poniedziałek, 30 czerwca 2008

Boccacio i Greene

Lato to znakomita pora na czytanie. Przynajmniej dla mnie, teraz, gdy wzrok mocno osłabiony wielogodzinną pracą przy komputerze. Nie wszystkie książki jednak lubię czytać. Bogaty zbiór literatury w maleńkim mieszkanku mam wprawdzie, ale są pozycje, które nie zostały napisane dla mnie. Myślę, że gdybym była snobką, to pewnie jakoś bym przebrnęła przez te nudne, albo napuszone księgi. Do czego się przymierzałam ostatnio? – „Doktor Faustus”, „Dekameron”, „Iliada”. Pierwszą zmęczyłam do połowy, czyli strawiłam z trudem pierwszą część grubaśnej księgi, tę, na której najwyraźniej oparł się Bułhakov, pisząc „Mistrza i Małgorzatę”. Dla odmiany Bułhakov idzie mi, jak po maśle. Goethe zdecydowanie – nie! Nie mogę powiedzieć, że lektura jest zbyt trudna, nie! Ale liryczna wersja historii nie jest miodem na moje serce. Homer zapewne wielkim poetą był, ale tomisko najeżone tysiącami obco brzmiących imion herosów, a na dodatek te niezrozumiałe dzisiaj intrygi, wojenna gorączka epatująca kaźnią z każdej niemal stronicy, też jest ciężkostrawna. Jeszcze gorzej z Boccacciem. No, opowieściami Szeherezady to, te jego dykteryjki, nie są, stanowczo! Niby nastrój lekko frywolny, czasem wręcz obsceniczny, ale – to nie to samo. Dotrwałam dzielnie mniej więcej do 15 historyjki, ale na samą myśl, że mam przeczytać jeszcze ponad 80, zrobiło mi się słabo. Odłożyłam słynne księgi na najwyższą półkę, zastanawiając się głęboko nad przyczyną własnej niechęci do tego typu literatury. Po namyśle, doszłam do prostego wniosku: to z absolutną pewnością wielkie dzieła, jednakże wielkie na miarę swoich czasów. W dawnych epokach nie powstawały w nadmiarze powieści, które mogły poruszyć umysły i serca. Druk zbyt kosztowny, krąg czytelników ograniczony, media nie docierały przecież do najdalszych zakątków świata. Wydaje się zrozumiałe, że na tle romansów dla dobrze ułożonych panien, mogły być postrzegane jako arcydzieła. Kolejne wieki strącały z piedestału monumentalne i dotychczas niedoścignione piękno tych utworów. Tak chyba jest w każdej dziedzinie: zmieniają się epoki i zmieniają ich bohaterowie, podobnie mijają mody na style w literaturze, malarstwie, architekturze. Oczywiście, są dzieła wyrastające ponad miarę swoich czasów, ale to wyjątki, jak siedem cudów świata. One pozwalają zatrzymać się i zadumać nad potęgą ludzkiego umysłu i ewolucyjnych możliwości. Do tego nieprzemijającego piękna, ani do panteonu literatury ja nie zaliczę jednak tych trzech dzieł, które, moim zdaniem, zajmują niepotrzebnie miejsce innym, o wiele bardziej interesującym tekstom. Zatem, wyciągam zdewastowaną mocno, rozlatującą się książkę Pt. „Podróże z moją ciotką” Grahama Greene’a, by jeszcze raz móc delektować się jej urzekającą atmosferą.

sobota, 28 czerwca 2008

Myśli jak bańki mydlane

Myśli są jak bańki mydlane. Wydmuchniesz taką, a ona pokręci się chwilkę, uniesie, jakby chciała od razu do nieba, a wystarczy najlżejszy ruch powietrza i już jej nie ma. Tylko resztki wody na nosie. Czasami mienią się barwami tęczy, kolorowe, wirujące, jak dziecięcy bączek. Wyparowują w mgnieniu oka. Zastanawia mnie, co by było, gdyby myśli się materializowały? Wszystkie, bez wyjątku. Szczęście wielkie, że to niemożliwe. Czym są, gdzie się rodzą, dlaczego przybierają taką , a nie jakąkolwiek inną, formę? Nie wiem. Tak wielu rzeczy nie wiem, a chciałabym wiedzieć. Na przykład, co się dzieje z myślą, która już została pomyślana? Czy mózg ją gdzieś przechowuje, czy wymazuje gumką myszką? Albo: dlaczego niektóre nasze myśli pamiętamy, a innych nie? Leżę sobie w łóżeczku, grzecznie leżę, wieczorem, noc zagląda do okien, księżyc-ogrodnik przechadza się wolniutkim kroczkiem pomiędzy swoimi gwiezdnymi grządkami, a ja pod cieplutką kołderką właśnie układam wiersz. Myśli są tak wyraziste, prawie czytelne, rymy się układają zgrabnie, płynnie, sensownie, tylko wygrzebać się z tego ciepełka nie mam ochoty, oczy zamknięte, chociaż nie śpią jeszcze. Dobrze, bezpiecznie, spokojnie. Powtarzam sobie ten wierszyk, już prawie go umiem na pamięć. Jutro zapiszę, nie chce mi się teraz otwierać komputera, a kartki żadnej pod ręką akurat nie ma. Jutro. Zapiszę. Zasypiam chyba, nie wiem, bo już dalej nie pamiętam. Wiersza rano, po przebudzeniu, też zresztą nie pamiętam. Dlaczego? Nawet nie wiem, o czym miał być. No właśnie, dlaczego tyle pytań pozostaje na zawsze bez odpowiedzi?

