czwartek, 31 lipca 2008

Wanted

szukałam siebie

wszędzie

nawet pod łóżkiem

w dokumentach na biurku

w rekordach bazy danych

w garnku z rosołem

w stosie bielizny do prasowania

w siatkach z zakupami

w worku odkurzacza

w odbiciu w lustrze

w starym albumie

nigdzie mnie nie ma

pytałam wszystkich

kierowcę autobusu

i policjanta na koniu

i konwojenta z piekarni

i sprzątaczkę na schodach

i wścibską sąsiadkę z przeciwka

i właściciela sklepiku za rogiem

nikt mnie nie widział

środa, 30 lipca 2008

Totolotek

Wypełniłam. Kupony. Szef mnie zmusił. Powiedział: Pani siada, tu jest kupon, trzeba zagrać. Jeśli się tego nie zrobi, przy takiej kumulacji, to potem się będzie już zawsze żałowało, że nie dało się sobie szansy. Oczywiście – nici – trójka tylko. A rano w Antyradio redaktorzy zakładali klub. Mieli dwie propozycje nazwy: „Klub pokrzywdzonych przez kumulację” albo „Klub niedoszłych szczęściarzy”. To bardzo liczny klub byłby… Pan Monsz orzekł: trudno, trzeba jednak brać się do remontu tego mieszkanka. Przepadła szansa na „Teraz to mi to Lotto!”.

wtorek, 29 lipca 2008

Dylemat


Gdy pieści ją twoja ręka

to dla niej wielka udręka.

Świadoma obustronnej inwencji,

obawia się pieszczot konsekwencji.

Taki dylemat to męka.


Pytanie z pewnego portalu: Dlaczego piszesz?

Nie wiem. Może - bo muszę?

Skaldowie śpiewali: "śpiewam, bo muszę..."


poniedziałek, 28 lipca 2008

Zależność

Zależność


Wartość arcydzieł rośnie

wraz z kwadratem czasu,

który upłynął od śmierci

ich autora.


Potęgę świadomości

określa czas poświęcony

na filozoficzne rozważania

nad sensem istnienia.


Tak zwana życiowa mądrość

pozostaje w ścisłej zależności

z liczbą zakrętów drogi,

którą kroczymy.


Szczęście w miłości

jest odwrotnie proporcjonalne

do naszych wysiłków

by je mieć.

Próbuję zrozumieć współczesną poezję. Bez skutku. Nie ma w niej ładu, nie ma treści, jest tylko forma, obowiązkowo bez wielkich liter, bez rymów, bez wielokropków, w ogóle bez interpunkcji, bez pustych wierszy. Rozumiem – moda.


Czytam więc, niczego nie rozumiejąc, nie komentując większości tekstów, bo co można powiedzieć o wierszu, z którego nie wynika nic? Żadna treść, żaden przyczynek do rozmyślań, do zastanowienia się nad czymkolwiek. Wszystko, albo prawie wszystko jest napisane źle, zdaniem komentatorów - oczywiście. I czytam takie teksty pod wierszami: „ Świetny wiersz, znakomicie napisany, wspaniałe metafory”, etc… - to pod dziełem, którego nie sposób zrozumieć, więc ani słóweńka o jego treści, żeby się czytelnik nie wygłupił, chyba… nie wiem. Udaje się zachwyt, na wszelki wypadek, bo a nuż okaże się kiedyś, że to wybitny poeta?! A my nie doceniliśmy.

Poza tym, z reguły, czytelnicy mają do autora same zastrzeżenia: a to, że tytuł do luftu, a to, że banalna treść ( znaczy – zrozumiała bez trudu), ponadto, że sformułowania nie takie, jak chciałby czytelnik. Przykro się robi, gdy autor potem, ze strachu przed kolejną krytyką, przerabia to, co napisał. I to już przestaje być jego wierszem, jego własną twórczością. Sama też zetknęłam się z podobnymi reakcjami. Dowiedziałam się, że tytuł „chora miłość” jest nie trafiony, nie zachęcający. I, ciekawa sprawa, starczyło, że jeden tak osądził, a po nim już każdy kolejny komentator. Poczułam się tak, jakby oczekiwano ode mnie tytułu na banner reklamowy. A tytuł jest tylko adekwatny do treści, bo piszę tam o chorobliwej miłości, niszczącej wszystko, zniewalającej człowieka, którego się kocha, a który pod wpływem tego nadmiarowego kochania, ma dosyć i ucieka gdzie pieprz rośnie. I nie chodziło mi o związki wyłącznie pomiędzy mężczyzną i kobietą. Matka potrafi tak spętać uczuciem dziecko. To się zawsze źle kończy.

Za czytelny tekst, brak metafor. Za dużo pustych wierszy. No, słowem, wszystko jest nie tak. Tu popraw, tam przerób. Ani myślę! Przerabiać. Tak napisałam, jak pomyślałam. Nie na wystawę, tylko dla siebie. Ja uważam, że metafory nie zawsze są potrzebne, to zależy, co się w głowie ulęgło i o czym się pisze. A jak zaznaczyć ciszę? Jak pokazać, że tu akurat jest ból, płacz, w tej zalegającej pustkę po kochanej osobie, ciszy? Moim zdaniem, takie puste wersy są jak milczenie, które nie jest pustką.

Sztuka dla sztuki mnie wkurza, moim zdaniem szkoda na taką czasu, gdy nawet autor nie wie, co chciał powiedzieć, a co dopiero przypadkowy czytelnik. Można by zastosować dzisiaj obowiązkową legendę do każdego wiersza. Czasami, czytając coś, mam wrażenie, że poeta na chybił trafił otwierał słownik języka polskiego, wybierając z każdej strony jedno słowo, bo żadnego związku pomiędzy nimi ( w wierszu) nie ma. Może się czepiam, pewnie tak dzisiaj ma być.

A poczucie humoru? – na poziomie zerowym. Kern, Załucki, Daukszewicz nie byliby godni zamieszczania swoich tekstów na stronach dla piszących cokolwiek.

Najbardziej mi żal dzieciaków, tych którzy próbują, nie wiedząc jeszcze, czy naprawdę chcą. Pisać, czy chcą. Obowiązuje zasada: bardzo duży kij i ledwie widoczna marchewka. Długo żyję, ale jeszcze nie widziałam, żeby tą metodą udało się kogokolwiek zachęcić do czegokolwiek zresztą. A może by pozwolić robić błędy? Może nie przeszkadzać w poszukiwaniu własnej drogi? Nie wytyczać ścieżek, nie zmuszać do stosowania jedynych słusznych wzorców? Może docenić fakt, że zamiast głupieć wraz z innymi, oni próbują myśleć i pisać? I niech im to różnie wychodzi – na zdrowie, psychiczne. Większość z nich i tak z wierszoklectwa wyrośnie, poetów będzie można policzyć na palcach jednej ręki. Po co zostawiać im złe wspomnienia z tego antraktu w życiorysie?

Mnie nikt nie skrzywdzi, ja nigdy nie wybierałam się na piedestał, niech tam kogo innego bolą nogi od stania na nim! Piszę, bo czasem mi to pomaga, chociaż wiem, że bezwartościowe, że z prawdziwą poezją ani literaturą nie ma nic wspólnego. Ale dla mnie to pisanie ma wielką wartość – pozwala mi nie zgubić się w rzeczywistości i zatrzymać myśli, podobnie, jak ulotną chwilę na fotografii.

niedziela, 27 lipca 2008

Złe myśli

lęgną się obrzydłe i lepkie
gigantyczne wężowate kształty
żarłoczne uzębione paszcze
ślepe znajdują krwawiące miejsca
przysysają się wwiercają
wgryzają kłami
zatruwają odchodami
pozostawiając po sobie
gnijące resztki ciała
gorejącego gangreną

Są takie chwile... nie, nie dziś, ale w ogóle - zdarzają się chyba każdemu. Myśl staje się potworem, robalem, wwiercającym się w duszę. Współczuję ludziom, którym depresja towarzyszy długo. Mnie wystarcza kilka złych dni, żeby życie zamieniło się w koszmar. Najtrudniej jest walczyć i wygrać z samym sobą.

piątek, 25 lipca 2008

Enteroza

Arka Przymierza

Od zarania dziejów

Twardo choć pomału

Ludzkość do swojego

Zdąża ideału –

Lecz ten świat idealny

Ciągle nie jest gotów,

Bo każde pokolenie

Swoich ma idiotów.

Jak jasno z powyższego

Wynika stwierdzenia,

Jest jednak coś, co łączy

Wszystkie pokolenia.

( autor: M. Załucki)


Sprawdziłam i notuję, co to jest „enteroza”: niepohamowana chęć wciśnięcia klawisza enter po kilku napisanych słowach. Eh, uwielbiam neologizmy.

Nie mogę się nadziwić, charakterystycznej dla Polaków, powadze. Powadze we wszystkim, co robią, o czym mówią. Szczęściem , są jeszcze ludzie, których znam osobiście, a którzy potrafią się śmiać z byle czego. Albo zupełnie bez żadnego powodu. Tak tylko – dla frajdy. Na portalu bibliofilskim przeczytałam kilka miesięcy temu wypowiedź jednego krytyka, traktującą o zaniku dobrego humoru w narodzie. O odejściu w zapomnienie Mariana Załuckiego, Ludwika Jerzego Kerna, Jana Sztaudyngera.

Pamiętam też satyrę Załuckiego, w której wyśmiewa sam siebie. Na pytanie, co robi gdy brak mu weny, odpowiada: Cóż, wtedy siadam i piszę! A moje dwie książeczki z jego satyrycznymi, lekkimi tekstami są tak „wyczytane” przez moich znajomych, że ledwie trzymają fason. No tak, ale znajomi są niezwykle pogodnymi ludźmi. Życie jest poważne samo w sobie, wydawałoby się, że mu tej powagi nie trzeba dokładać, bo ma pod dostatkiem.

Ciekawi mnie, jak teraz by zjechano tekst Daukszewicza, z rymami, zwanymi częstochowskimi: „tyle mi zostało, co mi nakapało, jak przyjdzie Milicja, będzie prohibicja”?

