wtorek, 30 grudnia 2008

Niech żyje bal


Kolejny kalendarz spadł ze ściany
prościuteńko w szeleszczący mrozem
bal. Czas, oślepiony ogniem fajerwerków,
wydrapał jeszcze jedną kreskę
na ścianie celi, w której na okamgnienie
zamknięto czyjeś bezsensowne życie.

wtorek, 9 grudnia 2008


Gwiazdka (2007)

Gdy na grudniowym niebie zapłonie
Gwiazdka – światełko dobrej nadziei
niech dźwięk trąb anielskich dotrze
do serc, nawet w najgłębszej kniei.
Niech miłość nad gniewem zwycięży
i umilkną już największe spory,
niech zgoda wśród wrogów zagości
a w duszy wzejdzie ziarenko pokory.

Życzenia świąteczne (2006)

Niech śniegu napada tyle,
ile akurat potrzeba!
Niech będzie na stole chleb
i jeszcze coś do chleba!

Niech kolorowym światłem
zamruga do nas choinka!
Niech się przy stole zbierze
cała kochana rodzinka!

Niech myśli nasze podążą
aż do samego Nieba!
I niechaj zabrzmi kolęda
i więcej już nic nie potrzeba!

Niech będzie nam miło i ciepło,
Niech Gwiazdka zagląda do okien!
Takie niech będą te Święta
wraz z nadchodzącym Nowym Rokiem!

Kolęda (2004)

Już stoi w kącie choinka
pachnąca, strojna, wesoła.
Już się przy stole zbiera rodzinka
i śmiech się rozlega dokoła.

Nieważne, czy stół zastawiony
ubogo, czy też dostatniej,
ważne, że się podzielimy
przy nim wigilijnym opłatkiem.

Gdy Gwiazdka błyśnie na niebie
i spokój zapanuje już wszędzie,
uśmiechnijmy się w ciszy do siebie
i ustąpmy miejsca Kolędzie.


Idą Święta (2006)

Dom pachnie świątecznym ciastem,
karpiem, grzybami i kapustą,
w lodówce, szafkach, na stole
przysmaków czeka już mnóstwo.

W pokoju zielone drzewko
błyszczy bombkami obwieszone,
w komodzie czekają obrusy,
bielutkie, świeżo krochmalone.

Dzieci zniecierpliwione długim
na prezent wymarzony czekaniem,
myślą: gdy nie ma kominka,
jak Mikołaj się tutaj dostanie?

Na honorowym miejscu
stanie talerzyk z opłatkiem,
tuż obok - świąteczna świeca
z małym, świerkowym dodatkiem.

Za oknem zmrok szybko zapada,
Gwiazdkę czarnym szalem osłania,
zbliża się chwila, dla której
trwają te coroczne przygotowania.

W ten szczególny wieczór, gdy na grudniowym niebie wschodzi Wigilijna Gwiazda, niech wszyscy, którzy czują się trochę zagubieni w dzisiejszym świecie, choć na krótką chwilę odnajdą siebie. Przy każdym, świątecznym stole niech znajdzie się miejsce dla zbłąkanych wędrowców i dla osób samotnych, a problemy dnia powszedniego zostaną za drzwiami. A w tę jedyną, zimową noc niech nie tylko zwierzęta odezwą się ludzkim głosem…
Znajdźmy czas na refleksję i zastanówmy się, co tak naprawdę w życiu jest ważne i spójrzmy na świat przyjaznym okiem.

Niech te Święta będą dla Wszystkich chwilą wytchnienia, czasem na spokojne rozmowy przy kuszącym smakołykami stole i migoczących światełkach choinki, a kolejny, 2009 rok, niech przyniesie nam zgodę i spokój na całym Świecie.

Zdrowych i spokojnych Świąt Wszystkim Gościom tej strony życzą Głupstewka

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Kundelki

Prezes K. ma coraz to bardziej złe oczy, na dodatek częściej, niż uprzednio gotuje się ze złości bezsilnej. I zachowuje się jak mały kundelek, który nie mogąc ugryźć ujada zaciekle. Aż się zapowietrza.

„Nie jest sztuką dać się zamknąć w więzieniu, sztuką jest robić coś dla kraju!” – to słowa prezesa. Pod adresem posła N., który w tym więzieniu siedział 4 lata - z powodów politycznych, jako ówczesny, czyli antykomunistyczny, bez mała - terrorysta. Prezes K. nigdy nie siedział, komuna się nim właściwie wcale nie interesowała, ale ( podobno, a zresztą na pewno, bo przecież sam prezes to mówi, to musi być zatem prawda, a w każdym razie – oczywista oczywistość!) to on, prezes, dla tego kraju własnymi „rencamy i nogamy” wolność i pluralizm wywalczał był! I kropek!

Taaak… to całkiem podobnie, jak rząd na uchodźctwie – tyle dla kraju kochanego… bo jak się na wolności tyłka nie nadstawia, w luksusie się pławi, to chyba jasne, że to większa zasługa dla Ojczyzny, niż jakieś tam undergroundowe wysiłki uwięzionych w okupowanym przez kransozwiezdowców kraju. I tak samo z prezesem było. W czasie, gdy inni gięli karki pod razami ZOMO-wców, on sobie przygotowywał pewny, stabilny gruncik pod swoją przyszłą karierę, w spokoju, pod opiekuńczymi skrzydłami mamusi. Teraz może kwakać o tym, że” trzynastoletnie dziewczynki wytrzymywały tortury hitlerowskie”, a poseł N. nie wytrzymał miesiąca. I znowu mi się tu przypomniało, jak drugi K. wiedział kto strzelał, ze 100% pewnością wiedział, chociaż nic nie widział, bo była noc, tak prezes K. wie, chociaż sam nigdy nie siedział, ani w polskim więzieniu, ani w hitlerowskim. Ale – wie!!!
Kobieta która nic nie wie, to ponoć – niewiasta, ta, która wie wszystko, to – wiedźma, a jak się nazywa facet, któremu się zdaje, że wie wszystko? Ja wiem. Ale nie powiem.

piątek, 5 grudnia 2008

Mowa ciała

„Więc ja się przysięgam: być może to Leon, lecz w każdym bądź razie – nie ja!” ( była taka piosenka, ale autora nie znam).

No, to się panowie posłowie zabawili na Cyprze. Nie byłam tam, ale obserwowanie posła K. podczas wywiadów z dziennikarzami, w holu sejmowym, było niezwykle rozjaśniające. Jakoś tak - wizja kłóciła mi się z fonią. Poseł stanowczo zaprzeczał, a jednocześnie równie „stanowczo” się okrutnie pocił ( jak nigdy dotąd!) i w szczególny sposób drapał się w szyję tuż obok (zapewne przyciasnego) kołnierzyka koszuli. Z licznych tekstów, dotyczących „mowy ciała” wiem, że takie objawy świadczą o rozdwojeniu myśli. Chodzi oczywiście o zbyt wielką rozbieżność pomiędzy tym, co ktoś mówi, a tym, co ten ktoś na temat tego, o czym mówi, wie. I ten ktoś wygląda wtedy tak, jakby myślał wyłącznie o tym, czy aby inni nie mają jednak dowodów na ową niezgodność faktów i relacji o nich.

Mijając się z prawdą uważaj,
by nie kłamać zbyt śmiało!
I nie stawaj w świetle fleszy,
bo zdradza cię własne ciało!

czwartek, 4 grudnia 2008

Kury i kaczki

Poczytałam trochę. Poczytałam, nie – przeczytałam, albo – nadkąsiłam sporą część ostatniego tworu imć Łysiaka „ Mitologia świata bez klamek”. Całości nie zdzierżyłam. Słyszałam wcześniej o tym autorze, jego nazwisko obce mi nie było, ale jakoś żaden wcześniejszy tekst nie wpadł mi w ręce. A „Mitologia…” wpadła, bo namówiła mnie pani w księgarni. Wydałam 48zł na to „cóś”, nie potrafię powiedzieć, jak bardzo żałuję – jest tyle fantastycznych książek do czytania…

Czytam: X to cham, Y to złodziej, Z to konfident, Q to malwersant, V to oszołom, intrygant, nieuk, etc… itd… cała pokaźna lektura to inwektywy, osądzenia, najczęściej oparte na opiniach i cytatach z ludzi, którym opisywane autorytety i postaci z polityki, kultury, nauki po prostu – nie leżą, nie pasują do światopoglądu. Szczególnie nie podoba się pan Bartoszewski, który zdaniem autora jest człowiekiem do cna odartym z kultury i kindersztuby. Podobnie Nowak-Jeziorański, o Michniku nie wspominając, Kuroń – też bydlak. Całość to słowotok ukierunkowany na dokopanie wszystkim, którym się tylko da. I odnosi się wrażenie, że w Polsce WSZYSCY z wyjątkiem AUTORA mają za sobą przeszłość agenturalną!?

I nie ma znaczenia dla mnie, czy się zgadzam, czy też nie z poglądami p. Łysiaka, bo mam prawo do własnego zdania na tematy polityczne, ale czytając w głowie miałam jedną myśl w tle: coś mi to przypomina! Tylko co? O! ( tu, mniej więcej około 50 strony trafiła mnie myśl, jak błyskawica) wiem:

„ Proszę pana, pewna kwoka
traktowała świat z wysoka.
I mówiła z przekonaniem:
Grunt, to dobre wychowanie”(…) ( autor: J. Brzechwa)

Wczoraj obejrzałam show parlamentarny, we fragmencie z opiniowania klubowego wniosku PIS o odwołanie marszałka Komorowskiego. Miodzio!!! Ktoś przytoczył obszerne cytaty z wniosku – nawet nie wiedziałam, że w jednym tekście można użyć aż tylu epitetów! Najbardziej podobało mi się jednak wystąpienie Prezesa ( fajnie jest, nawet nie trzeba już w tym kraju mówić, o prezesa CZEGO idzie, bo nawet niemowlęta wiedzą!), który z właściwą sobie kulturą osobistą, cmokając i mlaskając na przemian wytknął Marszałkowi, że jego rzekome, dobre wychowanie lęgło się dopiero w socjalizmie, a ON – PREZES to kindersztubę, kulturę i dobry smak, gust – ma we krwi, bo wyssał z mlekiem matki.

I znowu w głowie ta „Kwoka”. A może to była „Kaczka”…ach, nie, nie – kaczka się nie rymuje…z dobrym wychowaniem, tylko z buraczkami.

wtorek, 2 grudnia 2008

Korupcja

Świat kręci się nieustannie
wokół jednego tematu:
Kto komu kiedy i za co
dał w Polsce największą z łapów

A mnie te podejrzenia
zwyczajnie po prostu zwisają
bo tak się jakoś ciągle składa:
Mnie nigdy i za nic nie dają!


Notka na gorąco, po wizycie na stronce "sanowebicz".

coś tam coś tam

Parlament

Choć to może niepojęte,
w parlamencie jest przyjęte
po godzinie posiedzenia
siadać zaraz do jedzenia.

Projekt ustaw jest tym lepszy
im się lepsze danie wpieprzy!
I gdy pierwsze trwa czytanie
śni się posłom drugie danie.

A już frajda jest nielicha
jak się strzeli wprzód kielicha.
A gdy będzie druga porcja
przejdzie w sejmie i aborcja.

Po koniaczku i sałatkach
sejm uchwali coś w podatkach.
A po owocowym musie
pomajstruje coś przy ZUS-ie.

Zaś w przypływie animuszu
nawet przy Narodowym Funduszu!
Po konsumpcji kurzej nogi
rzuci także coś na drogi.

Strach pomyśleć: gdyby biedni
jedli tylko chleb powszedni,
popijając wodą czystą
nic z posiedzeń by nie wyszło!