piątek, 27 czerwca 2008

Symbole

Nie wyobrażam sobie naszej firmy bez Szefa. Szef jest jak logo, nikt inny nie będzie pasował do tej funkcji. Bez trudu można by wymienić załogę, ze mną włącznie, ale nie szefa! Na wszystkim, co się z tą instytucją łączy odcisnął piętno swojej osobowości. Nie znaczy to wcale, że z szefem jest zawsze lekko, łatwo i przyjemnie, nie! Bywa różnie, jak to w pracy. Czasem drażliwie, wkurzająco, najczęściej jednak zabawnie, choć zawsze bez szans na dłuższy oddech ulgi. Pracy jest tyle, że nigdy nie widać końca. Ale można zawsze powiedzieć, co się myśli, nie trzeba udawać, ani podlizywać się. Dla mnie to bardzo ważne, lubię jasne sytuacje, wtedy wiem na czym stoję. A udawać jakoś nie potrafię, z natury jestem raczej pyskata, często mówię więcej, niż należy. Szef wybacza. Zawsze.
Podobnie trudno wyobrazić sobie nową Polskę bez L.W. Ogromnie łatwo natomiast bez braci K. Wielu, ja też, chętnie widziałoby tę Polskę bez. Niestety, brak widoków. Ale L.W. jest ikoną, symbolem przemiany dziejowej, moim zdaniem nikt nie powinien tego zmieniać. Pod koniec epoki fałszu i zakłamania trudno było przetrwać, a przedtem było jeszcze gorzej. Ktoś, kiedyś powiedział, że „cel uświęca środki”. Może nie wszystkie środki uświęcają każdy cel bez wyjątku, ale w tym wypadku myślę, że akurat mogłoby to mieć miejsce. Nie wiem, czy miało, ale na pewno mogło. I ja, gdyby nawet było, nie miałabym o to pretensji do L.W. Znakomicie określiła nagonkę na „Matkę Boską z W. w klapie” chyba Ewa Milewicz, nie pamiętam już dokładnie: „Mówią, że rewolucja zjada swoje dzieci, u nas rewolucja zjada swoich ojców”. A L. W. nareszcie, chociaż trochę późno, powiedział w wywiadzie: ”Idźcie wszyscy do diabła! Uważacie, że byłem agentem, wasza sprawa! Podziękujcie w takim razie Ubecji, że załatwiła wam wolny kraj”.
Jak się tak rozejrzeć dookoła, to ma się wrażenie, że my ciągle jeszcze walczymy o tę wolność osobistą, o prawo wyboru, o pluralizm. Stagnacji na horyzoncie nie widać. W którąkolwiek spojrzeć stronę – strajki. O wszystko. O cokolwiek. Jedni – bo chcą zachować przywileje, drudzy, bo chcą pieniędzy, itd. Nie warto się na tym koncentrować.
Szef powiedział mi, że nie jestem socjalistką. Ano, nie jestem, prawda. Nie znoszę postaw roszczeniowych, nie cierpię rozdawnictwa bez powodu. Nie zgadzam się z podziałami na równych i równiejszych. Każdemu według zasług, a nie potrzeb, to moja dewiza. Dostaliśmy wolność, stanęliśmy przed koniecznością dokonywania wyboru swojej drogi. Możemy z tej szansy skorzystać, albo nie, to indywidualna sprawa. Ale żądanie, żeby robić wyjątki dla jakiejś grupy społecznej, bo „jej się należy” do mnie nie przemawia. I jakoś się kłóci z pojęciem demokracji. Bo wolność, to także odpowiedzialność. Tak myślę. Podobnie jest z wiarą: wierzysz, bo łatwiej zrzucić odpowiedzialność za wszystko na Boga, który przecież o wszystkim decyduje, z góry zakładając, jak potoczy się twój los. Nie wierzysz – musisz wziąć na swoje barki ciężar swoich błędów i osobistych porażek.
My, jako naród, w większości wierzący, bardzo lubimy obarczać odpowiedzialnością za wszelkie zło kogoś innego, nie siebie ( broń Boże!), ale na przykład taki „układ”. Układ to w ogóle bardzo przydatna instytucja, znaczy wszystko i równocześnie nic. Najmilsze w tym pojęciu są właśnie domysły…

Powiało smuteczkiem

Struna

Nie wiem, kiedy to się stało…

Miotam się, biegam

często bez potrzeby.

Jakbym szukała komórki

do wynajęcia…

Pewnie przypadkiem

potrąciłam tę

uszkodzoną strunę…

Nic się właściwie nie stało

- ona i tak wydawała tylko

fałszywe dźwięki…

Pękła.

Odskoczyła gwałtownie

i zraniła mnie w czoło…

Pozostała blizna

głęboka jak ...

depresja…

Złe nie śpi. Powiało smutkiem, mocno powiało, huraganowo wręcz. Świat wirtualnej Złotej Dzielnicy ostatnio coraz częściej z butami pcha się w szarzyznę realnego życia.
Przyszło mi do głowy, że Internet jest niebezpiecznym narzędziem w rękach ludzi o zbyt poważnym charakterze. Jeżeli się traktuje znajomości zawierane w sieci ze śmiertelną powagą, uznając przy tym, że interlokutor mówi o sobie prawdę, a do nas to, co naprawdę myśli, to nieszczęście gotowe. Może przydałyby się badania psychologiczne dla użytkowników? Albo jakiś test na wyobraźnię i zdrowy rozsądek jednocześnie?



