piątek, 29 sierpnia 2008

Jajko z niespodzianką ( jesień 2007)

Gdy jesień się na dobre

rozgości

przyjdzie czas na małe

przyjemności

na dworze ziąb i wiatr

a zatem

dziewczynę łatwiej poderwać

niż latem

zaś latem choć wszędzie

golizna

to każdy mężczyzna

to przyzna

że kuszą te zgrabne

policzki

lecz lepiej gdy je kryją

spódniczki

dziewczyny zamiast letnią

kochanką

bądźcie jajkiem takim…

z niespodzianką!

czwartek, 28 sierpnia 2008

Dobranoc

Dobranoc, śpij spokojnie.

Z porannych mgieł muślinu

utkałam Ci prześcieradła.

Letnim obłokom wydarłam

puch na twoje poduszki.

Gdy mrok czarnym całunem

otula zmęczoną ziemię,

księżyca zapalam latarnię

i gwiezdnym osłaniam witrażem.


Dobranoc, Mamo. Śpij, późno już…

środa, 27 sierpnia 2008

wigilia

Na imię miałaś ładnie – Irena…

Pamiętam, gęste, czarne włosy,

uśmiech, którego już nie ma

i trochę smutne, mądre oczy.


Jest późno, na ojca wciąż czekam.

Przeglądam księgozbiór pożółkły,

zakładka. Twoja… zadrżała mi powieka.

To tylko kartka, a widok taki smutny…


Jutro minie 5 lat, od kiedy Ciebie, Mamo, nie ma.

wtorek, 26 sierpnia 2008

Homo sapiens ( 29 czerwca 2006)

Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień


Polska to kraj katolicki. Ktoś powiedział, że “praktykujący, ale niewierzący”. Polacy przywiązują ogromną wagę do symboli, zwyczajów, dogmatów, ale zdaje się, że nie próbują dotrzeć do sensu swojej wiary. A szkoda. Ksiądz Twardowski powiedział kiedyś w pewnym wywiadzie, że “wierzyć, to znaczy mieć wątpliwości i próbować je pokonać”. Jest oczywiste, że każdy tkwi w przekonaniu o swojej nieomylności, o słuszności swoich poglądów. Sądzę jednak, że czasami warto przynajmniej spróbować zrozumieć stanowisko drugiego człowieka, jego sposób myślenia. Choć różny, może jednak też nie jest pozbawiony jakichś podstaw? Może, po prostu, trzeba słuchać i mieć szeroko otwarte oczy? Przecież niekoniecznie trzeba się z każdym zgadzać, ani zmieniać własnych osądów. Często zapomina się, że ten drugi, to też człowiek, ma takie same prawa do życia i swobody myślenia. Czy ktoś odsądzając innego człowieka od czci i wiary próbuje postawić się w jego sytuacji? Zrozumieć motywy, albo przyczyny jego postępowania? Od ślepego przekonania o jedynej, wyjątkowej słuszności własnych przekonań jest tylko maleńki kroczek do fanatyzmu. A fanatyzm jest – moim skromnym zdaniem – największym złem, jakie może dotknąć ludzkość. Potwierdza to historia, ale nie tylko. Fanatyzm rodzi terroryzm.

Spotkałam się z opinią młodego człowieka, nie pamiętającego ery socjalizmu, że ludzie w czasach terroru, albo innego ucisku, są lepsi, bo się boją. Boją konsekwencji. A wolność wyzwala niekoniecznie najlepsze reakcje i zachowania. Zastanawiałam się nad tą teorią i doszłam do wniosku, że trochę racji w niej jest. Niestety... Nihilizm, narkotyki, przemoc, etc...

Pomyślało mi się, że np. te modne ostatnio manifestacje, niegdyś nieobecne na ulicach, noszą znamiona tej przesadzonej wolności. Maszerują wszyscy: pielęgniarki i lekarze, górnicy, młodzież szkolna ( na wagarach), homoseksualiści i “wszechpolacy”. Jedni, bo stracili coś, czego oddać nie chcieli, drudzy, bo ciągle mają za mało, kolejni, bo czują się zagrożeni w poczuciu swojej wolności, następni, bo chcą być zauważeni a ostatni, bo coś lub ktoś nie pasuje im do światopoglądu osobistego...