Przypomina mi się jeszcze jedna rozmowa, z pewną malarką, w której opowiada ona o obrazie w galerii. Obraz przedstawiał kropkę na czerwonym tle. I nic więcej. Artystka powiedziała, że próbowała nań spojrzeć odwracając się tyłem i z głową między nogami – i też nic! Zakończyła stwierdzeniem: Współczuję zwykłym ludziom, dla nich nie ma dzisiaj żadnej sztuki. Jeżeli ja, wykształcona w tym kierunku, mam problem z odbiorem wielu dzieł, to co powiedzieć o przeciętnym odbiorcy?

Wracając do owej enterozy: nie miałam pojęcia, że jej używam. A używam! Klawisz enter jest trochę jak dobosz, wybija rytm i pokazuje, gdzie odetchnąć, albo zawiesić głos. Podobnie jest z wielokropkiem. Jedno drugie nie jest dzisiaj mile widziane. Nic na to nie poradzę. Mundurków nie znoszę, w Chinach też nie mieszkam, nie muszę być modna. Wolę pozostać sobą, czyli grafomanką. Nie mniej jednak warto się dowiedzieć, co o Tobie myślą inni, to poszerza horyzont i stwarza nowe pole dla wyobraźni „twórczej”, chociaż nie koniecznie „TWÓRCZEJ”.

I jestem szczęśliwa, że otaczają mnie ludzie, którzy śmieją się z siebie, ze mnie i z innych. Śmieją się radośnie, bo im wesoło – po prostu.

Świat jest taki piękny! Wystarczy posłuchać skowronka – on wie najlepiej!

czwartek, 24 lipca 2008

Awantura o Basię

Posiedzenie komisji sejmowej odbyło się w zwyczajnym trybie, po polsku. Przekrzykiwanie się, inwektywy, bazarowe dialogi. Ładnie, ładnie. Podobało mi się. Stoicki spokój, jaki próbował zachować przewodniczący tego zgromadzenia wzbudził mój szczery podziw. Obojętny wzrok, wbity gdzieś w przestrzeń, działał na mnie wręcz hipnotyzująco. Na zebranych – nie.

W całym tym zgiełku wyłowiłam jedno: Jedyna Słuszna Formacja próbowała zapobiec głosowaniu w sprawie uchylenia immunitetu posłowi Z. Osobiście nie mam nic przeciwko temu, żeby poseł Z. znikł ze sceny politycznej. Pamiętam dobrze, jak podczas obrad komisji ds. afery R., albo paliwowej (w tej chwili już mi się plącze - kto, w której komisji zasiadał) powiedziałam do Pana Monsza, że ta persona jeszcze wypłynie i namiesza w polityce tak, że trudno będzie później posprzątać bałagan, jaki zostawi po sobie. Identycznie widziałam skutek „wypłynięcia” pana M. Zapytana – skąd to wiem – nie umiałam odpowiedzieć. Kiedyś Mała powiedziała mi, że lepiej, żebym nie artykułowała głośno swoich przeczuć, bo one się zawsze sprawdzają. Dlatego nazywają mnie wiedźmą. A przecież to takie proste: oczy, mimika, grymas ust, gesty – mówią o człowieku więcej, niż jego wypowiedzi. Od pierwszej chwili wiadomo było, że Z. cierpi na przerost ambicji i za wszelką cenę będzie robił karierę, stosując wszystkie, nawet te niedopuszczalne, środki. I, że M. jest mąciwoda, intrygant i nawiedzony oszołom.

Wracając do wniosku o uchylenie – przecież dotychczas niejednokrotnie posiedzenia odbywały się bez obecności osoby, której sprawa dotyczyła – to po pierwsze. A po drugie, to poseł Z. sam powiedział, że chętnie zrezygnuje z immunitetu, jeśli taka wola. I po trzecie – nie rozumiem, co ma znaczyć pretensja JSF, odnośnie braku możliwości obrony przez posła wobec wniosku prokuratora? Przecież to nie miało być przesłuchanie, tylko głosowanie nad wnioskiem! Przesłuchanie dopiero w prokuraturze, wtedy będzie możliwość składania wyjaśnień i obrony, znaczy – samoobrony posła. I, być może, z tego przesłuchania poseł wyjdzie kryształowo czysty – nie można przesądzać, ja nie wiem, jaki będzie efekt.

I jeszcze jedno, w nieco innej sprawie: nie wiedzieć czemu, ale bardzo lubię posła P. Fakt, czasem mówi więcej, niż należy, ale – biorąc pod uwagę kompletny brak reakcji ze strony męża w okolicznościach obrażania jego żony, czasami takie zachowanie wydaje się być usprawiedliwione. Jeżeli ktoś nie szanuje sam siebie, to nie ma prawa oczekiwać szacunku ze strony innych. A żona, to druga, ta lepsza na dodatek, połowa męża. Podobno, z tym, że nie na pewno, sądząc po zachowaniu męża.

Mnie się wydaje, że obrażając mojego męża, ktoś obraża mnie, odwrotnie też. Ale – skoro białe u nas nie musi być na pewno białe, to – wszystko inne też jest możliwe…

środa, 23 lipca 2008

Zastanawiając się nad sobą

Jak ślepiec...


Jak ślepiec,

podążam

ścieżkami życia.

Jak ślepiec,

ostrożnie,

zmysłami,

dotykam wszystkiego.

Sprawdzam,

czy kroczę właściwą drogą.

Bezpieczną i równą.

I, jak ślepiec,

potykam się często.

Moje ego

znaczą blizny

po odpryskach meteorytów,

oderwanych

od błędów,

które popełniam.

Jak ślepiec,

próbuję żyć,

nie widząc nic,

nawet światełka

w tunelu.

poniedziałek, 21 lipca 2008

Miniatury ( 2006)

Upadła marzycielka

rozmieniła życie na drobne
zdradziła swoje marzenia
niczym sprzedajna dziwka
nie ma własnego imienia

Pozłacane myśli

Rzeczywistość, oglądana w krzywym zwierciadle, często zyskuje na urodzie.

( autor: Głupstewka)


Obserwowanie ludzi jest niezwykle interesującym zajęciem. Nawet w Internecie. Sieć globalna zapewnia w pewnym sensie anonimowość użytkownikowi. Nawet identyfikacja personalna nie ma w tym przypadku większego znaczenia. Każdy może być tym, kim zechce, albo takim, jakim chciałby być widziany. Na pewnym portalu ludzie piszą, różne formy literackie wykorzystując przy tym. Inni czytają, sami też piszą, ale – mnie chodzi o to, jak czytają, a właściwie – jak komentują to, co przeczytali. Obserwowanie komentatorów jest wielce intrygującym dla mnie zajęciem. Teksty, jak to teksty – są różne: lepsze, gorsze, niektóre bardzo dobre, inne nieudolne. Ale komentując cudze twory wyobraźni pisarskiej ( epickiej, czy lirycznej) ludzie często wcielają się w rolę okrutnego nauczyciela z „The Wall” Pink Floyd.

Pamiętam dobrze scenę z filmu, w którym nauczyciel znajduje zeszycik małego chłopca, zapisany wierszykami. Oczywiście, pedagog wyśmiewa te wierszyki, szydzi z dziecka i niszczy zeszyt. I tak już trwa przez całe życie, cokolwiek bohater zrobi, innym się to nie podoba, są obojętni na jego potrzeby i cierpienia, na jakiekolwiek wysiłki. Odgradzają się od niego murem obojętności lub niechęci, albo wręcz nienawiści. Film przerażający, ale znakomicie zrealizowany, a Bob Geldoff – bezkonkurencyjny w roli głównego bohatera.

I na portalu też podobnie: jedni piszą, jak potrafią, czasem tak, że aż „drze za uszami. Innym największą frajdę sprawia dokopanie nieudolnemu autorowi. A co mnie drażni najbardziej? Wytykanie błędów, które wcale nie koniecznie błędami rzeczywiście są. Trochę to wygląda, jak w szkolnej ławce. I jeszcze te stopnie…

Myślę, że każdy ma prawo pisać tak, jak mu się podoba. Ja, na przykład nie znoszę, wręcz alergicznie nie cierpię, książek H. Sienkiewicza. Czy jednak to znaczy, że te lektury nie mają prawa znaleźć innych czytelników?

„To usuń, tamto sformułuj tak, a tu za dużo wielokropków, nie używaj tego, nie stosuj takich zwrotów” - Ktoś słusznie zauważył, że po tych wszystkich poprawkach, to już nie będzie to, o co mu chodziło, gdy pisał! To – nie będzie jego, tylko cudze!

Cóż

Nie umiem pisać wierszy,

cóż...

jednak piszę.

Nie umiem kochać,

cóż...

jednak próbuję.

Nie umiem żyć,

cóż...

jednak żyję.

Cóż...

( gdyby w tym moim wierszyku usunąć te wielokropki, to on natychmiast straciłby swój właściwy sens, zabrakłoby tych westchnień, koniecznych dla odczytania tego tekstu)

Strach pomyśleć, co by było, gdyby impresjoniści – tak strasznie krytykowani przez naturalistów – dali się zawrócić z drogi, bo (zdaniem innych malarzy) ta, którą wybrali, słuszna nie jest i być nie może!? Cóż, nie wyobrażam sobie świata bez Gauguin’a, bez Van Gogh’a, bez Moneta, Toulouise-Lautrec’a i bez wielu innych. Jakie to szczęście, że byli odporni na krytykę!

Podsumowując, jest ogólnie tak: po twórczości nie zawsze można rozpoznać osobowość autora, ale po komentarzach – bez najmniejszego trudu. Od razu widać, kto jest kapralem, albo kto cierpi na przerost ambicji, kto na megalomanię i kto samemu czując się niedowartościowanym, znajduje mściwą ulgę w krytykowaniu innych.



Poeta ( grudzień 2007)


Zniszczone ma ręce

i umysł wytarty

zziębniętą szyję

owija szalikiem…

Wierzył, że poezji

wnet zapełni karty.