czwartek, 26 czerwca 2008

Niedoszły samobójca

Co robić, gdy się jest świadkiem niecodziennego, a na dodatek – podejrzanego zdarzenia? Ot, dylemat! Kilka dni temu, późnym wieczorem wyglądałam z okna, obserwując zbierające się na nocleg ptaki. Przed samym nosem przeleciała mi siwucha. Patrząc w ślad za ptaszyskiem, nagle dostrzegłam tajemnicze zjawisko: po kratownicy ramienia potężnego dźwigu, wznoszącego się nad miastem na tle szybko ciemniejącego nieba, powoli maszerował jakiś człowiek. Zdrętwiałam – pewnie samobójca! Samobójca jednak domaszerował ostrożnie do samiutkiego koniuszka wysięgnika, po czym wychylił się i spojrzał w dół, a następnie zasiadł ostrożnie i zaczął dyndać sobie nóżętami na wysokości mniej więcej szóstego piętra. No, samobójca raczej by nie dyndał – pomyślałam. Ale, co robić: dzwonić pod 997, czy do Straży Miejskiej? Przecież o 22:00 raczej robotnik nie plącze się po budowie, a stróż zapewne w najlepsze ogląda sobie w swojej budce TV, albo rżnie w karty z kumplami, nie mając bladego pojęcia, że ktoś wdrapał się na tego żurawia. Taaak .... hmm, ale jak się wezwane służby zanadto zaangażują w temacie – myślę sobie dalej – to, o ile to jakiś alpinista domorosły jest, a nuż spadnie ze strachu? Wyciągnęłam z szuflady „lornią” i postanowiłam najpierw popatrzeć, a potem zdecydować, bo odważniak siedział spokojnie, nadal dyndając giczołami. Nic niepokojącego się nie działo, tylko mnie drążyły wątpliwości. Szczęściem po jakiejś połowie godziny dyndania, delikwentowi znudziło się i rozpoczął mozolną wędrówkę z powrotem, widziałam jeszcze jak powoli schodził na dół z wieży dźwigu i nareszcie zniknął mi z oczu, skrywając się za przesłaniającym widok blokiem. Od tamtego wieczoru rozmyślam wciąż, czy dobrze zrobiłam, nie interweniując, bo – tak, czy owak – nie powinien się tam znaleźć, ten ktoś.

Najwyraźniej pozostanę już sam na sam ze swoimi rozterkami…

Obcy, znaczy inny

Jedną z niewielu obowiązkowych lektur szkolnych, które przeczytałam w młodości z niekłamaną przyjemnością, była „Dżuma” A. Camus. Kilka lat później, ale dawno temu, wpadła mi w księgarni w ręce inna proza tegoż autora – „Obcy”. I tę, lekuchno podniszczoną nowelkę, znalazłam przypadkiem przedwczoraj w swojej biblioteczce. Rzecz jasna, natychmiast przystąpiłam do lektury. Zadziwiające, jak po latach umyka z pamięci treść, zwłaszcza, gdy się dużo czyta. Jedne książki „nakładają się’ na drugie w rejestrze pamięciowym czytelnika. Dla mnie zrozumiałe jest, że do już przeczytanych książek trzeba wracać, po jakimś czasie, a czyta się je z reguły jeszcze lepiej, bo pomalutku odgrzebują się wątki, wyobraźnia przywołuje zapamiętane niegdyś obrazki.

„Obcy” to szczególna pozycja wśród przeczytanych przeze mnie pozycji. Pisana jakby od niechcenia, beznamiętnie i sucho opowiadająca o popełnionej zbrodni. Książka tchnie nihilizmem, abnegacją, rezygnacją i buntem przeciw. Przeciw czemu? Chyba wszystkiemu, co narzucone tak zwaną moralnością społeczną, zwyczajami i wymyślonymi zasadami. Obojętność zbrodniarza, który zszedł na złą drogę przypadkiem, zrządzeniem losu, drażni, by nie powiedzieć, że – złości. Ale, to tylko pozory. Od każdego członka społeczeństwa się wymaga wiele, nie jest przy tym ważne, czy on czuje potrzebę bycia jednym, z szeregu jednakowych, porządnych obywateli. A przecież, być może, on w ogóle nie potrzebuje niczego? Chce sobie po prostu – być. Nie ma marzeń, oczekiwań, obserwuje świat z obojętnością stoika, jest mu wszystko jedno – krótko mówiąc. Wiem, to nie jest naturalne podejście. A bohater książki, w gruncie rzeczy, nie jest ani dobry, ani zły. Jest, jaki jest…gdyby jednak bardziej pasował do utartych wzorców, pewnie by go nie skazali na śmierć, a tak – opowiadanie się urywa tuż przed egzekucją.

Cóż, bohater - narrator nie może opowiedzieć, co czuł w chwili śmierci…

Najbardziej intrygujące stwierdzenie skazańca w celi śmierci? – „ Mam za mało czasu, żeby zajmować się teraz Bogiem, który nie zajmował mnie nigdy przedtem.” – to była odpowiedź na naciski ze strony księdza.

środa, 25 czerwca 2008

Dzielnice i zaułki (2007)

Dzielnica nędzy

w ciasnym zaułku

w cieniu kontenera

w którym ta dzielnica

swoje śmieci zbiera

ciało spoczywa

gazetą okryte

głodem wychudzone

i dawno nie myte

do policzka tuli

pustą już butelkę

z nadzieją, że rankiem

znajdzie w niej kropelkę

pusty odgłos kroków

przerwał nocną ciszę

poeta ostatnią

strofę wiersza pisze...

Złota dzielnica

Masz trochę czasu, wędrowcze?

wstąp do Złotej Dzielnicy -

tu strumień ludzki drąży

trotuar każdej ulicy.

Można tu powiedzieć wszystko,

co tylko się zachciewa,

choć wszyscy naraz coś mówią,

dzielnica ciszą rozbrzmiewa.