I nie zaszli byśmy daleko,
gdyby pili tylko mleko.
W tym tkwi prawda ukryta:
Nie wolno im odebrać pełnego koryta!!!

"Wirus filipiński" - niezwykle mi się to nowomodne słóweńko podoba! Bo, czyż nie brzmi lepiej, niż - na przykład - "zalany w trupa"? Z pewnością lepiej!

Pani Posłanka złapała właśnie niedawno takiego wirusa.I niechcący dowiedziałam się, że infekcja trzyma co najmniej 3 dni od jej "nabycia" - cytat: "2 dni temu miałam urodziny". Dotychczas to na urodzinach łapało się zwykle pałeczki salmonelli, przynajmniej oficjalnie, a obecnie, proszę, proszę - egzotyczne choroby się panoszą też. Pewnie przez te mody na sushi ( ohyda!) i takie tam podobieństwa.

Wierszyczek napisał się jeszcze za czasów rządów L. Millera. Dzisiaj już nie pamiętam, kto wówczas zachorzał na w/w chorobę. W każdym razie nie mówiło się jeszcze o epidemii, czy nawet pandemii parlamentarnej. Chociaż, jak widać po treści wierszowanej notki, coś mi mówiło, że zaraza się rozpowszechnia... W ławach poselskich zgromadzeni reprezentanci Narodu, ucinali i ucinają sobie drzemki po sutym posiłku. Jeżeli się budzą, to jeno po to, żeby dokopać innej sekcji sali, albo wysłać sms'a: "Kotku, będę późno, ciężko pracuję, nie czekaj z kolacją".

piątek, 28 listopada 2008

z lamusa 2005

Rozgardiasz myśli

Zbyt dużo myśli
po głowie się błąka.
Zbyt dużo uczuć
w sercu miejsca szuka.
Zanadto boli,
choć krótka rozłąka.
Zanadto trudna
dla duszy nauka.
Nie trzeba losowi
ślepoty zarzucać!
Nie trzeba sądzić,
że lepiej by było!
Nie wolno bliskich
ranić, ni dokuczać!
Nie wolno płakać,
że się nie zdarzyło!
Trzeba iść do przodu,
choć dróżką ciernistą.
Trzeba ufać gwiazdom,
one przyszłość znają!
Może się sny wszystkie
wnet urzeczywistnią?
Może senne rojenia
znaczenia nie mają?

środa, 26 listopada 2008

strzał w dziesiątkę

Ależ, kochanie, spróbuj zrozumieć! To był wypadek!!! Tak zwane „apteczne złudzenie oka” – używając zwrotu imć Wiecha. Bo to było tak: do domu wróciłam wtedy późno. Już w klatce schodowej zdziwiło mnie, że nie ma światła. Otworzyłam z trudem, po omacku, drzwi, a tu w środku też ciemno, jak za przeproszeniem. Co robić - rozebrałam się i poszłam do łazienki wziąć prysznic. Dlaczego prysznic po ciemku? – No, cóż – nie moja wina, że awaria! Woda na szczęście była, a umyć się przecież trzeba. Spodziewałam się ciebie wieczorem. Wgramoliłam się właśnie do kabiny, odkręciłam wodę i wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Przecież wiesz, że dzwonek mam na baterie, więc działał. Skąd miałam wiedzieć, że to nie byłeś ty, tylko sąsiad? Poza tym - on też miał takie łaskoczące wąsy, jak ty! A w ogóle to nie wykręcisz się od ojcostwa - tamtego dnia rozpoznałam cię po dzwonku!
***********
Ciekawe swoją drogą, jak można rozpoznać, kto strzelał – tak konkretnie – po odgłosach strzałów tylko i języku, którym nie wiadomo kto się posługuje, bo ktosia nie widać. Niektórzy to mają szczęście – najwyraźniej natura wyposażyła ich w noktowizory. „Jestem w stu procentach pewny, że to byli Rosjanie, poznałem bo odgłosach strzałów”

Wizjoner, czy co?
Słowa

Tak trudno czasami
myśli ubrać w słowa.
Niekiedy z ust płyną
jak wartkie potoki,
ale gdy wyrazić pragnę to, co czuję,
ciężkie, potężne zamyka ktoś wrota,
przez które przecisnąć się
żadna myśl nie może.

Milczę. Zamyślona.
Wsłuchana w siebie.
Widzę, że mówisz do mnie,
ale cię nie słyszę - nie umiem.
Nie chcę.
Ale jestem. Z tobą.


Ostatnio w mojej firmie nastąpił jakiś wysyp konfliktów małżeńskich, statystycznie rzecz biorąc - największy w pewnym rejonie geograficznym. Na 10 mężczyzn, 5 jest w separacji. Zastanawiający jest przy tym fakt, że to ślubne opuszczają swoje połówki, a nie odwrotnie! A porzuceńcy zachowują się tak, jakby lecieli w przepaść. I lecą: albo piją, albo jeszcze gorzej. Głównie jednak to pierwsze. Jakie są powody tych zwrotów uczuć u żon? Myślę, że raczej pospolite - mąż zarabia niewiele, pani nie zarabia wcale, bo pracy w tym rejonie nie ma, a tu czekają gotowi do wzięcia faceci z cieplutkim, świeżym pieniądzem. A panie chcą czegoś więcej, niż tylko chleba z dżemem.
Takie pragmatyczne podejście do tematu związku płci.

Gorzej, gdy w związku, po wielu latach wspólnie przeżytych dochodzi do rozłamu na taką skalę, że oboje są jak dwa bieguny o tym samym ładunku - nienawiści i niechęci. Ale żyją pod jednym dachem. I wtedy następuje tragiczny przełom: ona ginie w wypadku drogowym. A on? Jak musi się czuć mąż, który kiedyś przecież kochał, budował ich dom, razem wychowywali dzieci, a potem... potem nie zdążył jej powiedzieć, że te ostatnie kłótnie to pryszcz, że liczą się te lata, gdy potrafili się porozumieć, umieli wybaczać.
Tak właśnie się stało - szła do pracy skrajem jezdni, po ciemku, kierowca TIR-a nie zdążył wyhamować, zauważył za późno. I koniec. Tylko rozpacz i żal do siebie. Obaj są w podobnej sytuacji: i mąż i kierowca TIR-a. Bo obaj czują się winni.

piątek, 21 listopada 2008

spis tygrysów

Leje, wieje, 1,5 Celsjusza, a ciemno tak, że organizm za nic nie chce się pogodzić z faktem, że jest już w pracy. Radio 94 zapodało przed chwilą informację, która mnie rozbawiła na tyle, że się prawie obudziłam:

W Nepalu rozpoczyna się drugi powszechny spis tygrysów. Ponieważ pierwszy się nie udał - ankieterzy nie wrócili.

O rany, jak mnie się nie chce dzisiaj nic. Tylko książeczka, kocyczek i miękka podusia...


Lenistwo, słodkie lenistwo…

I tak oto spoczywam w objęciach
rozkosznego nieróbstwa,
spojrzeniem omiatam lekuchno
odkurzacz, papierek, zlew
i takie tam…
inne zwyczajne głupstwa!

Zmuszam się do ostatniego wysiłku,
na drugi bok się obracam,
i myślę… myślę… po co
myślę właściwie?
dlaczego
głowę tym sobie zawracam?

Lenistwo – to każdy wie przecież –
bywa tak bardzo milutkie.
poleżę sobie, odpocznę,
pośpię może…
a potem
wyręczę się krasnoludkiem.

czwartek, 20 listopada 2008

zmiana adresata




Chwila przerwy, bo awaria firmowego serwera. I od razu poprawił mi się humor. Co racja, to racja - niech sobie pocztowcy sami szukają nowego właściciela pojazdu!

Obrazki

- Co jest, pani Głupstewka? Strasznie pani blada.
- Nic, głowa mnie okropnie boli.
- Rano??? Głowa to kobiety boli zawsze wieczorem! Rano, to jakoś wbrew zasadom.
- No widzisz. A mnie – właśnie - rano.
- Moją żonę wieczorem już, tak na wszelki wypadek, zawsze boli. To jej mówię, że: Spoko, nic od ciebie nie chcę! I natychmiast przechodzi!
- Wiesz, to jak ty masz takie pozytywne wibracje w samym głosie, to powiedz mi, że niczego ode mnie nie chcesz, to może i mnie przejdzie…

środa, 19 listopada 2008

Kapelusik (z lamusa - 2005)

Chcę, czy nie chcę,
przyznać muszę,
że uwielbiam kapelusze!

Bo kapelusz, proszę Pana,
przydać może się od rana.
Jeśli deszczu przyjdzie pora,
nie potrzeba parasola.

Albo gdy upalny dzień,
pod nim znajdę miły cień.

Lub gdy spotkam Jamesa Bonda,
mogę zerknąć nań spod ronda,
nikt tego nie zauważy,
a w dodatku mi do twarzy!

By wyglądać tajemniczo,
pod kapelusz chowam lico.

Ostatnio zaś okazało się,
że może przydać się w kosmosie!
Bo na dodatek
przypomina kosmiczny statek!


Przeprosiłam swój stary kapelusik. Rąk mi zabrakło. Do trzymania przy uszach futrzanego kołnierza od kurtki. Albo uszy, albo torba z zakupami, jednocześnie się nie dawało. I znowu się zaczęło - dokuczanie z powodu tego nakrycia głowy. Fakt, może i głupio to wygląda: kobitka w kapeluszu, w dziczy, pośród facetów wystrojonych w brudne uniformy. Ale co tam, przynajmniej trochę cieplej, o ile nie odleci na wietrze, jak ten kosmiczny statek.

poniedziałek, 17 listopada 2008


Spleen

brzydkie, odczłowieczone figurki
lepisz z papier mache myśli i łez
bezkształtny spleen wdziera się
niezauważalnie
wszystkimi porami
dopada cię jak zmierzch
w samym środku listopadowego dnia

Najpierw moja koleżanka przyjechała do pracy z nosem na kwintę, że niby ma depresję, że całe popołudnie przepłakane, potem Pan Monsz siedział w domu z taką miną, jakby mu wszystko obrzydło - też chandra jesienna podobno... a do wiosny, do słonka tak daleko...
Rano wyjeżdżamy o 6:00 - ciemno, jak (za przeproszeniem) u Murzyna, dzień w pracy przy sztucznym świetle, potem znowu czarno, gdy do domeczku powrót się odbywa. Eh, gdyby tak, jak ten niedźwiadek zakopać się w liściach, w gawrze i - byle do tej wiosenki...

