sobota, 26 maja 2012

Mamo...

Nie lubię tego dnia. Zresztą nie lubię też wielu innych dni, które, tak bezkompromisowo, oświadczają mi niemal, że już nigdy, do końca mojej podróży po ziemskim padole, nie będziesz blisko mnie. I ta świadomość, taka bezwzględna i bolesna, staje się nie do zniesienia. Nie, już nie będę płakać, już wiem i to, że łzy niczego nie zmienią. Wybacz, że w takim dniu, jak dzisiejszy, nie przyszłam na twój grób. Nigdy nie umiałam tam myśleć o tych, których kochałam, a których już nie ma. Ani o Dziadkach, ani o Was - o Tobie i Ojcu. Wiesz, to takie trudne do zaakceptowania, ta wasza nieobecność. Wszędzie mi towarzyszycie, tylko nie na cmentarzu. dla wielu ludzi to pewne dziwne jest, ale to prawda. Dla mnie tam Was po prostu nie ma! Żyjecie wciąż we mnie, w każdym moim geście, każdej czynności i myśli, bo to Wy mnie ukształtowaliście, napełniliście pustą powłokę całym swoim doświadczeniem, swoją wiedzą. Nie jestem pewna, czy korzystam z tego spadku tak, jakbyście tego sobie życzyli, ale chyba tak musi być? Powinno być. W przeciwnym razie świat stałby w miejscu. Nie rozwijałby się i nie zmieniał. W swoim dziecku widzę nie tylko moje własne wady i zalety ( bo i zalety jakieś pewnie mam?), ale także to, co z całą pewnością odziedziczyło po Was. Od każdego dostało coś, co składa się na jego ego. Troszkę to mieszanka wybuchowa, muszę przyznać...
Kocham Cię, Mamo...To cudownie, że - byłaś.

środa, 23 maja 2012

Przedświt majowy

Jak dobrze wstać skoro świt...
Słońce wciąż za nieboskłonem, słaby blask ledwie omywa widnokrąg, tylko ptaki już nie śpią. Jeszcze przyjemny chłód wlewa się przez okno do mieszkania, wkrótce upał stanie się nieznośny, ale nie teraz. Słowik, korzystając z tych, krótkich godzin, gdy nie ma konkurencji zmotoryzowanej, wyśpiewuje swoje trele gdzieś w koronach drzew. Nie potrafię go zlokalizować, ale śpiew niesie się niczym nie zakłócony. Kawki od czasu do czasu próbują go zagłuszyć, ale dają sobie spokój, też słuchają majowej, miłosnej melodii. Może zazdroszczą?

piątek, 18 maja 2012

Degrengolada


Polska, to chory kraj. Im bliżej Euro, tym większy strach przed otwarciem TV, albo włączeniem radio. O niczym już się nie mówi, tylko o tym. A wczoraj szlag mnie omal nie trafił w Lidlu miejscowym. Wchodzę, oczy mi się robią okrągłe, kwadratowe i w ogóle wychodzą z orbit niemalże, bo ruszyć się nie można, wszędzie biało-czerwono: koszulki Euro, spodenki Euro, szaliczki, chusteczki, czapeczki, no, wszystko, majteczki pewnie też, chociaż się nie zagłębiłam aż tak, by ten fakt potwierdzić. Normalne towary upchnięte po kątach, do których dotrzeć nie sposób, bo wszędzie się panoszy to Euro! Pieczywa brak…Znaczy zatem, że głupim ludkom mają starczyć już jeno igrzyska. Bez chlebka.
W TV same zachwyty, jakie to będzie święto dla Polski (?), ile to się zarobi na tych świecących pustką hotelach, w których jakoś nie zarezerwowano miejsc, jakie to cud piękności stadiony nam zostaną ( cholera wie, po co nam te stadiony, chyba na więcej Jarmarków „Europa”!?).
A, że przy okazji normalni ludzie, płatnicy podatków do pracy nie będą mogli dojechać, do domu po harówce dotrzeć, o dzieci będą drżeć i nie będą spać po nocach, gdy się ta cała, ubzdryngolona i hałaśliwa  futbolowa hałastra szwendać po okolicy zacznie, to ani mru mru… Że wydajemy miliardy, a w najlepszym razie zarobimy miliony, też cisza. Największym skandalem jest moim zdaniem zakaz jakichkolwiek reklam, nie związanych z Euro2012. Czyżby w naszym kraju rządziła UEFA, a nie demokratycznie wybrany, chociaż ze strachu, rząd?
Mnie się wydaje, że po Euro zostanie u nas jedynie pobojowisko, sfrustrowana, normalniejsza część społeczeństwa, gigantyczne długi i skończymy, jak Grecja. Małolaty zamiast do żłobka, wyśle się na ulice, w celach żebraczych, a nieco starsze zamiast do szkół, na orliki – niech się uczą kopać, bo jak się zdaje – szare komórki im nie są potrzebne, ważne, żeby umieli dokopać. Niech tylko nasi, nurzający się w samouwielbieniu rządzący uważają, żeby nie stali się obiektem ćwiczeń w tym kopaniu. Zresztą, mnie wcale nie będzie ich żal. Ja wam już dziękuję i zapewniam, że na kolejny mój głos ze strachu nie ma co liczyć. A przyczynie mojego strachu radzę, by też nie zacierała w związku z tym rąk, bo ją także mam w głębokim poważaniu. Niezmiennie!!!

wtorek, 8 maja 2012

Mój najnowszy nabytek


fot. własna

Moja, cudna misa. No, jeszcze nie do końca moja, bo nie uiściciłam, ale lada moment już będzie. Może się wydawać, że nie jest duża, bo tylko jeden owoc w niej spoczywa, ale za to jaki owoc! 70dag waży to mango!

środa, 2 maja 2012

1 maja


„Niech się święci 1 Maja”
- Popatrz, Kaśka, ale jaja:
Jest kilka, różnych pochodów,
Lecz nie widać coś Narodu?
Jest mnóstwo, różnej maści działaczy,
A gdzie naród? Gdzie rodacy?
- Rodacy siedzą w chałupie,
Bo ich nieco w krzyżu łupie.
Rok cały maszerują do roboty,
Na pochód nie mają ochoty…
Jasiek, wyłącz to TV,
Bo zgłupiejesz, mówię ci!

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Na prokurenta


Satyra „Na prokurenta”

Hej, ludziska, krzyczmy – hurra!
Przyszedł wreszcie  per procura!
Per procura – informatyk,
co wypłatę chce „na raty”.

Przyszedł, napsuł i namieszał,
komputerki pozawieszał,
specjalista od postępu,
od okienek „brak dostępu”.

Tam coś urwie, tu odkręci,
coś wyleci mu z pamięci,
gdzie zasiądzie, tam coś pisze,
(zawsze cudzym długopisem).