Jak się odnaleźć w tłumie,

w tym niemym gwarze ulicy?

Jak dotrzeć do właściwych uszu,

gdy tyle ich w tej dzielnicy?

Ja nie wiem, bo ja sama

wykrzyczeć mam czasem ochotę,

że piękne słowo jest srebrem,

ale milczenie jest złotem!

Zaułek miłości

Wśród latarń czerwonych,

wzdłuż kamienic rzędów

wędruje poeta –

śladem swoich błędów.

Idzie zamyślony,

prawie nieprzytomny,

twarze w oknach myślą,

że on taki skromny!

Chociaż się ku niemu

nagie chylą biusty

on – wciąż obojętny,

nadal wzrok ma pusty.

Liczne się ku niemu

z okien kłonią dłonie,

on, ślepy, podąża,

gdzie zaułka koniec.

W otchłań ciemnej sieni

zanurza się śmiało,

zostawi tu dzisiaj

i duszę i ciało…

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Romantycy

z głową w chmurach

z duszą zwichniętą

z głupotą wypisaną na czole

nie widzą

że depczą uczucia...


Pocałunki ( 2007)

delikatnie dotykasz

mojej twarzy

twój oddech

niepewnością

zamyka mi oczy

ledwie przed chwilą

ustami miękkimi

jak aksamit

musnąłeś mnie

za uchem

a rozkoszne ciepło

rozlało się

spłynęło po mnie

docierając

do czubków palców

u moich stóp

nie omijając niczego

po drodze...

jestem bezwstydna

środa, 18 czerwca 2008

czerwone i czarne

Życie malowane

szczęściem w nieszczęściu

malowane życie
beztroską w rozsądku
niesmakiem w zachwycie
odwagą w tchórzostwie
mądrością w miernocie
szczerością w oszustwie
i rozpustą w cnocie.
nienawiścią w miłości
lenistwem w zapale
bogactwem w ubóstwie
oziębłością w szale
....................................
potępieńcy zamknięci
w cielesnej powłoce
na rozterki skazani
jak na dożywocie...


Niekiedy jakaś niesprecyzowana, niejasna myśl wyzwala iskierkę twórczą, nie, żeby zaraz - arcydzieło, ale takie sobie maluśkie spostrzeżenie, trącające domorosłą filozofią.



Kilka lat przymierzałam się do przeczytania „Czerwone i czarne” Stendhal’a. Jest jeszcze kilka takich dzieł, do których podchodzę trochę tak, jak do jeża – ostrożnie i bez pośpiechu. Wczoraj wieczorem skończyłam lekturę. Przeczytałam wstęp i posłowie do książki. Wynika z nich, że dzieje popularności i oceny literackiej tego tekstu, napisanego w XIX wieku, nie były proste. Współcześni nie rozkochali się w Stendhal'u, w przeciwieństwie do Balzaka. A sam Balzak uważał Stendhal’a za znakomitego pisarza. Wstęp do polskiego tłumaczenia napisał jeszcze nieoceniony T. Żeleński-Boy. Dobrze jest skonfrontować swoje odczucia po lekturze z wrażeniami mądrzejszych od siebie. Zawsze czytam najpierw książkę, potem wstęp, o ile w ogóle jest. Początek lektury był trudny, miałam wrażenie, że autor do końca nie wie, o czym zamierza pisać. W miarę, jak zagłębiałam się w treść, powoli zaczynałam rozumieć to i owo. Nie szło zbyt łatwo, bo z historii nigdy nie byłam dobra, ale – może dlatego, że w życiu parę tekstów z epoki, zwłaszcza Balzaka, przeczytałam – jakoś udało mi się ostatecznie wczuć w klimaty. Czterysta stron z nawiązką, a mniej więcej od 50 trudno już rozstać się z tą książką, chociaż uczucia mieszane, muszę się teraz zgodzić z Boyem – przyjemność i niesmak towarzyszą czytelnikowi przez cały czas. Ale może o to szło autorowi? Im dłużej o tym myślę, tym większą mam pewność, że tak. Chciał poruszyć, zniesmaczyć i rozdrażnić. Przez cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że z czymś mi się tekst kojarzy, długo trwało, zanim dotarło do mnie – z czym. W pewnym momencie zrozumiałam wyraźnie, że z moim własnym wierszem „Malowane życie”. Stendhal napisał o tym samym, tylko prozą. Rozterki młodego Juliana, które ostatecznie doprowadziły go na gilotynę, odzwierciedlają o wiele bardziej wyraziście human behavior, niż mój, zapewne grafomański, wiersz. Warto było przeczytać. I, jak Boy, z pewnością wrócę jeszcze do tej książki nie jeden raz.

wtorek, 17 czerwca 2008

Konkurs tańca towarzyskiego na murawie

Dwa do przodu, trzy do tyłu,

potem kopnąć kogoś w udko,

a drugiemu dać po głowie,

i wycofać się szybciutko.


Splunąć w trawę, zrobić kroczek,

kręcić piruet, z wdziękiem pląsać,

szarpiąc gościa za koszulkę,

i na gwizdek się nadąsać.


Jeszcze tylko szybko sprawdzić,

czy skoszona trawa równo.