Z czapką w dłoni stoi,

pod cudzym pomnikiem…

niedziela, 20 lipca 2008

Komentarz bez komentarza, czyli zmiana dekoracji na politycznej trybunie

Jest 18 sierpnia 2005 roku. Jestem może nie tyle wściekłą, co zbulwersowaną politycznie obywatelką tego kraju. Nic nie poradzę na to, że obchodzi mnie wszystko, co się w Polsce dzieje. A dzieje się źle, nawet bardzo źle. Afery gonią siebie nawzajem, niczym pojazdy formuły 1. Dziwnym trafem wszystkie, no może prawie wszystkie, gromadzą się po jednej – lewej stronie sceny politycznej! Jeśli po przeciwnej, to też w okolicy ekstremum. To mnie przeraża i stresuje już do tego stopnia, że coraz trudniej mi poruszać się pośród meandrów wzburzonej rzeki dziejów współczesnych mojej Ojczyzny.
Otwieram telewizor. Fakty, TVN 24, obiektywnie w miarę i rzeczowo. Cimoszewicz, minister spraw zagranicznych, były minister obecnie, pokazuje przed kamerami dokumenty dotyczące afery, którą sam, osobiście i bezkonkurencyjnie, wywołał, twierdząc, że są to materiały jawne i ogólnie dostępne. Minutkę później, pracownik MSWiA odmawia udzielenia jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania dziennikarza, bo – jak twierdzi ( też przed kamerami) – dokumenty kontroli wewnętrznej MSW są ściśle tajne i nie mogą być przedmiotem dyskusji publicznej. Sic! Co jest grane?
5 minut później, nasz ( w każdym razie mój) ukochany organ od sportu krajowego publicznie ogłasza, że w aferze korupcyjnej w polskiej piłce, jedynym winnym uznaje Dziurowicza, który tę to właśnie aferę ujawnił i doprowadził do ujęcia jakichśtam skorumpowanych przedstawicieli sportu. Sic!
Dzień wcześniej oglądam jak , całkiem przypadkiem, niezamierzenie zupełnie, p. Cimoszewicz, kandydat na prezydenta (też zapewne przypadkiem, bo przecież jakiś czas temu ogłosił był, że z polityki się definitywnie i ostatecznie wycofuje!?) na spotkaniu z górnikami ogłasza z czułym uśmiechem, że będą mieli te swoje (wytłuczone na plecach policji przed parlamentem) emerytury wcześniejsze i wysokie, jak chcieli. Bo oni tak ciężko pracują, w pyle, w narażeniu życia i w ogóle... A troszkę dawniej, co publicznie przypomniał mu w TV Belka był największym sojusznikiem rządu w likwidowaniu tychże wcześniejszych emerytur?! A na dodatek zgodnie z procedurą tylko kancelaria Prezydenta może ogłaszać , czy Jego Wysokość Prezydent podpisał, czy też nie podpisał jakiejś ustawy. Nikomu innemu nie wolno! Sic! Za wiele tych przypadków jak dla mnie. W SLD coraz więcej „wyrzutków” w każdym odłamie, skakanie do gardeł i walka o stołki, o miejsca na listach wyborczych, o popieranie kandydatur etc ... Prof. Nałęcz wyrzucony z SDPL za popieranie Cimoszki, ale heca! Może bym się pośmiała, tyle, że coraz mniej mi do śmiechu!
Jeszcze kilka chwilek i cud reklama: PIS na ekranie... Urocza mamuśka z dzidziusiami tłumaczy, że dzięki PIS będzie miała luksus – 225 zł więcej miesięcznie, bo dobry wujek Kaczyński jest przeciw! Przeciw wprowadzeniu podatku liniowego, oczywiście, który to podatek spowodowałby, wredny jeden, że mamuśka dostałaby mniej niż ma teraz. I jeszcze ten VAT byłby wzrósł do 15% na żywności i lekach, a wtedy to mamuśka z torbami. Myślę ja sobie, czy ja głupia jakaś jestem, czy co? W handlu pracowałam tyle lat, VAT 7% na żywności był, owszem, ale na niektórej tylko, większość była opodatkowana 22% VAT. To, myślę dalej sobie jak z 22% na 15% to jest wzrost, czy spadek? Cóż, matematyki uczyłam się dawno temu, może nie pamiętam...
5 minutek, i: Liga Polskich Rodzin, albo Samoobrona ( nieważne, nie odróżniam specjalnie!) obiecuje „rozliczyć wszystkich tych złodziei” . Innych, rzecz jasna, nie siebie, a w dodatku zabrać bogatym i rozdać biednym (Janosik, kurczę, czy co?) , czyli – jak rozumiem – sobie!
Znowu 5 minutek i redaktor TVN mówi, że przeciwko ustawie o emeryturach górniczych przed wyborami, bezczelnie, nie bacząc na elektorat, miała odwagę głosować tylko PO! Szkoda tylko, że ludzie tak często przyjmują chętnie postawę roszczeniową i ci, którzy im odbierają szansę na rozdrapanie, wyrwanie resztek z „pańskiego stołu”, nie są zwykle dobrze postrzegani ani tym bardziej – wspierani.
No dobrze, może ja nie umiem walczyć o swoje, może nie potrafię kuć żelaza, gdy gorące, może w ogóle głupia jestem, niczym but z lewej nogi, ale trudno – jestem jednak świadoma tego, że to co mam, albo raczej czego nie mam, jest wyłącznie moją zasługą. W dobrym czy złym tego słowa znaczeniu. Przecież nikt mnie nie zmusza, mogę zmienić swoje życie, jeśli zechcę, a jeśli tego nie robię, to pretensji nie mam do nikogo. Bo i o co? Że jestem nieudacznikiem życiowym? No to jestem i dobrze mi z tym! Zawsze chętnie jednak pomogę innym, takim jak p. Tadzio ., ale nie kiwnę palcem dla p. Kazia. Bo Tadzio nie żąda, nie ma nieuzasadnionych oczekiwań, a Kazio wręcz przeciwnie. A ja tego właśnie nie toleruję. I już! Tadzio całe życie ciężko i sumiennie pracował, nie skarżył się, nie narzekał, cieszył się, że jest potrzebny. Kazio całe życie kombinował, podlizywał się tam, gdzie uważał, że może coś „wylizać”. I, jak sądzę, nie raz i nie dwa, wykorzystał nadarzającą się okazję, żeby wyrwać coś dla siebie. Niekoniecznie uczciwie i niekoniecznie praworządnie. Dowodów na to wprawdzie nie mam, ale swędzi mnie pod skórą, że tak było. A jak swędzi, to ... raczej było. Nieważne zresztą, ważne, że Kazio jest typowym dla mnie przedstawicielem lewicowej ekstremy, albo jakiejkolwiek innej, byle dogodnej kazioworoszczeniowo.
Jeszcze chwilka informacji i dalej: sąd wypuścił na wolność z wielkim trudem przyskrzynionego pedofila, bo „nie widział potrzeby” zatrzymywania w areszcie lekarza pediatry, który namawia dzieci do kontaktów seksualnych. Może sąd uznał, że to taka zabawa, nie wiem. Prokurator nie komentował, ale widać było, że też nie wie, co myślał sąd!
I tak dalej, dalej, dalej... Ani jednej informacji, która tchnęłaby nadzieję w moje serce i duszyczkę przerażoną. Nadzieję, że idzie nowe. Lepsze. Że będzie – JUTRO.
Nie będzie. Zostanie STARE. Znane, zapoznane, prześwietlone i odarte ze złudzeń, STARE. Wczoraj. Dzisiaj.
Przypomina mi się fragment kabaretu z dawnych, komunistycznych jeszcze czasów, o tym, że z Polski uciekają wszyscy normalni, a ostatni gasi światło. Dzisiaj myślę, że chodziło o światło nadziei, wtedy tego tak nie rozumiałam.
Powiedziałam dzisiaj rano do B., że osobiście nie mam nic przeciwko emeryturom wcześniejszym dla tych, którzy pracują w trudnych warunkach. Ale pod pewnymi ograniczeniami: Niech idą nawet w wieku lat 40, co mi tam! Tylko niech będą uprzejmi wziąć tyle ile odłożyli na te emerytury i niech nie pracują równocześnie. Albo jedno albo drugie! Bo wkurza mnie to, że np. taka kucharka w kuchni może pracować dzisiaj do lat 60, jednocześnie wychowując nowe pokolenie, i jeszcze mając na głowie tysiące robót na rzecz podstawowej komórki społecznej (jak się to kiedyś nazywało ładnie) i górnik uważa, że jej praca przy gorących garach, na nogach, kończąca się gwarantowanym zapaleniem żył i zakrzepicą, kiedy na przykład latem jest 40 stopni w cieniu, to lekką jest, łatwą i przyjemną zapewne. Pozwolę sobie nie zgodzić się z górnikiem. Te panie są przedwcześnie postarzałe, zgorzkniałe i sterane ogólnie. Ale one nie biją policji pod parlamentem. Gotują w pocie czoła. I nie narzekają na swój los. Jednym słowem u nas jest tak: kto ma więcej masy mięśniowej i większą siłę przebicia, to dopada żłobu. Reszta hołoty niech nie zawraca głowy. A ja się nie zgadzam! Nie zamierzam pracować na emeryturę górnika, którego mój i nie tylko mój los nie obchodzi wcale, ale to wcale.
Zaczęłam pracować w wieku lat osiemnastu. Mam pracować do 65, ale nie wiem, czy dożyję. Jak nie dożyję, to będzie lepiej, bo moje pieniądze, moim zdaniem też wcale nie lekko zapracowane, dostanie jakiś górnik. I cześć mojej pamięci! Jeśli dożyję, to przepracuję przymusowo 47 lat. I już mi się mówi, że na moją emeryturę nie będzie pieniędzy, bo po drodze zostaną rozdane innym. Myślę, że lepiej nie dożyć jednak, bo widoki marne. W dodatku jestem (nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności) kobietą, a kobiety żyją ponoć dłużej. W mojej rodzinie wprawdzie – krócej, dużo krócej, ale statystyka nie kłamie, więc moja emerytura będzie odpowiednio niższa niż mężczyzny z takim samym stażem i zarobkami!
Ale trąbi się o równouprawnieniu. To Trąby Jerychońskie, zdaje się. Biją na trwogę.

Zastanawiam się od wczoraj, może jednak pójdę pod PARLAMENT?
Najpierw tylko trochę poćwiczę na siłowni...

