wtorek, 18 kwietnia 2017

Wariacje wielkanocne


dowód na to, że z ilością maków, skądinąd cudnej urody, tez można przesadzić.

a tu mazurek mojej kochanej Siostry, której wyobraźnia nigdy jeszcze nie zawiodła. Talent mazurkowy rozkwita - mazurki są niczym małmazja, smakują iście niebiańsko! Toteż produkcja co roku odbywa się w ilościach hurtowych :)

Pojechaliśmy, mój, od zawsze lekuchno zwariowany,  Szwagier ogłosił wszem i wobec, że wypada podzielić się jajkiem... z niespodzianką. Podzieliliśmy się, w moim był dziwny stworek. Z racji wieku zaawansowanego, nie jest mi ów stwór znany, wobec czego przekazałam w odpowiednie rączki. Właścicielka rączek wiedziała, kto zacz! Atmosfera naładowała mi baterie na długo. To się nazywa mieć wyjątkowy dar do zjednywania sobie ludzi, a domowi dodawania duszy.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Rzeź niewiniątek

Wiosennie już, magnolie kwitną, tarniny też, forsycja żółci się na trawnikach. Byłoby pięknie, ale...
Droga, która prowadzi mnie codziennie do pracy wygląda jakby byłą naga. Wzdłuż krajowej Siódemki trwa wycinka, rzeź niewiniątek. Stare, ogromne drzewa leżą pokotem w rowie. Tyle lat dawały nam cień podczas letnich upałów, chwilę wytchnienia od palącego słońca. Teraz porżnięte, odarte z konarów, połamane leżą. A ja płaczę nad ich losem. Nad głupotą ludzi, którzy nawet odrobiny wdzięczności nie mają. Komu one przeszkadzały? Nie stały szpalerem wzdłuż drogi, zagrażąjąc bezpieczeństwu nierozważnych, pędzących asfaltową szosą aut. Rosły w głębokim i szerokim rowie. Już nigdy wiatr nie zakołysze zieloną czupryną, nie będzie się unosił i wpadał przez otwarte okno auta nawet zapach czarnego bzu, bo krzewy bzu też wycięto, razem ze wszystkim, z lilakami też. Zostało tylko zielsko i strzępy niewinnych ofiar pogromu natury.

Jadę teraz i myślę, co będzie teraz? Ptaki, które z takim zapałem dokarmiamy zimą, nie mają się gdzie gnieździć.

I myślę sobie, że kraj, w którym do chrześcijańskich poglądów przyznaje się prawie 90% społeczeństwa, nie szanuje darów swojego Boga. Dla mnie, istoty niewierzącej, Matka Natura, to siła, którą należy szanować. Nie ze strachu przed piekłem, przed jakąś karą boską, ale z wdzięczności. Bo, prawdę mówiąc, życie wielkiego sensu nie ma. Ale jakże cudownie jest być pyłkiem we Wszechświecie, być oczkiem w łańcuchu istot żywych. Móc patrzeć na cuda, które o każdej porze roku wywołują westchnienie podziwu w oczach. Wiosna... pachnąca, tonąca w zieleni i wybuchająca  mnogością istnień, jak konfetti. Lato...złociste, zatopione w błękicie i ulotne, jak nadzieja, zwiastujące bogactwo jesieni. Jesień... ciężka, obfita, bogata olśniewająca odcieniami starego złota. Jesień obdarowuje nas wszystkim, co urodziła ziemia, jakby chciała nas udobruchać, pozwala, żebyśmy zachłyśnięci jej urodą, nie zauważyli, jak szybko odchodzi robiąc miejsce zimie. Zima... jak panna młoda, cała w bieli. Naga i niewinna, ale zimna. Obwieszona cyrkoniami osadzonymi w srebrze. Zima, niczym Wenus, zawstydzona nagością. Jej zmysły budzą się powoli, zimna krew rozgrzewa skostniałe tętnice. Powoli dojrzewa, uczy się i przemienia w tę, która posiadła wszystkie tajemnice miłości. W wiosnę.

Starożytni uważali, że czas jest jak wąż zjadający swój ogon. Człowiek odcina  dzisiaj wężowi łeb, nie bacząc na konsekwencje.

niedziela, 19 marca 2017

Klonowanie Szyszki




Kilka tygodni wcześniej, skutkiem zmiany w ustawie o wycince drzew, wycięto w naszym mieście kilka wiekowych jaworów, rosnących przy głównej ulicy od niepamiętnych czasów. Moja pamięć, sięgająca kilkadziesiąt lat wstecz przywołuje z mgły wspomnień te rozłożyste korony, dające przyjemny cień w upalne dni. Cień, w którym kryłam się maszerując ze swoją mamą tą ulicą. Miasteczko dosłownie tonęło w zieleni.

Pod  tym klonem, codziennie, od 20 lat, wsiadałam do auta, które wiozło mnie do pracy. Teraz stoję obok patriotycznego słupka, który robotnicy postawili na karczu. Klon miał u podstawy ponad 1,5m średnicy, tuż pod ziemią około 2m... Pewnego ranka gapiłam się na kłócące się w jego nagiej jeszcze koronie sroki i kawki, a po powrocie zastałam widok, który zmroził mi krew w żyłach. Dawno tak nie płakałam, jak tego popołudnia. Oprócz tego jawora, wycięto jeszcze pięć, podobnie wiekowych, chociaż trochę mniej potężnych.

Od tygodnia trwa teraz intensywna budowa parkingu. Tak, rozumiem, dzięki parkingowi będzie zapewne mniejszy smog, czyste i zdrowe powietrze, na miarę XXI wieku. Nie ma wszak nic lepszego dla zdrowia jak betonowa dżungla, co najwyżej obsadzona ulubionymi przez Polaków tujami.

Pod wiaduktem, przy zjeździe do miasta, zawsze były u nas mokradła. Owszem, wysychały w środku lata, gdy brakowało opadów. Im wyższa woda w rzekach obejmujących z dwu stron miasteczko, tym więcej wody przesiąkało pod wałami, tworząc rozlewisko, na którym ptactwo wodne bezpiecznie, co roku, odchowywało swoje młode. Mokradła były porośnięte licznymi wierzbami i gigantycznymi olchami, na suchych obrzeżach rosły też dęby i akacje, rozpachniał się między nimi czarny bez.

Teraz jest tylko woda. Ale niedługo, już zaczęto zwozić góry piachu, będą zasypywać. Może powstanie tam jeszcze jeden nikomu niepotrzebny kompleks handlowy, kto wie?

Liściaste drzewa, nasi dobroczyńcy, dzięki którym życie na Ziemi mogło się kiedyś tak bujnie rozwinąć, odchodzą w niepamięć, w niebyt. Brawo, panie Szyszko, brawo moi drodzy rodacy, którym żądza pieniądza przesłania świat.

Brawo, Polsko, że wystawiasz sobie najgorsze świadectwo. Pamiętaj jednak, że traktowana po macoszemu Matka Natura, potrafi być mściwa!

Żegnajcie, niemi świadkowie historii, towarzysze radości i smutków tylu pokoleń, przepraszam za ludzi...

sobota, 18 marca 2017

Zaślubiny patyków

Jonathan Carroll "Zaślubiny patyków". Fascynująca książka, pięknie napisana, wciągająca.
I mądra. Przenosimy się świat nie do końca zrozumiały, tajemniczy i pełen groźnych niespodzianek.
Nic nie jest oczywiste, jasne i proste. Fabuła przypomina senną marę, film pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji, pomieszanych i pociętych kadrów, w których czytelnik się gubi. Chwilami chciałam rzucić lekturę, przestać, czułam się osaczona i zmęczona. I, podobnie jak w męczącym śnie, nie mogłam nic zrobić. Strachy doganiały mnie, a moje nogi nie chciały się oderwać od ziemi, oczy od kart książki też. Nie ma ucieczki od prawdy.

Każdy z nas toczy przez całe życie samotną walkę sam ze sobą. Tkwi w samym środku konfliktu pomiędzy dobrem własnym, a dobrem innych ludzi. I, całkiem nieświadomie, najczęściej wybiera dobro własne, często depcząc uczucia i nie dostrzegając, a wręcz lekceważąc potrzeby drugiego człowieka. I to się na nas mści, bo tak, jak każdemu działaniu towarzyszy przeciwdziałanie, to krzywdzie wyrządzanej komuś, odpowiada krzywda, którą odczuwamy my sami.

Poświęcić własne potrzeby, pragnienia, marzenia dla kogoś, to jedyne, co czyni z nas prawdziwych ludzi, oczyszcza i przynosi spokój i pozwala pogodzić się z losem. Odpędza demony.

czwartek, 9 marca 2017

dzieje się

Historia dzieje się na naszych oczach, Dzisiaj Unia pokazała naszemu rządowi czerwona kartkę. Wczoraj zrobiłyśmy to my, kobiety. Guru jednak nie słyszy. Słucha, ale nie słyszy. Albo udaje. Nie wiem, tak się zastanawiam, czy jest na świecie taki psychiatra, który podjąłby się leczenia tegoż demontażysty? Chyba nie ma.

Donald, za którym osobiście nie przepadam pasjami, a nawet mam wiele pretensji, bo poniekąd dzięki niemu mamy to, co mamy ( pisałam tu o tym wielokrotnie), został jednomyślnie... no - prawie jednomyślnie wybrany na ważne stanowisko unijne, co zmusiło guru do przybrania maski lekceważenia podczas konferencji prasowej.

Mnie żal byłoby pani prezes Rady Ministrów, która miała do wykonania zadanie niewykonalne, o czym z góry była poinformowana. Ale podjęła się misji tyleż trudnej, co poniżającej. Dlaczego napisałam, że "byłoby" mi żal? Bo ja, gdyby ktoś traktował mnie tak, jak traktuje się Panią Premier, trzasnęłabym drzwiami i posłała komu należy kwiecistą wiązankę, najeżoną kolcami na dodatek.

Nie rozumiem takiego zachowania, a nie wierzę, że ci wszyscy posłuszni ludzie naprawdę podzielają zdanie guru. Po prostu. Nie wierzę i kropka. Co zatem kryje się za tym ślepym posłuszeństwem nie tylko premier rządu, ale Głowy i wielu, wielu innych?

Oto jest pytanie!

niedziela, 19 lutego 2017

W czytelniczym transie

Kilka miesięcy zimowych, to był mój czytelniczy antrakt, nie bardzo mi idzie czytanie przy braku naturalnego światła.

Dopiero teraz, gdy zostałam na tydzień upalowana w domku, z powodu urazu w katastrofie lotniczej zwłaszcza, zaczęłam nadrabiać zaległości.

Książek spoczywa stosik, czekają na swoją kolej. Przy okazji trudnego wyboru, od której zacząć, wyszło na jaw, że gdy jestem w transie, to czytam tyle, że zaczynam się gubić. I przymiarkę do niedawno całkiem zgłębianej lektury poczyniłam byłam. Już po kilku stronicach spłynęło na mnie olśnienie: przecież doskonale znam tę treść!

I tak właśnie ze mną jest, kocham czytanie samo w sobie, najczęściej w ogóle nie zapamiętuję autora, ani tytułu, ale w zakamarkach pamięci pozostaje treść. Na szczęście! Odłożyłam tę, łatwą do czytania lekturę pt. "Kobieta ze znamieniem", sensacyjno-kryminalna powiastka. Dobra na deszczowe dni lata. W ogóle, jako kryminał, całkiem niezła. Ale bez przesady, są lepsze.

Przeczytałam "Grzesznika". A po nim kryminał "Wszystko czerwone".  Gdy trzeba się co chwilę odrywać od książki, obie te książki są jak najbardziej odpowiednie. Czytanie szło jak po maśle, tyle, że nic nie zostało mi po nich w pamięci. Próbuję przypomnieć sobie, o czym jest ów "Grzesznik", przeczytany ledwie 5 dni temu... Nic, pustka w głowie. Już więcej zostało po "Wszystko czerwone, Chmielewskiej. Tu zadziałało moje upodobanie do języka autorki, stylu, a poza tym mnie intryguje swoista monotematyczność, a także umiejscawianie akcji wciąż w tych samych miejscach. To nie są kryminały, tylko komedie kryminalne, a gdy się skupić na komedii, to robi się wesoło. Na kryminale skupiać się nie warto, bo ten wątek jest jakby poboczny, mało atrakcyjny czytelniczo.