Tu w czymś gmera, a w bok zerka,
czy nie widać gdzie cukierka?
Zaraz potem chce kawusi,
bo go po cukierku dusi.

I tak co dzień, tydzień cały,
efekt pracy niebywały:
Per procura kawkę miesza,
a komputer się zawiesza…

 to dalszy ciąg korespondencji  mejlowej z Prokurentem, moim ulubionym obiektem zgryźliwości, ale nie tylko!

piątek, 27 kwietnia 2012

Wieczny odpoczynek

Długi weekend widać na drogach już dziś, w piątek. Bez problemu wyjechaliśmy z naszego miasteczka. Jednak to dopiero początek. Cały przyszły tydzień będzie próbą cierpliwości. Znajoma powiedziała wczoraj, że w Ł. przychodnia rejonowa nie będzie czynna w ogóle. Powód, oczywiście - długi weekend! Szanowni Państwo, mieszkańcy Ł., wszelkie dolegliwości odkładamy na potem, znaczy po 6 maja. Kto przewiduje chorobę, prosimy już dziś, czyli 27 kwietnia pomykać do lekarza, bo przez najbliższe 9 dni personel miejscowej przychodni wypoczywa.
Tu mam propozycję, aby ten wypoczynek personelu był pełny, prosimy zarządzić wolne w:
- szpitalach,
- pogotowiach ratunkowych,
- straży pożarnej,
- policji,

- stacjach paliw,
- elektrowni,
- komunikacji publicznej,
- sklepach od najmniejszych do największych,
- restauracjach i barach,
- wodociągach,
- telefonii komórkowej i stacjonarnej,
- telewizjach wszelkiej maści,
- rozgłośniach radiowych,
i wszystkich innych instytucjach, w których nigdy długich weekendów nie było i - jak się zdaje - nigdy nie będzie.

Tylko wtedy będziemy mieć równość obywateli wobec prawa, w tym wypadku wobec prawa do długiego wypoczynku.
Kurza twarz!!! To dopiero chory kraj... Nic dziwnego, jaka opieka zdrowotna, takie zdrowie narodu.

piątek, 20 kwietnia 2012

Klauzuli sumienia cd.

Dzisiaj na poważnie. Ja proszę, by stworzyć projekt ustawy pt. ustawa o sumieniu katolickim. 
I proszę, by w tejże ustawie znalazły się zapisy o obowiązkowych wyrzutach sumienia i kajaniu się za grzechy. Chodzi mi szczególnie o winy wobec bliźnich, rodaków.  Bo w tym katolickim kraju, w którym mało kto może przyznać się do niereligijności, albo do innego wyznania, jakoś sumienia milczą. Milczą, gdy karmi się nas wędlinami, chlebem powszednim, itp. nafaszerowanymi solą przemysłową. Milczą, gdy karmią nas zakażoną mączką jajeczną, gdy sprzedaje się nam wyroby seropodobne, soki sokopodobne, oferuje do konsumpcji ogórki szklarniowe lub pomidory, albo sałatę zerwaną przed upływem karencji po spryskaniu chemikaliami. Sumienia nie widzą też truskawek, które podobno są "niepryskane", a wywołują ciężkie alergie. Być może oszustwa wobec krajowców nie są uważane za grzech. Ostatecznie przecież ksiądz przyjmuje datki na tacę, albo po kolędzie od biednych emerytów, ledwie wiążących koniec z końcem. I myślę, że też żadnych wyrzutów sumienia nie ma. Nie słyszałam tylko, żeby ksiądz ofiarował cokolwiek takim emerytom, oprócz oczywiście: "z bogiem, duszyczko!"
A co z klauzulą sumienia kościoła, który pozwala, by kontakt z dziećmi mieli księża pedofile?Coś mi się wydaje, że grzech grzechowi nierówny...

czwartek, 19 kwietnia 2012

Klauzula sumienia?


Klauzula sumienia?
Podoba mi się taki pomysł! Bardzo! Tylko rozszerzyłabym go na inne specjalności zawodowe, nie tylko dla farmaceutów. Na przykład: ratownik medyczny powinien móc odmówić udzielenia pomocy, bo uważa, że „wola boska”, a do wyroków boskich wtrącać się nie należy. Albo sędzia odmówić ukarania bandyty, bo tylko bóg może decydować czy ktoś jest winny, czy niewinny. A nauczyciel mógłby nie stawiać dwój, bo nie wolno krzywdzić dzieci. A sprzedawca w MacDonalds nie sprzedawałby hamburgerów, bo uważa, że są szkodliwe dla zdrowia. I wszyscy, wyżej wymienieni braliby pieniądze za to, że wykonują swój zawód. W końcu przecież już w zamierzchłej epoce w naszym ojczystym kraju mawiało się:
Czy się stoi, czy się leży, to wypłata się należy!

To widać już taka, nasza, gumisiowa tradycja…

środa, 18 kwietnia 2012

Zła passa

Czy kiedyś się skończy ta zła passa? Od listopada ubiegłego roku uczęszczam chyba już tylko na pogrzeby...
Najpierw ojciec, potem jeden kolega z pracy, miesiąc później drugi kolega, w ubiegłym tygodniu 22-letni syn kolegi, a teraz brat męża. Na dodatek na obczyźnie. Sam, jak palec.
Nie pojechał się lansować, pojechał zarobić na chleb. Bo tu, w ojczystym kraju, nie było pracy.  Nikt jednak o nim, ani o innych podobnych ofiarach walki o byt nie wspomni. Nikt się nie będzie upominał o wyjaśnienie przyczyn śmierci, nikt nie wypłaci jego dzieciom setek tysięcy złotych, w ramach rekompensaty... Nikt! Bo w tym, obrzydliwym kraju nie ważni są obywatele, ważni są tylko politycy. Czasem myślę, że uważają się za nadludzi, na których głupi ludek ma obowiązek harować. I którym ma obowiązek wierzyć. Otóż nic z tego! Mam was głęboko, panowie politycy z waszym  rozdmuchanym Smoleńskiem. Na początku, zaraz po katastrofie, żal mi było wszystkich bez wyjątku, a dziś? dzisiaj żal mi tylko członków załogi  i rodzin ofiar Katynia. Reszty już mi nie jest żal, wcale! Trzeba było siedzieć na d... i wziąć się do pracy, uczciwej pracy.

piątek, 13 kwietnia 2012

Mają mnie za idiotkę?