Cohen i wierzby

Początek kwietnia, 2007 roku, samotny, sobotni wieczór po pracowitym dniu.
Tak. Wieczór po ciężkim dniu. Maciej Zembaty śpiewa Cohena. „Wydaje się tak dawno, Nancy”. Siedzę sobie, monitorek zaprasza białą kartką wirtualną, maciupeńki kieliszeczek dwuletniej naleweczki stoi tuż tuż. Główki tulipanów ułożyły się do snu, księżyca pyszczycho, lekko nadgryzione, zagląda wprost w moje świeżuteńko umyte okno. Różowe światła miejskiego firmamentu układają się w nienazwane gwiazdozbiory. Wiatr poleciał romansować czule gdzieś, w sobie tylko wiadome strony. Ulice jakby wymarły, ucichły, dostroiły się do ciszy, wtulającej się czule w ramiona mroku. Taka piękna noc… Spokój i nieśpieszne, sobotnie układanie się do snu. Wiosennie już.
Widziałam dzisiaj, idąc po południu na cmentarz, starą zieloną wierzbę, chylącą czoło ku matce ziemi, podpierającą się już z lekka wątłymi ramionami. Pokręcone członki, naznaczone piętnem miejskiego bytowania. Jej długie, rozwiane włosy, kołysały się lekuchno, jakby dmuchnięciem czułym trącone. Miałam wrażenie, że staruszka uśmiecha się wyrozumiale, szepcze: ciiiiii, nie przeszkadzajcie! Nie płoszcie ptaków, które zapamiętale szczebiocząc, rozczesują moje splątane, nie strzyżone od lat włosy.
Drzewa. Milczący świadkowie. Naszej nieudolności i ignorancji. Gdybym miała narodzić się raz jeszcze chciałabym być drzewem. Zieloną wierzbą lub srebrzystą brzozą. Z dziadkowego ogrodu najbardziej bliskie były mi właśnie one. Nie bzy, pachnące krzewy, czy drzewa owocowe, ale dwie brzozy, przytulone do starej pompy i wierzba, pochylająca się nad kamiennymi stopniami schodów prowadzących na wzgórze, na którym stał domeczek. Wszystkie stareńkie i zimą siwiuteńkie, jak Babcia, wyrozumiałe, też jak ona, cierpliwe, opiekuńcze, mądre.
Drzewa mają dusze. I pamięć. I umierają stojąc.
A Zembaty śpiewa „Niebieski prochowiec”.Dobranoc

sobota, 19 lipca 2008

Zabytki

Zabytek klasy zero
No, to się doczekałam.
Dobrze, że teraz. Dopiero.
Że jestem niby ten, no ten...
Aha! Zabytek klasy zero!

Wczoraj jeszcze myślałam,
Że wprawdzie niezbyt śliczny,
Ale nie taki znowu stary,
Twór posocjalistyczny!

A tu masz! Do domu wracam
I już po chwili, niebawem
Na szyi wiesza mi się:
„Zabytek chroniony prawem”

Mnie tu się śni po nocach,
Jakieś dalekie travel,
A w uszach jak echo słyszę
Widziałaś is traveling Wawel?

Już tylko tabliczka na plecy:
„Szanowna nasza młodzieży,
figura ta to Ludwik XIV,
Siadać na nim nie należy!”

Do tego by udowodnić,
Że ja jestem całkiem ponad,
Proponuję drugą z napisem:
„Nie dotykać! Muzealny eksponat”
Stare kamieniczki, skulone i sczerniałe, stoją przytulone do siebie nawzajem, robią wrażenie wystraszonych staruszek. O swojej świetności dawno zapomniały, już nie noszą z dumą swoich kapeluszy krytych czerwoną dachówką, przedwojenne tynki też mają wyblakłe, dziurawe, jakby przeżarte przez mole. Przydałby im się krawiec, ten ze „Skrzypka na dachu”, może by je połatał, odświeżył. Ale dzisiaj chyba nikt tu nie trudni się poprawkami. Budownictwo i owszem – kwitnie, ale nowobogackie, nie widać troski o zabytki.
Siedzę na parkingu, wciśniętym pomiędzy takie łódzkie staruszki, wąskie, wychudzone, ale naznaczone piętnem minionego piękna. To nie współczesne, klockowate bloki, ale pięknie zdobione arcydzieła, dopieszczone niegdyś przez architekta i budowniczych – z wykuszami, wysokimi, chociaż jednocześnie wąziutkimi oknami, balkonami wykończonymi artystycznie zdobioną balustradą i oryginalnymi tralkami.
Teraz stoją smutne, chociaż wcale nie opuszczone. Nadal pełne są lokatorów. Z otwartych okien dobiegały do mnie głośne, niecenzuralne dialogi. To głupie, ale przepełniało mnie współczucie, nie dla mieszkańców, ale właśnie dla tych kamieniczek. Im nie pomoże nawet najdoskonalszy makijaż, nic nie jest w stanie ukryć ruiny i dewastacji. Niestety, nikt nie wymyślił wczasów w Spa dla zrujnowanych budynków. A solidny, kompleksowy remont być może przywróciłby im przedwojenną urodę.
W ubiegłym roku spacerowaliśmy ulicą Piotrkowską w Łodzi, już wtedy uderzyła mnie przedziwna metoda remontowania pożydowskich kamienic wzdłuż tej ulicy. Fasady budynków są odnowione, wyglądają jak nowe, ale wystarczy zerknąć we wnętrze bram, żeby z zaskoczeniem skonstatować kryjącą się w ich głębi nędzę i zniszczenie. Turyści zapewne rzadko zaglądają w zakamarki, jeszcze rzadziej zapuszczają się w osiedla poza wytyczonym szlakiem zwiedzania miasta, prawdopodobnie nie mają pojęcia o tym, że oglądają jedynie sreberko, w które zawinięto coś, co słodkim cukiereczkiem z pewnością nie jest.
Dziwi mnie to, bo przecież Łódź, to zdaje się drugie co do wielkości miasto w Polsce, na dodatek jest niekwestionowanym centrum edukacji wyższej, kształcącym (na przykład) kolejne pokolenia filmowców, aktorów. Tu próbował też swoich sił Roman Polański. Czemu nikt o to miasto nie dba, nie inwestuje w nie, tego nie wiem. Piotrkowska to najdłuższa ponoć ulica w Europie, jest ponadto wyjątkowo piękna. Można nią wędrować długo, po drodze przysiadając na ławeczkach, przy których umieszczono liczne, odlane z brązu postaci najznamienitszych mieszkańców Łodzi ( można na przykład przytulić się do Juliana Tuwima, którego też koniecznie trzeba złapać za nos – na szczęście!), albo zatrzymując się w licznych kawiarenkach, barach, restauracyjkach, serwujących rozmaite pyszności nie tylko w swoich schludnych wnętrzach, ale i na świeżym powietrzu. Oddając się tej ogródkowej konsumpcji trzeba jednak liczyć się z niespodziankami. Dziesiątki żebraków próbują wyjadać smakowitości z talerzy gości. Pojawiają się znienacka, natrętni i wytrwali w swoim „fachu”. Kelnerzy nieustannie obserwują okolicę i starają się, jak mogą, przepędzać natrętów, ale z miernym skutkiem. Najgorsze jest w tym to, że jedząc i płacąc za zamówione dania, ma się dosyć ambiwalentne uczucia. Świadomość, że jesz, bo cię na to stać, podczas, gdy inni są głodni, bo ich dla odmiany – nie stać, jest przykra. I nie pomaga tłumaczenie kelnerów, że to tylko miejscowi cwaniacy, próbujący wywołać współczucie.
Podobnie jest zresztą także z innymi formami żebractwa. Zawsze coś daję, chociaż cokolwiek, bo boję się, że uznając wszystkich za oszustów, nieświadomie obojętnie potraktuję kogoś, kto mojej pomocy potrzebuje naprawdę.

I put a spell on You

I put a spell on You

Oczy są duszy zwierciadłem.
Przejść przez nie i się zanurzyć
w ciemnej, bezdennej głębinie.
Spokojną taflę wzburzyć.

Jak Alicja, ta z baśni, znaleźć się
po drugiej stronie oczu lustra.
Boję się jednak, że po mojej duszy
zostanie wtedy tylko pustka.

Bo dusze mogą się połączyć,
gdyby im się tak spodobało,
ciała mogą pójść swoją drogą,
ale duszom może być za mało!

Co robić? Nie wiem…może
chustką zawiązać mu oczy?
Jeśli (całkiem niechcący) spadnie,
To nawet niech mnie zauroczy!



M., przede wszystkim - ogromnie się cieszę, że się tu zalogowałaś i cokolwiek dopisałaś! Pisz, to Ty potrafisz, nie ja. Sprawdziłam, blog można wydrukować, wychodzi z tego niezwykle sympatyczna książka, chciałabym, żeby to był nasz wspólny pamiętnik.


Ja jestem już na etapie bazgrolenia na tyle zaawansowanym, że - gdy znalazłam ten wierszyczek - to byłam zaskoczona, hi! Zupełnie o nim zapomniałam. Po śmierci Mamy dosłownie wyrzucałam z siebie emocje, wszystko notowałam: i prozą i wierszem. Mam porozrzucanych ze 400 tekstów, żadnych wartościowych, ale najwyraźniej u mnie to poszło w ilość, nie w jakość, cóż!


To chyba było konieczne odreagowanie.


I wszystko jest na wariackich papierach, nad niczym nie pracowałam, a sztuka MUSI powstawać w bólach. Tyle, że ja nie mam ambicji bycia prawdziwą pisarką, a tym bardziej poetką. Założyłam konto na portalu pisarskim, ale ja tam nie pasuję, tam jest dosyć poważnie, jak w szkole. Oceny, etc... Autorzy się naprawdę starają, a mnie się zwyczajnie nie chce starać, bo dla mnie istotna jest sama myśl zatrzymana niejako w kadrze. Kunszt jest całkiem bez znaczenia.


I put a spell on You, to ( nie wiem, czy pamiętasz) song "Kredensów" . Zastanawiałam się akurat czemu był na czarnej liście, zakazany okresowo. Fakt, jest tam taka solówka, która drażni pewne nerwy, niebezpiecznie drażni. Moja firmowa koleżanka zamykała drzwi od środka, gdy tego słuchałam, bo podobno wyglądałam tak, jakbym miała zamiar rzucić się na pierwszego, z licznego grona facetów. Różnica pokoleń, no i upodobań, zapewne.


Buziaczek, M. jak się czujesz? Idzie ku lepszemu? A powiedz, czy Wy macie taką machinę do pieczenia chlebka, czy zaczyniasz w dzieży?

piątek, 18 lipca 2008

Marian Załucki - wspominki

Przepis na maseczkę kosmetyczną

Jeśli pani pragnie,

By mąż kochał goręcej,

Proszę zmielić ćwierć kilo

Wątroby cielęcej.