Tak zwykła grać nasza drużyna -

Cóż… tak wygląda polski futbol…

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Football i aborcja

I znowu Pani M. Środa dolała oliwy do ognia felietonem „o aborcji się nie mówi”. W komentarzach mnóstwo wyzwisk i insynuacji. A Pani Środa i tak była delikatna i wstrzemięźliwa. Ja bym napisała bardziej bezpośrednio: kobieta jest w tym kraju traktowana gorzej, niż bandyta. Bandytów wypuścili na wolność, chociaż zamordowali kilka niewinnych osób, w tym dzieci. Dlaczego wypuścili? – bo się boją opinii społecznej, która tutaj decyduje o wszystkim. A opinia uwielbia mundurowych. Wszystko im wybaczy, pod jednym wszak warunkiem – że to „nasi”. Samouwielbienie Polaków nie ma granic. A na marginesie tak, to ciekawi mnie szczególnie, co też opinia sądzi o nieszczęsnych płodach, które zostają w całości, lub tylko ( co gorzej!) po części wchłonięte przez bliźniaczy płód? Nic chyba nie sądzi, kościół też milczy w tej sprawie, bo zdaje się mało wygodna jest. Trudno wytłumaczyć to zjawisko miłością bezgraniczną, albo doświadczaniem na tzw. próbę wiary. O samoistnych poronieniach też ani mru mru… intrygujące to jest, przynajmniej dla mnie.

W ogóle dziwnym jesteśmy narodem, nie ma co! Sędzia, któremu nawet premier złorzeczył, musi się teraz chronić przed naszymi rodakami. Miły obrazeczek. Jak, nieopatrznie, uznał niesłusznie gola ze spalonego, to było OK, bo dla nas, jak nawet ja, choć kibicem nie jestem, widziałam gołym okiem chamskie zachowanie naszego piłkarza, nie jeden raz widziałam – walenie po głowie, na przykład ( Roger) - to krzyk i wyzwiska z miejsca. Kali kraść – nie grzech, Kalemu kraść – grzech, taka ta nasza narodowa filozofia Kalego…

Najbardziej mnie złości to, że chociaż nigdy nie było mi blisko do "Czerwonych", to ostatnio coraz częściej jedną nogą wdeptuję na ich terytorium, mimo woli. To może już lepiej zapiszę się do nowego kościoła ateistów? Podobno taki gdzieś ktoś założył, muszę się wczytać. A potem już będę walczyć o prawa mojego kościoła, jak inni, bo jako tzw. "nie zrzeszona" nie mam żadnych praw, jak dotąd.

niedziela, 15 czerwca 2008

naszyjnik z bursztynu


Bursztyn. Łzy zranionych drzew.
Powódź zbiera swoje żniwo –
kruche drobinki życia,
nieświadome swojego losu,
bezcenne skarby przyszłości…
Księżyc - latarnik,
miliardy razy okrąży Ziemię,
nim skamieniałe, złociste perły
rozgniewane morze wyrzuci na brzeg…
Chciałbyś zamknąć w bursztynie
swoje uczucia, swoje szczęście
żeby przetrwały wieki…
Żywiczne mumie miłości
w grobowcach słonego piasku
będą czekały na zmartwychwstanie…


Naszyjnik bursztynowy, który dostałam od Ciebie wiele lat temu. Jak symbol nieśmiertelności.


piątek, 13 czerwca 2008

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

***
Z takim trudem
odnaleziony,
zamknięty w garści
głaskany
opiekuńczym spojrzeniem
wyślizgnął się
i przepadł bez wieści
spokój...


Nadzieja jest wierną towarzyszką, ale spokój nie lubi trwałych związków...

Zaginął młody mężczyzna, w biały dzień, w samym środku wielkiego miasta. Wsiadł w samochód, miał pojechać do domu, po pracy. Tyle, że nie dojechał, chociaż miał pokonać zaledwie kilka kilometrów...
A żona czeka...Nie ma chyba nic gorszego, niż niepewność. Są ( byli?) małżeństwem tak krótko...
Czarna dziura - może nie tylko w kosmosie?

Czarna dziura

Błąkam się w bezkresie

nie ma kierunku nie ma czasu

nie ma stron świata

zaczepiłam nogą niechcący

o nieznany znak zodiaku

oglądam się za siebie

ale przecież nie ma za mną

ani przede mną nie ma obok

wiszę zawieszona w próżni

głową w dół ale przecież

nie ma dołu ani góry

nie ma wewnątrz ani zewnątrz

lodowata czerń otacza mnie zewsząd

rozpadam się rozciągam

jak guma orbit bez cukru

już mnie nie ma

przekroczyłam horyzont zdarzeń

zostały po mnie resztki

promieniowania rentgenowskiego.

czwartek, 12 czerwca 2008

wkurzenia

Mam dość.

Chyba się starzeję, bo ostatnio coraz więcej spraw mnie wkurza.

Wkurza mnie na przykład Euro2008. Co roku mnie już jest gorzej, gdy tylko zbliża się czerwiec. I tak mam szczęście, bo ani mąż, ani syn kibicami sportowymi nie są. Więc w domu atmosfera bezsilnej złości kładzie się równomiernym cieniem na życiu rodzinnym. Niby te flagi narodowe nie dyndają za oknem, ani nie sterczą na dachu autka, piwo nie leje się strumieniami, a ściany nie drżą od dzikich okrzyków, ale i tak pozostaje coś w rodzaju niesmaku, że dla kibiców, czyli wszystkich „niedorośniętych” jest cały ten zamęt, media brzęczą, jak bąki w trawie, można przerzucać kanały w TV, a tu albo już rozpacz, albo jeszcze pobożne życzenia. A my, „niekibice”, to co? Ja chcę obejrzeć wreszcie naprawdę dobry film, albo sztukę w świetnej obsadzie. Ja chcę programu w rodzaju „Sondy”!!! Ja płacę ten cholerny abonament, do diaska! Ja mam prawo. Chcieć. A mnie się serwuje w ramach rzekomej funkcji społecznej – teleturnieje, melodramaty, seriale w ilościach stanowczo przekraczających potrzeby tego bezmózgowego społeczeństwa z reklamy proszku do prania i kostek Knorr. I sport.