Zdaje się, że politycy mają mnie za idiotkę. W sprawie emerytur i nie tylko.
Smutny spot reklamujący pomysłową reformę emerytalną przemawia do mnie powagą i zbiorową, wielopokoleniową akceptacją nieuchronności. Epatuje widokiem licznych postaci, mniej lub bardziej wpędzonych w lata, a tylko jednym, czy drugim dziecięciem. Że niby będzie brak rąk do pracy na tych staruszków, którzy - wedle słów polityków - żyją coraz dłużej. Być może ...
Tylko jakoś to się kłóci ze statystyką GUS. Bezrobocie rośnie, a nawet gdyby nie rosło, to i tak ponad 10% ludności w wieku "roboczym" pozostaje bez pracy, a już z całą pewnością bez składek od zarabianych na czarno złotówek. A to znaczy, że spadek liczby ludności powinien spowodować spadek bezrobocia, mniejsze wydatki na niepotrzebne urzędy pracy, czyż nie? Oszczędności,oszczędności krótko mówiąc.
Znaczy - kłamstwo polityków.
Kolejne, to coraz dłuższe statystyczne życie. Może ci, którzy dożywają emerytury żyją dłużej, niż kiedyś. Może... Ale, znowu z tych statystyk GUS wynika, że coraz większa grupa nie dożywa. Ktoś musi kłamać, nie da się pogodzić coraz większej liczby zgonów z powodu raka, zawału, udaru, cukrzycy, etc...z coraz dłuższym życiem na emeryturze.
I kolejne kłamstewko: Podobno my składamy się na świadczenia obecnych emerytów, a wcale nie na swoje. To po jaką cholerę ta biurokratyczna bzdura, polegająca na:
primo: indywidualnych wyliczeniach składek i osobistych kontach;
secundo: miliardowych wydatkach na oprogramowanie Płatnik, do ewidencjonowania składek na tych indywidualnych kontach;
tertio: tych, fikcyjnych wobec tego, co wyżej, miejscach pracy biurokratów zusowskich?
Nie wiem, który już raz powtarzam, że moje składki są moje, podobnie jak moje dochody osobiste.
Następne kłamstwo jest gigantyczne i niewiarygodne:
RÓWNOŚĆ OBYWATELI WOBEC PRAWA
Tak mówi Konstytucja RP, to powtarzają wszyscy politycy od lewej do prawej i na odwrót. Pustosłowie to  jest, bo w następnym zdaniu już występują równi i równiejsi.

Drodzy politycy - nie dam się nabrać na wasze kłamstwa!!!!!

czwartek, 12 kwietnia 2012

Co jest na Rzeczy?

Pragnę zauważyć,
aczkolwiek- nieśmiało,
że gdy Ktoś się mieni
Największym Patriotą
swego kraju imię
znać by wypadało,
by się nie okazać
Największym Idiotą!
O co babie chodzi?
- ktoś może zapytać -
a o to, że Polska
to
RZECZPOSPOLITA!!!

To tak a propos powtarzania z uporem maniaka, że będzie jeszcze:
IV RZECZYPOSPOLITA

Któż to powiedział wieki temu, że:
"Takie będą Rzeczpospolite,
jakie ich młodzieży chowanie"

No, właśnie... jakoś tak... Ale co on tam wiedział był! Największy Patriota wie lepiej.

niedziela, 8 kwietnia 2012

łzawe miniaturki

obeschły miłości resztki
z ostatnimi łzami
i co teraz będzie? z tobą?
ze mną? z nami?

jak co roku, w maju
znów zakwitnie bez
tak chce mi się płakać
lecz już nie mam łez...

lat mi wciąż przybywa
świat też się starzeje
ja - szybko, on - wolno
czemu tak się dzieje?

sobota, 7 kwietnia 2012

Karp na szaro

Życie zwykle przypomina
karpia, zrobionego na szaro,
a długie jest mdłe okrutnie,
jak rozgotowany makaron.

Sensu w nim szukać próżno,
nawet z nadzieją i wiarą,
jest tylko wypełnioną próżnią,
a człowiek tej próżni ofiarą

I nawet u kresu żywota,
gdy anioł śmierci u progu,
komu urągać wtedy -
diabłu? Czy może - bogu?

Bo, za co dziękować mamy?
Za płonne marzenia, za łzy?
Może się mylę... Może...
To nie ten świat jest zły?

Może to tkwi w nas samych,
ten brak radości z życia?
Może też nie każdemu
pisane uroków odkrycia?

Może nie każdy się rodzi,
by dawać innym radość?
Eh, dobrze byłoby wiedzieć,
kiedy powiedzieć: Dość!

Tak bardzo tęsknię za dzieciństwem...
Wtedy, tak dawno temu, życie zdawało się mieć jakąś perspektywę, może nawet - ten poszukiwany sens. Wszystko było proste i zrozumiałe. Nawet zmartwienia były jakieś  inne, drobne, nieistotne...
Była rodzina i, sądziłam, każda przeszkoda, a przecież było ich wiele, da się pokonać, usunąć z drogi. I udawało się, bo nam zależało. Pamiętam, bałam się, że Mamy kiedyś zabraknie. Dzisiaj mogę odtworzyć w pamięci ten lęk, chociaż teraz wiem już, jak to jest, gdy - zabraknie. Żeby nie wiem jak bardzo się starać, próbować z całych sil, potem, znaczy po stracie rodziców, już nic nie jest takie samo. Nie jest też proste, ani możliwe. Myślę, że chyba już nigdy nie będzie. Żyjemy wśród ludzi, podobno bliskich... Tak się zwykło mówić, uważać. Że mąż, albo żona, dzieci, może wnuki? To prawda... Tylko świadomość, że już nikt nas nie kocha, dla nikogo nie jesteśmy ważni z jedynego tylko powodu, z samego faktu istnienia, uwiera gdzieś, w najciemniejszym kąciku duszy. Mąż, czy zona, to w końcu człowiek obcy. Oczekiwanie, że będzie mu (jej)na nas zależało dlatego tylko, że jesteśmy - jest nieuzasadnione. Dzisiaj jesteśmy kochani (?), a jutro? Nadużywanie słowa "kocham" jest wszędobylskie. I nie ma nic, ale to nic wspólnego z tym, co ma stanowić jego treść. To tylko słowo, słówko. Nic nie znaczący przerywnik. Że - dzieci? O, to jeszcze większa bzdura! Dla dzieci jesteśmy źródłem. Wygodnym, bezpłatnym dostawcą dóbr materialnych i usług. I tyle!
Najwyraźniej to się czuje, gdy coś idzie nie tak,coś zaburza ustalony, stabilny porządek. Kto wówczas was wesprze? Nikt. Nie ma nikogo, do kogo można się zwrócić, komu wyżalić, ani na kogo liczyć. Taka samotność palca w ciasnej rękawiczce. I w takich chwilach brak oparcia, brak kogokolwiek, kto samą swoją obecnością, wcale niekoniecznie działaniem, przyniesie nam ulgę - są wyjątkowo wyraźnie widoczne i odczuwalne. Może to sygnał? Może znak, że zrobiło się swoje i pora zejść ze sceny? Ostatecznie przecież życie tak naprawdę nie ma żadnego sensu. Żadne, pojedyncze istnienie się nie liczy. Liczy się tylko łańcuszek życia, który powinien w jakimś momencie pęknąć tak, by zostało tylko to ostatnie, przypięte do teraźniejszości oczko.

piątek, 6 kwietnia 2012

Cuda, cudeńka...