Na swoją kolej czekał Boris Akunin i jego "Diamentowa karoca". To jedna z cyklu powieści o Fandorinie, rosyjskim inżynierze, którego dzieje zahaczyły o wielką rozmaitość życiowych profesji, a którego inteligencja wyrasta ponad przeciętność epoki. XIX wiek, to zaranie rewolucji technologicznej, konglomerat tradycji i nowoczesności. W tym, szybko zmieniającym się świecie, tradycja często ulega postępowi, ale nie poddaje się bez walki. Nowa fala zagarnia wszystko, nie od razu, ale podmywa brzegi, tu i ówdzie nanosi muł, by gdzie indziej niepostrzeżenie wyrwać kawałek nabrzeża.

Akunin, który urodził się w drugiej połowie XX wieku, z zadziwiającą wnikliwością zagłębia się w tamtą epokę. Epokę, w której, jak ktoś określił trafnie: zbrodnie popełniano z elegancją i z takąż elegancją je wykrywano.








piątek, 17 lutego 2017

Przekleństwo Adama

Bryan Sykes snuje swoją opowieść o ścieżce ewolucji homo sapiens, zaglądając najgłębiej, jak można w komórki naszego ciała. Podwójna helisa ludzkiego DNA kryje wciąż w sobie mnóstwo tajemnic, ale część, ta, którą genetykom udało się poznać, już dzisiaj rozjaśnia mrok historii ludzkości.

Sykes stawia tezę, która źle wróży nam wszystkim. Szczególnie złe perspektywy mają mężczyźni, ich los, zdaniem autora, profesora gentyki, jest już przesądzony - wyginą. Nie dziś, ani nie jutro, z wyliczeń wynika, że mają przed sobą jeszcze jakieś 5 tysięcy pokoleń, co daje im pi razy oko 125 tysięcy lat bytowania na ziemskim padole łez.

Płakać mogą już, bo jakby na to nie spojrzeć - degeneracja płci męskiej jest zjawiskiem postępującym. Najprostsze badania spermy, prowadzone na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu lat, wskazują, że sperma zawiera coraz mniej plemników, a te które są, są w większości uszkodzone i niezdolne do wędrówki do celu. I, co ciekawe, wbrew temu, co mężczyźni w naszym patriarchalnym kraju próbują nam wmówić, niemożność posiadania własnego potomstwa w drodze naturalnego zapłodnienia, jest skutkiem tej właśnie degeneracji plemników. In vitro jest coraz częściej jedyną szansą na potomstwo dla potencjalnych tatusiów. Kobieta znowu ponosi konsekwencje cierpienia i licznych upokorzeń związanych ze zniewieścieniem płci męskiej.

To, co obserwujemy wokół, powszechny zanik męskich cech, staje się lepiej zrozumiały.
Zdaniem Profesora, nasz gatunek jest w połowie drogi, do wypracowania modelu znanego w naturze wśród owadów. I tu dochodzimy do ciekawej teorii...

Genetycy prowadzili i prowadzą badania nad przyczynami homoseksualizmu. Wyniki tych badań są niezwykle interesujące i szokujące. Oczywiście, brak środków opóźnia znacząco dalsze sukcesy badawcze, bo napotyka na opór w masie ludzi, głęboko przekonanych o boskim dotyku sprawczym.

A genetycy, jak archeolodzy, "dokopali się" siedmiu Ew, naszych europejskich pramatek...

Nasze żeńskie DNA dziedziczymy wyłącznie po kądzieli! Jest ono również dowodem na to, że Ewa, jak wynika z badań, jest o wiele starsza, niż Adam, co przeczy patriarchalnej teorii biblijnej.

Przekleństwo Adama, skąd ten tytuł? Otóż, Pan Profesor obarcza winą za destrukcję matki ziemi brzydszą połowę ludzkości. A u zarania dziejów rewolucję agrarną, czyli przejście z epoki zbieractwa na rolnictwo. Agresywna i zaborcza natura osobników płci męskiej podłożyła nam minę, której eksplozja wywróciła wszystko do góry nogami i dała mężczyźnie władzę nad kobietą. Ciekawe, że do dzisiaj zachowaliśmy spadek po przeszłości i nasza płodność jest największa zimą. Czemu? Bo dzieci urodzone jesienią miały niegdyś największą szansę na przetrwanie. Jesień, to czas, w którym występuje największa obfitość w przyrodzie, to wie przecież każdy.

Umiejętność hodowania roślin i gromadzenia ich zapasów, a do tego udomowienie zwierząt hodowlanych  zmieniły wszystko i strąciły kobiety do roli inkubatora.

Jednak drżyjcie panowie! Natura się broni i mtDNA, mitochondrialne DNA, przekazywane z matki na córki powoli, acz konsekwentnie niszczy waszą płeć, a kiedyś, w dalekiej przyszłości strąci was do roli pszczelich, albo mrówczych robotnic, skazanych na bezpłodne istnienie w charakterze opiekunek gniazda.

Wasz chromosom Y, jest swoistym śmietnikiem i zawiera głównie uszkodzone, niezdolne do replikowania się fragmenty kodu genetycznego, eliminowane, albo naprawiane w trakcie zapłodnienia przez głównodowodzące siły żeńskiej komórki.

W jaki sposób płeć żeńska walczy z wami, panowie? Och, ma wiele sposobów... między innymi uszkadza was w łonie matki, czyniąc z was niezdolnych do rozmnażania się gejów. Albo eliminuje w ogóle.

Intrygujące jest przypuszczenie, że partenogeneza nie jest wcale taka nieprawdopodobna, jak się mężczyznom wydaje. I, że para lesbijek może w przyszłości mieć własne, wspólne potomstwo, natomiast para gejów nigdy takiej możliwości mieć nie będzie.

I jak wam się to podoba?


czwartek, 16 lutego 2017

Kiepscy

Czytam. Prawdę mówiąc skończyłam czytać. "Przekleństwo Adama", Bryana Sykes'a.
Jednym uchem słyszę, że Pan Monsz ogląda "Świat według Kiepskich". Nie wiem skąd pojawiła mi się myśl:

Głupota jest zasadniczo wszędzie jednakowa, ale prostactwo bywa rozmaite.

Przeraża mnie bezmiar tego prostactwa, w którą stronę nie spojrzeć.


Jak obłaskawić lwicę

Lew, to stworzenie krwiożercze, udomowić je raczej trudno. Co nie znaczy, że sprawa jest z góry przegrana, zawsze warto spróbować, a nuż się uda?
W każdym przypadku kwestia obłaskawiania wymaga dokładnego rozeznania w kwestii charakteru, osobowości groźnego drapieżnika.

Lwy, podobnie, jak ludzie, mają różne "zady i walety". Bywają łagodne, niczym baranek...swoją drogą, to głupie powiedzenie: łagodny, niczym baranek. Owieczki są łagodne, ale barany niekoniecznie, nie na darmo mają rogi. Nieważne, wróćmy do lwów, które czasami bywają łagodne, co prawda głównie z przyczyny, że leniwe. Niektóre rozleniwiają się z wiekiem i z wiekiem łagodnieją. Jednak gros lwów jest raczej agresywnej natury. To zresztą chyba zrozumiałe, w końcu życie to walka o przetrwanie, nieustanna i niepewna, a właściwie z góry przegrana, bo na końcu i tak czeka nicość. Tyle, że nie lubimy o tym myśleć.

Lew, samiec, jest stosunkowo łatwym obiektem obłaskawiania. Jako osobnik z natury głodny, przy czym nie mam tu na myśli wyłącznie głodu konsumpcyjno-żołądkowego, łagodnieje po zaspokojeniu tegoż, przynajmniej na jakiś czas.

Sprawa z samicą lwa jest o wiele trudniejsza... Samica jest trudnym obiektem do obłaskawiania.
Po pierwsze, ma duże wymagania. Nie zaspokoi się byle ochłapem. I nie popędzi z wywieszonym ozorem, merdając radośnie ogonkiem, za darczyńcą, prosząc o jeszcze. Owszem, przyjmie podarunek, ale na wyrazy wdzięczności liczyć nie należy.
Lwica. Samica gotowa na wszystko w obronie swojej rodziny. Nie warto z nią zadzierać, trzeba podejść ją inaczej. Lwica wie wszystko najlepiej, nie znosi ingerencji w jej rodzinne gniazdo, młodych broni jak lwica ( sic!) i gotowa zagryźć każdego, kto zagraża jej bliskim.
Zagrożenie lwica pojmuje inaczej, niż się zazwyczaj rozumie przez to pojęcie. Zagrożeniem dla lwicy może być każda próba uzurpacji uczuć. Stwierdzenie, że lwica znalazła się na drugim planie, gdy dotychczas przebywała w światłach fleszy, może być dla lwicy szokujące. Będzie walczyć, jak starzejąca się gwiazda ekranu, o prym na planie. Ona zawsze dyktowała warunki, miała prawo mieć humory, strzelać focha, a wszyscy znosili to w pokorze, bo przecież - ma prawo. W końcu to dzięki niej cała ekipa filmowa ma utrzymanie. Lwica także dyktuje warunki, chce decydować o każdym ruchu stada. Ona wie, kiedy pora nakarmić młode, kiedy ruszyć na polowanie, a kiedy zmienić leże.

Gdy w stadzie pojawi się obca lwica, na widok której ślinić się będą samce, ona wyszczerzy kły i wystawi pazury. Pokaże nowej, gdzie jej miejsce.

Młoda, obca lwica, chcąc się przyłączyć do stada, musi wykazać się sprytem i zakamuflować.
Musi użyć wszystkich, dostępnych środków, by wkraść się w łaski przywódczyni stada. W łaski samców wkradać się nie musi, bo one myślą tylko o jednym, jak to samce. Samiec, to żaden przeciwnik, żaden problem. Wystarczy to zaspokojenie głodu wszelakiej natury i nawet postronek jest zbędny. Skoncentrować całą uwagę należy na przywódczyni, od której wszystko zależy.
Przywódczyni stada nie spuści z intruza czujnego oka, szczególnie, gdy intruz jest samicą, czyli konkurencją. I przy każdej, nadarzającej się okazji pokaże młodej samicy, gdzie jej miejsce.

Sztuka wkradania się w łaski lwicy-przywódczyni zaczyna się od działania w kierunku utraty jej wrodzonej i pielęgnowanej latami czujności. O, to niełatwe przedsięwzięcie, ale da się zrobić.

Zaczynamy od tego, że ignorujemy jak się tylko  da samce, konspiracyjnie zaczynając spiskować z samicą, pomalutku budując front jedności samic. Nawet wtedy, gdy samce nie robią nic złego, podkreślamy aż do znudzenia, że ich posłuszeństwo jej wyłącznie jej zasługą, a gdyby nie wysiłki samic, to hiena raczy wiedzieć, jak by skończyły... Trzeba zmęczoną przywódczynię dowartościować i uśpić jej czujność, zmieniając kierunek jej uwagi. Niech się skupi na innym obiekcie, nie na obcej samicy, która wkroczyła na teren jej królestwa.

Jeżeli na początku uda się to zrobic, to potem już jest z górki. Wystarczy podkreślanie jej zasług dla rodziny, okazywanie zrozumienia i troska o jej dobre samopoczucie. To wcale nie jest trudne i nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku. Jakiś wiecheć, drobiazg specjalnie i wyłącznie dla jej przyjemności i warknięcie na samca, który próbuje przyłączyć się do grona samic, gdy one oddają się mruczeniu we własnym gronie.

Bo, w gruncie rzeczy lwica nie jest zazdrosna o swoje samce, tylko o siebie i swoją pozycję w stadzie. Utrzymywanie jej w przekonaniu, ze wciąż rządzi opłaci się wszystkim i gwarantuje zgodną egzystencję całego stada.