Ja chcę żeby mnie program TV poruszył, ale nie chcę afer, pań z buzią w ciup, opowiadających z udawaną troską o cudzych nieszczęściach, którymi ta pani się żywi, na dodatek wcale niezgorzej wygląda na tym wikcie… A dużym chłopcom, którzy w krótkich majteczkach biegają po trawie za jedną piłką, jakby ich nie było stać na więcej, nie mam nic do powiedzenia, bo mnie oni nie obchodzą nic, a nic! Powodzenia im też nie życzę, bo ono także mnie ani ziębi, ani grzeje. Owszem, są tacy, którym tego powodzenia życzę z całego serca – to ludzie nauki, nie sportu. Jakoś tak już jest, że fascynuje mnie siła umysłu, nie mięśni.

I jeszcze mnie wkurza na przykład gloryfikacja A. M. Ja współczuję szczerze rodzinie, ale najbardziej współczuję maleńkiej córeczce, która z rozmysłem została wpół osierocona, a co z nią będzie dalej? Któż to wie…ojciec jest młody, będzie chciał sobie ułożyć życie, a ona? Czy nie będzie mu w tym przeszkadzać?

Błogosławiona, beatyfikować… no, to już nadto! Nie dosyć, że realizowała swoją potrzebę macierzyństwa nie oglądając się na konsekwencje dla dziecka? To ma być poświęcenie? Nie, dla mnie to najczystszy egoizm! Czy A.M. pomyślała, że jej dziecko też może być chore? Nie, myślała tylko, że chce być matką. Choćby przez chwilę, a potem niech martwią się inni. I jeszcze: gdyby nie była „złotką” pies z kulawą nogą by o jej rzekomym heroizmie nie wspomniał…

I jeszcze mnie wkurza w podobnym temacie sprawa tej 14-latki w ciąży. No, jak w średniowieczu, chociaż nie wiem, czy wtedy nie było łatwiej…bo panowała ciut podwójna moralność, papież miewał dzieci, nikogo to nawet nie dziwiło. Ja sobie nawet jestem w stanie wyobrazić, jak się czuje osaczona dziewczyna, bombardowana wizjami wiecznego potępienia, obrazami mordowanych w łonie matek dzieci. Nic dziwnego, że już nie wie, czego chce. Zresztą, w tym wieku – rzadko się wie, czego się pragnie, to normalne, zdaje się.

A mnie nie chodzi o ten, konkretny przypadek, mnie idzie o regułę. Religia – w szkole. A co z tych lekcji wynoszą dzisiaj dzieci? Nic, zupełnie nic. Chodzą, bo ktoś im każe, bo to taka „gumisiowa tradycja”. I robią swoje, tyle, że nie przygotowane do życia seksualnego w ogóle. W mediach o każdej porze seks i przemoc, nikt już tego nie kontroluje. Wzorców, dobrych wzorców – zero. Chyba, że ktoś uważa, że wzorce można czerpać z seriali i Big Brothera! Te dzisiejsze dzieci nawet powiedzieć jednego zdania sensownego już nie potrafią, ale ćpać, pić, uprawiać seks, to i owszem, tyle, że po powrocie z kościółka. A skutki – widoczne gołym okiem.

Czemu się czepiam? A, bo lubię! Bo chcę, żeby Państwo nie wydawało niepotrzebnie pieniędzy na religię w szkole, od tego jest kościół, taki, czy inny, żeby nauczać u siebie, a nie w szkole! I chcę jeszcze, żeby nie wyrzucać pieniędzy na boiska piłki nożnej w każdej gminie, bo stokroć bardziej zdrowe są baseny, mamy wszak koślawe dzieci. Boisko „produkuje” kolejnych chuliganów: jak się kopie piłkę, to i dokopać komuś dużo jakoś łatwiej. I jeszcze jedno: proszę nie epatować obrazkami nieszczęśliwych rodzin wielodzietnych, którym koniecznie trzeba pomagać finansowo, proszę nie żerować na dobroci mojego serca, bo ja tych dzieci nikomu mieć nie kazałam! Kogo stać na jedno, powinien mieć jedno. A księdza się w tej sprawie radzić nie należy, bo on nikomu ze swojej tacy nie da nawet grosza. To pewne!

O, kierowcy manifestacyjnie wystroili się znowu w stroje kibiców, bo: „nikt nam nie zabroni być Polakami”. Ki czort? Co ma polskość do kibicowania? Pracodawcy żądają ( i słusznie!) zdjęcia flag i innych symboli, bo w pracy obowiązuje ( sic!) praca!!! A nie manifestacja.

Ale ja jestem cierpliwa, ja poczekam... kiedyś, gdy będzie startować polska drużyna w piłce plażowej, ja sobie spokojniutko założę minimalistyczne bikini, albo i topless wystąpię i udam się do pracy – reprezentować firmę. I niech ktoś spróbuje mi zabronić! – ja będę kibicem. Świadczyć o tym będzie wymalowana na nagim biuście flaga narodowa.

A co? Się nie podoba?

wtorek, 10 czerwca 2008

I znowu się zaczęło...

Mucha

Któż to łazi po ekranie?

Złości mnie tu niesłychanie!

Oj, nie będzie wcale miło,

gdy przyłożę ścierą w ryło!

A to larwa, to paskuda,

Myśli, że się wymknąć uda!

A ja sprytem się wykażę,

Udam, że nie przyuważę,

A potem nagle tę potworę

Trafię w tyłek kursorem.