 Lekarstwa na chandrę, na jesienny spleen i w ogóle, jak się nie uśmiechnąć, otwierając rankiem oczy, gdy wzrok spocznie na takich, przepełnionych słonecznym blaskiem mandalach, jak te na stronie malowane? Albo, smakując aromatyczną kawusię zadumać się nad wyobraźnią twórcy ceramiki, która nawet nazwy, nadane przez autorkę, ma radujące serce...

ceramika-renata-pieczonka.blogspot.com
O, ja tę salaterkę muszę mieć!!! Jest tak urodziwa, że aż mi brak słów. Trudno, najwyżej nie kupię butów...
malowane-renata-pieczonka.blogspot.com
A ten obraz już sprzedany, kupiła moja Koleżanka, też jej dech zaparło z zachwytu i nie zdzierżyła - kupiła.

Bo, te cuda, cudeńka można sobie nabyć w bardzo przystępnych cenach! Wiem, bo już parę nabyłam! Na przykład ten talerz, na którym spoczywają wielkanocne pisanki, kilka postów wcześniej. W naturze wygląda o wiele  atrakcyjniej, niż na fotografii z telefonu komórkowego. Jakby na kamienną posadzkę spadły, strącone przez wiosenną wichurę ledwie narodzone liście - bezładnie, lekko, nieregularnie, bezpretensjonalnie....

wtorek, 3 kwietnia 2012

W żywe oczy

Kłamstwo ma krótkie nóżki...
I stało się, jak zwykle zrobią nas w trąbę. Pawlak ugrał KRUS, mundurówki jeżeli nawet ktoś ruszy, to dopiero za wiele, wiele lat, a my już sobie będziemy pracować do śmierci.  A nasi wybrańcy narodu się cieszyć będą. Ze statystyk wynika, że 1/3 spośród nas nie dożywa emerytury wcale... Nie potrzeba nam roczników, wystarczy rozejrzeć się wśród krewnych i znajomych królika - do osiemdziesiątki i więcej dożywają tylko nasi protoplaści, my  umieramy w kwiecie wieku. Umieramy, bo jest odwrotnie, niż głosi obecna propaganda: nie leczymy się, ani o siebie nie dbamy. Nie mamy na to czasu, ani pieniędzy, bo kolejki do lekarzy są dokładnie obsadzone przez emerytów i rencistów dysponujących nadmiarem wolnego czasu.
Zatem wszystko to, co się teraz mówi w mediach, jest gigantyczną szopką. Oszustwem i manipulacją. Nie rozumiem tylko, na co politycy liczą? Czy na to, że będziemy udawać Greka? Ja nawet chętnie, pod jednym wszakże warunkiem - że zarabiać będę jak Grek w czasie bankructwa kraju. Wtedy sobie odłożę na tę emeryturę sama, bez łaski. I będę odkładać w pończochę, żeby nikt, ale to nikt nie położył łapy na moich pieniądzach. Szczególnie - żaden rząd! Żeby ich nikt już nie mógł rozdawać na prawo i lewo każdemu, kto ma większe bicepsy i lepiej się rozpycha.
Czego życzę politykom z okazji zbliżających się świąt?
Nie chcieliby wiedzieć...

Otóż życzę wam, moi cwani politycy:
WSZYSTKIEGO TEGO, CO MI NIEMIŁE, A  CO MAM DZIĘKI WASZYM WYSIŁKOM!

czwartek, 29 marca 2012

Reformy damskie, czyli o emeryturach


Przyznam, że dziwi mnie wojna o emerytury. Nie rozumiem, dlaczego problemem jest wiek taki, czy inny. Moim zdaniem, na emeryturę powinno się przechodzić w dowolnym czasie. Decyzja należeć powinna do ubezpieczonego. Przecież każdy z nas płaci składki, a od 1999 roku ma indywidualne konto, na którym teoretycznie gromadzone są składki emerytalne! Powinno się tylko podzielić ten zgromadzony kapitał przez statystyczną dalszą długość życia, począwszy od dnia przejścia na emeryturę i wypłacać dokładnie tyle, ile wyjdzie z obliczenia. To takie proste!  Byłoby proste, gdyby nie chodziło o coś zupełnie, ale to zupełnie innego: tych, naszych, ciężko zapracowanych składek tam nie ma! Bo zostały wypłacone tym, którzy kapitału żadnego nie uciułali, a na emerytury odchodzą często zaledwie po kilku latach pracy, dotrzymując świadczenie takie, jakby pracowali 40 lat bez przerwy. I o to tylko w tym idzie, tyle, że nikt tego głośno nie mówi. Napomknięto jedynie, że komisja jakaś tam, europejska, uznała za niezbędne reformy KRUS i m.in. mundurowe. W Polsce. I cisza. U nas nikt się nie zająknął. Wciąż tylko słychać i widać, że Polacy protestuje przeciwko wydłużeniu. Ja się z protestami związkowców nie identyfikuję, bo uważam, że ani wyż demograficzny, ani niż, ani wiek nie mają tu nic do rzeczy. Ja odkładam fundusze na swoją emeryturę już 37 lat, uważam, że uskładałam już sporo. Przy czym – nie życzę sobie, żeby mój kapitał był NIE MOIM KAPITAŁEM! Po co gadanie o wieku? Dajcie mi tylko to, co mam zgromadzone. Przecież takie było założenie reformy ubezpieczeń społecznych, indywidualnego ewidencjonowania składek. Po co w takim razie te konta, po jaką cholerę ta biurokratyczna zabawa, udawanie, że każdemu według tego, ile odłożył? To pic na wodę, czyli fotomontaż! Wydaliśmy ( jako państwo) miliardy na system indywidualnego rozliczania składek, na darmo wydaliśmy, a miało być tak pięknie…
W ciągu tych 13 lat po 1998 roku, ustawa była zmieniana kilkadziesiąt razy, za każdym razem na gorsze. Każda nowelizacja likwidowała równość obywateli wobec prawa, każda łamała warunek niezbywalności praw nabytych. Lekką ręką nasi wybrańcy narodu rozdawali na lewo i prawo przywileje, tworzyli wyjątki od powszechnie obowiązujących zasad. Wszystkie dla dobra obywateli. Tych – równiejszych od reszty.
Jakoś nie słyszałam, że jak nie mam swoich własnych pieniędzy, to należy mi się np. mieszkanie zafundowane przez tych, którzy pieniądze mają? Przecież to są ich pieniądze, nie moje. Nic mi się nie należy! Tak powinno być.
A jeżeli nie doczekam emerytury, to mój kapitał powinien stanowić tzw. masę spadkową i pozostać w rodzinie.
Może kiedyś, gdy już wymrą dinozaury polityki polskiej, młodzi będą mieli odwagę i rozsądek i zmienią niesprawiedliwość w sprawiedliwość. Najpierw jednak musi zniknąć pewna, wątpliwa Sprawiedliwość i jeszcze kilka pomniejszych,  Najważniejszych…