Trochę mnie to już nudzi, ta ciągła przepychanka ociupinkę denerwuje, ale nie bulwersuje, raczej śmieszy. Stare powiedzenie mówi, że “każdy jest kowalem własnego losu”, ale manifestanci chyba tego nie słyszeli, albo nie chcą pamiętać starej prawdy. Znam ludzi, którzy ukończyli np. studia o kierunku fizyka jądrowa, a dzisiaj prowadzą maleńką firmę, i to (broń Boże) nie pod szyldem “Tanie bomby atomowe”. Co w tym najciekawsze, to to, że do nikogo nie mają pretensji, że nie ma dla nich pracy w wyuczonym zawodzie!? Albo, że za granicą to fizycy jądrowi zarabiają dziesięć razy tyle. Znam panią - byłą dyrektor dużej firmy, prowadzącą teraz sklepik z tkaninami. Jest uśmiechnięta i szczęśliwa. Nie maszeruje z transparentem w dłoni. Przystosowała się i znalazła swoje miejsce w nowej rzeczywistości, podobnie jak ten fizyk. Łatwo jest żądać, trudniej rządzić, zwłaszcza, gdy wokół tyle wyciągniętych rąk. Jak dotąd, nikomu, oprócz Chrystusa, nie udało się jedną rybą i jednym bochenkiem chleba nakarmić wszystkich potrzebujących. Świat, w którym wszyscy są zadowoleni, w którym nieobecni są malkontenci, jest utopią.

Mnie zupełnie nie obchodzi, w jakiego Boga kto wierzy, ani z kim i gdzie sypia. To jego prywatna sprawa, dopóki nie wyrządza nikomu krzywdy. Jeśli mi brakuje do pierwszego, to nie biegnę pod Parlament z kijem baseballowym, ani z transparentem, bo to moje życie i to, jakie ono będzie, zależy tylko ode mnie i mojej otwartości na zmieniający się świat. Los trzeba brać we własne ręce, nie czekać, że inni zrobią to za nas. Nie zazdrościć innym ludziom majątku, władzy, ani znajomości. Przecież nie jest ważne kim kto jest, ani co ma... Ważne, co daje z siebie innym. Ludzie zawsze dzielą się na mądrych i głupich, albo dobrych i złych – bez względu na to czy są bogaci, czy biedni, albo wierzący lub niewierzący. Rozglądając się dookoła dostrzegam, że wszyscy są niezwykle tolerancyjni – dla siebie. Nie dla innych. Kiedy popełniają błędy, tłumaczą natychmiast, że :”ten się nie myli, kto nie pracuje”. Jednak błędy, popełniane przez innych, już nie tak prosto i gładziutko są wytłumaczalne. I, choć nikt nie jest bez winy, prawie każdy chętnie i bez namysłu pierwszy rzuca kamień.

Bo, w moim przekonaniu, być człowiekiem przez wielkie C, to znaczy czasami potknąć się o górę, ale dojrzeć wszechświat w kropelce rosy. Homo sapiens znaczy istota rozumna. Tylko, czy aby na pewno?

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Kafejka z Klimatem

drzwi przytulnej kawiarenki:

- Witamy Panią, witamy Pana!

aromat świeżo palonej kawy

snuje się w lekkim półmroku

- Może ten stolik, tuż przy oknie,

z widokiem na ulicę?

w lampce czerwonego wina

radośnie błyszczą iskierki oczu

- Czy podać lody? Kawałeczek tortu?

Czekoladowy świetnie pasuje do kawy!

różnobarwne lampy w stylu Tiffany

głaszczą kolorami twarze gości,

wino dostraja myśl do bluesa...

- Dobranoc Państwu, zapraszamy jutro!


Moja Przyjaciółko, wczoraj Pan Monsz postanowił zakleić kopertę ze swoim urlopem i na godzinkę wyskoczyliśmy do Pułtuska. Miało lać, a pogoda okazała się w sam raz na maleńką wycieczkę: słonko nie wysmażało, ale mile łechtało, deszcz zawisł gdzieś poza zasięgiem wzroku, wiatru prawie nie było, 20 Celsjuszów. Ale nie miała tu być nieaktualna prognoza pogody, więc do rzeczy. Przy Domu Polonii jest przystań, a tuż tuż na wzgórzu, bar, zamówiliśmy dwie małe czarne, do nich dwa pucharki lodów ze śmietanką i owocami. Razem 50zł. Po powrocie policzyłam sobie koszt wyprodukowania tego menu – wyszło mi, że to jakieś 6-7zł, nawet z wynagrodzeniem pracownika, bo w ciągu chyba 10 minut obsłużonych zostało około 20 osób, jako, że dania były właściwie gotowe. Nikt akurat nie zamawiał nic z oferty obiadowej, bo było za wcześnie.