A jak i to nie pomoże,

To backspacem jeszcze dołożę,

A na koniec jeszcze przy tem

Załatwię ją Deletem.

Niech nie myśli sobie, że może

Siadywać na osobistym monitorze.

I niech wie, że to bardzo łatwo

Naruszyć przestrzeń prywatną

Teraz pogrążona w determinacji

Rozmyślam o eksterminacji

Prawo jest po mojej stronie!

Plask! I już. Koniec.

niedziela, 8 czerwca 2008

Apokalipsa

Jeden kciuk za moją Przyjaciółkę ( egzamin końcowy), drugi za Pana Monsza ( prezentacja pracy i ostatnie egzaminy przed dyplomem)mam nadzieję, a właściwie jestem pewna, że skutecznie.

A w domu apokalipsa, cytując aż nazbyt dobrze mi znanego młodzieńca. Najpierw się pojawił przeciek na złączce rury pod termą, ciecze na półkę w łazience, trzeba było "tymczasowo" owinąć taśmą uszczelniającą - efekt: ciurka delikatnie, więc jeszcze tylko salaterka, potem się naprawi. Następnego dnia, wczesnym rankiem, zaspany Pan Monsz upuścił do umywalki wodę kolońską w szklanej butelce. Umywalka była nadpękniętą ciut, więc nie zdzierżyła - dziura wielkości deserowego talerzyka. Nawet mnie to nie zdenerwowało, a wręcz przeciwnie - rozśmieszyło, bo Pan Monsz tak był zaspany, że w pierwszej chwili pomyślał, że to lustro się potłukło i spadło do umywalki, zdziwiło go tylko, że w tym odłamku zobaczył własne stopy, hi hi... wtedy dopiero oprzytomniał. Kupić umywalkę do baterii ściennej już dzisiaj trudno, wszystkie z otworem do stojącej produkują. Znaleźliśmy jedną , jedyną w hurtowni, za to tanio, bo niechodliwa. Zatem umywalka wymieniona. Trzeci dzionek... czajnik elektryczny się zbuntował i przestał grzać wodę. Trudno - garnuszek na gaz i jakoś jest. Ale dzisiaj rano, kiedy Pan Monsz się do tych szkół szykował, zauważyłam, że z termy cienką strużką spływa woda, niby powinna spływać, ale nie - górą!!! Nie po obudowie! Nic nie powiedziałam, przecież i tak zestresowany jest, zdąży się zdenerwować po powrocie.
Cholerny świat, wszystko tak jednocześnie??? Ja się spisuję! Na dodatek synuś zarobił 100zł w tym miesiącu, bo mu 800zł za mandaty zajął skarbowy. A on na to: " na tyle wyjeżdżonych przeze mnie km, to i tak mało chyba, no nie?"
No nie!
Kolejny kredycik mnie czeka, fajnie...
Na razie potrzymam te kciuki, martwić się będę nieco później!
Moi kochani studenci, nie zróbcie mi zawodu!

czwartek, 5 czerwca 2008

Jaśmin

Jak ten żydowski koń, który "zawsze znajdzie jakąś dziurę w moście, żeby w niej nogę złamać", ja nigdy nie przepuszczę okazji, żeby się lekuchno uświnić. Nalewanie mleczka do kawusi jest jedną z takich okazji.
Nic to... nic to... za oknem najcudowniejsza mieszanka - woń świeżo rozkwitłego jaśminu zmieszana z zapachem ziół łąkowych i słońce i wiaterek, który pieści i całuje w podzięce za te wonności, powodujące zawrót głowy. Oh! Wiosna.......


Uff... ale gorąco...

Wiatr zachodni kwiat lipy porywa,

pyłkiem żółtym dmucha mi w oczy.

A cóż lipa? Lipa coś szepcze radosna,

kłania się tysiącem zielonych warkoczy.


Jałowa, wody spragniona ziemia,

ówdzie szyję wyciąga złota dziewanna

wzgardzona, niepotrzebna nikomu

choć wcale nie brzydka stara panna.


Nad łąką kołuje polujący bociek,

żaby przed nim chowają się w stawie.

Bocianowa zerka w górę zdziwiona:

Czy mąż to, czy inny latawiec?”

środa, 4 czerwca 2008

dziecinnieję chyba

"Stara baba za piec wlazła
i buraczka tam znalazła:
Mój buraczku, chodź do garnka,
będzie z ciebie barszczu miarka,
wprawdzie jesteś już spleśniały,
lecz barszcz będzie doskonały!
........................................
......................................
coś tam, coś tam.............
Jedzcie barszczyk, Kumciu miła!
Kot go nie chciał, pies nie dojadł,
moje dzieci go nie chciały,
ale barszczyk - doskonały!!!

To prawda, człowiek dziecinnieje ciut na starość.
Znajoma moja wspomniała Bajkę o Hani, z książki, której brakuje części kartek, cóż - starość. Ludziom brakuje zębów, a książkom kartek. I czasem jedne i drugie trudno uzupełnić. Niby w Internecie można znaleźć wszystko, a jednak, okazuje się, że nie... ani Bajki o Hani, ani bajeczki, której fragmenciki krótkie pamiętam, a tytułu - nie, też nie ma.
A, pamiętam wciąż, że we wczesnym dzieciństwie, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Chyba pierwszy raz uświadomiłam sobie wtedy, że ludzie miewają rozmaite wady, nie są doskonali. I, że niektóre z tych wad, są trudne do zaakceptowania. W domu się "nie przelewało", oszczędność byłą koniecznością, ale była to oszczędność na miarę zdrowego rozsądku. Mama nie była jak ta Stara Baba, na szczęście!

wtorek, 3 czerwca 2008

wiosna

Lada chwila zakwitnie pod moim oknem jaśmin. Jucca karolińska też wznosi już coraz wyżej dwa grube pędy, gęsto upstrzone zawiązkami dużych, dzwonkowatych kwiatów. Po bzie pozostały już tylko zrudziałe resztki, nawet akacja rdzewieje, chociaż ledwie kilka dni temu zakwitła. Pachnące cudnie i odurzająco kwiaty więdną i usychają błyskawicznie. A wiosna zawsze szybciej odchodzi, niż nadchodzi.