środa, 28 marca 2012

Pisanki

fot. J.K.
Dekoracja własna, wykonana w 2010 roku.
Gniazdko zrobione z wierzbowych gałązek, plecione własnoręcznie, pisanki farbowane w łupinach cebuli, malowane pisakiem olejnym ( takim, np. służącym do znakowania sprzętu biurowego), baranek wycięty nożykiem w styropianie, po zakupie biurowego kompa, posmarowany klejem do papieru i oblepiony konfetti z dziurkacza, też biurowego. Rogi ma skręcone z białych spinaczy, a oczka z pluskiewek ( mamy takie z kulistymi główkami, bo łatwiej je wypinać z tablicy ogłoszeń), bukszpan z ogródka koleżanki, zdjęcie wykonał, jak zwykle - autor większości zdjęć, czyli J.K.

W archiwach fotka ma nazwę: "baran biurowy"

Tegoroczne pisanki są bardziej kolorowe, kupiłam kolorowe, olejne pisaki.

piątek, 23 marca 2012

Wstrząs?

"Wstrząsające wyniki sekcji zwłok Gosiewskiego..." - to nagłówek widoczny na WP.
A co w treści? Rosjanie zostawili "coś" we wnętrzu zwłok. Mecenas Rogalski nie mówi - co, tylko, że to "coś" nie powinno się tam znaleźć. Znaczy we wnętrzu. Pewnie mogło się znaleźć na wierzchu, przynajmniej zdaniem mecenasa. I jeszcze, że bezczeszczenie zwłok. I dalej: że zwłoki w dobrym stanie, ale "mogłyby być w lepszym, gdyby nie były zapakowane w worek".
Czytam i czekam na te wstrząsające wyniki i jakoś doczytałam do końca nie doznając nie tylko żadnego wstrząśnienia, ale w ogóle nie doznając niczego, z wyjątkiem zdziwienia: Któż to, ach któż to autorem nagłówka jest? Zresztą - nieistotne przecież.

Nie mogę się dopatrzeć bezczeszczenia w formie pozostawionych np. nożyczek chirurgicznych, albo skalpela, albo czegoś podobnego. Tysiącom żywych ludzi zostawiają, ale nigdy nie słyszałam, że to jest "bezczeszczenie". Lekceważenie raczej, bo żywy przeważnie cierpi, a - o ile mi wiadomo - zwłoki zdaje się nie cierpią?
I ten worek... A w co, zdaniem mecenasa, miały być zapakowane zwłoki? W słój wecka? W puszkę? A może od razu w alabastrowy sarkofag? 
Zawsze są w worku.

czwartek, 22 marca 2012

Dzień wagarowicza












Że szkoła? A co tam szkoła!
Śmieją się wagarowicze!
A nam jest smutno, bowiem
wiek robi wielką różnicę…
Zwłaszcza, gdy siwo na głowie.

Gdyby tych lat na grzbiecie
było choć mniej o parę,
na dzień ten hasłem by było:
„Rzuć pracę i wiej na wagary!”
I wiałby człek, aż miło…

A u nas zwyczajnie, jak co dzień:
Praca i praca bez końca!
I pieści światło świetlówek,
zamiast wesołego słońca,
zmęczone twarze kadrówek...

czwartek, 15 marca 2012

Wiosenna melodia


Może wiosny jeszcze nie widać, ale już ją słychać. Wczesnym rankiem, gdy słońce dopiero budzi się, jeszcze zaspane ledwie unosi ognistą głowę nad horyzontem, przeciera zaczerwienione oczy chmurką, a już zmęczone zimą ptaki zaczynają poranną gimnastykę i hałasują zawzięcie. Przepychankom na nagich wciąż gałęziach drzew nie ma końca. Wystarczy, że jeden dzwoniec zasiądzie sobie na czubku lipy, zaintonuje dzwońcową piosneczkę, a już po chwili podskakuje wśród gałązek całe stado. Przekrzykują się nawzajem, podskakują i skaczą sobie do dziobów. Walczą o lepsze miejsce, jakby tam takie było! Może chodzi o tę gałązkę, z której jest lepszy widok na słońce? Nie wiem…
Dzwońcowa pieśń wpada natychmiast w drażliwe uszy srok – miejscowych strażników porządku. Na sąsiednim drzewie niezwłocznie pojawia się taki czarno-biały, długoogoniasty zwiadowca. Przekrzywia ślipiasty łebek to na lewo, to znów na prawo, wymachuje ogonem, podobnie, jak surowy ojciec grozi palcem niesfornemu brzdącowi. Tak naprawdę, to sroki są wielce ciekawskie i wcale nie chodzi im o spokój, a nawet wręcz przeciwnie – uwielbiają harmider i chętnie dołączają się do konfliktów i bójek. Skrzeczenie sroki, świdrujące w uszach i wcale nie sympatyczne, daje znać jej pobratymcom, że jest jakaś draka. I nie wiedzieć skąd natychmiast zlatuje się cały oddział bojowników. Dzwońce przenoszą swój wiec na inne drzewo, nieco dalej, lekceważąco terkocząc i pokazując srokom ogony, na pożegnanie. Ale gdzie tam! Sroki nie dadzą tak łatwo za wygraną, też przenoszą się na kolejne drzewo bacząc, by nic nie uszło ich uwagi. W tym czasie sikorki tłoczą się wśród ostrych igieł ogromnego świerku. Świerk jest bardzo przytulny, gęsty i cierpliwy. Sikorki czują się w nim bezpiecznie, żadna sroka, ani inne ptaszysko nie zaryzykuje przeciskania się przez te najeżone srebrzystymi igłami zasieki. Kwiczoły, zimą zwykle poruszające się stadami, teraz samotne, przeszukują wnętrza tych świerkowych twierdz, zapewne w poszukiwaniu dogodnej lokalizacji gniazd. Niestety, mają konkurencję w osobach cukrówek, które co roku wiją swoje domki w najciemniejszych zakątkach drzewa. Szpasie też już są. Przyleciały później, niż w ubiegłych latach, ale są. Niestety, nie mogę już obserwować ich  zalotów i walki o budkę, bo tutaj tej budki nie ma, wisi na wiekowej lipie, dwie firmy dalej. A szpasiowe umizgi, to była wielka wiosenna atrakcja! Budka jedna, a zalotników kilku. I na dodatek kandydatka na żonę wybredna i zadzierająca nosa. Co się ci wyfraczeni kandydaci na męża musieli nakombinować, ile tam było czesania, ile nabłyszczania piórek, a ile naśladowania głosów! Szpaczki potrafią udawać śpiew innych gatunków, zaintrygować wybrankę podsłuchaną gdzieś tam, nową piosenką, jakimś gwizdem, jakąś nutą nieznaną. Jak pani szpakowa ma się oprzeć urokowi nieznanej pieśni miłosnej? Jak wytrwać w cnocie, gdy co rusz, to inna serenada mile pieści ucho? A już najtrudniejsze – jak się zdecydować, która najpiękniejsza, najczulsza i zwiastująca dobrobyt przyszłej rodziny?  Tak, na moje trochę ślepe oko, to pani szpasiowa kota w worku nie kupuje, a kandydatom nie daje wiary „na słowo”. I, jak każda, dobra gospodyni - stara się „zawsze mieć w zapasie”. A co na to pan szpak?

