie,
ale cię nie słyszę - nie umiem.
Nie chcę.
Ale jestem. Z tobą.


Ostatnio w mojej firmie nastąpił jakiś wysyp konfliktów małżeńskich, statystycznie rzecz biorąc - największy w pewnym rejonie geograficznym. Na 10 mężczyzn, 5 jest w separacji. Zastanawiający jest przy tym fakt, że to ślubne opuszczają swoje połówki, a nie odwrotnie! A porzuceńcy zachowują się tak, jakby lecieli w przepaść. I lecą: albo piją, albo jeszcze gorzej. Głównie jednak to pierwsze. Jakie są powody tych zwrotów uczuć u żon? Myślę, że raczej pospolite - mąż zarabia niewiele, pani nie zarabia wcale, bo pracy w tym rejonie nie ma, a tu czekają gotowi do wzięcia faceci z cieplutkim, świeżym pieniądzem. A panie chcą czegoś więcej, niż tylko chleba z dżemem.
Takie pragmatyczne podejście do tematu związku płci.

Gorzej, gdy w związku, po wielu latach wspólnie przeżytych dochodzi do rozłamu na taką skalę, że oboje są jak dwa bieguny o tym samym ładunku - nienawiści i niechęci. Ale żyją pod jednym dachem. I wtedy następuje tragiczny przełom: ona ginie w wypadku drogowym. A on? Jak musi się czuć mąż, który kiedyś przecież kochał, budował ich dom, razem wychowywali dzieci, a potem... potem nie zdążył jej powiedzieć, że te ostatnie kłótnie to pryszcz, że liczą się te lata, gdy potrafili się porozumieć, umieli wybaczać.
Tak właśnie się stało - szła do pracy skrajem jezdni, po ciemku, kierowca TIR-a nie zdążył wyhamować, zauważył za późno. I koniec. Tylko rozpacz i żal do siebie. Obaj są w podobnej sytuacji: i mąż i kierowca TIR-a. Bo obaj czują się winni.

piątek, 21 listopada 2008

spis tygrysów

Leje, wieje, 1,5 Celsjusza, a ciemno tak, że organizm za nic nie chce się pogodzić z faktem, że jest już w pracy. Radio 94 zapodało przed chwilą informację, która mnie rozbawiła na tyle, że się prawie obudziłam:

W Nepalu rozpoczyna się drugi powszechny spis tygrysów. Ponieważ pierwszy się nie udał - ankieterzy nie wrócili.

O rany, jak mnie się nie chce dzisiaj nic. Tylko książeczka, kocyczek i miękka podusia...


Lenistwo, słodkie lenistwo…

I tak oto spoczywam w objęciach
rozkosznego nieróbstwa,
spojrzeniem omiatam lekuchno
odkurzacz, papierek, zlew
i takie tam…
inne zwyczajne głupstwa!

Zmuszam się do ostatniego wysiłku,
na drugi bok się obracam,
i myślę… myślę… po co
myślę właściwie?
dlaczego
głowę tym sobie zawracam?

Lenistwo – to każdy wie przecież –
bywa tak bardzo milutkie.
poleżę sobie, odpocznę,
pośpię może…
a potem
wyręczę się krasnoludkiem.

czwartek, 20 listopada 2008

zmiana adresata




Chwila przerwy, bo awaria firmowego serwera. I od razu poprawił mi się humor. Co racja, to racja - niech sobie pocztowcy sami szukają nowego właściciela pojazdu!

Obrazki

- Co jest, pani Głupstewka? Strasznie pani blada.
- Nic, głowa mnie okropnie boli.
- Rano??? Głowa to kobiety boli zawsze wieczorem! Rano, to jakoś wbrew zasadom.
- No widzisz. A mnie – właśnie - rano.
- Moją żonę wieczorem już, tak na wszelki wypadek, zawsze boli. To jej mówię, że: Spoko, nic od ciebie nie chcę! I natychmiast przechodzi!
- Wiesz, to jak ty masz takie pozytywne wibracje w samym głosie, to powiedz mi, że niczego ode mnie nie chcesz, to może i mnie przejdzie…

środa, 19 listopada 2008

Kapelusik (z lamusa - 2005)

Chcę, czy nie chcę,
przyznać muszę,
że uwielbiam kapelusze!