Głos Pana, czyli co by było, gdyby babcia miała wąsy

Jak to możliwe, że „Głos Pana” dotychczas nie trafił w moje ręce? Nie wiem. Kilkunastotomowa seria największych (zdaniem wydawcy, oczywiście) dzieł S.Lema, dołączana jest do Gazety Wyborczej. Dzięki temu mogę uzupełnić swój księgozbiór, bo niektórych pozycji nigdy nie miałam, a większość tych, które posiadam jest w fatalnym stanie wyczytania doszczętnego. Poniektóre mają poważne braki w kartkowym „uzębieniu”…
Głos Pana – cóż to za przenośnia? Głos Boga miałby to być? Nie przeczę – zasiadłam do lektury naładowana ciekawością po brzegi wyobraźni. Po lekturze „Zniewolonego umysłu” czytanie szło mi sprawniej, a książka z gatunku naszpikowanych niecodzienną terminologią – filozoficzno-psychologiczne rozprawienie się z antropocentrycznymi skłonnościami ludzkości. No, nie jest to łatwe do przełknięcia. O tym, że Lem nigdy nie pisał typowo beletrystycznych powieści, wiem od dawna. I, że w każdej z nich poutykał między wierszami efekty swoich osobistych przemyśleń – też. W „Głosie Pana” wszystko to się skondensowało, jak mleko w puszce. I wybuchło wieloteoriami, tezami, z których każda wydaje się być tą jedyną, właściwą.
Czyżby Głos Pana to był list z kosmosu, przesłanie nieznanej cywilizacji? Neutrinowy przekaz, kod, który się w kosmicznym szumie powtarza cyklicznie. Cały świat łączy się od pewnego czasu w programie SETI, próbuje wyłowić z radiowego szumu kosmosu ten jeden, właściwy fragment, list do nas. Czy komuś się uda trafić na istotną treść? Wielu uczonych wątpi. Podobnie powątpiewa Lem.
Spoglądamy w niebo z nadzieją, że znajdują się tam społeczności, które - z pewnością – zechcą nawiązać z nami kontakt. Może – zechcą… Tylko, co z tego wyniknie dla nas? Raczej niewiele, albo wręcz – nic. Oczekiwanie, że hipotetyczni kosmiczni mieszkańcy innych planetarnych siedzib są do nas podobni na tyle, by kontakt taki był możliwy – jest troszkę naiwne. Nawet jeżeli tacy by się znaleźli, to musieliby znajdować się jeszcze na podobnym do naszego poziomie rozwoju cywilizacyjnego i postępu technicznego, a to dodatkowo komplikuje założenia. Wiem, liczymy na roboty, nasze maszyny, zdolne odczytać niezrozumiały dla nas przekaz i przełożyć z kosmicznego na ziemski. Bo, na przykład E=mc2 w marsjańskim wydaniu może przybrać zupełnie inną formę. Możliwe też, że Obcy w swoim, odmiennym środowisku w ogóle nie używają zapisu innego, niż wirtualny, czysto umysłowy. Może nie mają oczu, albo uszu, bo nie są im tam potrzebne! Może – jak w „Solaris” taka cywilizacja to tylko wielki ocean-mózg, zdolny odczytywać myśli i komunikować się pozazmysłowo? Tuziemskie formy przekazu nie muszą być powszechne we Wszechświecie.
Może tam obowiązują inne prawa? Może nawet fundamentalne definicje matematyczne nie mają tam zastosowania? Przywykliśmy uważać, że prawa fizyki mogą być zmienne, w zależności od warunków czasoprzestrzeni, ale matematyka (podobno!) musi być niezmienna. To – moim zdaniem – także przejaw antropocentrycznego myślenia. A co, jeżeli istnieje równoległy świat, w antymaterii na ten przykład? Skąd wiadomo, czy tam też 2+2=4?
Poza horyzontem zdarzeń rozciąga się nie znany nam świat innych praw. Możemy tylko snuć domysły, dyskutować, co by było, gdyby Wszechświat zaczął się znowu kurczyć, czy czeka go kolejny Big Bang? Czy pogrąży się w nicości na wieki? To tylko dywagacje, nie podparte – jak dotąd – pewnikami, lecz jedynie obliczeniami matematycznymi i naszym „pobożnym” życzeniem, bo trudno pogodzić się z faktem, że - być może – nie będzie potem już nic.

Uczeni, zgromadzeni po to, by rozszyfrować kosmiczny, neutrinowy przekaz, ów Głos Pana, stanęli przed zadaniem przekraczającym możliwości współczesnej im wiedzy.

Gdyby taka historia zdarzyła się naprawdę, bylibyśmy jak jaskiniowcy, którym przybysz z przyszłości ofiarowałby Wielką Encyklopedię Oxfordzką. Może byśmy ją zjedli, może spalili, ale z niemal absolutną pewnością – nie odczytalibyśmy jej treści.

piątek, 14 listopada 2008

Złośliwa riposta (też z lamusa - 2005)

U kobiety ważne są nogi-
aż do samiutkiego nieba.
I biust wielkości dwu dyni,
i jeszcze to, co trzeba.

Twarzy już nikt nie kojarzy.
Twarz to żadna podnieta.
Kobieta nie ma twarzy.
Wystarczy stara gazeta.

A mózg? A cóż to takiego?
Kogo jej rozum obchodzi?
Kobieta nie jest do tego.
Nie o to przecież chodzi!

Jest jednak kropelka słodka
w tym morzu babskiej goryczy:
Dla kobiet, drodzy panowie
nic się w mężczyźnie nie liczy!

Specjalnie dla Ciebie, M., ten kolejny staroć. Dokuczliwość panów, w mojej "androgenicznej" firmie, czasem wywołuje u mnie takie skutki, znaczy - takie teksty.
Co wcale nie znaczy, że się na nich gniewam, nie! To tylko słowne przepychanki, bo - nie jest tak źle, jak na to pozornie wygląda, prawda?

Prawda, prawda... I jeszcze jest taka prawda, że jednak w mężczyźnie coś się jednak liczy... I im więcej mam tzw. doświadczenia, tym bardziej wiem co jest ważne, przynajmniej dla mnie. A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że obecne moje tzw. doświadczenie (czytaj: dojrzały wiek) nie odstrasza mężczyzn z tym "czymś", a wręcz przeciwnie. Mam wielu ciekawych rozmówców, odnalazły się niektóre stare znajomości jeszcze z okresu studiów...A dogryzać też trochę lubię, nie ukrywam...
Musimy koniecznie o tym i o wielu innych sprawach porozmawiać. Tym razem ja jestem ostatnio mocno zajęta, ale trzeba jednak coś zorganizować.

czwartek, 13 listopada 2008

Babska skłonność do wzruszeń ( z lamusa - 2006)





Czasem bywam skłonna do wzruszeń...
Nie, nie nad książką, czy filmem!
Nad sobą.

Zwłaszcza, gdy wyraźnie widzę w lustrze,
że nie byłam nigdy, naszego ziemskiego
świata ozdobą.

Więc cóż? Wzruszam się i już! Rzęsiste
z mych smutnych ócz, po policzkach,
łzy płyną...

I myślę... bo myśleć lubię i nawet umiem!
Więc myślę tak: Czy koniecznie muszę być
ładną dziewczyną?

Chociaż, z drugiej strony: Czy ja wiem?
Tu – znowu myślę, a z tego myślenia
mi wychodzi,

Że, być może jednak coś w urodzie jest...
że jej odrobina nie mogłaby rozumowi
chyba zaszkodzić?

Ha, trudno się mówi, czas pogodzić się,
choć mi smutno i zmartwiło mnie
to wielce.

Już nie zmienię dzisiaj wcale tego, że
gdy po rozum stałam, to urody nie dawali
w tej kolejce...


I kto to pisze.... Jedna z najładniejszych dziewczyn, jakie znałam.... A to ci figlarka... :-)



Moja Kochana M. jako, że wierszydełko jest z potężną dawką humoru, pozwolę sobie na maleńką ripostę ze "świńskim ryjkiem":

Akademia Medyczna. Egzamin. Zdają razem - student i studentka. Profesor pyta:
- Z jakiej tkanki zbudowany jest męski członek?
Student odpowiada: Z mięśniowej.
Studentka: Z kostnej.
Profesor: Pan zdał, a pani się zdawało.

środa, 12 listopada 2008

Venus

- Ej, usiądź wygodnie – będę się przylepiać.
- Uff, ty moja jedyna Venusa!!! No, chodź. A właściwie to nie wiem, dlaczego – jedyna? Że - Venusa, to rozumiem, że moja – też, ale, że – jedyna, to już nie do końca!
- A to takie proste! Pamiętasz przypowiastkę o osiołku, któremu „w żłoby dano”? I zdechł, bo nie mógł się zdecydować?
- Pamiętam, pamiętam…
- No właśnie, bo to tylko w trosce o ciebie, żebyś nie miał trudności z dokonaniem wyboru.
- Albo, raczej – żebym przypadkiem nie wybrał niewłaściwie…
- Ot, co!

piątek, 7 listopada 2008

wyciągnięte z lamusa (2006)

Topole

Słońce zza mgły i strzępków bladych chmur
Z rzadka tylko puszcza do mnie perskie oko.
Wśród liści opadłych i zgubionych ptasich piór
Senna jaszczurka spogląda w górę, ku obłokom.

Dąb osiedlowy, ocalały z rzezi przedwiosennej,
Spala w płomieniach jesienne swoje smutki.
Na omszałym brzegu fontanny kamiennej
Siedzą dzieci, jak wesołe, żołędziowe ludki.

W dali, w dwuszeregu, niczym na porannym apelu
Tkwią smukłe topole, w zieleni mundurkach.
Słyszę, jak szepczą wiatrowi: Drogi przyjacielu,
Czy to już nasza ostatnia, przedzimowa zbiórka?

Wiatr - plutonowy, sprawdza ich równe szeregi,
Jedną lekko szturchnie, inną za gałąź potarmosi,
Wytknie, że w mundurze postrzępione brzegi,
Źle przyszyty guzik urwie i rzuci na stosik.

I zagwiżdże, że to nie wojsko, ale istna hołota!
Każe zrzucać łachmany zielone, morowe,
Do łaźni zagoni, gdzie czeka listopadowa słota,
A potem każe kłaść mundury białe, zimowe.

Podobno za jakieś 2 tygodnie zima zamelduje się w Polsce. Tak twierdzą synoptycy. Mróz i śnieg. W listopadzie zawsze sobie pod nosem powtarzam stary wierszyczek L.J. Kerna:

Na duże i małe smutki,
na zgubienie kluczyka od kłódki,
na wyrwanie zęba u pana dentysty,
na jeden głębszy czysty
i na to, żeby nas demon zazdrości
pod wieczór opadł
najodpowiedniejszy
- moim zdaniem -
jest listopad!

środa, 5 listopada 2008

odleciały jaskółki

jesienne nutki
jak złote kropelki
przysiadły na płocie niezdecydowane
wśród poszeptów
i dyskretnych ploteczek
bezdźwięczne ścielą się uśmieszki
nieuważny dyrygent
w pośpiechu
potrącił partyturę i już nie ma dziś
ani jednej jaskółki
na pięciolinii

wtorek, 4 listopada 2008

"Zniewolony umysł"

Skończyłam lekturę „Zniewolonego umysłu” Czesława Miłosza. Trudna książka, ale wyjątkowa. Czytając, myślałam, czy nie powinna wejść na stałe do kanonu żelaznych lektur szkolnych? Chyba więcej się z niej można dowiedzieć o historii współczesnej Europy, niż z pozycji o charakterze typowo historycznym. Teraz pozostało we mnie głównie zdziwienie, jak ktoś, kto w czasach PRL znał treść tej rozprawki, pisanej w 1953 roku, mógł zdecydować się na współpracę w SB? Na dodatek przyjmując pseudonim „Ketman”? Niby logiczne, w końcu sam uprawiał ów Ketman z zapałem, donosząc na przyjaciół, pozornie solidaryzując się z opozycją. Nawiasem mówiąc, trochę mało mnie dziwi donoszenie na znanego mi skądinąd W. Nie wiem, czy sama chętnie bym czegoś nie doniosła, bo W. okrutnie działa mi na nerwy, zarozumialstwem, nieszczerością i butą. Pyjasa nie znałam, nie wiem, jaki był. Za to o przyjaciółce, która lansowała się medialnie razem z W. – pisałam już, że też mi jakoś tak – koniunkturalnie to jej oburzenie wygląda.