środa, 15 lutego 2017

Schyłek zimy

Mój grudnik, który obraził się na 2 długie lata, postanowił sobie zakwitnąć na złość, w lutym.



Szukając czegoś, natknęłam się na malunki, których nie uwieczniłam, jakoś tak wyszło, że w twórczym zapale byłam zajęta szukaniem, co by tu jeszcze się kwalifikowało do ozdobienia...



sobota, 11 lutego 2017

Obłuda

Wczoraj, wieczorem wieść gminna przyniosła niusa - pani Premier miała wypadek, ktoś wjechał w kolumnę, która podążała uwożąc VIP w bliżej nie znane mi miejsce, bo się nie zainteresowałam zbytnio. Ale dzisiaj katzenjammer uwięził mi głowę w swoich  kleszczach. Pęka prawie. A wszystko po wczorajszym niusie. Jak się media przykleiły, jak się zaczęły prześcigać w głupich, bezsensownych pytaniach do każdego, kto im się pod mikrofon nawinął... rzygać się chce po prostu.
A najbardziej od tej obłudy, bo z ust redaktorskich troska o zdrowie pani Premier wylewała się szeroką strugą. Nie tylko z redaktorskich zresztą. Znaczy ust. Wszyscy "zastygli" w tej troskliwości i obawie o zdrówko.

Jak to brzmi w kontekście trwających przez ponad rok krytyk i szyderstw? Ano, brzmi, jak należy, czyli świadczy o obłudzie. Podobnie było z katastrofą pod Smoleńskiem. Całe lata szydzili, wyśmiewali, odsądzali od czci i wiary Parę Prezydencką, by po tragedii polały się łzy czyste, rzęsiste.

Jakoś tak mi to wygląda na krokodylowe łzy, wtedy i dziś.

Ja udawać nie zamierzam, że troski o zdrowie osób, które budzą we mnie mieszane uczucia, z naciskiem na mieszane, nie odczuwam. Nawet nie to, że im źle życzę, nie! Po prostu przyznaję otwarcie, że serce ściska mi się na myśl o umierających z głodu dzieciach w Afryce, wykorzystywanych nieletnich w Indiach, o umierających w Aleppo, bo dorośli wymyślili sobie wojnę nie pytając dzieci o zdanie. Tak, nie płaczę, ale jest mi wstyd, że świat pozwala na to, by cierpienie dotykało miliony niewinnych istnień. I to im jest potrzebna nasza troska o ich zdrowie i życie, nie przedstawicielom władzy.
Władza sobie poradzi, a otoczona jest taką troską za nasze pieniądze, że doprawdy większej nie potrzeba. A wypadki się zdarzają, takie życie.


wtorek, 7 lutego 2017

W Rumunii

Rumuni niezadowoleni z władzy wyszli na ulice. Wyszli tak tłumnie, że morze ludzi zalało miasta.
Bukareszt, protest

Rzecz nie do pomyślenia, w Polsce. W Polsce ludzie się jednoczą jedynie w narzekaniu. Ciekawa sprawa swoją drogą... dostali 500+, ale już znowu narzekają, że im nie starcza. Znaczy, że za mało zarabiają.
I zatoczyłam koło myślami, przypomniało mi się, że nigdy nie daje się ryby. Daje się wędkę.

niedziela, 5 lutego 2017

Ostatnie malunki


skrzyneczka w morskich klimatach, abstrakcyjnie morskich, oczywiście.



para szkatułek bambusowych, podobno na herbatę, ale jeszcze nie wiem, co będą przechowywać.

Degrengolada

Nawet pisać mi się nie chce już. Czytam potem i zamiast szukać wyjścia z tego labiryntu, w którym utknęłam, siadam w kącie , poddaję się zniechęceniu.

Wkurzają mnie już dzisiaj wszyscy, oczywiście najbardziej obecna władzuchna narodowa. Ale nie tylko oni. Druga strona, która kreuje się na zbawców narodu, na jedynych sprawiedliwych też wywołuje we mnie niezbyt sympatyczne reakcje myślowe.

Politycy odbijają sobie ten naród, tego "suwerena", jak pingpongową piłeczkę: puk-puk, rakietka wali mnie raz z jednej, to znowu z drugiej strony. I każdy wie najlepiej, co naród myśleć powinien i co czuje.
MY - NARÓD...

JA-NARÓD...
JA...obywatelka, Polka. Czy wiem, czego oczekuję? Wiem. Oczekuję, choć to nierealne, uczciwości, bez nazwy na sztandarach. Nie chcę Prawa, Sprawiedliwości, nie chcę żadnych Platform, ani Komitetów Obrony, ani nawet Nowoczesności. Chcę, żebym mogła żyć, nie przeszkadzając innym. I chcę, żeby inni nie przeszkadzali żyć mnie. Żebyśmy byli równi wobec kraju, wobec wszystkich majestatów demokracji. Mam dosyć uśmieszków lekceważących, mam dosyć błysków w złych oczach, dosyć wmawiania mi, że całuśne usteczka w ciup świadczą o trosce o nasze dobro i o mądrości poczynań. I dosyć obrażania, dzielenia, odgradzania murem, nie chcę getta...

A z każdym dniem mam głębsze uczucie, że zamykają mnie w takim zoo, jak dziwoląga, jednorożca. Nie lubię ogrodów zoologicznych, patrzę na te pozornie spokojne zwierzaki, które już nawet nie tęsknią do dziczy. Pewnie chodzi o to, żebym i ja przestała tęsknić do życia wśród ludzi. A ja wciąż tęsknię do świata, w którym każdy myśli sam, nie kieruje się cudzymi wytycznymi. Chciałabym, żeby nie było "nauczycieli", którzy będą żądali, żebym ja odczytywała to, co autor chciał powiedzieć pod ich dyktando. Tak, wiem, że ludziom się myśleć nie chce, wolą gdy ktoś im przez lejek wlewa gotową miksturę, a oni ją tylko odtwarzają. Zatem tęsknię sobie dalej do świata, w którym nadrzędnym prawem i obowiązkiem będzie samodzielnie myślenie.

Odnotuję sobie swoje ostatnie zdziwienie, szok niemalże. Otóż, zaniemówiłam, gdy usłyszałam, że w USA, Prokurator Generalny i Sędzia mieli odwagę sprzeciwić się Władzy. I powiedzieć  publicznie i głośno, że Władza złamała obowiązujące prawo.

Rzecz nie do pomyślenia w naszym kraju. Taka odwaga cywilna. Bez względu na to, kim jest aktualnie władzuchna.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Zima bywa piękna...


Białowieża, Park Pałacowy, styczeń 2017.

Widok z tarasu. Prawda, że pięknie? W starym świerku plądrowała zakamarki wiewiórka, obserwowałam ją jakiś czas. A w nagich gałęziach rozwidlonego dębu na drugim planie, awanturowały się o coś sójki. Poza tym cisza, cisza, cisza...

niedziela, 22 stycznia 2017

Rok pod wezwaniem

Rozpoczął się, trwa, zaraz minie miesiąc tego trwania. Nie wiem, co o nim myśleć...
Niby rok, jak rok, wiele ich za mną, o wiele mniej przede mną, jak sądzę. Czuję się rozczarowana, wydawało mi się, że świat się wali, a on się kręci tak samo, jak przez miliony lat. Dziwne, prawda?
Niewiele słucham wieści politycznych, jakoś wieje nudą, destrukcja postępuje, nie mamy na nią wpływu. Przez moment wydawało się, że społeczny ruch, jakim miał być KOD, coś zmieni, powstrzyma. Jednak to była złudna nadzieja, tylko żal tych tysięcy ludzi, którzy wychodzili na ulice, marzli i mokli w deszczu. Na darmo. KOD się nie sprawdził, jego przywódcy mają zbyt wiele ciągot podobnych do tych właściwych politykom. I ruch społeczny prysł niczym mydlana bańka, kolorowa, zachwycająca, ale nietrwała. PiS zaciera pulchniutkie rączki. Tyle zyskała Polska. Nic więcej.

Wczoraj rano Pan Monsz przeczytał w Internecie coś, co mogłoby być szokujące, gdyby nie było oczywiste. Znalazł się ktoś, kogo ułaskawiono w zamian za aferę podsłuchową, chodzi o restaurację "Sowa i Przyjaciele". Ten ktoś powiedział, że inicjatorem tej afery było PiS. Też mi nowina! To chyba każdy wiedział od początku? Trzeba być wyjątkowo naiwnym, żeby uwierzyć, że wszyscy, ale to absolutnie wszyscy politycy mówią innym językiem, dyskutują o kolejnych politycznych chwytach przy konsumpcji tego i owego. Tylko politycy PiS nie??? No, doprawdy... święta naiwności... Dlatego właśnie z mojej strony reakcji na ten nius nie było żadnej, jeno wzruszenie ramion. Dla mnie sensacją była społeczna wiara w to, że to tylko PO i SLD, PSL dopuszczały się politycznych kombinacji, a PiS nie. Zdziwiona to ja byłam wtedy, gdy afera wybuchła, nie teraz. Teraz to już tylko pokłosie jest, żaden nius.

Dzisiaj mnie jeszcze zadziwia tylko ślepota kompletna. Ci, którzy zachłysnęli się jałmużną 500+ kompletnie stracili wzrok, słuch, węch. Mamona przytępia zmysły, coś w tym jest. Nie dostrzegają fałszu, albo udają, bo im wstyd. Może dlatego, że chociaż z lewej kieszeni władza wyciąga im ostatni grosz, to do drugiej wrzuca to 500? Nie wiem. Może ja widzę ten fałsz dlatego, że mnie władza wyciąga z obu kieszeni, nie wrzucając niczego dla zamydlenia oczu? Być może.

Teraz wydaje mi się, że nie warto się szarpać, protestować, walczyć z tą "dobrą zmianą".  Już przepadło, odkręcić się niczego nie da, a nawet jeżeli, to koszt byłby taki, że byśmy znowu musieli przejść dogłębną transformację, a wielu pamięta, jak ten okres dał się nam we znaki. Cóż, jestem teraz dosyć samolubna - nie mam ochoty po raz drugi poświęcać się dla dobra narodu, który na to nie zasługuje. Przeżyłam socjalizm, tę transformację też, gryzłam te ściany, teraz myślę już tylko o tym, jak nie dać się zmieść z tego świata, w jaki sposób nie pozwolić, bym wylądowała pod mostem. Bo ku temu zmierzam,  a wszystko w ramach eliminacji podziałów społecznych. Władzuchna moja najdroższa zachęca mnie do samobójstwa. Krótko mówiąc, najmilej widziane byłoby, żebym zeszła z ziemskiego padołu tuż przed uzyskaniem prawa do emerytury. A wszystko po to, by władzuchnie oraz tym, którzy na nią głosują żyło się lepiej. Na mój koszt, ale to przecież Sprawiedliwość. W majestacie Prawa.

Nawet nie mogę powiedzieć, że nienawidzę swojego kraju. Nie. Ja po prostu nie czuję się jego obywatelką. I tyle.

sobota, 31 grudnia 2016

Szkatułka na herbatę


To zakończyłam rok 2016 szkatułką "Pod papugami". Chyba wystawię na licytację, bo malowanie malowaniem, owszem - jestem w transie, ale gdzie ja to wszystko poustawiam??? W tym swoim malutkim M3... Życzę sobie w nowym roku... opamiętania, czy jakoś tak?

A Wszystkim - pomyślnych wiatrów, unoszących łagodnie na fali życia :)

środa, 28 grudnia 2016

Ostatnia bombka

Kupiłam cztery, pomalowałam ostatnią.
Jeszcze w trakcie ozdabiania - dolna połowa schnie.


Już gotowa zawisła na choince.

piątek, 23 grudnia 2016

Kto nie wierzy w Mikołaja???


Ja tam nie wiem... ale mnie Mikołaj zostawił pod choinką kota, antyalergicznego. Skąd wiedział, że miłośniczką kotów wielką jestem i alergia skazuje mnie na niemanie żywych stworzeń? No, skąd? I jeszcze, że na widok tej uśmiechniętej mordki w sklepie Home&You aż piszczałam z zachwytu?