Wcinając pyszny deser i popijając go równie smaczną i aromatyczną kawusią Lavazza, jednym uchem tylko słuchałam, niezwykle zresztą interesującej, opowieści Pana Monsza o szkolnych czasach ( tam uczęszczał do szkoły średniej) i pływaniu Omegami, o klubie żeglarskim, o dzisiejszym szpanowaniu wypasionymi jachtami, oraz o profanacji jezior przy pomocy równie wypasionych motorowych gigantów ( a stały takie akurat przycumowane, w polu naszego widzenia). No więc Pan Monsz mówił, a ja myślami błądziłam pomiędzy pomaleńku zacierającym się w mojej pamięci wspomnieniem sprzed kilkunastu lat - ze sprowadzania żaglówki ze Śniardw na Zalew Zegrzyński rzeką Pisą, a naszymi marzeniami o maleńkim, kawiarnianym biznesiku…

Oj, Koleżanko, zalęgło się i wyplenić nie mogę teraz!

I bardzo dobrze, skoro już się zalęgło - to niech w spokoju nabiera ciałka :-)

A te lampy w stylu Tiffaniego - super pomysł !!!

Pozdrowienia od Przyszłej Współwłaścicielki Kafejki z Klimatem, czyli Podstępnej Osóbki, która w ten sposób Próbuje Wreszcie Wyciągnąć Cię na Wspólną Kawę (oczywiście najpierw zakaszemy rękawy przy nieuchronnym remoncie lokalu :-) )

Noooo, to dopiero paskuda!!! Jak na ten temacik, to może nasmarować tu cóś niecóś, a na inne to ani mru mru!!!!

piątek, 22 sierpnia 2008

Lato - z cyklu "Cztery pory roku"

Chętnie stroni od roboty

Lato – chłopak roześmiany.

Nowe wciąż obmyśla psoty,

złotym słonkiem pieści łany.


Czasem w skwarne popołudnie

ciepłym deszczem ziemię zrosi.

Dmuchawcowi w puszek dmuchnie

choć go o to nikt nie prosi.


Gdy już sierpień spływa potem

zbóż otwiera pełne kłosy.

Wiejski pejzaż barwi złotem,

babim latem plącze włosy.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Domek bez adresu

Rzadko oglądamy nasze miasteczko, tak „od środka”, bo chociaż tu mieszkamy, to pracujemy gdzie indziej. Tu – pracy właściwie nie ma. Za to, jak skonstatowaliśmy z niejakim zdziwieniem, jest mnóstwo banków. Poza nimi, niewiele tu jest. Nie ma kawiarenek, przytulnych lokalików, do których można by wpaść na małą czarną z koleżanką lub kolegą, nie ma już kina…
Niedzielne, letnie popołudnie nikogo nie zachęciło do spacerów, bo i niby dokąd? Wędrując uliczkami, spotkaliśmy w ciągu dwu godzin jedynie kilku mieszkańców.
Nadnarwiany wał, wyłożony na dosyć długim odcinku nowoczesną kostką, udaje promenadę. Dawniej zatłoczony i gwarny, dzisiaj też świecił pustkami. Od rzeki w stronę miasta wiatr niósł przykry odór zgnilizny. Mimo to, zeszliśmy na dół, na piaski, na których jako nastolatki cieszyliśmy się słońcem i towarzystwem licznych przyjaciół. Cóż: śmieci, potłuczone szkło, porozrzucane plastikowe butelki i opakowania po chipsach. Piasek - tylko z nazwy, bo piasku w tym śmietniku jest, jak na lekarstwo. Idziemy dalej, po drodze czytam na tablicy informacyjnej NOSiR: „Wypożyczalnia kajaków i sprzętu wodnego na terenie miejskiego kąpieliska, przy targowisku”. To jednak mamy miejską plażę??? – muszę sprawdzić. Z daleka widzę, jest „cóś”, jakieś bojki na wodzie, chorągiewka powiewa smętnie na brzegu. Tylko gdzie ta plaża? Brudny, pozostały po opadłej, rzecznej wodzie piach, porośnięty jakimś zielskiem, wtłoczony pomiędzy, naniesiony przez wodę, cypel i krzaczastą wysepkę, wyrosłą tuż tuż.
Nie tylko my nie mieliśmy ochoty zejść na tę plażę, bawiło tam może trzech lub czterech wyrostków. Nikt się nie kąpał. Wcale nas to jakoś nie zdziwiło, bo Narew przypomina bardziej krowi staw, niż rzekę, tak jest śmierdząca, porośnięta rzęsą, najeżona porostami i wystającym z wody śmieciem, porzuconym przez dbających o środowisko mieszkańców.
Powędrowaliśmy dalej, taki urlopowy rekonesans lokalny.
Centrum miasta, przy fontannie kilkoro staruszków przysiadło smętnie na ławkach. W fontannie wody tyle, żeby było mokro, poza tym – śmieci, normalnie…
To może na lody? Chodźmy, na lody. Mini Max – kupiliśmy, chociaż wybór żaden, ale co tam! Papierki po lodach usiłowaliśmy upchnąć w koszach ulicznych, nie udało się. Cała Warszawska zasypana odpadkami, wszędzie nadeptywaliśmy na niedopałki papierosów, fruwające papierki, torebki foliowe, butelki, potłuczone szkło.
Przystanęliśmy, rozejrzeliśmy się wokół: pięknieje to nasze miasto, rośnie, co rusz kamienica w budowie: „Sprzedaż mieszkań”. To dobrze, że miasto się unowocześnia, rozbudowuje. Szkoda tylko, że wyłącznie w sferze noclegowej. Bo stało się już dawno sypialnią Warszawy, tak się o nim nawet mówi w okolicy. Jeżeli założyliśmy, że tu mamy tylko spać, a pracować, wydawać zarobione pieniądze, korzystać z rozrywek, rozwijać się kulturalnie i w ogóle – żyć, to już poza naszym grajdołkiem, to jesteśmy na najlepszej drodze do pełnej realizacji tego projektu. Nie wiem tylko, czy mnie się ten pomysł podoba?!