Wykapany tata
 
Gdy szpakowa w gnieździe siedzi,
a mąż szuka tłustej muchy,
czasem budkę ktoś odwiedzi
- takie po wsi chodzą słuchy!

Nim mąż wszystkie łąki obleci,
żonka zdąży sprzątnąć mieszkanie
i o dorodne, przyszłe dzieci,
też będzie miała staranie.

Potem szpak wyprowadzi latem
gromadę małych szpaczków,
a każdy – wykapany tata! -
będzie w nakrapianym fraczku.

I morał z tej bajki taki:
Czy warto zachodzić w głowę
i dumać, czemu szpaki
wszystkie są jednakowe?

czwartek, 8 marca 2012

8 marca

Postanowiłam rano, że dziś nic nie zrobię,
ostatecznie przecież mamy święto kobiet!
Jednak ruszam z żalem do codziennej pracy,
bo za mnie już świętują płci męskiej rodacy...

piątek, 2 marca 2012

Finał wycieczki do Sztokholmu

Zmarzliśmy okrutnie podczas tej wędrówki po Sztokholmie. A tu ani gdzie usiąść, ani się ogrzać. Trzy godziny na zakupy, to chyba za dużo? Zrobiliśmy remanent portfela - mało! Nie starczy na dwie kawy, na dwie czekolady gorące tym bardziej.  Co robić? Nogi wchodzą nam w zadki, a tu jeszcze cała godzina czekania na transport. Niestety, autokar nie mógł czekać, musiał odjechać na parking, w dodatku nie wiadomo dokąd. Przywieźliśmy tylko 500 koron, a złotówek też mało, bo parking strzeżony w Gdańsku 75zł kosztuje, z góry. 300 koron zapłaciliśmy za wejściówki do muzeum i ratusza, 64 korony zapłaciliśmy pierwszego dnia za czekoladę na gorąco, zostało niewiele. Na promie jest wprawdzie kantor, mamy kartę płatniczą, ale nie można kupić koron płacąc kartą, trzeba mieć żywą gotówkę. Na szczęście okazało się, że można płacić tą kartą wszędzie. Byliśmy uratowani. Kawiarenka internetowa, za ladą Hindus - oczywiście. Dwie kawy i grzejemy się w ciepełku, nosy odmarzają, jest dobrze.
Tylko odrobina niepewności - ile mój bank policzy sobie za te płatności w obcym kraju? Nic nie policzył, wyszło tak, jakbyśmy płacili w Polsce. Drobne upominki mamy, zamówiony przez moją Koleżankę kieliszek do tzw. światowej kolekcji też.
Sobie nie wieziemy nic, trudno, może następnym razem...
Pan Monsz, dokumentuje co się da cyfrowo, trzeba pokazać latorośli, co widzieliśmy.

 O, jest nasz autokar, nareszcie! Kilkudziesięciu zmarźlaków zapakowanych, wracamy, zmrok zapada błyskawicznie.
W drodze powrotnej oglądamy film, dokumentujący wizytę jakiejś angielskiej specjalisty od kitchen, która odbywa kulinarną wędrówkę przez Szwecję. Tu skosztuje gulaszu z łosia ( a propos: w niezwykle ekologicznej i dbającej o naturę Szwecji zabija się rocznie blisko 150 tysięcy łosi!), tam znowu jakiś miszmasz, a gdzie indziej śledzie słodko-kwaśne - ulubiona, skandynawska  potrawa. Pani redaktor powąchała i skosztowała też "rarytasu", czyli zbombaszowanych śledzi, które zalewa się mało osoloną wodą i czeka, aż się zaśmiardną tak, że woń jest nie do zniesienia. Po prostu pyszności! Pani redaktor wyhaftowała na trawie jakiś, ozdobny wielce, rzucik po konsumpcji tegoż przysmaku.
Na promie kolacja, ostatnia, na deser mamy szarlotkę na ciepło z bitą śmietaną. Po kolacji spotykamy się w sali barowej, na parkiecie czeka na nas jednooki pirat. Odbywa się pasowanie na wilki morskie, jako, że ów sztorm przeokrutny przetrwaliśmy dzielnie. Każdy dostał dyplom - świadectwo chrztu morskiego. Wskutek tego mam nowe imię "Perła Bałtyku", a Pan Monsz od tygodnia zwie się "Rekin", do czego ja już całkiem prywatnie dodałam mu przydomek "ludojad", co z pewnych względów wydało mi się nie bezpodstawne.
Ostatnia noc na pokładzie, rano już tylko śniadanie, o 13:00 mamy być w Gdańsku. Byliśmy. Im bliżej Polski, tym mocniej wiało, ale pogoda piękna - słońce, niebo błękitne, prawie bez chmur. Lądu jeszcze nie widać, ale zbliżanie się do zatoki wyraźnie wskazywały nam skorupki, łupinki takie malutkie, nad którymi unosiły się srebrzyście skrzące mgiełki.

To stada mew, towarzyszące rybakom, korzystają z okazji do darmowego przyjątka.  Pomału na horyzoncie rodzi się ląd. Początkowo widać tylko jakby ciemny garb, w miarę upływu czasu rosnący i pączkujący naroślami zieleni i zabudowań. Coraz wyraźniej widać latarnię na Helu. Potem też  port w Gdyni,

pomnik na Westerplatte i wreszcie przystań naszego promu. Koniec wycieczki, trochę żal, jak zwykle. Żegnamy się, umawiamy z panią Ulą na kolejne wyprawy morskie i - opuszczamy pokład.