...............................................................................................................

Jak młodość.

niedziela, 1 czerwca 2008

Pieniądz

Co dzisiaj naprawdę się liczy?
Wiedza, majątek, uroda?
Rozum to skarb bezcenny,
przynajmniej dawniej był,
ale teraz – eh, gadać szkoda!

Duże pieniądze trzeba mieć.
Skórzane meble prosto od Klera
w domu , jak pałac , wielkim
z tablicą „Security” na ogrodzeniu.
No i basen, koniecznie, cholera!

Trzeba spędzać urlop w Spa,
a potem zaraz na jakiejś Majorce,
albo na innych Azorach, Bahamach…
I w golfa grać umieć trzeba,
bo takie są nowobogackie wzorce.

Młodym być wiecznie należy.
I zawsze młode mieć żony.
Pod skórę wstrzykiwać botoxy,
peelingów i masaży zażywać,
a tu i ówdzie wszczepiać silikony.

Tak myślę sobie właśnie, że
dlatego świat tak mnie zachwyca,
że mogę starzeć się spokojnie,
groszem nie śmierdzę, mało śpię,
nie jestem ciała niewolnicą.

Wyjeżdżam. Spoko! Drzwi zamykam.
Alarmów nie ma, bo i po co?
Złodziej nie głupi, dobrze wie -
majątku nie mam. Po co mu
na darmo włóczyć się tu nocą?

Czasem, gdy On powtarza wciąż:
Kto wie, co jeszcze się przydarzy?
W tej starej bluzce ślicznie ci!
Ja marzę , by powiedzieć mógł:
W tych norkach, miła, ci do twarzy!?

Nie znoszę skórzanej odzieży, nie lubię futer, biżuterii, mogę się spokojnie bez nich obejść w życiu. Ale, choć pieniądze nie stanowią o sensie życia, to zdecydowanie mają wpływ na jego jakość. Co by nie powiedzieć, to staje się ono łatwiejsze. Pieniądze są cudownym środkiem, służącym osiągnięciu niejednego celu. A parę takich, godnych uwagi bym znalazła.

blichtr i miernota

Być może inni rzeczywiście lubią imprezy w rodzaju uroczystości wręczania Oscarów, etc… możliwe też, że ludzi naprawdę fascynuje prywatne życie tzw. gwiazd, ploteczki, afery rozmaite i podglądanie przez dziurkę od klucza tych, którzy znajdują się na takim, czy innym świeczniku. Wczoraj widziałam i wysłuchałam preludium do symfonii sztucznych uśmiechów, do udawanego zaskoczenia ulubieńców publiczności. Media zachłystywały się wspaniałością sukien, garniturów i dżinsów za 4 tysiące zł. Panie przybierały wystudiowane pozy, wdzięcząc się do kamer. Panowie udawali nonszalanckich bywalców wielkiego świata. A wszystko po to, żeby chyba samemu sobie wmówić, że się jest Kimś.
A człowiek nie staje się wielkim, ani lepszym, ani - przede wszystkim – mądrzejszym tylko dzięki opakowaniu i lepszemu oświetleniu podczas sesji zdjęciowej. Nie pomoże retusz na wyzierającą pustkę wewnętrzną, na brak jakiegokolwiek motywu przewodniego w życiu, oprócz tego jednego - żądzy pieniądza i sławy.
I jeszcze to podkreślanie na każdym kroku, że trzeba dobrze wyglądać… Chwilami mam wrażenie, że dzisiaj wystarczy dobrze, albo raczej dostatecznie wyglądać na świat spod skrawków (zminimalizowanej do ostatnich granic) odzieży, a już się jest gwiazdą. Artystki estrady prześcigają się w tej rozbiórce: im bardziej goła, tym popularniejsza.
A Ewa Demarczyk wychodziła na scenę, ubrana po samą szyję, śpiewała „Czarne anioły”, albo fragment „Kwiatów Polskich” Tuwima, a publiczności zapierało dech. I każdy wiedział, że ONA JEST WIELKA…
A aktorzy? Na przykład Kobuszewski, albo Holoubek, albo Ryszarda Hanin, czy Irena Kwiatkowska – oni właściwie nigdy nie „wyglądali”, za to ich kreacje zapamiętam do końca swojego życia. Może właśnie dlatego, że nie są to kreacje spod ręki wielkiego krawca, tylko te, o które naprawdę tu chodzi, a właściwie – powinno chyba chodzić?
Kilka lat temu, moją uwagę zwróciła odpowiedź młodego chłopaka, na pytanie: Po co właściwie jedziesz nad to morze, przecież tam jest straszny tłok w sezonie?
- Jak to – po co? Chodzi właśnie o ten tłok, ja tam nie jadę odpoczywać, tylko się lansować!
No cóż… ja mam wyżej czubka głowy ostatnio lansujących się pseudogwiazdeczek: Cichopków, Bliźniaków, Dod i innych, jakoś w sumie trudnych dla mnie do odróżnienia, a wypełniających mały ekran po brzegi… szkoda tylko, że wypełniających głównie miernotą.