Posiekaną cebulką

Przyprawić do woli,

Dodać nieco pieprzu,

Odrobinę soli –

Po czym,

Zmywszy uprzednio z twarzy makijaż,

Przyrządzoną maseczkę

Położyć na twarz.

Trzymać ją tak godzinkę,

Aż cerę uzdrowi,

Wreszcie zdjąć ją,

Usmażyć

I podać mężowi.

Niezmiernie na urodzie

Zyska pani osoba:

Polakowi, gdy syty,

Wszystko się spodoba!

Romans

On stracił dla niej rozum –

Ona dla niego cnotę...

Niestety –

Potem rozum

Zjawił się z powrotem.

Westchnienie kanikularne

Że masz lód zamiast serca

I żeś zimna jak głaz –

Nic nie szkodzi, najdroższa...

Na ten upał w sam raz!


Hej, M., jak Ci się przypominają te tekściki smakowite autorstwa imć Załuckiego?

...Całkiem dobrze :

"Choć gramatycznie ciut się chwieje,
slogan ten sensu ma niemało:
Kto nie pracuje, ten nie je,
wcale taki głupi, jakby się zdawało."


....Miłego weekendu - M.


środa, 16 lipca 2008

Korespondencja na wesoło

List od Przyjaciółki:
Oj, szkoda, że i Ciebie gardziołko boli.... Ja byłam wczoraj wyjątkowo nieszczęśliwa, więc wieczorem pojechałam do pani laryngolog (tej od ucha) ze skargą na zły los i nadzieją na zwolnienie lekarskie - najlepiej tak do połowy września :-) Niestety, pani laryngolog stwierdziła,że:
1. "łuki lekko zaczerwienione";
2. uszy - są;
3. język - wbrew moim obawom nie odpadnie, a przynajmniej nie od razu;
4. anginy nie będzie z przyczyn technicznych - migdałki wyemigrowały w dzieciństwie;
5. zwolnienie? (nawet w tej sytuacji nie wspominałam, mimo że całkiem ostatnio straciłam chęć do pracy);
6. proszę łykać ibuprofen i płukać gardło tantum verde (faktycznie zaczęło mniej boleć);
7. efekt - pojechałam grzecznie rano na S., jak co dzień.
A tak odnośnie "chorobowego", kończąc temat twórczości L.J.K (brawo!, wiedziałam, że odgadniesz!), jeszcze jeden znany wierszyk - tym razem z 1972 roku:
"NA CHOROBOWEM"
Późno wrócilim wczoraj z ochlaju,
Przez kaca ciężkie mam głowe
-Co ja sie będe szarpać dla kraju,
Ja pójde se na chorobowe.
Wezme se teczkie,Do teczki koc
I Jasiek tyż sie zabierze
-Chory miał przecie fatalnom noc,
Chory se musi poleżeć.
Zara za torem jezd taki plac,
Krzaczki i pare topoli
-Ledwo tam siędniesz, znika ci kac
I nic cie nagle nie boli.
Czujesz, że wraca cały bon ton,
A jeszcze jak trafisz w pore,
Długo nie czekasz,
Bo z wszystkich stron
Schodzom sie same chore.
Ktoś powi wica,
Ktoś inszy żart,
Słońce da Bozia w prezencie
-Ten ma pół litry,
Ten talie kart
I klawo jezd na zaczencie.
Z kart papirzane sypie sie próchno,
Rżniem dame królem dzwonkowem
-Co my tu robim , panie władzuchno?
Panie władzuchno,
My som na chorobowem.
Miłe, trąci myszką - kto dziś mówi "panie władzuchno"?.... W mojej okolicy, zatrzymani przez policję (zwłaszcza młodociani) odzywają się jakoś zupełnie inaczej..... I wcale się nie tłumaczą.... A skąd ten Kern? Mój małżonek załatwiał coś służbowo w maju w Drukarni Kolejowej w Krakowie, która drukuje, jak się okazało, nie tylko kolejowe przepisy. Kontakty służbowe zaowocowały nieoczekiwanym prezentem w postaci kilku wydanych tam książek. Wśród nich był m.in. tomik wierszy L.J.Kerna: "Litery cztery".Skoro okazał się być "pod ręką" - sięgnęłam po niego i stąd te cytaty. A tak poza tym, niestety, jestem bardzo ostatnio "nieoczytana" - z nadmiaru obowiązków, braku czasu i chyba jednak lenistwa. Czas na zmiany !Ostatnio zapytałam męża, czy by mnie trochę nie "poutrzymywał", co skutkowałoby np. domowymi obiadkami :-)Gotować tak bardzo to jednak nie lubię, ale chciałam czymś mężczyznę zachęcić.... ;-) Odpowiedział - czemu nie ? no, no.... Na zakończenie jeszcze coś, co w ostatniej chwili odkryłam w kąciku na obwolucie książki:
"AUTOPORTRET 2007
Szeptały mi gdym był młodszy:
Jesteś coraz to słodszy.
Dziś tą słodyczą się zachwyca
Jedynie moja cukrzyca."
Ech !..... Samo życie.... Mam nadzieję, że nie zamęczyłam Cię zanadto tematem "chorobowego" i L.J.K. A teraz faktycznie poczułam się lepiej. Za pół godziny, jak skończy się piec chlebek, jadę z moim P. na małe zakupy. Kora śpi, mąż ogląda telewizję, ja teraz do Ciebie piszę, za oknem słoneczny i spokojny wieczór...Zdrowiej też spokojnie, nie martw się kataklizmami. Mam nadzieję, że ich katalog został definitywnie wyczerpany na obecne półrocze. A Twój szef powinien po Ciebie codziennie przysyłać służbowy samochód (full wypas - z barkiem i klimatyzacją, wygodnymi siedzeniami, podręczną biblioteczką i dobrą muzyką oraz z przystojnym, seksownym szoferem...). Jeśli na ten pomysł do tej pory nie wpadł, mając taką pracownicę - to musi rozważyć poważnie swoją kompetencyjność na obecnym stanowisku ! Howgh !Pomyśl o małym wypadziku gdziekolwiek... :-) Caaaałuję - M.
Odpowiedź Głupstewek:
M. Skoro możesz na maleńkie zakupki, znaczy, że Tantum pomaga i zdrowiejesz. A to cieszy mnie bezwzględnie!
Też bym pobyła na tzw. "utrzymaniu" i też tylko te obiadki kością w gardle, albo ten rąbek u spódnicy, czy ja wiem zresztą - co? Znaczy - co mi przeszkadzałoby. Ta mała firma bardziej kusząco brzmi...
Wierszyk "Na chorobowem" pamiętam doskonale, znam prawie na pamięć. A czy Ty pamiętasz użyty jego fragment? Pamiętasz tę audycję, którą na okoliczność studniówki przygotowałyśmy? Tropicale Thaiti Granda Banda tyż byli wykorzystani we fragmentach tej piosenki wesołej. A zauważyłaś, że w ogóle ich nie ma w radio, ani w ogóle?
O moje zdrówko się nie martw, o moją kieszeń Ty się lepiej martw, bo te kataklizmy zrujnowały mnie ze szczętem. Gardziołko przeżyje - patrz pkt 1 recepty na zdrowie Twojego laryngologa. Będziemy żyć. Na szczęście albo niestety, jak kto woli.
Mój Szef, gdyby był w firmie dzisiaj, to z pewnością przysłałby po mnie auto służbowe, do domu też by odwiózł, tyle, że wie, że z obecnym kierowcą bym nie pojechała, już raczej - per pedes.
Kawusię mam na względzie, bez obawy, nie uciecze.

kataklizmy

"NA ŁONIE NATURY ZARAZ PRZY TORACH"
( teraz mogę dopisać autora: przedstawiam Ludwika Jerzego Kerna)

Słonko świeci,
Gęga gąska,
Jest pół basa
I zakąska,
Na Małkinię pociąg leci,
Powiedz, Ziuta, źle ci?

Wietrzyk po wiklinach gmera,
Wschodzi w polu seradela,
Bedzie wrzucić co do żłobów,
Zdejm se, Ziuta, obuw.

Co to śpiwa?
Jakieś ptaszę.
Zagraniczne albo nasze.
Więcej nic nie mogę rzec,
Bom od ptaków nie jest szpec.

Ziuta, Ziuta, nie bądź dziecko.
Co się trzęsiesz tak nad kiecką?
Że pognietę?
Nie przypuszczam.
Popatrz, ekspres leci z Tłuszcza.
Znowu drań opóźnił się.
Wiesz co, Ziuta?
Lubię cie.

Ty popilnuj teraz teczkę,
A ja zdrzymne się troszeczke.
Może, mój ty kwiecie wiśni,
Przyszłość mi się jasna przyśni.

Przyszłość taka więcej słodka,
Taki sen uroczy o tym,
Jak to kiedyś co dzień grać będziemy w totolotka, A w niedzielę tylko, Raz na tydzień, Iść się bedzie do roboty."

Fajnie by tak było, no nie?...

Moja Przyjaciółka: Wiesz, kto to napisał? Wierszyk jest z 1982 roku.
Pozdrawiam, przesyłam buziaczki i różne takie... :-)
Ja: Niestety, nie wiem, ale przyznam, że ociupinkę "cuchnie" L.J.Kernem, on pisywał takie w rodzaju, tu fragment, który zapamiętałam:
"Przyhamuj najmilsza z blondul, zrobiemy ci śliczny ondul, będziesz k... jak anioł", to z tekstu o socjalistycznych kioskach wiejskich - "ostatnio nawet zapadłe wioski mają przynajmniej po dwa , trzy kioski", tytułu nie pamiętam. Ale wierszyk "kolejarski" byłby całkiem w stylu Kerna.
O kataklizmach teraz.
Terma wisi, wodę grzeje, Głupstewka czyściutkie, wykąpane. Wczoraj jednak, jadąc przez wsie, trafiliśmy dużego psa. Nic nie można było zrobić, bo ludziska obejść nie zamykają, psy się ganiały po podwórzu, jeden wyskoczył prosto pod koła, mimo, że na liczniku tylko 60/h, hamowanie nie pomogło. Psa bardzo nam żal. Chłodnica do wymiany - kolejny tysiąc. Cholerny świat! Siedzę dzisiaj przymusowo, bo do mojej firmy autobusem nie dojadę - zadupie, rozumiesz.
Nadgarstek wyleczony, a gardło - jak u Ciebie - boli, serwuję sobie Bioparox, miejscowo, żeby się ropną anginką nie skończyło, bo te letnie są najgorsze. Mam nadzieję, że u Ciebie takiego skutku nie ma? Taaaka buźka i takie różne inne, trzymaj się i zdrowiej!