Co mnie poruszyło i dotknęło jeszcze bardziej – fakt, że Konstanty Ildefons Gałczyński też jawi się z kart książeczki jako raczej nieciekawy typ. Putrament, Andrzejewski – mniejsza, nie popadam w rozpacz z ich powodu, ale Gałczyński??? Trudne to do przełknięcia…

Najgorzej szło czytanie o tym, jak to jeden z naszych wielkich poetów, współpracujący z zapamiętaniem z NKWD, zachęcał Warszawiaków do powstania, a potem stał spokojnie, z czerwonoarmijnymi, i patrzył, jak giną w pożodze także i jego przyjaciele. Cel uświęcił - w jego przekonaniu – środki. Nawet śmierć ojca i niewola najbliższych, uwięzionych na Syberii, nie była przyczynkiem do, choćby najdrobniejszych, wyrzutów sumienia.

Miłosz pisze o zdarzeniach, o byłych przyjaźniach, o degeneracji i zeszmaceniu ze sporą dawką dystansu i stoicyzmu. Rozdarcie sumienia, duszy i rozumu było – zdaniem Autora – naturalną konsekwencją szerzenia nowej Wiary spod znaku czerwonej gwiazdy. Propozycje nie do odrzucenia na porządku dziennym, strach przed śmiercią, czasem tylko przed brakiem perspektyw, usypiały moralność aż nazbyt często.

Ciekawe, czy mój guru, Lem, też uprawiał Ketman? I – właściwie w którą stronę obracał tę, nieznaną mi twarz? Wolę myśleć, że w moją.

piątek, 31 października 2008

Cmentarze (październik 2005)

Nostalgiczną atmosferą witają przybysza.
Wiatr w starych akacjach przygrywa leciutko,
struny delikatnie trąca, by cmentarna cisza
trwała i otulała śpiących zasłoną mięciutką.

Myśli krążą i drążą niepamięć pamięci.
To pod niebo się wznoszą, to nagle opadną.
Lękliwe, że je słyszeć mogą Wszyscy Święci,
i, że ich prawdziwe oblicze odgadną.

Nie lękajcie się myśli, błądzić rzeczą ludzką!
Żeby błąd zrozumieć, wprzód trzeba popełnić.
Każdy z nas jest tylko istotką maluczką,
i musi goryczą swój kielich dopełnić.

środa, 29 października 2008

Seks gabinetowy

Mosiek i Cosiek stale się kłócili i wiecznie byli pogniewani. Przy okazji jakiegoś ważnego święta postanowili się pogodzić. Mosiek mówi: No już dobrze, Cosiek, nie kłóćmy się, życz mi tego, czego i ja tobie życzę!
Na to Cosiek - Znowu zaczynasz?!


Po wczorajszych uprzejmościach i deklaracjach dozgonnej miłości pomiędzy Rządem i Prezydentem. Coś tu śmierdzi. Ciekawe, co chcą ugrać, obie strony? Informacja, że seks gabinetowy był udany - jakoś do mnie nie przemawia.

wtorek, 21 października 2008

Talent

Talentu nie mam? - Prawda.
Fakt, na dodatek - bezsprzeczny.
Ja pytam: Czy aby na pewno
jest on dziś jeszcze konieczny?

Dzisiaj, by zaspokoić
pisarskie, czy inne żądze,
zdolności nie trzeba wcale.
Wystarczą duże pieniądze.

poniedziałek, 20 października 2008

Toast

Dziś wypijmy za jutro
i za przyszłość nieznaną,
za wiarę, i za chwile zwątpienia…
Za przyjaciół toast wznieśmy
i za wrogów - kolejny!
Wróg – też człowiek. I poglądy zmienia…

czwartek, 16 października 2008

Fatalne skutki jednego autografu

O, świetnie, znakomicie! Zrobić coś, co jest złe, żeby udowodnić Wszystkim Atakującym, że to coś jest złe. A na dodatek dokonać tego WYŁĄCZNIE dla dobra Wszystkich Atakujących!!!
Myślę…
Może by tak podsunąć Szefowi do podpisu przelew na swoje, osobiste konto, zamiast na konto ZUS – na przykład? I powiedzieć, że chciało się tylko udowodnić, że nadmierne zaufanie do mnie może mieć dla Szefa fatalne skutki?

czwartek, 9 października 2008

Każdy powód dobry

Co jest lepsze: angielski trawnik, czy dziki ogród?
Dyskusja przerodziła się prawie w kłótnię. Pan Monsz wokół domu chciałby mieć wielki angielski trawnik, a na środku trawnika cud piękności, dwudziestopięciometrową antenę krótkofalarską, z odciągami. Ostatecznie mogą jeszcze rosnąć bratki na tym trawniku. Ja chcę mieć ogród, dziki, zarośnięty, pełen zakamarków tajemniczych, ogród, w którym mieszają się kolory i zapachy, bujna roślinność rośnie sobie, gdzie chce i jak jej się podoba. Do takiego ogrodu na pewno zlatywałyby się ptaki i motyle…
Nie udało się uzgodnić stanowiska w kwestii organizacji naszego przydomowego ogrodu. Właściwie to bez znaczenia, bo domeczku nie ma. Co by było, gdybyśmy grali w totolotka i - co więcej – gdybyśmy wygrali? Pewnie rozwód.
Nie gramy.

wtorek, 7 października 2008

echo socjalizmu

Czy mi się podoba porozumienie Ministerstwa Sportu i PZPN? Nie. Nie podoba mi się. Mam przeciw – wszystko mam. Popatrzyłam sobie na fragment ze zjazdu władz PZPN. Całkiem jak zjazd władz PZPR. Nic dodać nic ująć…

Nadzieja jest jak nasionko wiary – unoszona wiatrem, szybko opada na grunt, ale rzadko wschodzi uczciwym zamiarem.

poniedziałek, 29 września 2008

Pamiętam...

Pamiętam…z dzieciństwa
było zwyczajem jesieni
przez drzwi otwarte
do domeczku strząsać
spadające z drzew liście
wprost do naszej sieni

Pamiętam… łzawe nutki
wiatr w gałęziach wygrywa
smyczkiem skrzypeczki
drewniane pieści
raz wyższe, raz niższe
dźwięki wydobywa

Pamiętam…gęsta mgła
białym welonem osłania
nagie jesienne obrazy
i smutkiem cerując duszę
wygładza fałdki tęsknoty
haftuje smutek rozstania

czwartek, 25 września 2008

Co należy rozumieć pod pojęciem „solidarność”. Odpowiedź: Co kto woli, albo wspieranie się we wspólnym interesie, albo walkę o interes własny.

Wczoraj udowodnili to związkowcy kolebki polskiej „Solidarności”. Związek z Gdyni pojechał do Brukseli prosić o zatwierdzenie planu restrukturyzacji ich stoczni, na co związek stoczniowców gdańskiej „Solidarności” zapowiedział, ze też jedzie – prosić, żeby Unia odrzuciła plan tej restrukturyzacji i żeby stocznia gdyńska padła bezpowrotnie. I to jest to! Solidarność po polsku, jak flaki po warszawsku, czyli z pulpetami, też zawiera jakiś dodatek niespodziewany – prywatę.
Jakoś mi tak przypomniał się dowcip, jeszcze socjalistyczny:

Do Pana Boga wybrali się: przywódca ZSRR, prezydent USA, przywódca Polski.

Prezydent USA pyta: Panie Boże, kiedy u nas, w Stanach, będzie dobrobyt?
- O, jeszcze jakieś 2-3 lata. – odpowiada Pan Bóg.
Usiadł Prezydent USA i gorzko zapłakał.

Przywódca ZSRR pyta: Panie Boże, kiedy u nas, w Kraju Rad, będzie dobrobyt?
- o… za jakieś 100lat. – padła odpowiedź.
Usiadł Przywódca ZSRR i gorzko zapłakał.

Przywódca Polski pyta: Panie Boże, a kiedy u nas, w Polsce, będzie dobrobyt?

Usiadł Pan Bóg i gorzko zapłakał..

I zapewne Pan Bóg siedzi i płacze nad losem naszej kochanej Ojczyzny, bo nie pozostaje już nic innego, niż tylko usiąść i płakać. Nad głupotą obywateli Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

środa, 24 września 2008

Emerytura ( 2005 rok)

Gdy w kudłatej głowie świta
myśl, że życie emeryta
nudne, gnuśne jest i basta!
- weź kapelusz. Idź do miasta.

Popatrz: wokół szarzy ludzie.
Przygarbieni w znoju, trudzie.
Dokądś spieszą, gdzieś tam biegną,
w lewo, w prawo – wszystko jedno!

Szarpią się jak opętani
w bezkresnej życia otchłani!
Rozum im odbiera żądza:
seksu, władzy i pieniądza!

W tej o sukces ciągłej walce
świat przecieka im przez palce.
Rytm ich serc, choć przyspieszony,
wzniosłych uczuć pozbawiony.

Myśli ciasnych stereotyp
w mózgu tworzy dagerotyp.
Barwne, żywe fotografie
pamięć składa na dnie, w szafie.

Brzydkie, nędzne uniformy-
-nowy biotyp ludzkiej formy.
Cudaczne, kosztowne okrycia,
pod którymi krztyny życia!

Patrzysz na nich. Myślisz: który
dotrwa do emerytury?
A jeżeli nawet jej w końcu doczeka,
to czy
będzie w nim jeszcze cokolwiek z CZŁOWIEKA???

poniedziałek, 22 września 2008

Wypraszam sobie

Wypraszam sobie

Gdzie podziało się gorące lato?

Czy odeszło za lasy, za góry?

Ktoś mi odpowie za to,

że na niebie ołowiane chmury!


Pan wzrokiem przede mną umyka,

że niby nie wie Pan sprawka to czyja.

To wina Pana! głównego synoptyka,

że ciepło nas bokiem wciąż omija.


Ja sobie, proszę Pana, wypraszam

we wrześniu listopadową pogodę!

Ja strajk niniejszym ogłaszam

i do gawry niedźwiedziej daję nogę.


W ciemności ukrytej w lesie nory,

w wygodne leże z liści wtulona,

pośpię sobie smacznie do tej pory,

gdy zima w objęciu wiosny skona.


Gdyby nie ten wierszyk, który napisał się dokładnie rok temu, we wrześniu, dzisiaj nie pamiętałoby się, że w ubiegłym roku też był taki lodowaty i mokry koniec lata.

poniedziałek, 15 września 2008

Pejzaż jesienny














barwny jak świat dziecięcy

złotem starym przetykany

strojny naszyjnikami pereł

nizanych na nitkach pajęczych

woalem porannych mgieł osnuty

drżący wiatru powiewem

upstrzony martwymi liśćmi

pejzaż jesienny...

niczym przedwojenny film

bez dźwiękowej ścieżki

duszy smutnej nie ukoi

ptaków wdzięcznym śpiewem

i tylko ledwie uchwytny

szelest spadających liści

jak trzask filmowej taśmy

słychać w jesiennej auli...

piątek, 12 września 2008

Zderzacz hadronów i Lem

Kwarki mają kolor i zapach. Wymiana gluonu ( kleju) pomiędzy tymi, kolorowymi kwarkami skutkuje powstaniem hadronów. To troszkę tak, jakby kwarki wstępowały w związek małżeński - wymiana obrączek i żegnaj wolności!

Jest ponoć sześć kwarków: dolny, górny, dziwny, powabny, spodni i szczytowy. Ciekawostką w ich zachowaniu jest fakt, że im są bliżej siebie, tym są swobodniejsze. W miarę oddalania przyciągają się coraz bardziej, wbrew zasadom elektrodynamiki. Dziw nad dziwy!!!

Fascynuje ten zapach kwarków… myślę, że najpiękniej musi pachnieć ten „powabny”, najegzotyczniej „dziwny”, a najobrzydliwiej „spodni”. Ale nie wiem, nie wąchałam, to tylko przypuszczenia.