Życzę Wszystkim...Świąt!


sobota, 17 grudnia 2016

Obyś żył w ciekawych czasach!

Kiedyś było to życzenie z gatunku tych w cudzysłowie - pobożnych. Dzisiaj staje się przekleństwem, złorzeczeniem.

Zaklinałam rzeczywistość malowaniem. Nie wiem już, czego oczekiwałam, na co liczyłam? Na to, że przemaluję czarne serca i dusze tych, którzy zawłaszczają mój świat? Kawałek po kawałku. Krok po kroku włażą z butami w moje życie, odbierając mi jego sens i cel? Wyrywając mi z serca radość życia a wypełniając je przerażeniem i obawą?

Oszustwo, arogancja i bezkarność obecnej władzy przebrała miarę. Będzie gorzej, niż się nam wydaje. I nie ma takiej siły, która to zmieni. Dyktatura, to taki rodzaj władzy, z którym walka trwa całe dziesięciolecia, a trup ściele się gęsto...

niedziela, 11 grudnia 2016

Nowe oblicze starej lampki



może nie jest to doskonałe malowanie, ale przecież to moja pierwsza lampa... i dosłownie, bo kupiona jeszcze w zamierzchłej, słusznie minionej epoce i pierwszy "Tiffany", cha cha :)



buteleczkę na ocet jabłkowy własnej roboty też ozdobiłam "na mokro", czyli odpowiednio do zawartości.


sobota, 10 grudnia 2016

Nowy blask staroci


nawet nie pamiętam, do czego było to szklane, malutkie naczynko? Chyba to takie świeczniki, pewnie kupiłam za bezcen, bo mam dwa, oba pomalowałam witrażowo, drugi schnie jeszcze.




Lustro przedpokojowe, stare tak, że nazwę "lustro" należy traktować niejako historycznie. Jednak jest potrzebne, bo odbija światło z lustra naprzeciw, naklejonego na szafie. A przedpokój bez nich byłby za ciemny. Dzięki witrażowi nie widać kilkudziesięcioletniego zużycia tafli szkła, a zrobiło się wiosennie i radośnie.



wtorek, 29 listopada 2016

Dlaczego maluję depresją?

I czemu nie szaroburo? Otóż ponieważ aczkolwiek w stanie "muszelki" przebywam od pewnego czasu, mam wielkie zapotrzebowanie na kolory. Świat wokół zrobił się w ciągu ostatniego roku tak szarobury sam w sobie, że malowanie w tej tonacji zlałoby się z tłem i równie dobrze można nie malować wcale. A ja muszę! Malować. To mnie wycisza i uspokaja oczywiście niewątpliwie. I, gdy maluję sobie te bohomazy, gdy staję się przedłużeniem pędzelka, przestaję widzieć tę ponurą rzeczywistość. Ja wiem, ona mnie osaczyła. Wdziera się ohydna i wstrętna, jak śmierdząca maź. Ani jej zmyć, ani ją zdrapać. Mogę ją tylko pokolorować i udawać, że jej nie ma.

Tak, wiem, jest. I będzie. Ma uśmiech na wrednej gębie i cieszy się, że jest mi źle. A mnie już nawet nie jest źle. Mnie ogarnia marazm i już mi nie zależy. Wypełniam tylko swoje istnienie próbując nadać mu sens, jakikolwiek sens. I cel.
Więc chodź, Agrafko, pomaluj swój świat. Na żółto i na niebiesko... Tyle ci zostało, co ci nakapało. Z pędzelka.

sobota, 19 listopada 2016

Depresją malowane


 i mam zestaw szklanych słojów z ptasimi motywami


pudełeczko na herbatę malowane w stylu japońskim 


przy oświetleniu z góry jest jakby delikatniejsze?


tu japońska wiśnia... w innym oświetleniu


para pojemników z kwiatowymi motywami



i skrzyneczka cała w błękitach.

Skończyła się farbka akrylowa, pojemników też więcej nie ma...

A co z depresją? O, depresja jakby trochę odpuściła.

niedziela, 13 listopada 2016

Malowane stresem cd.

Drugie wieczko gotowe.



Trudno zrobić fotografię, bo światło odbija się od lakierowanej powierzchni i zdjęcie wychodzi... jak wychodzi, trudno.

sobota, 12 listopada 2016

Malowane cd.



Pojemnik kuchenny, też bambusowy, ozdobiłam witrażowo. Drugi czeka w kolejce.


Bambusowe wieczko szklanego pojemnika, drugie jeszcze schnie po lakierowaniu. Kładę trzy warstwy lakieru, żeby mycie nie uszkodziło "witrażyków".

piątek, 11 listopada 2016

Pudełko, ale nie Pandory

Sześć godzin zajęło mi dekorowanie wieczka bambusowego pojemnika, który kupiłam za całe 15zł w Biedronce. Wydawało mi się, że jest ładne samo w sobie, ale jednak pospolite. I postanowiłam to zmienić. Wyszło tak:



O, teraz jestem zadowolona, bo wciąż jest ładne, ale i niebanalne. Nie żałuję tych godzin skupienia, tego oczekiwania, aż kolejne elementy wyschną, żeby malować dalej. Jest praktyczne, bo na wierzch położyłam trzy cieniutkie warstwy lakieru - będzie można myć.


czwartek, 10 listopada 2016

Praca w dołku, psychicznym




Żeby nie było wątpliwości - to jedna bombka jest, tylko fotografowana z różnych stron, co wcale nie było łatwe, bo trzymałam sznureczek w jednej dłoni, bombka się kręciła, zamiast wisieć grzecznie i spokojnie, a drugą dłonią musiałam zrobić zdjęcie. To także nie proste zadanie, bo telefon to nie aparat. Zadziwiające, że nawet kolory kwiatów zmieniły się w zależności od ujęcia. Kwiaty w większości są różowe, jak na tym ostatnim zdjęciu, tylko dwa żółte.

środa, 9 listopada 2016

Woman is a Negre of the world

Kobieta jest Murzynem świata. Pamiętam tę piosenkę...
Myślimy, że żyjemy w cywilizowanym kraju, w przeciwieństwie do narodów tzw. Trzeciego Świata. Mylimy się. My także jesteśmy "trzecim światem", wbrew pozorom. Zastanawiam się, kim jesteśmy my, kobiety nowoczesne, wyzwolone, pełnoprawni rzekomo członkowie państwa? Jesteśmy nikim, nie liczymy się jako ludzie. Liczymy się jedynie jako kapłanki kościoła, kultywujące tradycję, wychowujące kolejne pokolenia dawców "krwi", czyli wiernych parafian. O, liczymy się jeszcze w innych sytuacjach - jesteśmy mięsem armatnim dla walczących ze sobą w wyborach partii, jesteśmy ozdobnikami, dekoracją dla kandydatów na wodzów narodu, jesteśmy też siła roboczą, napędzającą  jednocześnie mechanizm gospodarki. My, siłaczki. Dźwigamy na swoich barkach ciężar licznych obowiązków i odpowiedzialności.
Emancypantki od siedmiu boleści. Blondynki o ptasim móżdżku. Woły robocze. Miliony osobników płci żeńskiej, przekonane, że robimy to, czego pragniemy, co daje nam satysfakcję i nadaje życiu sens.

A nasze życie sensu żadnego nie ma. Jesteśmy macicami na dwu nogach. Nasze ciało nie służy nam, a innym. Wszystko, co robimy jest podporządkowane potrzebom, ale nie naszym. Nasze są bez znaczenia, marginalne i nieistotne. Potrzeby mężów, dzieci, wnuków, zakładów pracy, kościoła, państwa, wszystkich, tylko nie nasze, osobiste, ludzkie. Uśmiechnięte lalki, wypełnione trocinami i powtarzające bezmyślnie to, co wmawiają nam mężczyźni.

Czym różnimy się od kobiet w kwefach, czarczafach i burkach? Hmmm... cyckami, które możemy nosić niemal na wierzchu? Tak, wyglądem, swobodą ubierania się ku uciesze facetów. Możemy także zdradzać bez konsekwencji. Skąd jednak wzięły się te nasze "swobody obywatelskie"? Ano stąd, że mamy facetów, niezdolnych do utrzymania licznych haremów, a golizna cieszy męskie oko zawsze. Facet, jak facet, do jednej kobiety nie lubi się ograniczać, a w naszym świecie szanse posiadania własnego stada samic są żadne, głównie ze względów finansowych i niewielkich stosunkowo różnic w statusie mężczyzn. Większość obywateli płci męskiej mogłaby ten harem hodować w jakimś tam M3, albo M4, przy dochodzie ledwie wystarczającym na utrzymanie jednej baby. A harem wymaga mnóstwa pieniędzy, licznej służby i nadzoru... potrzeba eunuchów, tylko skąd wziąć chętnych? Wszyscy, tutejsi faceci widzą się wprawdzie w roli sułtanów, szejków i kalifów, ale nie kastratów!

Dlatego u nas  istnieje ciche, milczące wręcz przyzwolenie na wymianę okresową partnerek.  Jak to pisał Marian Załucki? - niech harem pracuje, bo przy setce żon jeden mąż zawsze się uchowa. Wydatek na cudzą żonę jest niewielki, a jak dama straci urok nowości, to zawsze można ją zwrócić prawowitemu właścicielowi, prawda?

I tak sobie harujemy na kilku etatach,  mościmy te gniazdka domowe udając, że jesteśmy szczęśliwe, radosne i zadowolone. Zresztą, nie wiem, może inne kobiety są, ja - nie. Mnie do szczęścia brakuje prawdę mówiąc - wszystkiego.

Jestem człowiekiem, kobietą jedynie przez przypadek, bo tak postanowiło matczyne, czyli  mitochondrialne DNA, które było silniejsze od chromosowego DNA mojego ojca. Czy jakoś tak, podobnie. Jestem człowiekiem, mam rozum nie gorszy, niż mężczyźni. Żądam wolnej woli, która należy mi się tak, jak mężczyźnie. Nie proszę. JA ŻĄDAM!

I ŻĄDAM, żeby się ode mnie odstosunkować uprzejmie, bo to moje życie, moje decyzje, moje wybory. Lubić mnie nikt nie potrzebuje, doprawdy... przymusu nie ma. Podobać się też niekoniecznie pragnę, bo ja nie jestem obrazkiem do powieszenia w salonie, mogę sobie być brzydka, mnie nie przeszkadza, a inni mogą na mnie nie patrzeć wcale.

Wszystkim oszołomom i radykałom lokalnym, krajowym, powiem tylko jedno - wynocha i nie zbliżać się, bo mogę ugryźć. Ostrzegam lojalnie.

******************************
Czemu nie komentuję wyniku wyborów w USA? Bo nie ma czego komentować, my już takie wybory mamy przerobione, skutki znamy aż nadto dobrze. O czym tu jeszcze gadać? Czy fakt, że innym też będzie równie źle ma być pocieszający? Cóż mam powiedzieć? Mnie nie pociesza ta świadomość.
Ostatnio usłyszałam, że powinnam się pogodzić z faktami, jakie one by nie były, bo nic nie mogę zrobić. Tak, prawda, pogodzić się trzeba, ale cała w skowronkach chodzić nie mogę. To tak jakby komuś, kto stracił bliską osobę powiedzieć: musisz się pogodzić ze stratą i cieszyć się, śmiać, skakać z radości, bo nic nie możesz zrobić. Pokażcie mi kogoś, kto co prawda pogodził się z takim faktem, ale się raduje?


czwartek, 3 listopada 2016

Pojęcie pojęć

Pewna pani prof. dr hab. o nazwisku, które mi umknęło, wypowiedziała wiekopomne przekonanie własne na forum publicznym. Rzecz dotyczyła płodności kobiet i środków antykoncepcyjnych. Zdaniem pani prof. dr hab. nie należy ograniczać naturalnej płodności kobiet poprzez stosowanie antykoncepcji w jakiejkolwiek postaci. Zapewne nawet kalendarzyk małżeński, forsowany przez kościół w charakterze cudownego środka do celu, jakim jest niemal absolutna pewność regularnych ciąż, jest nieodpowiedni. Najpiękniej wybrzmiała konkluzja wywodu naukowego... miodzio po prostu. Skutkiem stosowania tychże wyklętych środków antyciążowych mają być równocześnie:

- rozwiązłość seksualna kobiet
- oziębłość seksualna kobiet
- niewierność, też kobiet

Lista wymienionych szkód była długa, ale przytaczanie pozostałych sensu nie ma większego, w kontekście wyżej wymienionych.