Świerszcz za kominem (lato 2007)

Niełatwo pozbyć się dzikiego lokatora. Wprowadzi się taki bez pytania o zgodę gospodarzy, zamieszka sobie kątem, na przykład w piwnicy, rozpanoszy się, słoiki z przetworami na zimę opróżni cichcem, winko z gąsiorka zostawionego w najciemniejszym kąciku przez rurkę wyciągnie, czasem hałasu narobi, a gospodarze pomyślą sobie, że to duchy harcują. O ile rzecz dzieje się w domku, prywatnym, własnym „dworku”. Ale, żeby dziki lokator wmeldował się na czwarte pięterko obrzydliwego bloku miejskiego, to dziw nad dziwy. Ten zielony świerszcz, co to posiadywał był sobie na mojej łepetynie rozczochranej pewnym wczesnym rankiem, kilka tygodni temu, objawił się znienacka wczoraj. Okazało się, że próba wymeldowania nie powiodła się. Żyłam sobie w fałszywym przekonaniu, że niesfornego, na dodatek nieobliczalnego i niewdzięcznego, lokatora wyprosiłam raz na zawsze, ale - nie!
Zdejmuję wczoraj wieczorem wczesnym zielony, piękny angielski kubek ½ litrowej pojemności, który wisi sobie na haczyku pod szafką kuchenną. Okularów na nosie nie mam, ale widzę, że jakieś „cóś” w środku przebywa, tylko co? Nadziałam drugie oczki, popatruję, a to ci dopiero! Kochasiu, toś ty sobie tu oazę spokoju świerszczowego znalazł? A on ci na mnie tylko czułkami długaśnymi pomachuje, lewym oczkiem łypiąc przy tym zawadiacko. Mój panie świerszczyku, ładnyś wprawdzie i wielce sympatyczny, ale wynocha stąd! Nie ma ci u mnie zapiecka, ani nawet porządnej, starej gdańskiej szafy, za którą mógłbyś sobie przezimować, przygrywając na swoich skrzypeczkach z rzadka. Zrobię ci tylko jeszcze zdjęcie, na pamiątkę a teraz idź sobie w świat, masz tu na drogę liść sałaty. I wysadziłam świerszcza na parapet za okno, na sałaciany listek, wody kropelkę dałam, bo gościnność przede wszystkim. Gość w dom, Bóg w dom, byle gość sobie jednak w porę wyszedł. Poszłam sobie spokojnie poprasować stertę prania, za jakiś czas zaglądam do kuchni, wyślipiam na parapet: nie ma! Dobrze jest –myślę, tym razem chyba sobie poszedł na dobre. Ale gdzie tam! Siedzi sobie na krawędzi uchylonego okna i z góry kiwa mi wąsiskiem, kuperek mu się trzęsie ze śmiechu, a wesolutko nóżkami przebiera w miejscu. Żartowniś jeden! I wojuj tu z takim! Machnąwszy ręką, dałam spokój. W tej nierównej walce nie mam szans. Widziałam jeszcze tylko jak sobie skiknął na zwisający z karnisza drewnianego pęk suszonych ostrych papryczek, a potem straciłam go z oczu. Ciekawe, gdzie tym razem go znajdę? Zaglądam co jakiś czas do kubeczka zielonego, bo najwyraźniej upodobał sobie to lokum, ale nie ma go. Na razie.

wtorek, 15 lipca 2008

Login i hasło

Jak myślicie, moi kochani,

czy przydałoby się hasło

na przykład na - życie?

Albo na związek szczęśliwy?

Na satysfakcję z pracy,

na pogodę słoneczną

powiedzmy - w listopadzie,

na sny szczęśliwe, kolorowe,

na zdrowie,

które nie szwankuje,

nawet na dobry humor

od samego rana,

jak sądzicie, przydałoby się?

Proszę pani?

Proszę pana?


W dzisiejszym świecie wszystko musi być zabezpieczone: telefony komórkowe, zamki szyfrowane do drzwi, pecety, karty do bankomatu, etc...itd... A może by tak w tym powszechnym zapale do izolowania się od wszystkiego założyć jeszcze parę haseł tak, żeby los parszywy nie mógł poprzestawiać klocków w naszym osobistym bycie, co?

poniedziałek, 14 lipca 2008

Droga do radości


Czasem, chcąc życiu sprostać,
dotrzymać mu równego kroku,
zbaczamy z utartej ścieżki
wkraczając w strefę mroku.


Słońce jest niby w zenicie,
nad nami zielone sklepienie,
z gęstwiny złe skądś wyziera
i w duszę rzuca kamieniem.


Z wysiłkiem wielkim unosząc
tak ciężkie, jak ołów, nogi
ku światłu powoli zdążamy
nie zatrzymując w pół drogi.


Jak pod dotknięciem różdżki,
rozstępują się wiekowe drzewa,
głaz w gwiezdny pył się zmienia,
a dusza znów gospel śpiewa...

Uwielbiam burze. Takie potężne nawałnice, rozrywające nieboskłon fajerwerkami błyskawic i serwujące kanonadę grzmotów. Szkoda tylko, że jestem już zbyt dorosła, by, jak w dziecięctwie, uciekać z domu i biegać boso w strugach deszczu. Do dzisiaj pamiętam tęgie lanie, jakie dostałam od ojca w Bieszczadach, gdy w wieku chyba 5 lat, przy pierwszych odgłosach nadchodzącej burzy czmychnęłam z obozu i szczęśliwa siedziałam sobie w samym środku Sanu, zanurzona po szyję w płytkiej wodzie. Dookoła pioruny, oberwanie chmury, a ja w wodzie…cieplutkiej, spienionej ulewnym deszczem, podobno – strasznej? Oj, często to lanie bywało, często. Natura pozbawiła mnie zdroworozsądkowego lęku przed takimi zjawiskami.

Pan Kot też lubił burzę, wisiał razem ze mną w otwartym oknie, ze zmokniętym pyszczkiem, gdy zacinający deszcz padał prosto na nas. I, chociaż oboje dorośli już, dostawaliśmy, równo rozdzielone przez Pana Monsza, klapsy z powodu tej namiętności. I – jazda do domu, zamykać okno, ale już! Kilka minut siedzieliśmy wtedy jak pikuliki, zerkając na przemian to w stronę zapraszającego nas okienka, to Pana Monsza, czy nie uda się przypadkiem umknąć jego czujnej uwadze i ulokować wygodnie w okiennym punkcie obserwacyjnym. Pana Kota już dawno nie ma, a ja wczoraj znowu dostałam lanie za zwisanie w kuchennym okienku.

Panta rhei…

czwartek, 10 lipca 2008

Babski wizerunek krytyczny

Buźka zawsze uśmiechnięta,

Jednak szelma. I zawzięta.

Biada temu, kto odważy

Babie mocniej się narazić!


Choć udaje, że prawiczka -

- nie zerkajcie do dzienniczka!

Choć wierszydła w głowie nosi,

Serca nie ma choć za grosik!


Najpierw chłopców podnieca,

Zanim ich wsadzi do pieca.

Potem z wielką satysfakcją

Przygląda się ich reakcjom.


Wie, że męski opór słaby

Na widok byle gołej baby.

I, że będzie niezła łaźnia,

Gdy się zbudzi wyobraźnia.


Pod płaszczykiem życzliwości,

Szpilką w tyłek kłuje gości.

Bo ją często uszy swędzą,

Żeby stać się straszną jędzą.


Bo to właśnie jest najgłupsze,

Że się Baba czasem uprze.

Postanowi, małpa jedna,

Że będzie do końca wredna.


Tak więc, drogi Przyjacielu,

Z przyczyn babskich wad tak wielu,

Powiedz dzisiaj mi na ucho:

Chcesz przyjaźnić się z dziewuchą???

No tak. Kobitki mają w sobie taką małą żyłkę złośliwości. Przyznam, że ja też lubię czasami kolegom podrzucić coś, cokolwiek, na przykład jakiś temacik do męskich rozmówek, albo jakieś fotki, a potem podglądać, jak udają, że ich to niby wcale, ale to wcale nie interesuje. Tylko oczka jakieś takie rozbiegane mają...

środa, 9 lipca 2008

Bachanalia (2007)






Zbocza Olimpu pęcznieją winnicami

słodko-cierpki nektar greckich bogów

rozchyla uda bachantkom

ich brzemienne, niewczesne myśli

Bacchus rozwiązłym mieczem

przebija boleśnie

dogorywające i puste, unicestwione

trzewia, gotowe przyjąć iskrę bożą,

odurzone małmazją,

bezwolnie poddają się gwałtom

zwarte wrota tajemnic

chronią zagnieżdżony płód,

powoli dojrzewający w łonie

zanim ze snu zbudzi się Helios

i umilkną dźwięki bachanaliów

pośród wrzawy i zgiełku tłumu

rodzi się i umiera nowy wiersz

zadeptany na śmierć

bosymi stopami pijanych herosów

Igraszki z wyobraźnią i próba żonglowania metaforami. Może ociupinkę obrzydliwie wyszło, ale co tam! Ostatecznie to tylko grafomania, a nie poezja.