Bo kapelusz, proszę Pana,
przydać może się od rana.
Jeśli deszczu przyjdzie pora,
nie potrzeba parasola.

Albo gdy upalny dzień,
pod nim znajdę miły cień.

Lub gdy spotkam Jamesa Bonda,
mogę zerknąć nań spod ronda,
nikt tego nie zauważy,
a w dodatku mi do twarzy!

By wyglądać tajemniczo,
pod kapelusz chowam lico.

Ostatnio zaś okazało się,
że może przydać się w kosmosie!
Bo na dodatek
przypomina kosmiczny statek!


Przeprosiłam swój stary kapelusik. Rąk mi zabrakło. Do trzymania przy uszach futrzanego kołnierza od kurtki. Albo uszy, albo torba z zakupami, jednocześnie się nie dawało. I znowu się zaczęło - dokuczanie z powodu tego nakrycia głowy. Fakt, może i głupio to wygląda: kobitka w kapeluszu, w dziczy, pośród facetów wystrojonych w brudne uniformy. Ale co tam, przynajmniej trochę cieplej, o ile nie odleci na wietrze, jak ten kosmiczny statek.

poniedziałek, 17 listopada 2008


Spleen

brzydkie, odczłowieczone figurki
lepisz z papier mache myśli i łez
bezkształtny spleen wdziera się
niezauważalnie
wszystkimi porami
dopada cię jak zmierzch
w samym środku listopadowego dnia

Najpierw moja koleżanka przyjechała do pracy z nosem na kwintę, że niby ma depresję, że całe popołudnie przepłakane, potem Pan Monsz siedział w domu z taką miną, jakby mu wszystko obrzydło - też chandra jesienna podobno... a do wiosny, do słonka tak daleko...
Rano wyjeżdżamy o 6:00 - ciemno, jak (za przeproszeniem) u Murzyna, dzień w pracy przy sztucznym świetle, potem znowu czarno, gdy do domeczku powrót się odbywa. Eh, gdyby tak, jak ten niedźwiadek zakopać się w liściach, w gawrze i - byle do tej wiosenki...