Rozwiązłość i niewierność oziębłych kobiet poraziła mnie doszczętnie. Od dwu dni nie mogę się otrząsnąć z tego stanu otępienia. Gdy już mi się to uda, to postaram się przemyśleć, jakie pojęcie ma pani prof. dr hab. o tych pojęciach, bo póki co, nie wiem.

sobota, 29 października 2016

Obojętność

Dopadła mnie chyba ostatecznie ta obojętność. Na wszystko. Nie słucham niusów, nie ekscytuję się niczym, nie zależy mi już. Czy mi z tym dobrze? Nie wiem... I tak, i nie. Rezygnacja, tumiwisizm, wszystko razem, takie wash & go miłe nie jest. Przestałam się uśmiechać, trwa to już kilka tygodni i na poprawę się nie zanosi.

Wypalenie wewnętrzne, albo jakoś podobnie we mnie nastąpiło. Trzeba przyznać, że nikt, oprócz PiS nie ma takiego daru. Długo żyję, wiele też przeszłam, ale nikt inny, ani nic innego nigdy mnie w taki stan nie wpędziło. Sama jestem ciekawa, co będzie dalej?  Ze mną. Co będzie z tym krajem, narodem już mnie nie obchodzi. Teraz jestem samolubną, egocentryczną obywatelką, która ma w d... rozwój wydarzeń.

Najgorsze chyba jest to, że przestałam lubić ludzi, tak w ogóle, ogólnie. A najdziwniejsze jest to, że ten stan zaczyna mi się podobać. Taki marazm.

poniedziałek, 24 października 2016

Babski armagedon

Gdy dom się wali, nie próbuje się go ratować, bo to nie ma sensu. Albo trzeba pozwolić mu runąć, albo sprowadza się buldożer i burzy się. Zostaje po tym zabiegu stos gruzu.

Przemyślałam sobie wszystko. Zastanowiłam się, rozważyłam możliwości i wyszło mi, że dom, który zwie się freedom wymaga buldożera, aż krzyczy o zburzenie. I trzeba mu pozwolić runąć. I, tak jak dom murowany, trzeba go postawić od nowa, zaczynając od fundamentów, aż po dach. Wtedy można zatknąć na nim wiechę i powiedzieć - stoi. Udało się, zbudowaliśmy dom. Teraz możemy go wykończyć, zadbać o media, przyjazne tynki, elewację. Z elewacją nie należy przesadzać, bo to tylko image. Sceniczne oblicze, pod którym może znowu kryć się pleśń i grzyb. Budując nowy dom musimy zadbać, by był dobrze przed tą zgnilizną zabezpieczony. Jeżeli tego nie zrobimy, to historia się powtórzy i czekać nas będzie kolejna, mordercza praca. A przecież nie o to chodzi.

Siedzę teraz i myślę sobie, że decyzja, którą podjęłam, jest słuszna. Nie będę się włączać, ani w ogóle interesować losem kobiet, ani losem mojego kraju. Odłożę te sprawy na półkę, albo schowam w piwnicy, głęboko, za stosem rupieci. Żeby nie trafić na nie przypadkiem. Bez mrugnięcia okiem pozwolę, by sprawy potoczyły się swoim torem i by ta wolność runęła, aż zostaną po niej wspomnienia tylko. To jedyna, realna szansa, że ludzie się obudzą. Że zrodzi się w nich bunt i odezwie tęsknota za utraconym.

Kobiety, dopiero wtedy, gdy poczują na własnej skórze, co znaczy patriarchalny i oparty na fanatycznej wierze reżim, zacisną pięści. Będzie za późno, nic nie będą mogły zrobić. Ich mężowie, ojcowie i synowie będą decydować za nie. I będą, jak w niektórych regionach świata nosiły na sobie cały swój majątek. Bo nigdy nie będą wiedziały, czy nie usłyszą "idź sobie, idź sobie, idź sobie". A to oznacza rozwód, bez podziału majątku. Gdy będą nieposłuszne, być może nowa, wspaniała epoka, każe je kamienować, zakopując je w piachu po ramiona? A ojciec, albo syn, albo mąż pierwsi rzucą kamień w ich głowę? Być może pochowają je też żywcem, gdy zejdzie z ziemskiego padołu ich pan i władca, czyli mąż, nie wiem, jak daleko posuną się w utrącaniu kobietom kręgosłupów mężczyźni. Czekają na chwilę nieuwagi, zajętych duperelami kobiet. Tak, duperelami, nie pomyliłam się. Bo opieka nad dzieckiem, dbanie o rodzinne gniazdko, to duperele, nieważne i znaczące tylko z ich, babskiego punktu widzenia. Dzieci rodziły się, rodzą i będą prawdopodobnie się rodziły jeszcze długo. Cały ten babski cyrk wokół tego nie ma na to żadnego wpływu. Cykl życia i śmierci istnieje od zarania dziejów i nie ma związku z żadną cywilizacją. On po prostu trwa.

Jesteście, moje drogie panie, wygodne, zbyt wygodne. I zbyt pewne siebie. Podoba się wam gloryfikacja dobrej żony i matki? Uwielbienie karmiącej piersią Matki Boskiej, te rzewne pieśni, te peany na część matki polki? Te reklamy z pralni ociekające szowinizmem? Tak, nie ma jak troskliwa żonusia podająca mężusiowi tableteczkę na przeziębienie, albo bieluśką koszulę, prawda? No, to dobrej zabawy!

Wcale mi nie jest was żal. Garstka myślących, garstka, bo mądrych zawsze jest mniej, niż głupich, nie da rady was uchronić. Te mądre, inteligentne kobiety polegną w tej walce. Niepotrzebnie. Powinny o was zapomnieć i ruszać w świat. A  słodkie mamuśki i nadmuchiwane lale zostawić własnemu losowi.







sobota, 22 października 2016

Pamięć starej słonicy

Napisać felieton? Mogę spróbować, nie wiem tylko, czy potrafię, ani co z niego wyniknie, domyślam się, że nic pozytywnego. Wprawdzie i tak ostatnio coraz mniej pozytywnych informacji dociera do nas. Optymizm pomału umiera.

Jan E. boryka się z agresją i ostratyzmem, kierowanym przeciwko niemu przez jeszcze niedawnych sprzymierzeńców. Na dodatek bez wyraźnego i uzasadnionego powodu. Jan przeżywa te ataki i czuje się dotknięty i urażony. Ma prawo i ma podstawy ku temu. Co dzieje się po lewej stronie sceny politycznej? Mówiąc o lewej stronie, niekoniecznie myślę o lewicy w sensie światopoglądowym, raczej widzę to antagonistycznie dla rządzącej nami, skrajnie prawicowej partii.

Rzadko dotychczas inicjuję dyskusję, częściej komentuję. Jeszcze częściej powstrzymuję się od komentarzy, bo moje poglądy wydają mi się mocno kontrowersyjne.

Na pierwszy ogień wezmę KOD. Grupa samozwańczych obrońców demokracji. Wspaniała, szczytna idea, to prawda. KOD porwał za sobą setki tysięcy obywateli, dając nadzieję, że oddolna inicjatywa społeczna może wiele zmienić. Na początku dobrze szło, spontaniczność,  powiew świeżości, radosne poczucie więzi z innymi, myślącymi podobnie. W miarę upływu czasu coś zaczęło pękać, rwać się i zalatywać politycznym fetorkiem. Politycy zwąchali padlinę i ochoczo ruszyli przyłączać się pod sztandary KOD. Manifestacje zmieniły charakter, zaczęło się skandowanie, przemówienia, czytanie z kartek, polityczny lans, mówiąc oględnie. Spontaniczność diabli wzięli.

Poprzypinani do KOD reprezentanci od dawna już zapoznanych partii politycznych, próbują odbić się od dna i zaistnieć jako przewodnicy wkurzonego narodu. Nie chcę takich przewodników, sorry, ale nie chcę.

Na Facebooku co rusz jesteśmy epatowani życzeniami, by Donald wrócił i ratował Polskę przed kaczyzmem. Jeżeli ktokolwiek wierzy, że Donald uratuje nas przed czymkolwiek, to gratuluję, ja mu nie ufam. Powrót do haratania w gałę nie brzmi dla mnie nęcąco. Donald wymościł sobie wygodne gniazdko na fundamentach strachu przed PiS. Bo długo ten lęk był obecny. Donald nas oszukał wielokrotnie. Doskonale pamiętam, jak odżegnywał się od ucieczki do Europy wmawiając nam, że nigdzie się nie wybiera. Wychodzi na to, że go zmusili, a on uległ pod presją. Ktoś tu powiedział, że to prawdziwy "mąż stanu". Mąż - to na pewno, ale żeby zaraz stanu, to gotowa jestem podyskutować.

Tak, czy owak Donald zafundował nam rządy PiS, czego jakoś niewielu chce się dopatrzeć. PO nie uporządkowała niczego, nie doprowadziła do końca żadnej istotnej afery. Miała stawiać przed Trybunałem Stanu, a nawet nie rozliczyła Ziobry, Macierewicza, Kamińskiego, ani innych i nie popędziła facetów w czerni na cztery wiatry, nie pozbyła się ze swojego grona licznych, niestety, cwaniaków i kombinatorów. Wymościwszy sobie wygodne leże, zapomniała, że wróg czuwa i czeka przyczajony. I sukces zakończył się upadkiem w atmosferze licznych skandali i afer.

PO ostatecznie pogrążyła się w moich oczach likwidacją OFE. I tu dochodzę do kolejnych zachowanych w mojej pamięci zamachów na naszą wolność. Trybunał Konstytucyjny uznał, że dokonana przez PO kradzież odbyła się w majestacie prawa. Trudno uwierzyć, że nie był to wyrok na zamówienie polityczne, bo większość prawników zgodnie twierdziła, że jest to grabież własności prywatnej obywateli. Może bym to jeszcze jakoś zniosła, ale obudziły się we mnie demony. Wygrzebałam z pamięci wyrok TK w sprawie klauzuli sumienia, którą z takim zapałem podpisują tysiące lekarzy. TK uznał, że odmowa świadczeń gwarantowanych ustawą również nie narusza prawa. Ba, nawet dodał, że lekarz nie ma obowiązku wskazywania innego medyka, który nie brzydzi się takim świadczeniem. Moim zdaniem TK nie zachował światopoglądowej neutralności, ale być może się mylę. Tyle, że jednak w to wątpię.

Stało się wówczas coś, co sprawiło, że zło wylało się niczym z puszki Pandory. Sławetny wyrok TK otworzył kuchenne drzwi fanatykom, zamykając jednocześnie frontowe pacjentkom. I nie mrugnął nawet okiem przy tym.

Wtedy po raz pierwszy poczułam się obywatelką gorszego sortu. Nie teraz, tylko właśnie wtedy. I to dzięki TK i lekarzom, którym brak odwagi cywilnej. Bo wielu spośród tych, którzy tę klauzulę podpisali, doskonale radzi sobie z sumieniem, gdy wykonuje te zabiegi za ciężką kasę. Nie jestem lekarzem, ale wiem, że zakładanie spirali domacicznej lub kapturka, to nic innego jak wczesna aborcja. Ale to jakoś nie zakłóca spokoju lekarskiego sumienia. Obawiam się jednak, że w nowej wersji ustawy o ochronie życia znajdzie się odpowiedni zapis zakazujący stosowania środków uniemożliwiających zagnieżdżenie się zapłodnionej komórki w macicy, ba, można spodziewać się, że onanizm będzie karalny, a każde krwawienie z dróg rodnych wysoce podejrzane i podlegające ścisłej kontroli, czy aby nie wywołane sztucznie. Zadziwiający wydaje mi się brak świadomości licznych katoliczek, które te, wymienione wyżej metody antykoncepcji stosują, nie spowiadając się z tego grzechu, a głośno krzyczą, że ciąży to w życiu by nie usunęły. Da się to wyjaśnić tylko niewiedzą lub podwójną moralnością. Jedno i drugie źle świadczy o człowieku.