wtorek, 8 lipca 2008

***

***
Pozwólcie nam
wykrzyczeć ból
żal do wszystkich
i do nikogo
pozwólcie się śmiać
gdy minie gniew
wybaczcie gdy
wstaniemy lewą nogą

poniedziałek, 7 lipca 2008

Własne zdanie

Uwielbiam reportaże w stylu „Prosto z Polski”… tyle w nich obiektywizmu, tyle faktów. Podoba mi się szczególnie aura sensacji, pieczołowicie podsycana przez prowadzącego atmosfera skandalu i intrygi. O ile ktokolwiek ze zgromadzonych świadków i gapiów próbuje powiedzieć coś rozsądnego, rozważyć status quo obiektywnie, reporter natychmiast zmienia interlokutora. Zawsze wybiera takiego, który potwierdza tezę programu. Przykład: w Nowym Mieście Lubawskim mieszkańcy oskarżają miejscową Policję o brutalność w stosunku do obywateli. Obywatele, rzecz jasna, są zbulwersowani zachowaniem funkcjonariuszy. Komuś stróże prawa dali po uszach, innemu przyłożyli pałką. Nie powinni byli. Fakt, nie powinni, ale… czasami to nóż się w kieszeni otwiera nawet nieśmiałym i wielce zrównoważonym, przeciętnym mieszkańcom tego kraju, a co dopiero policjantom, których cierpliwość o wiele częściej wystawiana jest na próbę. Poszkodowani w tej miejscowości to nie spokojni, nie mający konfliktu z prawem mieszkańcy, ale tacy, którym ów konflikt z prawem obcy nie jest. Bójka młodych mężczyzn, zakończona wyrokiem skazującym dla niektórych spośród nich, świadczy (zdaniem bliższych i dalszych krewnych i znajomych królika) o wyjątkowo łagodnym charakterze uczestników zajścia. A policjanci jak to ktoś pięknie ujął – „bez dania racji” w ucho przyłożyli i nie tylko. Ja nie wiem, może i przyłożyli, ale ja osobiście podejrzewam, że w tym konkretnym przypadku mieli powody i motywację do tegoż przyłożenia. Dziwnym zbiegiem okoliczności we wszystkich przejawach policyjnej agresji poszkodowani byli miejscowi rozrabiacze i awanturnicy. Na to jednak jakoś prowadzący nie zwracał szczególnej uwagi. Policji próbował bronić jeden z widzów, niezupełnie „tutejszy”, ale częsty bywalec - chciał zwrócić uwagę na drobny szczegół, który umknął jakoś uwadze wszystkich pozostałych – że mowa jest nie o Policji jako takiej, a jedynie o dwu jej reprezentantach, którzy może bardziej, niż należałoby wczuwają się w swoje obowiązki zawodowe. Zauważył też, że gdy dochodzi do policyjnej interwencji, to nie należy się sprzeciwiać, ale spokojnie wykonywać polecenia funkcjonariuszy, wtedy nikomu nie stanie się krzywda. Trochę żal mi było komendanta Policji, który bez emocji odpowiadał na pytania prowadzącego. Nie próbował niczego prostować, nie wdawał się w dyskusję. Miałam wrażenie, że w tym miasteczku to nie Policja dyktuje warunki współżycia społecznego. Nie zamierzam bronić tutaj ani jednej, ani też drugiej strony konfliktu, bo prawda zapewne tkwi gdzieś pośrodku. Chciałabym jednak doczekać chwili, gdy autor reportażu podejdzie do tematu z należytym obiektywizmem i dystansem biernego obserwatora. To mrzonki – uwagę widzów można przyciągnąć jedynie napastliwością i niezdrową emocją, w przeciwnym wypadku pies z kulawą nogą nie zatrzyma się przełączając kanały pilotem. Szczęściem dla mnie są jeszcze liczne, profesjonalne i obiektywne programy Discovery, te oglądam z przyjemnością i uwagą, bo pozwalają na osobisty osąd i nie odbierają prawa do indywidualnej interpretacji oglądanych zdarzeń.

sobota, 5 lipca 2008

Bajka o gwiezdnym ogrodzie (2004)