Wielki Zderzasz Hadronów. Cudo po prostu. Akcelerator cząstek brzmi bardzo znajomo, ale zderzasz hadronów? Dla większości obywateli w ogóle nie brzmi. Bo któż wie, czym są hadrony? Fizyk jądrowy zapewne wie, ale np. pani przedszkolanka? – raczej wątpię. Ja też nie miałam pojęcia, teraz jestem mądra, bo poczytałam sobie. Najbardziej mnie rozbawił ten „zderzacz”. Czy w ogóle jest takie słowo w leksykonie? Też powątpiewam, sprawdzę sobie później. Jednak wydaje mi się, że w tym potężnym urządzeniu, o którym tak głośno ostatnio, chodzi raczej o akcelerację, o rozpędzanie tych minicząstek do prędkości bliskiej prędkości światła, a nie o wywołanie efektu zderzania! Cząsteczki zawsze i wszędzie się przecież zderzają, w zwykłym powietrzu też, tyle, że poruszają się spacerowym kroczkiem.

I znowu mi powiało wspomnieniem książek Lema. Nawet ostatnio wróciłam do „Obłoku Magellana”. To akurat coś z pobliża powyższego tematu, choć o hadronach Lem nie wiedział, gdy pisał. Ale jego znajomość rzeczy była - zdaje się - wystarczająca, żeby opisać skutki ogromnych przyspieszeń, gdyby ludziom przyszło do głowy rozpędzać statek kosmiczny tylko ciut powyżej 170 tysięcy km/h, a gdzie jeszcze tej szybkości do światła!

czwartek, 11 września 2008

Monitoring ciąż

Chore wynalazki naszych nawiedzonych prawodawców nie mają końca. Właśnie, wcinając kanapkę ( jak kto woli obco brzmiące słówko – lunch), czytam sobie o najnowszym: monitoring ciężarnych ma być. Mają sprawdzać, czy ciężarna urodziła, czy nie!!! Chodzi, oczywiście, o „podziemie aborcyjne”. I umyślili nasi wielcy mędrcy, że jak się zaprowadzi rejestr ciężarnych, zachęci je do robienia USG, regularnych kontroli, to potem będzie wiadomo, czy któraś się nie zbiesiła i nie usunęła pokątnie.

Bardzo to piękne i chwalebne przedsięwzięcie, bardzo. Naprawdę.

I przyszło mi do głowy, choć mnie to już nie dotyczy, że nadto ciekawi nadgorliwcy niczego się nie dowiedzą tym sposobem, bo:

- kobitka nie musi chadzać do oficjalnej przychodni w ramach NFZ,

- jak zechce, to usg zrobi sobie prywatnie za 70zł, badania krwi też, podając fałszywe dane, bo legitymować się prywatnie nie musi,

- lekarz prowadzący prywatną praktykę z całą pewnością nie poleci donosić, bo straci wtedy kolejne klientki – nie leży to w jego finansowym interesie.

Ja mam kilka rozwiązań, które chętnie podrzucę Antyaborcyjnym Służbom Wywiadowczym (w skrócie: ASW), a mianowicie:

1. monitoring poczęć, poprzez wprowadzenie nadzoru podczas każdej podejmowanej ( celowo, bądź niecelowo) próby takowego poczęcia. Rozwiązanie dosyć kosztowne, jednak skuteczne, o ile się na przykład zastosuje nowoczesny system pasów cnoty, przy jednoczesnym obowiązkowym stosowaniu np. pierścieni kolczastych, zapobiegających użyciu narządu rozkoszy po stronie męskiej połowy. Ogólnopolska sieć, nadzorująca stan zabezpieczeń: aktywne, czy nieaktywne – pozwoli na ewidencjonowanie każdej, potencjalnej próby nieuprawnionego użycia chronionego narządu.

2. stanowczo tańsze rozwiązanie: Na podstawie danych z ewidencji ludności, wiadomo, gdzie przebywają kobiety w tak zwanym wieku rozrodczym. Wystarczy wprowadzić w szkołach, biurach, innych instytucjach obowiązkowe, prowadzone pod nadzorem, badanie moczu, czyli tzw. próbę ciążową. O ile wykonywane będzie cyklicznie, najlepiej raz w miesiącu, nie ma siły – prędzej, czy później wyjdzie prawda na jaw. Żeby ponadto nie obciążać budżetu kosztami tych badań, można przecież wprowadzić ustawowy obowiązek pokrywania kosztu udowadniania, że się nie zamierza usuwać, przez osoby fizyczne płci (podobno) piękniejszej. W przypadku nieletnich, potencjalnych przestępczyń– przez rodziców.

Mam jeszcze kilka, równie świetnych pomysłów, tylko już mi się nie chce pisać.

Zmierzch

delikatna aromatyczna mgiełka

tańczy nad filiżanką białej herbaty

bezmyślnie obserwuję horyzont

skąpany w rzece czerwieni

patrzę jak słońce spada z nieba

po raz ostatni wyciąga ramiona

wołając o ratunek za późno

noc połyka strzępki martwego dnia

cisza

środa, 10 września 2008

Radość o poranku

Otwieram. Telewizor otwieram.

Wiadomości, kanał – obojętnie, który.

  1. Wojna w Gruzji
  2. Rosja się nastroszyła na Unię i grozi.
  3. Tajfun „Jakiśtam” pozostawił po sobie tyle to a tyle ofiar”
  4. VIP X obraził VIP-a Y
  5. VIP Y złoży pozew cywilny przeciwko VIP-owi X
  6. Pożar hali targowej
  7. Wybuch samochodu-pułapki gdzieś w Iraku
  8. Ojciec gwałcił córkę - aktualne
  9. Ojciec gwałcił córki – historia sprzed 3 lat
  10. Lekarzowi postawiono kilkadziesiąt zarzutów
  11. wypadek na drodze E…
  12. będzie zimno
  13. W jakimś konkursie międzynarodowym niejaka Herbuś ( a może - Ferbuś?, diabli wiedzą, jak jej tam jest po ojcu!) i Mroczek wygrali w wygibasach na parkiecie, bo najwięcej sms’ów dostali „za”. (zdyscyplinowany nasz naród, jak chce, to się zmobilizuje i zagłosuje na swoich, szkoda tylko, że tej dyscypliny brak, gdy naprawdę potrzebna…)

Ostatecznie wyszło mi, że jedyną pozytywną, optymistyczną wiadomością dnia miał być sukces pary pląsającej, z przylepionym, sztucznym uśmiechem, po bliżej mi nie znanym parkiecie. Tyle, że mnie akurat ta wiadomość ani ziębi, ani grzeje.

…………………………

Na drutach siedzą sobie rzędy czarnych nutek, długaśne rzędy – zbierają się już chyba do odlotu, szpasie. Słonko wyjrzało zza chmur, będzie ładny dzień. Uśmiecham się do szpaczków, myśląc sobie: „A może by tak ten telewizor przez okno? Jednak? Może nie będzie mi lepiej, ale na pewno weselej!”

wtorek, 9 września 2008

Kiełbaska z rożna

I znowu zaczynają mieszać w ustawie emerytalnej. Niby wiedziałam, że tak będzie, a i tak mnie to znowu wściekło. Bo można przewidywać, że mieszanie owo pozostaje w bezpośrednim związku z protestami niektórych grup społecznych, którym prawo do emerytury w wieku wcześniejszym, niż ustawowy miało zostać odebrane. Wczoraj ktoś opowiedział mi anegdotkę z pikniku dla kombatantów. Pojechał tam – ten Ktoś – z kierowcą, służbowym samochodem. Zaproszonych było wielu oficjeli, trzeba było prowadzić dysputy mniej lub bardziej poważne, ale z zawodowego punktu widzenia – podtrzymujące niezbędne kontakty.

Było barbecue. Kiełbaski i ognisko tradycyjne też. Ktoś miał ochotę na taką właśnie kiełbaskę, więc poprosił kierowcę, żeby wziął dwie i umieścił nad ogniem, a Ktoś niedługo przyjdzie.

Zatem Ktoś przyszedł był i ujrzał, że kiełbasek żadnych na patykach nad ogniskiem nie ma! Pyta kierowcę, kończącego właśnie wcinać pieczoną kiełbaskę: A gdzie moja kiełbaska?

Na to kierowca: Jedna tylko była, więc sam zjadłem!

I ze spokojem przełknął ostatni kęs.

I z emeryturami będzie tak samo. Wezmą je tylko wybrańcy, nie oglądając się na pozostałych, też tych emerytur głodnych. Górnicy, hutnicy, nauczyciele, policjanci, inne służby mundurowe, wszyscy płacą składki o wiele krócej, niż reszta społeczeństwa. Rolnicy płacą grosze do KRUS, a biorą potem z kasy publicznej, bo dopłacamy wszyscy. Do wcześniejszych emerytur też dopłacamy, z własnej kieszeni. I otwarcie się mówi, że dla nas, zgrzybiałych pracusiów, którzy – podpierając się kosturkiem - w wieku 65 lat będą kuśtykać do pracy, ma nie wystarczyć.

Pewnie, że nie może wystarczyć!

Ja rozumiem – system repartycyjny. Znaczy młodsze pokolenie finansuje starszemu pokoleniu emeryturę. I wszystko byłoby O.K., gdyby nie fakt, że niektórym zaczyna się finansować dużo wcześniej, a właściwie z absolutną pewnością – za wcześnie! Policyjny emeryt – 40 lat. Nauczyciel – 55 lat. Nie będę wyliczać, ale nie rozumiem tego. Nauczyciel – trudny zawód, fakt. Pracuje 18 godzin tygodniowo, bo resztę – podobno – poświęca na przygotowanie się do zajęć. Może kiedyś – tak, ale dzisiaj – nie. Nauczyciel ma wakacje, ferie zimowe, wiosenne. Płacą mu normalne wynagrodzenie, gdy choruje. Nam – 80% lub za pobyt w szpitalu – tylko 70%. Urlop na podreperowanie zdrowia też nam nie przysługuje.

A, spójrzmy na takiego sprzedawcę w sklepie - każą mu harować w świątek, piątek i w niedzielę. I słusznie. Stoi na tych nogach przez cały dzień, biega , dźwiga towary i znosi humory pyskatych i nieuprzejmych klientów. Nie należy się nic wcześniej. Zapewne lekka to praca. Nie wiem tylko, czy nauczyciel by się zamienił? Albo informatyk – przez cały dzień wpatruje się w monitor, ślepnie w przyspieszonym tempie, kręgosłup mu wysiada, zapalenia nadgarstka i innych szczegółów dokuczają, w domu musi się nieustannie dokształcać, przygotowywać, bo od jego umiejętności zależy działanie współczesnej firmy. Nic to jednak, emerytura normalnie. Mimo, że pracuje często ponad 40 h tygodniowo, a w domu ślęczy jeszcze po nocach. Nie ma jednak Karty Informatyka.

Mnie się wydaje, że najwyższa pora skończyć z dzieleniem pracowników na bardziej i mniej spracowanych. Każdy powinien mieć prawo do emerytury wcześniej, niż wskazuje ustawa. Tyle, że dostać powinien proporcjonalnie do okresu, jaki przepracował. A to, co uskładał, też powinno być podzielone przez średnią dalszą długość życia. I jeszcze powinien być przywrócony zakaz pracy w ogóle, znaczy - na emeryturze wcześniejszej.

Już widzę te przemarsze protestacyjne pod Sejmem, w razie gdyby ktoś miał odwagę wprowadzić w życie równość obywatelską. Nikt jednak tej odwagi w sobie nie znajdzie, spoko – elektoracie, możesz spać spokojnie.

........................................................................