Na marginesie muszę wyrazić swój szacunek dla Świadków Jehowy, którzy zawodu lekarza, albo żołnierza nie wykonują ze względów światopoglądowych. Medycyna, albo sztuka wojenna i światopogląd religijny, to zbiory wykluczające się wzajemnie. Ja jestem ateistką, nie mam tego rodzaju problemów. Jeżeli kandydat na lekarza jest wierzący, powinien wybrać jednak inny zawód. I tyle.

TK jest od kilku miesięcy zagrożony, jako ostatni bastion sprzyjający poprzedniej władzy. Demonstracje, liczne bardzo, w obronie TK odbywają się regularnie. Przyjrzeliście się dokładnie? Co najmniej połowa protestujących to kobiety. Czyżby zapomniały, czy w ogóle nie zauważyły, kto pozwolił na łamanie rzekomego, wyjątkowo restrykcyjnego kompromisu aborcyjnego? Drogie panie, nie wiem, jak was, ale mnie nikt o zdanie nie pytał, gdy zawierał ów "kompromis"! Że TK miał nas w poważaniu, też wypada wiedzieć.

Nie stanę w obronie TK. Nie zająknął się nawet w sprawie mojej wolności. Proszę mi nie mówić, że wraz z TK runie demokracja. Nie runie, ona już dawno runęła. Dla połowy obywateli demokracji nie ma jej już od wielu lat. Jest reżim, obrzydliwy, fanatycznie skrzywiony i patriarchalny. Sekciarski wręcz. Czemu ta, sponiewierana prawnie i realnie, połowa narodu nie widzi, że jest wykorzystywana w charakterze armatniego mięsa nie pojmuję. Czemu nie pokaże swojej siły, nie zjednoczy się w słusznej walce o swoją wolność, swoje prawa obywatelskie, o równość traktowania? - też nie wiem. Tu potrzeba nie parasolek, nie czarnego stroju, tylko prawdziwej organizacji, która mogłaby zrzeszać miliony kobiet. I reprezentować ich interesy. Wtedy musieliby się z nami liczyć miłościwie decydujący za nas włodarze i decydenci od siedmiu boleści. Dopóki my same się nie zorganizujemy formalnie i masowo, nie ma szans, żeby potraktowano nas z należytym szacunkiem i poważnie. Dla polityków jesteśmy tylko sterowanymi zdalnie blondynkami, które na ulicach sobie rewię mody, albo imprezkę towarzyską urządzają.

Wybaczcie, nie czuję się ważna mniej, niż TK. Moje ciało jest prawdziwe, ciało TK jedynie umowne.

Jeżeli mam walczyć, protestować, to w słusznej sprawie. Nie jestem pewna, czy obrona instytucji, których nie obchodzi los kobiet, leży w moim interesie. Najbardziej niepokoi mnie, że obie strony politycznego konfliktu próbują mi wmówić, że to dla mojego dobra.

Nie ufam żadnemu politykowi. I nie dam sobie wmówić, że ktokolwiek się do polityki garnie dla dobra ludzkości, a nie swojego, osobistego.

I, jak często mi się zdarza, moje myśli wędrują do Mariana Załuckiego i jego satyr, w tym tej, której tytułu nie pamiętam, a mam nadzieję, że nie przekręcę, bo cytuję z pamięci:

"Od zarania dziejów, twardo, choć pomału
ludzkość do swojego zdąża ideału.
Lecz ten świat doskonały ciągle nie jest gotów -
- każde pokolenie swoich ma idiotów."

Skąd we mnie tyle goryczy? Cóż... nie mam pamięci starej słonicy, więc prowadzę pamiętnik, notuję to, co mnie od wielu lat wkurza i bulwersuje. Sięgam do starych zapisków, żeby mi się w głowie nie przewróciło i nikt nie mógł mnie oczarować obietnicami gruszek na wierzbie.





piątek, 21 października 2016

Dzienniczek obywatelski (rezygnacja)

Wystarczył jeden rok, żebym straciła chęć do życia. Jeden, na dodatek dopiero pierwszy rok nowych rządów. Rok "dobrej zmiany". Patrzę w lustro, moje odbicie jest szare i ponure. Smutne, zrezygnowane i nie ma w oczach cienia nadziei.
Patrzę w szklany ekran, opadają kąciki ust, prezydent w otoczeniu radosnych obywateli, szczęśliwych, że pokażą ich w mediach. Wyglądają na zadowolonych. Nie rozumiem ich. Pewnie tak musi być.

Czwartek, imieniny Mamy... i myśl, że to szczęście, że nie żyje. Nie musi być świadkiem tej degrengolady i destrukcji. I smutek, że Ona jest po drugiej stronie, a ja wciąż żyję, chociaż wcale nie chcę. Czy to depresja? Być może. Łzy cicho płyną po policzkach, ciepła strużka zostawia mokry ślad na szyi, zasycha ciemną plamą na bluzce. Sorrow... słucham codziennie, jakbym chciała się utopić w tej muzyce. Pink Floyd. Ulubiona kapela. Nie delektuję się jednak dźwiękiem, pogrążam się w tym smutku bez reszty.

TVN24, "Czarno na białym", wyjątkowy temat, przerażający, wstrząsający do głębi każdego człowieka, który ma choć odrobinę ludzkich uczuć, choćby zalążek empatii. Rodzice zmuszeni do uczestniczenia w długiej, trwającej dziesięć niekończących się dni agonii dziecka przez... rzeźnika. Tak, rzeźnika, bo lekarz powinien pomagać, a nie karać. szczególnie, gdy zadaje innym pokutę za swoje, a nie ich grzechy.
I pani Godek, która pozornie wygląda, jak kobieta, a jest potworem. I myśl: Ziemio, czemu się pod nimi, pod tym oprawcą kobiet i tą babą nie rozstąpisz??? Czemu nie pochłoniesz?
Pani Godek empatii nie ma ani krzty. Pani Godek grzmi, wyrzuca z paszczy potoki obelżywych słów pod adresem dziennikarzy, protestujących na ulicach kobiet, rodzicom tego nie dziecka nie współczuje w ogóle. Przez chwilę mi jej żal nawet. Być takim drewnianym kołkiem, to musi być straszne! Jeżeli już taka jest, ułomna, ograniczona i nieempatyczna, trudno. Wybryk matki natury. Czemu jednak robi wszystko, żeby inni stali się tacy, jak ona? Być może przeczytała gdzieś moją myśl zawiniętą w sreberko: "w całym tym życiu chodzi tylko o to, żeby rozum mieć, albo choć nie być jedynym idiotą"? Nie wiem... To tylko mój sarkazm się odzywa zapewne. Bezsilność. Czuję się bezsilna. Jeżeli wróg działa rozumnie, to można z nim walczyć. Z bezdenną głupotą walka jest niemożliwa, dyskusja też nie. Dyskusja z panią Godek wyprowadziła z równowagi nawet redaktora Morozowskiego, który wyglądał przez chwilę,  jakby miał ochotę zapomnieć, że kobiety się nie bije.  Aż żal, że nie zapomniał. Nie, dobrze, że nie zapomniał. U nas dzisiaj robactwo jest pod ochroną. Uszkodziłby pluskwę, a dostałby wyrok większy, niż za gwałt. Gwałciciele też są u nas pod ochroną. Podobnie jak kibole, narodowcy, księża pedofile, i podobne indywidua.

Brakuje mi motywacji, żeby wciąż chcieć żyć. Żyć i patrzeć na terror, zaciskający nam pętle na szyjach? W imię fanatycznych przekonań jakiejś nawiedzonej sekty?

Myślę, że ja już zrobiłam, co miałam do zrobienia, chyba mogę zrezygnować z dalszego ciągu wydarzeń.

poniedziałek, 17 października 2016

Katy i test przedmałżeński

Wrzuciłaś, Katy, link Jakie cechy powinien mieć kandydat na męża?

Przyznam, że jeszcze nie wysłuchałam wykładu, zrobię to później. Nie chcę się sugerować, zanim nie przemyślę sama.

Pierwsza myśl, jaka mną owładnęła, była taka: Która z nas, w stanie "najazdu" motyli, trzeźwo myśli? Żadna, albo prawie żadna, jak mniemam. Regułą jest ogólnoustrojowa fascynacja. Bożyszcze, któremu jesteśmy gotowe dać więcej, niż mamy, jawi nam się jako ten róg obfitości wszelakiej. Obfitości wrażeń i dóbr materialnych, choć niekoniecznie zmaterializowanych jeszcze. Świat, nawet w listopadzie, pulsuje życiem i stąpamy po płatkach opadających z kwitnących wiśni. Ptaszęta umilają tę rozkosz miłosnym pieniem, a my jesteśmy lekkie niby ich piórka. Gdzie w tych przemiłych, acz niedogodnych warunkach miejsce na rozmyślania racjonalne?

Rzucamy się w wir doznań emocjonalno-seksualnych, przekonane, że euforia towarzyszyć będzie każdej chwili, a przyszłość jest różowa, jak wiosenny świt. I zachłystujemy się tą wizją, aż po samo dno duszy.

Zachłystujemy się tak bezdennie, że popadamy w równie bezdenną głupotę. To jest stan tzw. "blondynki". W stanie blondynki nie dostrzegamy oczywistych oczywistości. Na przykład tego, że facet jest egoistą, skoncentrowanym na własnych potrzebach. Albo, że jest słabym, niezaradnym życiowo osobnikiem, który potrzebuje mamusi, żeby zadbała, nakarmiła, ukoiła. On ukajać nie będzie,  potrzeby partnerki są dlań nieistotne. To jego trzeba wspierać, pocieszać, tulić za każdym razem, gdy poczuje się niedowartościowany zawodowo na przykład.

Ale teraz, gdy w naszym brzuchu trzepocą skrzydła motyli, a amor zatrutą strzałą odebrał nam rozum, nie widzimy nic. A nawet, gdy widzimy, to dziwnie nam to nie przeszkadza, a wręcz rozczula i nastraja macierzyńsko. Samarytanka się w nas budzi, jasny gwint!

A jeżeli do tego dołożymy tradycję i bajki dla małych dziewczynek, to stan trzeźwości w porę nie wróci. Bajki o księżniczkach trafiających w piękne ramiona księcia, suknia z welonem, przysięga aż po grób z Mendelssonem w tle, cały ten kram ku uciesze gawiedzi, a my w centrum uwagi. Tak, w centrum uwagi, ale nie tych, o których tu chodzi.

Kiedyś przyszło mi do głowy, że formalności związane z pogrzebem, skomplikowane i czasochłonne są po to, żebyśmy nie mieli czasu pogrążyć się w czarnej rozpaczy. Odwlekamy tę chwilę na jakiś czas, potem sie dopiero możemy rozsypać, cierpieć itd. I myślę, ze podobnie jest w przypadku ślubu. Organizacja okołoweselna jest tak absorbująca, tak nęcąca i urokliwa wizja roztaczana jest przed nami, a my rzucamy się w tę otchłań przygotowań, zachłystujemy widokiem delikatnych koronek, atłasów, itp. Tak intensywnie się w to angażujemy, że poczucie realizmu obumiera w nas, jak roślinka, którą zapomnieliśmy podlać. Spoko, przyjdzie czas, że się opamiętamy, tyle, że już po fakcie. Cyrograf podpisano.

Gdy już razem z welonem opadną nam emocje, to odzyskujemy wzrok. Teraz możemy przystąpić do wysłuchania wykładu pt. "Jakie trzy najważniejsze cechy powinien mieć kandydat na męża?"