Głos Pana, czyli co by było, gdyby babcia miała wąsy

Jak to możliwe, że „Głos Pana” dotychczas nie trafił w moje ręce? Nie wiem. Kilkunastotomowa seria największych (zdaniem wydawcy, oczywiście) dzieł S.Lema, dołączana jest do Gazety Wyborczej. Dzięki temu mogę uzupełnić swój księgozbiór, bo niektórych pozycji nigdy nie miałam, a większość tych, które posiadam jest w fatalnym stanie wyczytania doszczętnego. Poniektóre mają poważne braki w kartkowym „uzębieniu”…
Głos Pana – cóż to za przenośnia? Głos Boga miałby to być? Nie przeczę – zasiadłam do lektury naładowana ciekawością po brzegi wyobraźni. Po lekturze „Zniewolonego umysłu” czytanie szło mi sprawniej, a książka z gatunku naszpikowanych niecodzienną terminologią – filozoficzno-psychologiczne rozprawienie się z antropocentrycznymi skłonnościami ludzkości. No, nie jest to łatwe do przełknięcia. O tym, że Lem nigdy nie pisał typowo beletrystycznych powieści, wiem od dawna. I, że w każdej z nich poutykał między wierszami efekty swoich osobistych przemyśleń – też. W „Głosie Pana” wszystko to się skondensowało, jak mleko w puszce. I wybuchło wieloteoriami, tezami, z których każda wydaje się być tą jedyną, właściwą.
Czyżby Głos Pana to był list z kosmosu, przesłanie nieznanej cywilizacji? Neutrinowy przekaz, kod, który się w kosmicznym szumie powtarza cyklicznie. Cały świat łączy się od pewnego czasu w programie SETI, próbuje wyłowić z radiowego szumu kosmosu ten jeden, właściwy fragment, list do nas. Czy komuś się uda trafić na istotną treść? Wielu uczonych wątpi. Podobnie powątpiewa Lem.
Spoglądamy w niebo z nadzieją, że znajdują się tam społeczności, które - z pewnością – zechcą nawiązać z nami kontakt. Może – zechcą… Tylko, co z tego wyniknie dla nas? Raczej niewiele, albo wręcz – nic. Oczekiwanie, że hipotetyczni kosmiczni mieszkańcy innych planetarnych siedzib są do nas podobni na tyle, by kontakt taki był możliwy – jest troszkę naiwne. Nawet jeżeli tacy by się znaleźli, to musieliby znajdować się jeszcze na podobnym do naszego poziomie rozwoju cywilizacyjnego i postępu technicznego, a to dodatkowo komplikuje założenia. Wiem, liczymy na roboty, nasze maszyny, zdolne odczytać niezrozumiały dla nas przekaz i przełożyć z kosmicznego na ziemski. Bo, na przykład E=mc2 w marsjańskim wydaniu może przybrać zupełnie inną formę. Możliwe też, że Obcy w swoim, odmiennym środowisku w ogóle nie używają zapisu innego, niż wirtualny, czysto umysłowy. Może nie mają oczu, albo uszu, bo nie są im tam potrzebne! Może – jak w „Solaris” taka cywilizacja to tylko wielki ocean-mózg, zdolny odczytywać myśli i komunikować się pozazmysłowo? Tuziemskie formy przekazu nie muszą być powszechne we Wszechświecie.
Może tam obowiązują inne prawa? Może nawet fundamentalne definicje matematyczne nie mają tam zastosowania? Przywykliśmy uważać, że prawa fizyki mogą być zmienne, w zależności od warunków czasoprzestrzeni, ale matematyka (podobno!) musi być niezmienna. To – moim zdaniem – także przejaw antropocentrycznego myślenia. A co, jeżeli istnieje równoległy świat, w antymaterii na ten przykład? Skąd wiadomo, czy tam też 2+2=4?
Poza horyzontem zdarzeń rozciąga się nie znany nam świat innych praw. Możemy tylko snuć domysły, dyskutować, co by było, gdyby Wszechświat zaczął się znowu kurczyć, czy czeka go kolejny Big Bang? Czy pogrąży się w nicości na wieki? To tylko dywagacje, nie podparte – jak dotąd – pewnikami, lecz jedynie obliczeniami matematycznymi i naszym „pobożnym” życzeniem, bo trudno pogodzić się z faktem, że - być może – nie będzie potem już nic.

Uczeni, zgromadzeni po to, by rozszyfrować kosmiczny, neutrinowy przekaz, ów Głos Pana, stanęli przed zadaniem przekraczającym możliwości współczesnej im wiedzy.

Gdyby taka historia zdarzyła się naprawdę, bylibyśmy jak jaskiniowcy, którym przybysz z przyszłości ofiarowałby Wielką Encyklopedię Oxfordzką. Może byśmy ją zjedli, może spalili, ale z niemal absolutną pewnością – nie odczytalibyśmy jej treści.

piątek, 14 listopada 2008

Złośliwa riposta (też z lamusa - 2005)

U kobiety ważne są nogi-
aż do samiutkiego nieba.
I biust wielkości dwu dyni,
i jeszcze to, co trzeba.

Twarzy już nikt nie kojarzy.
Twarz to żadna podnieta.
Kobieta nie ma twarzy.
Wystarczy stara gazeta.

A mózg? A cóż to takiego?
Kogo jej rozum obchodzi?
Kobieta nie jest do tego.
Nie o to przecież chodzi!

Jest jednak kropelka słodka
w tym morzu babskiej goryczy:
Dla kobiet, drodzy panowie
nic się w mężczyźnie nie liczy!

Specjalnie dla Ciebie, M., ten kolejny staroć. Dokuczliwość panów, w mojej "androgenicznej" firmie, czasem wywołuje u mnie takie skutki, znaczy - takie teksty.
Co wcale nie znaczy, że się na nich gniewam, nie! To tylko słowne przepychanki, bo - nie jest tak źle, jak na to pozornie wygląda, prawda?