Przyjaciółka: Zgadzam się z tym, co napisałaś w 100% !

Ten stan rzeczy skłania mnie coraz częściej do krytycznego spojrzenia na problem pracy najemnej (choć nie ukrywam, że właściwie lubię pracować, a nawet porywać się na tzw. nowe wyzwania). Tak naprawdę nie wiadomo, co przyniesie przyszłość - zwłaszcza "zusowska".

A w małej kawiarence byłoby całkiem przyjemnie, głód na pewno by nie groził...:-)

No i do tego laba - przez pierwsze 24 miesiące podstawa ubezpieczenia emerytalnego i rentowego jedynie w wysokości 30% kwoty najniższego wynagrodzenia. Super promocja !!!

Głupstewka: Ot, znalazła się! A zwykle cicho siedzi! Wiem, że jesteś pracuś z zamiłowania, zresztą - jak ja. To nie o to chodzi. Pracować trzeba, tylko ta przyszłość, której prawie nie widać, bo primo - emerytury się nam jakoś kurczą, te kiedyś tam, w przyszłości wciąż bardzo odległej, a secundo - wzrok od tej lekkiej pracy coraz słabszy się robi chyba. Boli mnie bardzo, że ustawy są pisane pod potrzeby kolejno następujących po sobie kampanii wyborczych. A tu, ledwie jedna się skończy, zaczyna się kolejna i tak: do parlamentu, na prezydenta, do parlamentu, na prezydenta... a my, jako niezrzeszone w kołach potężnych związków niektórozawodowych, w ogóle się nie liczymy. Jesteśmy jak ten jedyny klient, który chce kupić karczochy w małomiasteczkowym sklepiku.Któż je dla niego sprowadzi? - Nikt! Utratą jednego klienta nikt się nie przejmie. Ale - piwo być musi na półkach, tak wielu klientów o nie pyta. W kawiarence maleńkiej byłoby cudownie, smacznie i urokliwie. To kiedy wracasz z tego szkolenia? I jak wypad w góry wyszedł z Rodzicami? Wojennie, czy pokojowo? Buziak.


poniedziałek, 8 września 2008

SPA

Jaka jest różnica pomiędzy terrorystą a bandytą z CIA? – Żadna. Jeden i drugi krzywdzi ludzi w imię tzw. wyższych celów. I zarówno jeden, jak i drugi, nie ogląda się przy tym na konsekwencje swoich czynów. Mówi się, że fanatycy islamscy to dzicz. A cywilizowany świat czym się niby od tej dziczy różni? Moim skromnym zdaniem – w ogóle się nie różni. Niczym, a jeśli już, to tylko zawoalowaną formą. Bo udając, że się niby broni przed terroryzmem, w rzeczywistości daje upust mściwym i ohydnym skłonnościom. I wszystko to pod płaszczykiem miłosierdzia i tolerancji. I walki o demokrację i pokój pomiędzy narodami. Wystarczy, że masz trochę ciemniejszą skórę, a pochodzenie z okolic obfitych pól naftowych, na które ten cywilizowany świat ma wielką chrapkę, a stajesz się automatycznie prawie wrogiem numer jeden. Można cię więzić, poniżać i torturować. A miłosierne społeczeństwa chrześcijańskiej części ludzkości będą - z właściwym sobie wdziękiem - udawały, że nic się nie stało, bo to w imię spokoju i pokoju. A w ogóle to kłamstwo i potwarz! Nic takiego nie mogło mieć miejsca.

Najwyraźniej to są salony odnowy biologicznej, a nie sale tortur.

czwartek, 4 września 2008

Złośliwa aura (2004)


Spadł deszcz. Nieoczekiwanie.

Spadł.

Choć na niebie żadnej chmury.

Płomień zgasł. Niech tak zostanie.

Zgasł.

Choć nie było żadnej awantury.



Taki stareńki wierszyk, króciuteńki, ale kryje w sobie tyle moich myśli! Czasem dzieje się coś nagle, bez widocznej przyczyny, coś rozpada się ot tak - zwyczajnie i po prostu... i nic nie można na to poradzić.

wtorek, 2 września 2008

Spadek, czyli co się kryje w starej szafie

w czeluściach gdańskiej szafy

pachnącej naftaliną i lawendą

skrywają się zwyczajne wspomnienia

nadgryziona przez mole historia

jak koronka spięta ametystową broszą


kosmaty pająk rozsnuł swoją nić

nad rozlaną szeroko rzeką pamięci

przerzucił wiszący most po którym

podpierając się laską smutku

wędruje czyjeś wczoraj i dziś


zapłodnione zalążki przyszłości

zanurzone w kurzu dziejów

zapuszczają korzenie wiedzy

w żyznej glebie doświadczeń

genealogicznego drzewa życia

poniedziałek, 1 września 2008

Jesień - z cyklu "Cztery pory roku" (2006)

Bujne kształty, barw harmonia-

-wolno kroczy Pani Jesień.

Wśród łąk ptasia trwa symfonia,

pomalutku mija wrzesień.


W parkach cudne już kobierce,

W sadach ciężkich jabłek kiście.

Dreszcz nostalgii zżera serce,

niczym chłód jesienne liście.


Już pod grzybów wonne strzechy

senna kryje się jaszczurka.

I ostatnie już orzechy

Pochowała gdzieś wiewiórka.

piątek, 29 sierpnia 2008

Jajko z niespodzianką ( jesień 2007)

Gdy jesień się na dobre

rozgości

przyjdzie czas na małe

przyjemności

na dworze ziąb i wiatr

a zatem

dziewczynę łatwiej poderwać

niż latem

zaś latem choć wszędzie

golizna

to każdy mężczyzna

to przyzna

że kuszą te zgrabne

policzki

lecz lepiej gdy je kryją

spódniczki

dziewczyny zamiast letnią

kochanką

bądźcie jajkiem takim…

z niespodzianką!

czwartek, 28 sierpnia 2008

Dobranoc

Dobranoc, śpij spokojnie.

Z porannych mgieł muślinu

utkałam Ci prześcieradła.

Letnim obłokom wydarłam

puch na twoje poduszki.

Gdy mrok czarnym całunem

otula zmęczoną ziemię,

księżyca zapalam latarnię

i gwiezdnym osłaniam witrażem.


Dobranoc, Mamo. Śpij, późno już…

środa, 27 sierpnia 2008

wigilia

Na imię miałaś ładnie – Irena…

Pamiętam, gęste, czarne włosy,

uśmiech, którego już nie ma

i trochę smutne, mądre oczy.


Jest późno, na ojca wciąż czekam.

Przeglądam księgozbiór pożółkły,

zakładka. Twoja… zadrżała mi powieka.

To tylko kartka, a widok taki smutny…


Jutro minie 5 lat, od kiedy Ciebie, Mamo, nie ma.

wtorek, 26 sierpnia 2008

Homo sapiens ( 29 czerwca 2006)

Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień


Polska to kraj katolicki. Ktoś powiedział, że “praktykujący, ale niewierzący”. Polacy przywiązują ogromną wagę do symboli, zwyczajów, dogmatów, ale zdaje się, że nie próbują dotrzeć do sensu swojej wiary. A szkoda. Ksiądz Twardowski powiedział kiedyś w pewnym wywiadzie, że “wierzyć, to znaczy mieć wątpliwości i próbować je pokonać”. Jest oczywiste, że każdy tkwi w przekonaniu o swojej nieomylności, o słuszności swoich poglądów. Sądzę jednak, że czasami warto przynajmniej spróbować zrozumieć stanowisko drugiego człowieka, jego sposób myślenia. Choć różny, może jednak też nie jest pozbawiony jakichś podstaw? Może, po prostu, trzeba słuchać i mieć szeroko otwarte oczy? Przecież niekoniecznie trzeba się z każdym zgadzać, ani zmieniać własnych osądów. Często zapomina się, że ten drugi, to też człowiek, ma takie same prawa do życia i swobody myślenia. Czy ktoś odsądzając innego człowieka od czci i wiary próbuje postawić się w jego sytuacji? Zrozumieć motywy, albo przyczyny jego postępowania? Od ślepego przekonania o jedynej, wyjątkowej słuszności własnych przekonań jest tylko maleńki kroczek do fanatyzmu. A fanatyzm jest – moim skromnym zdaniem – największym złem, jakie może dotknąć ludzkość. Potwierdza to historia, ale nie tylko. Fanatyzm rodzi terroryzm.

Spotkałam się z opinią młodego człowieka, nie pamiętającego ery socjalizmu, że ludzie w czasach terroru, albo innego ucisku, są lepsi, bo się boją. Boją konsekwencji. A wolność wyzwala niekoniecznie najlepsze reakcje i zachowania. Zastanawiałam się nad tą teorią i doszłam do wniosku, że trochę racji w niej jest. Niestety... Nihilizm, narkotyki, przemoc, etc...

Pomyślało mi się, że np. te modne ostatnio manifestacje, niegdyś nieobecne na ulicach, noszą znamiona tej przesadzonej wolności. Maszerują wszyscy: pielęgniarki i lekarze, górnicy, młodzież szkolna ( na wagarach), homoseksualiści i “wszechpolacy”. Jedni, bo stracili coś, czego oddać nie chcieli, drudzy, bo ciągle mają za mało, kolejni, bo czują się zagrożeni w poczuciu swojej wolności, następni, bo chcą być zauważeni a ostatni, bo coś lub ktoś nie pasuje im do światopoglądu osobistego...

Trochę mnie to już nudzi, ta ciągła przepychanka ociupinkę denerwuje, ale nie bulwersuje, raczej śmieszy. Stare powiedzenie mówi, że “każdy jest kowalem własnego losu”, ale manifestanci chyba tego nie słyszeli, albo nie chcą pamiętać starej prawdy. Znam ludzi, którzy ukończyli np. studia o kierunku fizyka jądrowa, a dzisiaj prowadzą maleńką firmę, i to (broń Boże) nie pod szyldem “Tanie bomby atomowe”. Co w tym najciekawsze, to to, że do nikogo nie mają pretensji, że nie ma dla nich pracy w wyuczonym zawodzie!? Albo, że za granicą to fizycy jądrowi zarabiają dziesięć razy tyle. Znam panią - byłą dyrektor dużej firmy, prowadzącą teraz sklepik z tkaninami. Jest uśmiechnięta i szczęśliwa. Nie maszeruje z transparentem w dłoni. Przystosowała się i znalazła swoje miejsce w nowej rzeczywistości, podobnie jak ten fizyk. Łatwo jest żądać, trudniej rządzić, zwłaszcza, gdy wokół tyle wyciągniętych rąk. Jak dotąd, nikomu, oprócz Chrystusa, nie udało się jedną rybą i jednym bochenkiem chleba nakarmić wszystkich potrzebujących. Świat, w którym wszyscy są zadowoleni, w którym nieobecni są malkontenci, jest utopią.

Mnie zupełnie nie obchodzi, w jakiego Boga kto wierzy, ani z kim i gdzie sypia. To jego prywatna sprawa, dopóki nie wyrządza nikomu krzywdy. Jeśli mi brakuje do pierwszego, to nie biegnę pod Parlament z kijem baseballowym, ani z transparentem, bo to moje życie i to, jakie ono będzie, zależy tylko ode mnie i mojej otwartości na zmieniający się świat. Los trzeba brać we własne ręce, nie czekać, że inni zrobią to za nas. Nie zazdrościć innym ludziom majątku, władzy, ani znajomości. Przecież nie jest ważne kim kto jest, ani co ma... Ważne, co daje z siebie innym. Ludzie zawsze dzielą się na mądrych i głupich, albo dobrych i złych – bez względu na to czy są bogaci, czy biedni, albo wierzący lub niewierzący. Rozglądając się dookoła dostrzegam, że wszyscy są niezwykle tolerancyjni – dla siebie. Nie dla innych. Kiedy popełniają błędy, tłumaczą natychmiast, że :”ten się nie myli, kto nie pracuje”. Jednak błędy, popełniane przez innych, już nie tak prosto i gładziutko są wytłumaczalne. I, choć nikt nie jest bez winy, prawie każdy chętnie i bez namysłu pierwszy rzuca kamień.