 Autko czeka całe i znudzone. Ruszamy.  I znowu zdziwienie- im dalej na południe, tym zimniej i pochmurniej? Eh...

czwartek, 1 marca 2012

Wycieczka do Sztokholmu (cd)

26 lutego 2012r. Dzień trzeci.

Pobudka o 7:00 rano, zmiana klimatu odbija się nieciekawie na mojej twarzy. Trudno, odrobina makijażu po porannej toalecie, bieg trzy poziomy wyżej, na otwarty pokład, papieros, potem śniadanko. Zrobiliśmy po kanapce na drogę, bo dzisiaj cały dzień poza promem.
Po drodze, w autokarze pani Ula opowiada dalej o Szwecji, potem projekcja filmu z wydobycia XVII-wiecznego galeonu Vasa. Oglądam z zainteresowaniem, nie mając mimo wszystko pojęcia, co zobaczę w Muzeum  Narodowym – czy się udało po 300 latach spoczynku na dnie morza?
W Sztokholmie do naszej wycieczki dołącza dodatkowy przewodnik, Polak mieszkający od lat w Szwecji. Na początek zwiedzamy Ratusz. Wielki, niczym zamek, z ogromnymi, wysoko sklepionymi salami. Komnatami właściwie.

W tym Ratuszu przyznaje się nagrody Nobla, tam odbywają się przyjęcia dla noblistów i innych zaproszonych gości. Na dole, w auli pracownicy rozstawiają setki tapicerowanych niebiesko krzeseł, podobno jakiś koncert ma być. Nie wiemy wprawdzie, czy będzie to zwyczajny koncert, czy też organowy? W kącie tej ogromnej sali stoją organy, a tak naprawdę to jedynie ta ich część, na której gra organista, bo piszczałki, a jest ich dziesięć tysięcy, są umieszczone pod samym sklepieniem, ukryte prawie całkiem. W Ratuszu wszystko można fotografować, chowamy aparaty tylko w Sali Ślubów, której ściany pokrywają przepiękne arrasy. Oglądam je z bliska, nie mogę wyjść z podziwu dla kunsztu i dbałości tkaczy o najdrobniejsze szczegóły obrazów. Arrasy nie lubią blasku fleszy. Idziemy dalej, do Sali Rajców. Tu miesza się współczesność z tradycją. Po lewej stronie, wysoko, jest galeria dla widzów. Na głosowanie radnych miejskich może przyjść każdy, kto ma na to ochotę. I z góry obserwować, jak siedzący w okręgu rajcowie głosują, czy nie śpią przypadkiem, albo nie zajmują się wysyłaniem esemesów?
Sufit Sali głosowań, wysklepiony w kształcie łodzi, jest pomalowany w barwne, historyczne scenki rodzajowe i dodatkowo wypełniony jakby rusztowaniem drewnianym, stylizowanym na łodzie Wikingów.

Na dole, w okręgu, mahoniowy pulpit, na którym zamontowano około kilkadziesiąt monitorów i urządzeń do głosowania. Wokół tego pulpitu fotele dla radnych. Po prawej, na takiej specjalnej ambonie pod sufitem, widać stanowisko przewodniczącego Rady Miejskiej. Stamtąd kieruje głosowaniem i obserwuje radnych. Sala służy wyłącznie do głosowania uchwał, radni spotykają się tam co trzy tygodnie. Obrady i dyskusje nad projektami odbywają się w innym pomieszczeniu.

Na deser przewodnik zostawił nam zwiedzanie Złotej Komnaty, wyłożonej mozaiką z półtora miliona złotych maleńkich płytek.

Ściany i nawy tej Sali zdobią oczywiście nie tylko te złote okruchy, ale i postaci historyczne, wykonane z terakoty i kawałków ceramiki. Brzydkie to wszystko, choć zapewne można mieć na ten temat i inne zdanie… Dla mnie wyglądało nieco tandetnie, jak jeleń na rykowisku w złotej ramie. Postaci jakieś takie ślipiaste, dziwaczne.

Wprawdzie przewodnik o tym nie wspominał, ale na jednej ścianie dopatrzyliśmy się ukrytego symbolu wolnomularzy – przedstawioną tam postać artysta wkomponował w cyrkiel. Może to nie był efekt zamierzony? Nie wiem. Ale tak wyszło.

Jedziemy do Muzeum Narodowego, oglądać ten okręt Vasa. Przepyszny, drewniany galeon, który zatonął w roku 1628 i przeleżał na dnie Bałtyku ponad 300 lat. Wydobyto go dopiero w 1961 roku, chociaż podobno większość dział, a było ich mnóstwo, zdaje się około dwustu, udało się wydostać z wraku jeszcze w XVII wieku. Okręt zatonął tuż po wyjściu z portu, za mało i źle ułożono na dnie balastu z kamieni. Oczyszczony z mułu, zakonserwowany i od nowa złożony wystawiony jest dzisiaj w ogromnej sali muzeum. Jak szkielet jurajskiego jaszczura. Zapiera dech, duchy przeszłości wyzierają z każdego, przesyconego wonią słonej, morskiej wody drewienka, z każdej kunsztownej rzeźby na rufie, z wielkiego galionu, przedstawiającego postać lwa w skoku.


Z bogato zdobionych kopuł, w których umieszczano latarnie. Dzieło sztuki, flagowy okręt królewski – cudo! Miał być dumą Szwecji, siejącą postrach wśród sąsiadów. Lata ciężkiej pracy budowniczych poszły jednak na marne, nie dotarł do celu, a płynął wówczas do Polski.

Za to teraz można go podziwiać, dziwiąc się, jak bardzo mali byli wówczas ludzie, bo replika kajuty oficerskiej, wykonana w skali 1:1, jest tak mała, że współcześni musieliby poruszać się w niej na czworakach niemalże. Wszystkie,  wydobyte z wraku artefakty świadczą o naprawdę niewielkiej posturze szesnastowiecznych żeglarzy – kurtki, buty w sam raz na dzisiejszego dwunastolatka! Patrzyłam zachwycona doskonałością tego zabytku, tak znakomicie wyeksponowanego i przemyślnie oświetlonego w muzeum. Statek jest pozbawiony barw, które musiały budzić zachwyt niegdyś. Specjaliści jednak zbadali skład użytych przez twórców farb i stworzyli całkiem okazałą makietę, przepysznie mieniącą się całą paletą barw.

Stoi tuż obok oryginału, przypominając, jak wspaniałym dziełem musiał być w zamierzchłych czasach ów galeon.
Przed Muzeum zakwitły przebiśniegi. Dziwne, prawda? Przecież Szwecja jest kilkaset kilometrów na północ od Polski, a u nas nawet śladu wiosny jeszcze!