Prawda, prawda... I jeszcze jest taka prawda, że jednak w mężczyźnie coś się jednak liczy... I im więcej mam tzw. doświadczenia, tym bardziej wiem co jest ważne, przynajmniej dla mnie. A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że obecne moje tzw. doświadczenie (czytaj: dojrzały wiek) nie odstrasza mężczyzn z tym "czymś", a wręcz przeciwnie. Mam wielu ciekawych rozmówców, odnalazły się niektóre stare znajomości jeszcze z okresu studiów...A dogryzać też trochę lubię, nie ukrywam...
Musimy koniecznie o tym i o wielu innych sprawach porozmawiać. Tym razem ja jestem ostatnio mocno zajęta, ale trzeba jednak coś zorganizować.

czwartek, 13 listopada 2008

Babska skłonność do wzruszeń ( z lamusa - 2006)





Czasem bywam skłonna do wzruszeń...
Nie, nie nad książką, czy filmem!
Nad sobą.

Zwłaszcza, gdy wyraźnie widzę w lustrze,
że nie byłam nigdy, naszego ziemskiego
świata ozdobą.

Więc cóż? Wzruszam się i już! Rzęsiste
z mych smutnych ócz, po policzkach,
łzy płyną...

I myślę... bo myśleć lubię i nawet umiem!
Więc myślę tak: Czy koniecznie muszę być
ładną dziewczyną?

Chociaż, z drugiej strony: Czy ja wiem?
Tu – znowu myślę, a z tego myślenia
mi wychodzi,

Że, być może jednak coś w urodzie jest...
że jej odrobina nie mogłaby rozumowi
chyba zaszkodzić?

Ha, trudno się mówi, czas pogodzić się,
choć mi smutno i zmartwiło mnie
to wielce.

Już nie zmienię dzisiaj wcale tego, że
gdy po rozum stałam, to urody nie dawali
w tej kolejce...


I kto to pisze.... Jedna z najładniejszych dziewczyn, jakie znałam.... A to ci figlarka... :-)



Moja Kochana M. jako, że wierszydełko jest z potężną dawką humoru, pozwolę sobie na maleńką ripostę ze "świńskim ryjkiem":

Akademia Medyczna. Egzamin. Zdają razem - student i studentka. Profesor pyta:
- Z jakiej tkanki zbudowany jest męski członek?
Student odpowiada: Z mięśniowej.
Studentka: Z kostnej.
Profesor: Pan zdał, a pani się zdawało.

środa, 12 listopada 2008

Venus

- Ej, usiądź wygodnie – będę się przylepiać.
- Uff, ty moja jedyna Venusa!!! No, chodź. A właściwie to nie wiem, dlaczego – jedyna? Że - Venusa, to rozumiem, że moja – też, ale, że – jedyna, to już nie do końca!
- A to takie proste! Pamiętasz przypowiastkę o osiołku, któremu „w żłoby dano”? I zdechł, bo nie mógł się zdecydować?
- Pamiętam, pamiętam…
- No właśnie, bo to tylko w trosce o ciebie, żebyś nie miał trudności z dokonaniem wyboru.
- Albo, raczej – żebym przypadkiem nie wybrał niewłaściwie…
- Ot, co!

piątek, 7 listopada 2008

wyciągnięte z lamusa (2006)

Topole

Słońce zza mgły i strzępków bladych chmur
Z rzadka tylko puszcza do mnie perskie oko.
Wśród liści opadłych i zgubionych ptasich piór
Senna jaszczurka spogląda w górę, ku obłokom.

Dąb osiedlowy, ocalały z rzezi przedwiosennej,
Spala w płomieniach jesienne swoje smutki.
Na omszałym brzegu fontanny kamiennej
Siedzą dzieci, jak wesołe, żołędziowe ludki.

W dali, w dwuszeregu, niczym na porannym apelu
Tkwią smukłe topole, w zieleni mundurkach.
Słyszę, jak szepczą wiatrowi: Drogi przyjacielu,
Czy to już nasza ostatnia, przedzimowa zbiórka?

Wiatr - plutonowy, sprawdza ich równe szeregi,
Jedną lekko szturchnie, inną za gałąź potarmosi,
Wytknie, że w mundurze postrzępione brzegi,
Źle przyszyty guzik urwie i rzuci na stosik.