Bo, w moim przekonaniu, być człowiekiem przez wielkie C, to znaczy czasami potknąć się o górę, ale dojrzeć wszechświat w kropelce rosy. Homo sapiens znaczy istota rozumna. Tylko, czy aby na pewno?

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Kafejka z Klimatem

drzwi przytulnej kawiarenki:

- Witamy Panią, witamy Pana!

aromat świeżo palonej kawy

snuje się w lekkim półmroku

- Może ten stolik, tuż przy oknie,

z widokiem na ulicę?

w lampce czerwonego wina

radośnie błyszczą iskierki oczu

- Czy podać lody? Kawałeczek tortu?

Czekoladowy świetnie pasuje do kawy!

różnobarwne lampy w stylu Tiffany

głaszczą kolorami twarze gości,

wino dostraja myśl do bluesa...

- Dobranoc Państwu, zapraszamy jutro!


Moja Przyjaciółko, wczoraj Pan Monsz postanowił zakleić kopertę ze swoim urlopem i na godzinkę wyskoczyliśmy do Pułtuska. Miało lać, a pogoda okazała się w sam raz na maleńką wycieczkę: słonko nie wysmażało, ale mile łechtało, deszcz zawisł gdzieś poza zasięgiem wzroku, wiatru prawie nie było, 20 Celsjuszów. Ale nie miała tu być nieaktualna prognoza pogody, więc do rzeczy. Przy Domu Polonii jest przystań, a tuż tuż na wzgórzu, bar, zamówiliśmy dwie małe czarne, do nich dwa pucharki lodów ze śmietanką i owocami. Razem 50zł. Po powrocie policzyłam sobie koszt wyprodukowania tego menu – wyszło mi, że to jakieś 6-7zł, nawet z wynagrodzeniem pracownika, bo w ciągu chyba 10 minut obsłużonych zostało około 20 osób, jako, że dania były właściwie gotowe. Nikt akurat nie zamawiał nic z oferty obiadowej, bo było za wcześnie.

Wcinając pyszny deser i popijając go równie smaczną i aromatyczną kawusią Lavazza, jednym uchem tylko słuchałam, niezwykle zresztą interesującej, opowieści Pana Monsza o szkolnych czasach ( tam uczęszczał do szkoły średniej) i pływaniu Omegami, o klubie żeglarskim, o dzisiejszym szpanowaniu wypasionymi jachtami, oraz o profanacji jezior przy pomocy równie wypasionych motorowych gigantów ( a stały takie akurat przycumowane, w polu naszego widzenia). No więc Pan Monsz mówił, a ja myślami błądziłam pomiędzy pomaleńku zacierającym się w mojej pamięci wspomnieniem sprzed kilkunastu lat - ze sprowadzania żaglówki ze Śniardw na Zalew Zegrzyński rzeką Pisą, a naszymi marzeniami o maleńkim, kawiarnianym biznesiku…

Oj, Koleżanko, zalęgło się i wyplenić nie mogę teraz!

I bardzo dobrze, skoro już się zalęgło - to niech w spokoju nabiera ciałka :-)

A te lampy w stylu Tiffaniego - super pomysł !!!

Pozdrowienia od Przyszłej Współwłaścicielki Kafejki z Klimatem, czyli Podstępnej Osóbki, która w ten sposób Próbuje Wreszcie Wyciągnąć Cię na Wspólną Kawę (oczywiście najpierw zakaszemy rękawy przy nieuchronnym remoncie lokalu :-) )

Noooo, to dopiero paskuda!!! Jak na ten temacik, to może nasmarować tu cóś niecóś, a na inne to ani mru mru!!!!

piątek, 22 sierpnia 2008

Lato - z cyklu "Cztery pory roku"

Chętnie stroni od roboty

Lato – chłopak roześmiany.

Nowe wciąż obmyśla psoty,

złotym słonkiem pieści łany.


Czasem w skwarne popołudnie

ciepłym deszczem ziemię zrosi.

Dmuchawcowi w puszek dmuchnie

choć go o to nikt nie prosi.


Gdy już sierpień spływa potem

zbóż otwiera pełne kłosy.

Wiejski pejzaż barwi złotem,

babim latem plącze włosy.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Domek bez adresu

Rzadko oglądamy nasze miasteczko, tak „od środka”, bo chociaż tu mieszkamy, to pracujemy gdzie indziej. Tu – pracy właściwie nie ma. Za to, jak skonstatowaliśmy z niejakim zdziwieniem, jest mnóstwo banków. Poza nimi, niewiele tu jest. Nie ma kawiarenek, przytulnych lokalików, do których można by wpaść na małą czarną z koleżanką lub kolegą, nie ma już kina…
Niedzielne, letnie popołudnie nikogo nie zachęciło do spacerów, bo i niby dokąd? Wędrując uliczkami, spotkaliśmy w ciągu dwu godzin jedynie kilku mieszkańców.
Nadnarwiany wał, wyłożony na dosyć długim odcinku nowoczesną kostką, udaje promenadę. Dawniej zatłoczony i gwarny, dzisiaj też świecił pustkami. Od rzeki w stronę miasta wiatr niósł przykry odór zgnilizny. Mimo to, zeszliśmy na dół, na piaski, na których jako nastolatki cieszyliśmy się słońcem i towarzystwem licznych przyjaciół. Cóż: śmieci, potłuczone szkło, porozrzucane plastikowe butelki i opakowania po chipsach. Piasek - tylko z nazwy, bo piasku w tym śmietniku jest, jak na lekarstwo. Idziemy dalej, po drodze czytam na tablicy informacyjnej NOSiR: „Wypożyczalnia kajaków i sprzętu wodnego na terenie miejskiego kąpieliska, przy targowisku”. To jednak mamy miejską plażę??? – muszę sprawdzić. Z daleka widzę, jest „cóś”, jakieś bojki na wodzie, chorągiewka powiewa smętnie na brzegu. Tylko gdzie ta plaża? Brudny, pozostały po opadłej, rzecznej wodzie piach, porośnięty jakimś zielskiem, wtłoczony pomiędzy, naniesiony przez wodę, cypel i krzaczastą wysepkę, wyrosłą tuż tuż.
Nie tylko my nie mieliśmy ochoty zejść na tę plażę, bawiło tam może trzech lub czterech wyrostków. Nikt się nie kąpał. Wcale nas to jakoś nie zdziwiło, bo Narew przypomina bardziej krowi staw, niż rzekę, tak jest śmierdząca, porośnięta rzęsą, najeżona porostami i wystającym z wody śmieciem, porzuconym przez dbających o środowisko mieszkańców.
Powędrowaliśmy dalej, taki urlopowy rekonesans lokalny.
Centrum miasta, przy fontannie kilkoro staruszków przysiadło smętnie na ławkach. W fontannie wody tyle, żeby było mokro, poza tym – śmieci, normalnie…
To może na lody? Chodźmy, na lody. Mini Max – kupiliśmy, chociaż wybór żaden, ale co tam! Papierki po lodach usiłowaliśmy upchnąć w koszach ulicznych, nie udało się. Cała Warszawska zasypana odpadkami, wszędzie nadeptywaliśmy na niedopałki papierosów, fruwające papierki, torebki foliowe, butelki, potłuczone szkło.
Przystanęliśmy, rozejrzeliśmy się wokół: pięknieje to nasze miasto, rośnie, co rusz kamienica w budowie: „Sprzedaż mieszkań”. To dobrze, że miasto się unowocześnia, rozbudowuje. Szkoda tylko, że wyłącznie w sferze noclegowej. Bo stało się już dawno sypialnią Warszawy, tak się o nim nawet mówi w okolicy. Jeżeli założyliśmy, że tu mamy tylko spać, a pracować, wydawać zarobione pieniądze, korzystać z rozrywek, rozwijać się kulturalnie i w ogóle – żyć, to już poza naszym grajdołkiem, to jesteśmy na najlepszej drodze do pełnej realizacji tego projektu. Nie wiem tylko, czy mnie się ten pomysł podoba?!

Urlop

Lato mija, zanim zdążysz je zauważyć. Niczym armia zaciężna, cumulusy ciągną tuż nad dachami, zmierzając gdzieś na wschód. Sierpniowe niebo powinno nocą cieszyć witrażem gwiazd, a ledwie wczoraj dopatrzyłam się Wielkiej Niedźwiedzicy. Lada chwila, a znowu będę tęsknić za latem:

Za latem i słońcem tęsknię.
I za świerszczem zielonym.
Za koncertem skrzypcowym
wśród pelargonii czerwonych.


Jestem na urlopie. Uwiązana, udomowiona. Choć kilka dni wolności, ciepłych, bezobowiązkowych, leniwych dni… taki maleńki kataplazm.
Lata wyciekają ze mnie, jak krople z nieszczelnego kranu. Zebrała się już spora kałuża. Łez. Uśmiech chyba utonął, ale wciąż trwają poszukiwania. Jest nadzieja, że gdzieś udało mu się wydostać na suchy ląd, może w przybrzeżnych zaroślach czeka na ratunek?

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Imieniny Byłego Rezydenta ( 2007)

Szanowny Wielki Brat fukał dzisiaj ze swojej „ambony”. Może nie tyle fukał, co świszczał i puchł, ze złości i oburzenia. Były Rezydent jego pałacu śmiał zaprosić go na swoje imieniny. Bezczelność! Wielki Brat za żadne skarby nie poszedłby i nie podałby ręki. Faktem jest, że ma powody. Z ust Byłego Rezydenta zyskał efektowny przydomek, taki na „s”. Nowy nick przyjął się natychmiast i stał się powszechnie znanym. Nie bardzo wiadomo czemu, ale Wielkiemu Bratu się nie spodobał. A szkoda, mnie i owszem. Pasuje jak ulał. Chociaż, mam wrażenie, że tym pseudo należałoby obdzielić jeszcze całkiem pokaźne gronko użytkowników, dodając tylko numerację, np. s…01, s…02, s…03, itd…
Ale, wracając do meritum, to zdziwiła mnie nieco reakcja Wielkiego Brata. Ja specjalnie wierząca nie jestem, ale o chrześcijańskiej instytucji wybaczania co nieco słyszałam. „Kto w ciebie kamieniem, ty w niego chlebem”. „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy…”. Wielki Brat wprawdzie leży od czasu do czasu publicznym plackiem w Domu Tajemnicy, sama widziałam, ale zdaje się, nie bardzo wie – po co? I dlaczego? Czyżby Mamusia kazała? Ja nie leżę, ale wybaczam. I odpuszczam. Były Rezydent chyba też, bo mimo wszystko wyciągnął rękę. A Wielki Brat wyglądał tak, jakby chętnie tę rękę ugryzł, mimo, że ona go karmiła, pozwoliła wypłynąć na szerokie wody. To dzięki tej ręce Wielki Brat dzisiaj i z profilu i en face w mediach się lansuje. Zatem, żeby nie nagła amnezja i wrodzona niewdzięczność Wielkiego Brata, to na tych hucznych imieninach byłby pewnie komplet gości, a tak? Eh, a dziś, na wszelki wypadek, zamiast specialite de la maison, czyli kaczek z jabłkami, indyki pieczone kucharz upichcił…

czwartek, 31 lipca 2008

Wanted

szukałam siebie

wszędzie

nawet pod łóżkiem

w dokumentach na biurku

w rekordach bazy danych

w garnku z rosołem

w stosie bielizny do prasowania

w siatkach z zakupami

w worku odkurzacza

w odbiciu w lustrze

w starym albumie

nigdzie mnie nie ma

pytałam wszystkich

kierowcę autobusu

i policjanta na koniu

i konwojenta z piekarni

i sprzątaczkę na schodach

i wścibską sąsiadkę z przeciwka

i właściciela sklepiku za rogiem

nikt mnie nie widział

środa, 30 lipca 2008

Totolotek

Wypełniłam. Kupony. Szef mnie zmusił. Powiedział: Pani siada, tu jest kupon, trzeba zagrać. Jeśli się tego nie zrobi, przy takiej kumulacji, to potem się będzie już zawsze żałowało, że nie dało się sobie szansy. Oczywiście – nici – trójka tylko. A rano w Antyradio redaktorzy zakładali klub. Mieli dwie propozycje nazwy: „Klub pokrzywdzonych przez kumulację” albo „Klub niedoszłych szczęściarzy”. To bardzo liczny klub byłby… Pan Monsz orzekł: trudno, trzeba jednak brać się do remontu tego mieszkanka. Przepadła szansa na „Teraz to mi to Lotto!”.

wtorek, 29 lipca 2008

Dylemat


Gdy pieści ją twoja ręka

to dla niej wielka udręka.