Urlop

Lato mija, zanim zdążysz je zauważyć. Niczym armia zaciężna, cumulusy ciągną tuż nad dachami, zmierzając gdzieś na wschód. Sierpniowe niebo powinno nocą cieszyć witrażem gwiazd, a ledwie wczoraj dopatrzyłam się Wielkiej Niedźwiedzicy. Lada chwila, a znowu będę tęsknić za latem:

Za latem i słońcem tęsknię.
I za świerszczem zielonym.
Za koncertem skrzypcowym
wśród pelargonii czerwonych.


Jestem na urlopie. Uwiązana, udomowiona. Choć kilka dni wolności, ciepłych, bezobowiązkowych, leniwych dni… taki maleńki kataplazm.
Lata wyciekają ze mnie, jak krople z nieszczelnego kranu. Zebrała się już spora kałuża. Łez. Uśmiech chyba utonął, ale wciąż trwają poszukiwania. Jest nadzieja, że gdzieś udało mu się wydostać na suchy ląd, może w przybrzeżnych zaroślach czeka na ratunek?

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Imieniny Byłego Rezydenta ( 2007)

Szanowny Wielki Brat fukał dzisiaj ze swojej „ambony”. Może nie tyle fukał, co świszczał i puchł, ze złości i oburzenia. Były Rezydent jego pałacu śmiał zaprosić go na swoje imieniny. Bezczelność! Wielki Brat za żadne skarby nie poszedłby i nie podałby ręki. Faktem jest, że ma powody. Z ust Byłego Rezydenta zyskał efektowny przydomek, taki na „s”. Nowy nick przyjął się natychmiast i stał się powszechnie znanym. Nie bardzo wiadomo czemu, ale Wielkiemu Bratu się nie spodobał. A szkoda, mnie i owszem. Pasuje jak ulał. Chociaż, mam wrażenie, że tym pseudo należałoby obdzielić jeszcze całkiem pokaźne gronko użytkowników, dodając tylko numerację, np. s…01, s…02, s…03, itd…
Ale, wracając do meritum, to zdziwiła mnie nieco reakcja Wielkiego Brata. Ja specjalnie wierząca nie jestem, ale o chrześcijańskiej instytucji wybaczania co nieco słyszałam. „Kto w ciebie kamieniem, ty w niego chlebem”. „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy…”. Wielki Brat wprawdzie leży od czasu do czasu publicznym plackiem w Domu Tajemnicy, sama widziałam, ale zdaje się, nie bardzo wie – po co? I dlaczego? Czyżby Mamusia kazała? Ja nie leżę, ale wybaczam. I odpuszczam. Były Rezydent chyba też, bo mimo wszystko wyciągnął rękę. A Wielki Brat wyglądał tak, jakby chętnie tę rękę ugryzł, mimo, że ona go karmiła, pozwoliła wypłynąć na szerokie wody. To dzięki tej ręce Wielki Brat dzisiaj i z profilu i en face w mediach się lansuje. Zatem, żeby nie nagła amnezja i wrodzona niewdzięczność Wielkiego Brata, to na tych hucznych imieninach byłby pewnie komplet gości, a tak? Eh, a dziś, na wszelki wypadek, zamiast specialite de la maison, czyli kaczek z jabłkami, indyki pieczone kucharz upichcił…