Dawno, dawno temu, Świat rządził się nieco innymi prawami, niż to ma miejsce dzisiaj, a słonko świeciło silniejszym blaskiem, a niebo rozświetlały miriady gwiazd. Księżyc, który akurat był w fazie nowiu, spokojnym leniwym kroczkiem wędrował sobie wysoko, doglądając swoich włości.
A majątek miał jeszcze wówczas niezmierzony: na bezkresnych poletkach hodował niezliczone wręcz ciała niebieskie. Pomiędzy gorejącymi sadzonkami supernowych, dumnych i oślepiających gwałtownymi wybuchami, tkwiły maleńkie, chłodne białe karły, świadome swego nieuchronnie zbliżającego się końca. Gdzieniegdzie uważny obserwator mógłby dostrzec rozmaitej wielkości planety – te, nie świecąc własnym światłem, odbijały gwiazdowy blask, który w zależności od gatunku planetarnej sadzonki, ubierał je w najróżniejsze, często wyszukane barwy. Księżycowe poletka, przepiękne i oślepiające białym lub srebrzystym blaskiem, nie były obsadzone regularnie, co nadawało im szczególny wdzięk.
W zależności od miejsca, z którego się na nie patrzyło, widok był niepowtarzalny, ale zawsze fascynujący. Ktoś o bogatej wyobraźni ze zdziwieniem dostrzegał dziwaczne formy grządek, na których pousadzano niebiańskie ciałka. Fantazja ogrodnika nie była niczym ograniczona.
Nie wiem, czy Księżyc, będąc właścicielem tego niebieskiego ogrodu, był także jego ogrodnikiem? Jednak - być może! Wszak sam chętnie zmieniał swój image, to przybierając koliste liczko, to znów ujmując sobie z jednej lub drugiej strony co nieco wypukłości - widać nie lubił monotonii i uporządkowania. Przystrzyżone równiutko żywopłoty i równiuśkie alejki między równie geometrycznymi grzędami najwyraźniej nie były w jego guście także.
Pewnego razu, wędrując tak między swoimi poletkami, nudząc się przy tym troszeczkę, bo doglądać musiał swoich sadzonek co noc - nie miał przecież nikogo, kto zrobiłby to za niego - spojrzał na uśpioną, spokojnie tkwiącą na swoim miejscu, maleńką planetkę, której dał na imię – Ziemia. Nie wiem, dlaczego akurat Ziemia, ani dlaczego w ogóle Księżyc nadawał swoim sadzonkom imiona, ale cóż – tak właśnie było i już! Nie będę się teraz nad tym zastanawiać, a jeśli przyjdzie mi na to ochota, zastanowię się i może coś wymyślę, a może nawet powiem, co wymyśliłam!
Tak więc Księżyc popatrzył uważnie na tę planetę i spostrzegł, że coś się na niej poruszyło. Było wprawdzie ciemno dookoła, ale Księżyc, przyzwyczajony do ciemności, dostrzegł jednak jakiś ruch.
- Co za licho? – pomyślał sobie – robactwo jakoweś nowe się zalęgło, czy co?
Pochylił swoje oblicze sierpowe nad sadzonką, żeby lepiej widzieć i ze zdziwienia aż troszkę się zgrubszył. Otóż, po powierzchni Ziemi błąkały się maciupeńkie stworzonka, w dodatku poruszały się na dwu odnóżach. Księżyc widywał już tu i ówdzie dwunożne robaczki, ale tamte przeważnie były bardzo duże, hałaśliwe i w ogóle jakieś takie inne. Stworki, którym się teraz przyglądał w niczym nie przypominały tamtych, które dawno już księżycowi udało się wytępić całkowicie. Nie było to takie znowu trudne, bo po pierwsze – pożerały się nawzajem, a po drugie – byle mała kometka, maleńki meteor, ciśnięty w stronę zakażonej sadzonki, wystarczyły, żeby je unicestwić doszczętnie. Sadzonce to zanadto nie szkodziło, troszkę tylko pochorowała sobie, ale zawsze obchodziło się bez leczenia. Za to po robactwie – ani śladu! A komet i meteorów miał Księżyc pod ręką dostatek, co rusz trzeba było przecież wyczyścić grządki z plew, oberwać sadzonkom dzikie odrosty lub coś w tym rodzaju.
Jednak te maleństwa zaintrygowały ogrodnika. Bo to ociupineczki takie, bieduleczki, cichuteńkie toto było, wystraszone jakieś. Ledwie coś drgnęło a tu myk! Już ich nie ma! Pochowały się gdzieś, przycupnęły i udają, że ich w ogóle nie było. Przyczaił się Księżyc za chmurką, też udaje, że go nie ma, a zza chmurki srebrzystym oczkiem zerka – może wylezą? Wylazły. Znowu przemykają to tu, to tam. To Księżyc siup! I w całej swojej okazałości na niebo wychynął był. A robaczki hyc! I już ich znowu nie widać! I taka zabawa w chowanego trwała do rana, do końca pracy ogrodnika. Ranek, jak zwykle, kończył się przebudzeniem gwiazd, które, po spokojnie, pod czujnym okiem Księżyca, spędzonej nocy, ziewając jeszcze i przeciągając się leniwie, podkręcały swoje latarnie i silnym światłem ogrzewały planety, zimne z natury, żeby nie zdrętwiały i nie zamarzły do reszty. Księżyc - ogrodnik rankiem mógł udać się na zasłużony odpoczynek. Tego dnia długo jednak nie mógł zasnąć spokojnie, bo w jego łysej łepetynie zalęgła się natrętna myśl: „Coś się szykuje, tylko co? Żeby to się tylko źle nie skończyło!”
A to był dopiero początek.
Podczas wielu nocnych wędrówek, zaniepokojony lekko Księżyc, rozmyślał nad tym, co zobaczył na Ziemi. Zastanawiał się, nie mogąc się zdecydować: wytępić, czy nie, to co się tam zalęgło. Bo, z jednej strony: co będzie, jak się zanadto rozpanoszy, rozlezie po grządkach, albo i nadkąsi? A znowu z drugiej strony: Przecież takie kruszynki, takie strachajła, co się z byle powodu chowają gdzieś, to chyba nie są specjalnie groźne? I z trzeciej strony: A jak urosną??? A z czwartej: Eeee, niemożliwe przecież! I znowu z innej strony: A co będzie, jak się nadmiernie rozmnożą? No, i jeszcze: Toć one to się chyba i rozmnażać odwagi nie będą nigdy miały!
I tak bez końca. Dumał i dumał Księżyc nie wiedząc co powinien, jako troskliwy ogrodnik, zrobić. Mijały dnie, mijały noce, miliony dni i miliony nocy, a Księżyc ciągle nie podejmował ostatecznej decyzji. Zdarzyło się wprawdzie kilka, czy kilkanaście razy, że prawie, prawie był gotów jednak wytępić. Ale zaraz mu się znowu robiło żal, wrodzona dobroć i ciekawość niezaspokojona brała górę nad zdrowym rozsądkiem Księżyca. A może też liczył, że robaczki okażą się pożyteczne? Dokładnie nie wiadomo, co chodziło Księżycowi po głowie.
Przez ten czas zaniedbane troszkę grządeczki podupadły lekuchno. Gwiazdom przybyło gwiezdnych lat , a ich światło jakby troszkę osłabło. Nie czując pańskiego oka, uważnego i pilnującego porządku, sadzonki rozlazły się troszkę. Niektóre połączyły się nawet w pary i nawet nie to, żeby zaraz zrobiły się rozwiązłe! Ale niektóre pokochały się aż po grób – potworzyły się tu i ówdzie związki, zwane przez mieszkańców ogrodu układami podwójnymi. Czasami w porywie uczuć, zapamiętując się we wzajemnych pocałunkach, początkowo nieśmiałych, a później coraz bardziej namiętnych, rozgrzewających do czerwoności, a nawet jeszcze bardziej, zapominały się gwiazdy do tego stopnia, że dochodziło do bliskiego spotkania, nawet trzeciego stopnia! Niestety, z reguły źle się to dla par kończyło. A w każdym razie dla jednego z kochanków. Bo większy i silniejszy nieprzytomny, w ekstazie, zamiast dawać – brał i brał, aż wziął! Znaczy pożarł partnera. Bywało też, że zakochana bez wzajemności gwiazda, pogrążona w rozpaczy, pozwalała, by pożarła ją czarna dziura. Bo pomiędzy grządkami znajdowały się takie twory – pasożyty, niewidoczne dla obserwatora, cięższe, niż najcięższe pierwiastki, przyczajone i gotowe wchłonąć wszystko, co tylko znalazło się w pobliżu. Marny byłby los Księżyca, gdyby niechcący zawędrował ścieżką, na której się ukryły. Na czarne dziury nie było żadnego sposobu, były, nie wiadomo skąd się wzięły i kwita!
Tak to, księżycowe poletka, wyblakły nieco w międzyczasie, Księżyc zaś zerknąwszy od czasu do czasu zezowatym okiem, wzdychał zrezygnowany i odwracał się, żeby nie patrzeć na chaos jaki zapanował w jego włościach. Interesował się wyłącznie losem robaczków. A było na co patrzeć! Ani się Księżyc obejrzał, a tu namnożyło się ich, nalęgło całe mnóstwo. I to różnych, różnistych: różowawych takich, czarnych, czekoladowych, żółtawych, a nawet czerwonawych z lekka. Większych i mniejszych. Wszędzie ich było pełno. Już się teraz nie kryły po kątkach, śmiało, wyprostowane i postrojone jak mole ubraniowe, maszerowały pośród ziemskich narośli. A sama Ziemia też zmieniła się wyraźnie! Oprócz naturalnych narośli, właściwych tej sadzonce, czyli: gór, wulkanów, oceanów, jezior większych i mniejszych, i niekontrolowanego „zarostu” zwanego roślinnością , pojawiły się na powierzchni Ziemi jakieś takie sztuczne, bo przecież nie powstałe w naturalny sposób, wykwity. Z niektórych takich narośli wydobywały się jakieś dziwne chmury. Ale w porównaniu z tymi, które przez całą wieczność oglądał Księżyc, były to maleństwa, nawet nie chmurki, Księżyc się nie bardzo nimi przejmował. Robaczki małe, to i chmurki miały w stosownym rozmiarze.
Martwiło Księżyc tylko jedno, że dwunożne robaczki wprawdzie pożerały niektóre inne stworki, od dawna już żyjące na Ziemi, ale też zapamiętale i z wielkim zaangażowaniem, zachęcały te, których nie zjadły do rozmnażania się. Zrobił się taki galimatias, że cała sadzonka aż „chodziła” od wszelakiego robactwa, przy czym księżyc ze zdziwieniem dostrzegł, że podczas, gdy jednego gatunku robactwa przybywa w zastraszającym tempie, to inne znikają bezpowrotnie! Nawet nie trzeba było rzucać meteorami. Samo się zrobiło! W roślinności ziemskiej też rozgardiasz wielki, bo to było tak: tam, gdzie sadzonka potrzebowała okrycia roślinnego, to robaczki je usuwały różnymi sposobami. A sprytne były takie, że hej! Do gwiazd po gorące światło nie mogły się dostać, to się nauczyły same wytwarzać takie coś, co ogniem nazwały. I to coś sprawiało, że robaczki szybko pozbywały się niepotrzebnych ( ich, robaczków, zdaniem, oczywiście!) roślin. Z wielu roślin robaczki konstruowały też niektóre narośle, w których teraz się skrywały często. Nie zawsze Księżyc mógł zajrzeć do wnętrza takiego czegoś, żeby zobaczyć, co robaczki robią , gdy nie myszkują po Ziemi. Czasem jednak mu się udało, a to, co zobaczył wtedy przez maleńki otworek w sztucznej narośli, dziwiło go, zaskakiwało, a nawet (wstyd przyznać) podniecało trochę. Bo robaczkom to zajęcie najwyraźniej się bardzo podobało. Jakiś czas później pojawiały się zawsze nowe, piskliwe robaczki, niby podobne do tych dwunożnych, ale dużo mniejsze i najwyraźniej pozbawione zdolności do poruszania się. To się z czasem jednak zmieniało, w miarę jak rosły.
Mijały kolejne nocne dyżury gwiezdnego ogrodnika, przeplatane zawsze dziennymi służbami gwiazd. Księżyc zestarzał się trochę, bywało, że nie chciało mu się wędrować i doglądać już nie tylko sadzonek w ogrodzie, ale i robaczków. A może mu się po prostu znudziło?
A robaczki w swojej śmiałości opanowały już niemal całą Ziemię. Tylko w najzimniejszych miejscach, których nie było w stanie rozgrzać światło gwiazd, nie można było ich zobaczyć. Chociaż zdarzały się i tu wyjątki, ale raczej rzadko. Reszta powierzchni Ziemi była dokładnie i bardzo gęsto upstrzona tworami pozostawionymi przez robaczki. Niektóre były nawet dość pokaźnych rozmiarów. Nocą otworami wydobywało się z nich światło, podobne do światła gwiazd, ale o wiele słabsze.
Księżyc, postarzały i odrobinę już znudzony, wędrując którejś nocy wśród grządek, doszedł do wniosku, że właściwie chyba dobrze, że nie zniszczył tych dziwacznych robaczków. Szkodliwe jednak chyba bardzo nie są ? – pomyślał – Ziemia jak była, tak jest! Nie widać poważniejszych uszkodzeń.
Po namyśle (głębszym i dłuższym namyśle) postanowił, że zostawi robaczki w spokoju. Wymyślił też dla nich nazwę, bo lubił, kiedy wszystko, co znał miało jakieś imię. Nazwał robaczki ludźmi, bo gęsto zaludniły planetę Ziemię. Od tej pory już się nimi nie interesował. Niech sobie tam żyją spokojnie – pomyślał.
Biedny, stary Księżyc, nie przeczuwał, że choć on zostawił ludzi w spokoju, to ludzie – z natury ciekawskie i raczej bystre robaczki – coraz bardziej interesują się nim!
Minął znowu jakiś czas, aż pewnego dnia, a właściwie pewnej rozpoczynającej się właśnie nocy, zdumiony i przerażony Księżyc, przecierając oczy, zobaczył, że na jego własnym, sękatym nosie spacerują ( tak, tak, nie kto inny, tylko właśnie one!) – robaczki, czyli ludziki!
Zrozumiał Księżyc w jednej chwili, że popełnił niegdyś nieodwracalny błąd. Że żaden z mieszkańców jego ogrodu nie może od teraz czuć się bezpieczny. Ludzie, choć tacy maleńcy, że nawet do gwiezdnego pyłu ich przyrównać nie można - gdzieżby tam! – potężniejsze niekiedy mają możliwości , niż niszczycielskie siły natury. Zresztą, natura nie niszczy niczego bezpowrotnie, unicestwiając jedno, tworzy nowe, jeśli nie zawsze lepsze, to inne i tworzące z resztą Wszechświata spójną, doskonałą całość. Tak, jakby usuwała jeden, niedokładnie dopasowany element konstrukcji, po to, by w tym miejscu umieścić nowy, dla sprawdzenia, czy będzie lepiej pasował i czy całość budowli będzie dzięki temu doskonalsza i trwalsza. Księżyc strząsnął z nosa robaczki, na szczęście było ich tylko kilka, chyba cztery, i teraz dopiero przyjrzał się uważniej swojej planetce – Ziemi. Dotychczas obserwował tylko robaczki, nie zwracając większej uwagi na sadzonkę. To, co zobaczył, było żałosne: Ziemia liczko miała poszarzałe, zmęczone, zaduszone jakby trochę, a w błękitnych oczach oceanu czaiło się błaganie – Księżycu, ogrodniku mój, ratuj mnie biedną! Ledwie już zipię, moje ciało drążą robaki, jak korniki. Gdybyś zajrzał do mojego wnętrza, zobaczyłbyś, że wyglądam jak rzeszoto. Nade mną unoszą się chmury, przez które nawet najsilniejsze światło gwiazd przebić się łatwo nie może. Oddycham z trudem, usycham, a ty nic nie zrobiłeś, żeby mnie ratować.
-Uratuję Cię, Ziemio, naprawię wszystko! Zniszczę robactwo, jak robiłem to wielokrotnie! – zawołał Księżyc
-Już za późno! – odrzekła Ziemia – jest ich za dużo, a są sprytniejsze, niż ci się zdaje!
Posmutniał, zmarkotniał Księżyc i zawstydzony zakrył twarz chmurą deszczową.
-Żeby choć jedna czarna dziura kryła się gdzieś w pobliżu – rozważał skrycie – przywołałbym na pomoc wichry galaktyczne i strąciłbym to paskudztwo, żeby przepadło na wieczność!
Cóż, niestety, żadnej czarnej dziury akurat w tej części ogrodu nie uświadczysz!
Od tej pory Księżyc wędruje nocą po niebie o wiele ostrożniej, niż dawnymi czasy. I o wiele bardziej pilnuje swego nosa. Udaje, że nie widzi, jak tuż obok przemykają czasem nieduże ni to meteory, ni to jakieś dziwolągi, zaśmiecając mu ogród odpadkami i szperając w grządkach.
Tak, tak, panie Księżycu, ogrodnik, dobry ogrodnik, musi znać się nie tylko na roślinkach, ale przede wszystkim na szkodnikach!