Świadoma obustronnej inwencji,

obawia się pieszczot konsekwencji.

Taki dylemat to męka.


Pytanie z pewnego portalu: Dlaczego piszesz?

Nie wiem. Może - bo muszę?

Skaldowie śpiewali: "śpiewam, bo muszę..."


poniedziałek, 28 lipca 2008

Zależność

Zależność


Wartość arcydzieł rośnie

wraz z kwadratem czasu,

który upłynął od śmierci

ich autora.


Potęgę świadomości

określa czas poświęcony

na filozoficzne rozważania

nad sensem istnienia.


Tak zwana życiowa mądrość

pozostaje w ścisłej zależności

z liczbą zakrętów drogi,

którą kroczymy.


Szczęście w miłości

jest odwrotnie proporcjonalne

do naszych wysiłków

by je mieć.

Próbuję zrozumieć współczesną poezję. Bez skutku. Nie ma w niej ładu, nie ma treści, jest tylko forma, obowiązkowo bez wielkich liter, bez rymów, bez wielokropków, w ogóle bez interpunkcji, bez pustych wierszy. Rozumiem – moda.


Czytam więc, niczego nie rozumiejąc, nie komentując większości tekstów, bo co można powiedzieć o wierszu, z którego nie wynika nic? Żadna treść, żaden przyczynek do rozmyślań, do zastanowienia się nad czymkolwiek. Wszystko, albo prawie wszystko jest napisane źle, zdaniem komentatorów - oczywiście. I czytam takie teksty pod wierszami: „ Świetny wiersz, znakomicie napisany, wspaniałe metafory”, etc… - to pod dziełem, którego nie sposób zrozumieć, więc ani słóweńka o jego treści, żeby się czytelnik nie wygłupił, chyba… nie wiem. Udaje się zachwyt, na wszelki wypadek, bo a nuż okaże się kiedyś, że to wybitny poeta?! A my nie doceniliśmy.

Poza tym, z reguły, czytelnicy mają do autora same zastrzeżenia: a to, że tytuł do luftu, a to, że banalna treść ( znaczy – zrozumiała bez trudu), ponadto, że sformułowania nie takie, jak chciałby czytelnik. Przykro się robi, gdy autor potem, ze strachu przed kolejną krytyką, przerabia to, co napisał. I to już przestaje być jego wierszem, jego własną twórczością. Sama też zetknęłam się z podobnymi reakcjami. Dowiedziałam się, że tytuł „chora miłość” jest nie trafiony, nie zachęcający. I, ciekawa sprawa, starczyło, że jeden tak osądził, a po nim już każdy kolejny komentator. Poczułam się tak, jakby oczekiwano ode mnie tytułu na banner reklamowy. A tytuł jest tylko adekwatny do treści, bo piszę tam o chorobliwej miłości, niszczącej wszystko, zniewalającej człowieka, którego się kocha, a który pod wpływem tego nadmiarowego kochania, ma dosyć i ucieka gdzie pieprz rośnie. I nie chodziło mi o związki wyłącznie pomiędzy mężczyzną i kobietą. Matka potrafi tak spętać uczuciem dziecko. To się zawsze źle kończy.

Za czytelny tekst, brak metafor. Za dużo pustych wierszy. No, słowem, wszystko jest nie tak. Tu popraw, tam przerób. Ani myślę! Przerabiać. Tak napisałam, jak pomyślałam. Nie na wystawę, tylko dla siebie. Ja uważam, że metafory nie zawsze są potrzebne, to zależy, co się w głowie ulęgło i o czym się pisze. A jak zaznaczyć ciszę? Jak pokazać, że tu akurat jest ból, płacz, w tej zalegającej pustkę po kochanej osobie, ciszy? Moim zdaniem, takie puste wersy są jak milczenie, które nie jest pustką.

Sztuka dla sztuki mnie wkurza, moim zdaniem szkoda na taką czasu, gdy nawet autor nie wie, co chciał powiedzieć, a co dopiero przypadkowy czytelnik. Można by zastosować dzisiaj obowiązkową legendę do każdego wiersza. Czasami, czytając coś, mam wrażenie, że poeta na chybił trafił otwierał słownik języka polskiego, wybierając z każdej strony jedno słowo, bo żadnego związku pomiędzy nimi ( w wierszu) nie ma. Może się czepiam, pewnie tak dzisiaj ma być.

A poczucie humoru? – na poziomie zerowym. Kern, Załucki, Daukszewicz nie byliby godni zamieszczania swoich tekstów na stronach dla piszących cokolwiek.

Najbardziej mi żal dzieciaków, tych którzy próbują, nie wiedząc jeszcze, czy naprawdę chcą. Pisać, czy chcą. Obowiązuje zasada: bardzo duży kij i ledwie widoczna marchewka. Długo żyję, ale jeszcze nie widziałam, żeby tą metodą udało się kogokolwiek zachęcić do czegokolwiek zresztą. A może by pozwolić robić błędy? Może nie przeszkadzać w poszukiwaniu własnej drogi? Nie wytyczać ścieżek, nie zmuszać do stosowania jedynych słusznych wzorców? Może docenić fakt, że zamiast głupieć wraz z innymi, oni próbują myśleć i pisać? I niech im to różnie wychodzi – na zdrowie, psychiczne. Większość z nich i tak z wierszoklectwa wyrośnie, poetów będzie można policzyć na palcach jednej ręki. Po co zostawiać im złe wspomnienia z tego antraktu w życiorysie?

Mnie nikt nie skrzywdzi, ja nigdy nie wybierałam się na piedestał, niech tam kogo innego bolą nogi od stania na nim! Piszę, bo czasem mi to pomaga, chociaż wiem, że bezwartościowe, że z prawdziwą poezją ani literaturą nie ma nic wspólnego. Ale dla mnie to pisanie ma wielką wartość – pozwala mi nie zgubić się w rzeczywistości i zatrzymać myśli, podobnie, jak ulotną chwilę na fotografii.

niedziela, 27 lipca 2008

Złe myśli

lęgną się obrzydłe i lepkie
gigantyczne wężowate kształty
żarłoczne uzębione paszcze
ślepe znajdują krwawiące miejsca
przysysają się wwiercają
wgryzają kłami
zatruwają odchodami
pozostawiając po sobie
gnijące resztki ciała
gorejącego gangreną

Są takie chwile... nie, nie dziś, ale w ogóle - zdarzają się chyba każdemu. Myśl staje się potworem, robalem, wwiercającym się w duszę. Współczuję ludziom, którym depresja towarzyszy długo. Mnie wystarcza kilka złych dni, żeby życie zamieniło się w koszmar. Najtrudniej jest walczyć i wygrać z samym sobą.

piątek, 25 lipca 2008

Enteroza

Arka Przymierza

Od zarania dziejów

Twardo choć pomału

Ludzkość do swojego

Zdąża ideału –

Lecz ten świat idealny

Ciągle nie jest gotów,

Bo każde pokolenie

Swoich ma idiotów.

Jak jasno z powyższego

Wynika stwierdzenia,

Jest jednak coś, co łączy

Wszystkie pokolenia.

( autor: M. Załucki)


Sprawdziłam i notuję, co to jest „enteroza”: niepohamowana chęć wciśnięcia klawisza enter po kilku napisanych słowach. Eh, uwielbiam neologizmy.

Nie mogę się nadziwić, charakterystycznej dla Polaków, powadze. Powadze we wszystkim, co robią, o czym mówią. Szczęściem , są jeszcze ludzie, których znam osobiście, a którzy potrafią się śmiać z byle czego. Albo zupełnie bez żadnego powodu. Tak tylko – dla frajdy. Na portalu bibliofilskim przeczytałam kilka miesięcy temu wypowiedź jednego krytyka, traktującą o zaniku dobrego humoru w narodzie. O odejściu w zapomnienie Mariana Załuckiego, Ludwika Jerzego Kerna, Jana Sztaudyngera.

Pamiętam też satyrę Załuckiego, w której wyśmiewa sam siebie. Na pytanie, co robi gdy brak mu weny, odpowiada: Cóż, wtedy siadam i piszę! A moje dwie książeczki z jego satyrycznymi, lekkimi tekstami są tak „wyczytane” przez moich znajomych, że ledwie trzymają fason. No tak, ale znajomi są niezwykle pogodnymi ludźmi. Życie jest poważne samo w sobie, wydawałoby się, że mu tej powagi nie trzeba dokładać, bo ma pod dostatkiem.

Ciekawi mnie, jak teraz by zjechano tekst Daukszewicza, z rymami, zwanymi częstochowskimi: „tyle mi zostało, co mi nakapało, jak przyjdzie Milicja, będzie prohibicja”?

Przypomina mi się jeszcze jedna rozmowa, z pewną malarką, w której opowiada ona o obrazie w galerii. Obraz przedstawiał kropkę na czerwonym tle. I nic więcej. Artystka powiedziała, że próbowała nań spojrzeć odwracając się tyłem i z głową między nogami – i też nic! Zakończyła stwierdzeniem: Współczuję zwykłym ludziom, dla nich nie ma dzisiaj żadnej sztuki. Jeżeli ja, wykształcona w tym kierunku, mam problem z odbiorem wielu dzieł, to co powiedzieć o przeciętnym odbiorcy?

Wracając do owej enterozy: nie miałam pojęcia, że jej używam. A używam! Klawisz enter jest trochę jak dobosz, wybija rytm i pokazuje, gdzie odetchnąć, albo zawiesić głos. Podobnie jest z wielokropkiem. Jedno drugie nie jest dzisiaj mile widziane. Nic na to nie poradzę. Mundurków nie znoszę, w Chinach też nie mieszkam, nie muszę być modna. Wolę pozostać sobą, czyli grafomanką. Nie mniej jednak warto się dowiedzieć, co o Tobie myślą inni, to poszerza horyzont i stwarza nowe pole dla wyobraźni „twórczej”, chociaż nie koniecznie „TWÓRCZEJ”.

I jestem szczęśliwa, że otaczają mnie ludzie, którzy śmieją się z siebie, ze mnie i z innych. Śmieją się radośnie, bo im wesoło – po prostu.

Świat jest taki piękny! Wystarczy posłuchać skowronka – on wie najlepiej!