No, to posłuchajmy...




niedziela, 16 października 2016

#CZARNY PROTEST CDN

Zaplanowano kolejny czarny strajk kobiet. Bardzo dobrze, tyle, że - moim zdaniem - to nie powinien być strajk, bo adresatami tego protestu nie są wszak pracodawcy, ani nawet partnerzy życiowi, a nasza "najukochańsza i najmilsza" władzuchna narodowa i jej chore pomysły. Naszą nieobecnością w trybikach firmowych władzuchna przejmować się nie będzie. Pracodawca, któremu i tak realia narodowe dają w kość, zadowolony też nie będzie, bo to kolejny kuksaniec. Wiele firm ramię w ramię z nami protestować chce i ułatwia jak może, ale wszystko ma swoje granice. Wiele kobiet nie pójdzie na demonstrację, bo wiedzą, że wylecą. I tak też w wielu przypadkach jest.

Manifestacje gromadzą największą liczbę uczestników, gdy się odbywają w weekendy. W tygodniu zawsze mają mniejszy zasięg. Trudno, nawet w najważniejszych sprawa protestować należy z pewną rozwagą i szanując miejsce pracy. Demonstrować jednak trzeba. Dobrze byłoby, gdyby organizatorzy brali pod uwagę, że nie każdy może w dniu roboczym.

Tempo, w jakim przybywa idiotycznych i  kontrowersyjnych pomysłów, nocami konsultowanych i nocami wdrażanych ku naszej rozpaczy i przerażeniu. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy mieszkać na ulicach, zmieniając jedynie transparenty i inne gadżety demonstracyjne. Aż nadejdzie dzień, gdy nikt już nie będzie się orientował przeciwko czemu protestuje. Pogubimy się w gmatwaninie protestów i demonstracji. W prowadzących donikąd dyskusjach. I może o to właśnie chodzi, żebyśmy wszyscy zdurnieli do reszty? Albo poddali się? W końcu przecież musi nastąpić zmęczenie materiału. Mózgi się też nam przegrzeją. Drugiej stronie to nie grozi w każdym razie. Po drugiej stronie albo brak organów mogących się przegrzać, albo już po fakcie, zwarcie nastąpiło już, styki przepalone, nic nie działa normalnie.

piątek, 14 października 2016

Pikieta żoliborska

Nie lubię demonstrowania swoich poglądów pod adresem. Pocztowym zwłaszcza. Ale, gdy adresat celuje w takich demonstracjach pod cudzymi adresami, to musi się liczyć, że ktoś kiedyś postanowi przyjść z rewizytą, prawda?

wtorek, 11 października 2016

Patriotyzm pod parasolką

6 października wpłynął do sejmu kolejny projekt zaostrzający ustawę aborcyjną. Przeszedł bez echa. W mediach ani mru mru.Nie, w mediach Ani Mru Mru, a o projekcie cisza. W sieci też ktoś wrzucił post, ale zainteresowanie żadne. Bo:
- protest nauczycieli się odbył przeciwko likwidacji gimnazjów i w intencji podwyżek dla szacownych gogów jednocześnie;
- zmarł Andrzej Wajda, skądinąd bardzo sławny reżyser;
- Polska wygrała jakiś mecz;
- piłkarz uległ poważnej kontuzji;
- miesięcznica smoleńska się odbywa;
- awantura o śmigłowce trwa;
- wykład oszołoma z Ameryki o homoseksualistach w sali kolumnowej sejmu wygłoszony został.

I tak sobie pomalutku, kuchennymi drzwiami, podczas przyjęcia w salonie, wpuszczamy ten projekt. Nawet się nie obejrzymy, a rozwinie nad nami swoje opiekuńcze skrzydła.
Dobra zmiana... zakaz stosowania hormonalnej antykoncepcji z karą więzienia w tle. Nie, nie w tle, w konsekwencji złamania. Zakazu. Inne szczegóły, które sprawiły, że włos zjeżył mi się na głowie.
Kochane parasolki, nie liczcie na to, że ktoś się upomni o nas. Albo postawimy te sprzęty rozkładane na sztorc, niczym kosy, albo będzie po nas. Wybór należy też do nas. Pobudka!!!

Obcokrajowców biją, cisza. Media wprawdzie informują, ale nie słychać protestów. Nie pozwólmy by nasz kraj stał się Mekką homofobów, nacjonalistów, oszołomów religijnych i innych odmieńców. Jest o co walczyć, bo to nasz kraj. Przyszła pora pokazać, że patriotyzm nie jest nam obcy.

Zostawić czas gary i żelazka, zdjąć fartuchy i przywdziać zbroję.


sobota, 8 października 2016

Miłosierdzie pod parasolem

Parasolkowa rewolucja się zaczęła. Oby tylko kobiety nie straciły czujności. A rozsądek potrzebny teraz, jak nigdy. Ci, którzy usiłują narzucić połowie społeczeństwa swoją wolę i wizję świata, już bawią się w podchody. Po protestach okazało się, że oprócz organizacji pro life, to nawet najwięksi radykałowie, absolutnie nie mieli na myśli karania kobiet za spowodowanie poronienia. Oni tylko ot tak sobie wpisali to do projektu ustawy, ale nie po to, żeby korzystać z tych zapisów. Skądże! Nigdy w życiu!

Nawet niejaki Terlikowski, znany z nawiedzenia wyjątkowego dziennikarz, też się  odżegnuje. W wywiadzie informuje, że ostateczna decyzja - oczywiście - należy do kobiety. I jeno przy okazji dodaje, że jego żona z pewnością podziela jego zdanie. On jest pewien. Ja jestem pewna, że nie podzielam zdania mojego ślubnego nieszczęścia w wielu kwestiach. I nigdy nie omieszkam tego ogłosić. On nie podziela mojego i też ma do tego prawo. Każdy ma prawo mieć swoje zdanie i ja nikomu nie zamierzam go odbierać.

Nie pozwolę nikomu wywierać na mnie nacisku. Jakby co, to przyłożę tą parasolką.

PiS szykuje własny projekt, ponoć łagodniejszy od wersji Ordo Iuris. Nie interesuje mnie, bo to i tak nie w tą stronę zmiana.

Kompromisu sprzed lat za kompromis nie uważam, bo nie był zawierany z kobietami, tylko pomiędzy politykami i facetami w czerni. Kobiety, które powinny być stroną, potraktowano jak bezmózgie stwory, które można zamknąć w klatce i podstawiać rozpłodowemu bykowi według własnego uznania. Najgorsze, że wtedy zebrałyśmy chyba milion podpisów, ale wrzucono je do kosza. Mój też. I my idiotki pozwoliłyśmy, żeby zadecydowano o nas bez nas...

Nie wolno tego błędu powtórzyć. I nie wolno mówić, że chcemy utrzymania "kompromisu". Nie wolno chcieć. Trzeba żądać. Żądać edukacji seksualnej, żądać łatwego dostępu do antykoncepcji. I - co może najważniejsze - żądać opieki państwa nad rodzinami, w których są niepełnosprawni. Osoby niezdolne do samodzielnego życia muszą mieć zapewnioną prawdziwą opiekę, wsparcie materialne i opiekuńcze. Ci, którzy tak troszczą się o życie poczęte, muszą zrozumieć, że każdy, kto ma rozum na swoim miejscu, myśli o tym, że dziecko upośledzone fizycznie lub psychicznie musi mieć zapewnioną opiekę do końca swojego życia, a nie końca życia rodziców. Rodzice natomiast doskonale wiedzą, że gdy ich zabraknie, to ta opieka będzie żadna.  A skazywanie ich na dożywotnią mękę opieki nad takim dzieckiem też jest równie nieludzkie, jak znęcanie się nad bezbronnym.

Trzeba zapytać rodziców takich dzieci. Dzieci, które nie mają z tego życia nic zapytać nie możemy. Dzieci karmionych przez rurki, niezdolnych do wykonania samodzielnie żadnej czynności. Miłośnicy życia, zdrowe byki, skazują te dzieci na wieloletnie męczarnie. Bo życiem taka egzystencja nie jest z pewnością.
Czego boimy się najbardziej, my pełnosprawni, dorośli? Wylewu, po którym będziemy sparaliżowanym warzywkiem. Świadomym, że żyje, ale niezdolnym do zareagowania na cokolwiek. Leżącym do końca życia, z odleżynami, w pampersie, bez nadziei na powrót do życia. Żywym trupem, niemogącym skrócić sobie tej męki. Proszę mi nie wmawiać, że ktoś w takim stanie chce żyć, dla samego faktu życia. Tylko obrońcy życia mają to w d..., bo to nie ich dogorywanie. Ich świadomość nie boli.

Prof. Chazan znalazł przyjemność, chorą satysfakcję, nakarmił swoje nadwyrężone mocno sumienie cierpieniem noworodka. Cierpieniem jego matki. I ojca pewnie też.
Jeżeli ktoś tu jest zwyrodnialcem, pozbawionym empatii, nieczułym na cudzy ból, to na pewno nie te matki, które podejmują najtrudniejszą w życiu decyzję o przerwaniu ciąży i nienarażaniu swojego dziecka na piekło za życia.
I nie wierzę w to, że może istnieć taki bóg, który karmi się nieszczęściem swoich dzieci. Jeżeli jest miłosierny, jak nam wmawiają, to albo kłamią, że taki jest, albo on nie żąda od nas takiego poświęcenia do jakiego nasi pobratymcy próbują nas zmusić.

sobota, 1 października 2016

STOP PLEMNIKOM!

Jestem KOBIETĄ. I jestem dumna. Po raz pierwszy od bardzo dawna.
Trwa protest pod parlamentem. Kobiety zaczynają się budzić, pomału, ale jednak. Wbrew moim obawom, przyszło bardzo dużo młodych dziewcząt. Są też mężczyźni. Mężczyźni, a nie plemniki. Mężczyźni oprócz gonad mają mózg. Plemniki niosą tylko materiał genetyczny,

Kochane dziewczyny, obyśmy się tylko nie poddały! Po 200 latach przyszła pora przypomnieć plemnikom, że bez kobiety nie są warte nic, zupełnie nic. Poniedziałek będzie należał do nas, bo prawda należy do nas.

Moje hasło na poniedziałek: STOP PLEMNIKOM!

Bez komentarza

Salwadorski zakaz aborcji

piątek, 30 września 2016

Stan zapalny

Mózg mi się pomału przegrzewa. Coraz trudniej ogarnąć to, co obecna władza nam serwuje. Raz robi to otwarcie, a raz bawi się w kontrabandę. Człowiek od tych pomysłów dostaje pomieszania, a - cytując Krystynę Jandę - wciąż myśli, że to zły sen i za chwilę zniknie, byle tylko wstać i umyć zęby. A te zęby, to zgrzytają, ze złości bezsilnej.  Co robić? Jak długo będziemy protestować? I kto jeszcze wie, przeciwko któremu bezprawiu protest się odbywa? Trzeba będzie manifestantów dzielić na sekcje tematyczne: jedna w obronie Trybunału Konstytucyjnego, druga w obronie kobiet, kolejna protestująca przeciwko tolerowaniu nawoływania do nienawiści, itd... dużo tych sekcji w każdym razie.

A władza się śmieje manifestantom w oczy, jakby chciała powiedzieć: mam was wszystkich w d... protestujcie, ile wlezie, możecie nam skoczyć! Tylko odcisków się nabawicie od tego maszerowania.

I tyle naszego będzie, bo władza ma rację, poniekąd...Władza ma większość w parlamencie, rząd jest jako całość pomazańcem Kaczyńskiego ( to słowa pani premier, nie moje!), a Prezydent został wybrany z woli boga i narodu ( znowu nie moje, tylko Rezydenta słowa). I w ogóle, to suweren, czyli ja, dokonał takiego wyboru, bo się zachłysnął urodą PiS. Po pierwsze primo nie przypominam sobie, żebym się kiedykolwiek zachłysnęła urodą jakiejś partii politycznej, po drugie primo nie czuję się komfortowo w roli suwerena, co to nim podobno jestem.