I zagwiżdże, że to nie wojsko, ale istna hołota!
Każe zrzucać łachmany zielone, morowe,
Do łaźni zagoni, gdzie czeka listopadowa słota,
A potem każe kłaść mundury białe, zimowe.

Podobno za jakieś 2 tygodnie zima zamelduje się w Polsce. Tak twierdzą synoptycy. Mróz i śnieg. W listopadzie zawsze sobie pod nosem powtarzam stary wierszyczek L.J. Kerna:

Na duże i małe smutki,
na zgubienie kluczyka od kłódki,
na wyrwanie zęba u pana dentysty,
na jeden głębszy czysty
i na to, żeby nas demon zazdrości
pod wieczór opadł
najodpowiedniejszy
- moim zdaniem -
jest listopad!

środa, 5 listopada 2008

odleciały jaskółki

jesienne nutki
jak złote kropelki
przysiadły na płocie niezdecydowane
wśród poszeptów
i dyskretnych ploteczek
bezdźwięczne ścielą się uśmieszki
nieuważny dyrygent
w pośpiechu
potrącił partyturę i już nie ma dziś
ani jednej jaskółki
na pięciolinii

wtorek, 4 listopada 2008

"Zniewolony umysł"

Skończyłam lekturę „Zniewolonego umysłu” Czesława Miłosza. Trudna książka, ale wyjątkowa. Czytając, myślałam, czy nie powinna wejść na stałe do kanonu żelaznych lektur szkolnych? Chyba więcej się z niej można dowiedzieć o historii współczesnej Europy, niż z pozycji o charakterze typowo historycznym. Teraz pozostało we mnie głównie zdziwienie, jak ktoś, kto w czasach PRL znał treść tej rozprawki, pisanej w 1953 roku, mógł zdecydować się na współpracę w SB? Na dodatek przyjmując pseudonim „Ketman”? Niby logiczne, w końcu sam uprawiał ów Ketman z zapałem, donosząc na przyjaciół, pozornie solidaryzując się z opozycją. Nawiasem mówiąc, trochę mało mnie dziwi donoszenie na znanego mi skądinąd W. Nie wiem, czy sama chętnie bym czegoś nie doniosła, bo W. okrutnie działa mi na nerwy, zarozumialstwem, nieszczerością i butą. Pyjasa nie znałam, nie wiem, jaki był. Za to o przyjaciółce, która lansowała się medialnie razem z W. – pisałam już, że też mi jakoś tak – koniunkturalnie to jej oburzenie wygląda.

Co mnie poruszyło i dotknęło jeszcze bardziej – fakt, że Konstanty Ildefons Gałczyński też jawi się z kart książeczki jako raczej nieciekawy typ. Putrament, Andrzejewski – mniejsza, nie popadam w rozpacz z ich powodu, ale Gałczyński??? Trudne to do przełknięcia…

Najgorzej szło czytanie o tym, jak to jeden z naszych wielkich poetów, współpracujący z zapamiętaniem z NKWD, zachęcał Warszawiaków do powstania, a potem stał spokojnie, z czerwonoarmijnymi, i patrzył, jak giną w pożodze także i jego przyjaciele. Cel uświęcił - w jego przekonaniu – środki. Nawet śmierć ojca i niewola najbliższych, uwięzionych na Syberii, nie była przyczynkiem do, choćby najdrobniejszych, wyrzutów sumienia.

Miłosz pisze o zdarzeniach, o byłych przyjaźniach, o degeneracji i zeszmaceniu ze sporą dawką dystansu i stoicyzmu. Rozdarcie sumienia, duszy i rozumu było – zdaniem Autora – naturalną konsekwencją szerzenia nowej Wiary spod znaku czerwonej gwiazdy. Propozycje nie do odrzucenia na porządku dziennym, strach przed śmiercią, czasem tylko przed brakiem perspektyw, usypiały moralność aż nazbyt często.

Ciekawe, czy mój guru, Lem, też uprawiał Ketman? I – właściwie w którą stronę obracał tę, nieznaną mi twarz? Wolę myśleć, że w moją.