Jednakże, wziąwszy pod uwagę zastanawiający dla mnie brak zaangażowania ze strony młodych kobiet akcją protestacyjną kobiet, w kontekście projektu zaostrzenia prawa aborcyjnego, postanowiłam przeprowadzić rekonesans tam, gdzie młodych kobiet pod dostatkiem przebywa, a gdzie ja nie zaglądałam już od miesiąca. Zatem zajrzałam, nie zagłębiając się w treści postów autora, bo niczego ciekawego się po nich nie spodziewam. Za to przyjrzałam się komentarzom, pobieżnie, bo też są nudne, jak te przysłowiowe flaki z olejem. Ale interesowało mnie, czy znajdzie się tam choć jeden głos wzywający te kapłanki, żeby choć na moment opuściły idola i zajęły się własną d... bo jeżeli nie zrobią nic, to za komentowanie tego niemoralnego bloga, pójdą siedzieć za firankami w kratkę. Zdaje mi się jednak, że ochłapy rzucane przez autora w ramach jakiegoś jubileuszu ( nie wiem, o co chodzi, bo nie śledzę) w postaci prezerwatyw, tak zajęły umysły blond główek, że taki błahy problem, jak aborcja, in vitro, środki antykoncepcyjne, edukacja seksualna, umknął ich monotematycznej uwadze. A może jednak coś dotarło do nich i rzuciły się na te pojedyncze sztuki kondomów, bo czują, że to może być ostatni bezpieczny seks w ich życiu? Nie wiem, nie wiem...

Szlag mnie jednak trafia, że ja, sama będąc  w wieku poprodukcyjnym, muszę się zajmować ich prawami, bo się tym dziewojom ruszyć tyłka nie chce. Zadrżała mi dłoń, bo już już miałam napisać w komentarzu, żeby na moment przestały wznosić peany, a rozejrzały się wokół siebie i zobaczyły, że gdy świat się wali, to jedna prezerwatywa za spadochron nie posłuży! Ale w końcu machnęłam ręką. Znam tyle cudownych kobiet, mądrych, pięknych nie tylko ciałem, ale i duszą, że dla nich warto protestować. Warto demonstrować swoje poparcie, bo one myślą. Myślą i włączają się w protesty w sprawach innych ludzi, w sprawach kraju, praworządności i szacunku dla uchodźców. Bo one widzą daleko, bardzo daleko i chcą żyć w świecie, który nie jest wrogi, nie dzieli ludzi na lepszy i gorszy sort.

Tak sobie pomyślałam, że cudownie jest być członkiem elitarnego zbioru ludzi gorszego sortu.

czwartek, 29 września 2016

Czarny protest, 3 października 2016

Ważny dzień dla wszystkich kobiet w tym kraju. Wzorem Islandii, Polki wzywają do ogólnokrajowego protestu, strajku solidarności babskiej. Szkoda, że tak wiele z nas nie może się przyłączyć czynnie, albo raczej bezczynnie.

Szkoda także, że niektórzy mężczyźni widzą w kobietach wyłącznie te k... 

Wiele kobiet nie będzie mogło przyłączyć się, bo wiązałoby się to z narażaniem czyjegoś zdrowia, albo życia. Trudno. Ja też nie mogę wziąć wolnego, bo w żadnym razie nie chcę narazić Kogoś na konsekwencje. Zatem udam się do pracy ja i moje koleżanki też, ale w stroju żałobnym, czyli w czerni od stóp do głów. W ten sposób okażemy swoją solidarność z tymi, które maja szczęście pracować w firmach, którym los połowy ludzkości obojętny nie jest. Na przykład w Urzędzie Miasta Częstochowy. Burmistrz Częstochowy oficjalnie wspiera swoje pracownice, co jest z pewnością godne naśladowania, ale niezmiernie rzadkie. Panowie, jeżeli dla was kobieta to też człowiek, przyłączcie się do nas, każdy gest jest dla nas ważny. Nie bądźcie egocentryczni, tylko solidarni z matkami, żonami, córkami, po prostu - z kobietami. Liczymy na Was.

poniedziałek, 26 września 2016

Eh, te baby...

Przez całe życie słucham narzekania na baby. "Z babami to zawsze tak" - towarzyszy mi od dzieciństwa, odbija się echem od ścian, wraca jak bumerang.
"Z babami to zawsze tak"... czyli - jak? Oczywiście intonacja tego stwierdzenia ma wydźwięk pejoratywny, więc rozumiem, że z babami jest źle. Na dodatek zawsze. I dobrze, panowie, niech wam będzie, że źle. Tylko pytam, czemu się tak ślinicie na widok? Bo, że się ślinicie, nie da się zaprzeczyć. A wy byście chcieli dorwać się do tej baby, wyobracać i co? Wiem - już się ślinić do kolejnej. Nie ma tak dobrze, kochani. Były w historii takie baby, co - mówiąc oględnie - użytkowały facetów do własnych celów. Przy czym te cele były zadziwiająco zbieżne z waszymi pragnieniami dorwania się do baby. Ale.
No, właśnie, ale wasza uciecha była podobna do uciechy misia, który dorwał się do leśnego ula. Tyle, że gorsza w skutkach. Miś najwyżej pokąsany tu i ówdzie mógł odejść i lizać rany, facet wyrwać się z rąk Amazonek nie mógł. Wykorzystany seksualnie, był z ziemskiego padołu usuwany, jako zbędny i zatruwający powietrze. Jakoś nie wydaje mi się, żebyście za takim scenariuszem tęsknili?

Spełnienie waszych oczekiwań, we wszystkich dziedzinach, nie jest łatwe do ogarnięcia. A marzenia wasze są rozłożyste, jak baobaby. Bo oto marzy wam się:
- ladacznica
- mądra nauczycielka
- troskliwa matka
- kumpel
- przyjaciółka i powierniczka niepowodzeń zawodowych
- klakierka zachwycona każdym domniemanym osiągnięciem
- wierna kapłanka wyznawanych przez was religii ( sport, inne pasje)
- doskonała kucharka
- dokładna i sumienna sprzątaczka
- praczka i prasowaczka
- zaopatrzeniowiec
- cnotliwa matrona
- seksowna girlaska

etc...itd...itp...

a wszystko ma się zamknąć w jednym ciele. Która tym wymaganiom sprosta, no, która?

I zawsze jest tak, że coś niedomaga. Czegoś babie brakuje. A to źle gotuje, a to zbyt gadatliwa, albo niewystarczająco aktywna w łóżku, albo zbyt zajęta dbaniem o siebie i wymagająca w związku z tym waszej aktywności przy podtrzymywaniu ogniska. Wad każda z nas nabywa z czasem tysiące, przy jednoczesnym skokowym ubytku zalet.

I zaczyna się narzekanie. Bo wprawdzie cały dzień spędziła w salonie SPA i wróciła najpiękniejsza w całej wsi, ale obiadu nie ma! Albo na odwrót: obiad jest, ale urody brak. Też źle. W łóżku namiętna jest i uwielbia igraszki, ale w zamian oczekuje pozmywania stosu garów i mówi, że koszulę, to możesz sobie uprasować sam, bo jej się spać chce. I znowu może być odwrotnie: koszula czeka, gary pozmywane, a ona zasypia w drodze do poduszki, bo zmęczona czegóś.

I tak to, drodzy panowie, nigdy nie jesteście zadowoleni. Jak brzydka i zaniedbana, to źle, bo nie pociąga was, a jak ładna i seksowna, to pociąga nie tylko was.

A ktoś kiedyś powiedział, że " lepiej dzielić się z kolegami tortem, niż jeść resztki samotnie."

Zdecydujcie się więc, co wolicie? Matka Polka, czy sexy lady?



piątek, 23 września 2016

Wkurzenia

Nic mnie tak chyba nie wkurza, jak facet, który na babskiej d... zna się lepiej, niż ona sama. Jakim prawem? Czemu mężczyzna uzurpuje sobie prawo do decydowania, co kobieta ma ze swoją d... robić? Prawem kaduka chyba! Chciałabym temu mędrkowi powiedzieć:
Wara od mojego tyłka! Dopóki nie możesz być w ciąży, odp...l się ode mnie i innych kobiet. Ty masz chwilę przyjemności, za którą ja mam płacić do końca życia. Nie moja wina, że związałeś się z bezmózgową lalką, która pozwala ci robić ze sobą, co się spodoba. Tobie się spodoba. I jeszcze będzie ci wierna, jak pies. Żeby uniknąć niechcianej ciąży, bo to jej zdaniem jedyna metoda. Może ona chce być z tobą w ciąży, nie wiem. Musisz wiedzieć, że większość kobiet nawet na ciebie uwagi nie zwróci. Ja bym cię nie tylko do łóżka nie wpuściła, ale nawet przez próg. Jesteś zerem. Ty myślisz, że świat należy do ciebie, ale się mylisz. Tylko twój organ do ciebie należy, reszta już nie. Mówisz, że dr Chazan to nawrócony morderca? A kobiety chcesz pakować za kratki? Jesteś po prostu dwulicowym półgłówkiem. Nie dorastasz mi nawet do pięt. Zatem spadaj nawracać pluskwy na drogę swojej wiary.

Albo się, moje kochane panie, opamiętacie same i same zaczniecie się szanować, albo taka wesz będzie za was decydować zawsze. Wybór należy do Was, Dziewczyny!

Pamiętajcie, że Ewa była pierwsza, nie Adam. Są na to dowody genetyczne. I natura zawsze sobie poradzi z brakiem samców. Partenogeneza jest wciąż powszechna, a męska płeć jest w zaniku. Jakby natura doszła do wniosku, że popełniła błąd w drodze ewolucji. Warto o tym pamiętać. Zawsze.

czwartek, 22 września 2016

Czarny marsz kobiet

Tak, byłam dzisiaj taką lady in black. W żałobnej czerni. Pan Ż. właśnie oznajmia w TVN, że stoimy na barykadzie, my, kobiety. Tak, panie pośle, stoję na tej babskiej barykadzie i mam w bardzo głębokim poważaniu pana zdanie na temat aborcji, albo in vitro. Czasem, gdy się was, obrońców nienarodzonych słucha, to się myśli, że aż żal, że was nie wyskrobali. Przez tę źle pojętą ochronę zafundowano nam takich osłów, nie posłów, że o tych oględnie mówiąc, mało rozwiniętych móżdżkach posłanek nie wspomnę.

Jeden prawniczyna powiedział do ginekologa, utytułowanego i doświadczonego doktora, że on poseł prawnik się zna na płodach, a doktor pojęcia nie ma o czym mówi. Nawet stwierdzenie, że 60% ciąż jest samoistnie usuwana przez organizm nie trafiło do zakutego łba.

Zacięty wróg aborcji, Chazan, przyznaje, że wykonał w życiu ponad 500 takich zabiegów i bardzo teraz żałuje, biedaczek. I od kiedy zrozumiał ( czytaj dorobił się), to teraz jest stanowczo przeciw, tak stanowczo, że grozi nam pakowanie do więzień kobiet, które poroniły nie  z premedytacją, ale tak zwyczajnie, jak najczęściej się zdarza - ni stąd, ni zowąd, organizm sam to poczęte życie z siebie wypluł. Widać, że moralnie nie był dojrzały. Ten organizm i na katolickich sumieniach się nie wyznaje.

Najbardziej podoba mi się w tej nagonce aborcyjnej pseudosprawiedliwych praworządców to, że nawet te pop... ne babsztyle się nie zająkną na temat winy faceta. Ja tam na miejscu mężczyzn wręcz czułabym się urażona, pominięta. Każdy z nich tak bardzo kocha chwalić się swoimi umiejętnościami w tej dziedzinie. A tu co? Jego rola niezauważona? Sprowadzona do wymiaru plemnika. Ten plemnik to najwidoczniej z wiatrem przywiało i zapłodniło.

Inna kretynka z buzią w dzióbek za najlepszą metodę zapobiegania niechcianej ciąży uznaje wierność małżeńską. Też w TVN. Ja chciałabym powiedzieć tej paniusi, że najlepszą metodą na bezpieczny seks jest brak seksu.

Marsz w sobotę, 24 września, nie tylko w tej sprawie. Idą też prawdziwi mężczyźni, dla których kobieta to też człowiek. Aczkolwiek nie każda.