Koniec obowiązkowego zwiedzania, pożegnaliśmy przewodnika, pana Marcina, mamy czas wolny do 16:00, trzy godziny. A tu zimno, że hej! I wieje. Poszliśmy sobie pooglądać sklepy na Starym Mieście. Tak, pooglądać, bo na zakupy nas nie bardzo stać, ceny ani trochę nie adekwatne do zasobności polskiego portfela. Sweter w skandynawskie wzory, nie powiem – cudeńko, kosztuje w przeliczeniu około 1000zł. Kieliszek pop art, w kolorze burgunda, spoglądający w kierunku przechodnia ni to twarzą, ni to maską, też piękny – około 800zł. Symbol Szwecji, konik strugany z drewna, malowany według tradycji drwali, tak maleńki, jak wisiorek na szyję – 100zł. O cenach innych, budzących mój zachwyt wyrobach artystycznych już nie mówię. A obejrzałam chyba wszystkie wystawy, zatrzymując się przed każdą z okrzykiem zachwytu, bo to nie jakieś paskudztwa w rodzaju krasnali ogrodowych, ale prawdziwe dzieła sztuki! Obrazy, zadziwiające wyobraźnią artysty, choć może dla wielu zbyt bajkowe, przenoszące w dziecięcy świat. Ręcznie tkane torby, obuwie, szkło artystyczne, wyroby z mosiądzu, kości, no i mnóstwo staroci, pokrytych patyną czasu, a zadziwiających urodą i wykonaniem. Ceramika siermiężna nieco, ale niezwykle urodziwa. Patchworki w szalonych barwach i wzorach, pledy utkane zgodnie z tutejszą tradycją, rękawiczki cieplutkie, czapki śmieszne, wzorzyste, pomponiaste i ze zwisającym nausznikami z frędzlą… Eh, całe mnóstwo rzeczy, które chciałoby się mieć, ale się mieć nie będzie…
Zaskoczyło nas, że w większości sklepów za ladą stoją Hindusi.

środa, 29 lutego 2012

Wycieczka do Sztokholmu (cd.)

25 lutego 2012r. Dzień drugi.

Do portu w Nym… ( do diabła z ta nazwą, której w życiu nie zapamiętam…) dopłynęliśmy około 13:00 w sobotę. Pogoda pod zdechłym Azorkiem. Zacina śnieg z deszczem, zapowiada się kiepsko.

Pani Ula, nasz pilot wycieczki, zarządziła zbiórkę o godz. 15:00. Mamy jechać na rekonesans do Sztokholmu, a to około 60km od portu. No, to jedziemy.  Zmrok jakoś jakby później zapada, więc zdążyliśmy jeszcze oblecieć Stare Miasto

 i podenerwować lekuchno wartowników, stojących wokół Zamku Królewskiego. Zabawnie wygląda, gdy co jakiś czas opuszczają stanowisko warty, maszerują kilkadziesiąt metrów w jedną stronę, po czym wykonują półobrót, w półprzysiadzie, jakby zamierzali kręcić piruet na lodzie i dziarskim krokiem wracają do budki wartowniczej. Na warcie stały też dziewczyny, w futrzanych czapach.  Chłopcy mieli normalne nakrycia głowy, takie typowe mundurowe. Pani Ula pokazała, co gdzie jest, poprowadziła, a właściwie przepędziła niemalże wszystkimi, wąskimi uliczkami Starego Miasta, w tym biegnącą schodkami w dół, pomiędzy dwiema kamieniczkami 90cm szerokości uliczką. Takich niewiele od niej szerszych uliczek w Sztokholmie jest więcej. Mają jedną zaletę, doskonale chronią od lodowatego wiatru. Zrobiło się późno, zatem zarządzono powrót na prom, po drodze pani Ula opowiadała nam o kulturze i historii Szwecji. Wrzuciła też parę ploteczek na temat obecnej rodziny królewskiej. Zmrok zapadł szybko i mogłam wygapiać się na okoliczne zabudowania. Drewniane domki, nigdy nie ogrodzone, pomalowane tradycyjnie, krwistoczerwoną farbą, która konserwuje podobno drewno na okres około 10 lat. W oknach żadnych zasłon, firanek też nie ma. Za to w każdym oknie lampka, skromna, ze zwykłym abażurem, najczęściej w kształcie ściętego stożka. Pani Ula powiedziała, że to taka skandynawska tradycja - te światła w oknach dają znak, że na żeglarzy powracających na ląd czeka przyjazny i ciepły dom, że są już blisko. Latarnie morskie w wydaniu mini. Ruch na drodze właściwie żaden, Szwecja liczy ponoć zaledwie blisko 9 mln mieszkańców, z czego ciut ponad półtora miliona mieszka w stolicy. Nic dziwnego, że można przejechać szmat drogi i nie spotkać żadnego prywatnego auta, a jedynie od czasu do czasu ciężarówki. Za to prawie każda, nawet najmniejsza droga i dróżka jest oświetlona, nawet ta, biegnąca wzdłuż leśnych pagórków, na pustkowiu.  Dziw!
Tuż obok portu wielki kompleks handlowy, nawet znajomy Lidl się objawił. Ze zdumieniem stwierdziłam, że przed tym gigantem stoją tylko cztery auta? A dopiero 18:00 przecież, u nas szczyt ruchu w sklepach. Kupiliśmy sobie tylko wodę mineralną i banany, ale na półkach było wszystko to, czego w naszych sieciach nigdy nie uświadczysz: trawa cytrynowa, owoce tamaryndowca, rozmaite korzenie egzotyczne, chyba wszystkie owoce świata, a serów wybór taki, że ja – miłośniczka ich smaków i smaczków - dostałam zawrotu głowy...
Na nas, w porcie, też czekał, wypatrując setką  żółtych oczu, prom. I pyszna kolacja.
Jeszcze papieros na górnym, otwartym pokładzie, jakieś senne pogaduchy, prysznic i spać. Jutro długie zwiedzanie.

wtorek, 28 lutego 2012

Wycieczka do Sztokholmu

24 lutego 2012r. Dzień pierwszy.
Po bardzo długich latach przerwy, zdecydowaliśmy się na krótką wyprawę w szeroki świat. Kupiliśmy rejs w  Polferies, do Sztokholmu. Taki weekendowy wypad poza sezonem. Oczywiście, w miarę zbliżania się wyjazdu coraz bardziej traciliśmy ochotę. W piątek rano siedzieliśmy przy spakowanych walizkach z niewyraźnymi minami: A może by tak zrezygnować? Zimno i wieje, jak za przeproszeniem w Kieleckiem. Trochę szkoda wyłożonych pieniędzy. Jednak – ruszamy.
Droga prawie gładko, pomknęliśmy autostradą, w Gdańsku byliśmy za wcześnie, bo już o 14:30, a zbiórka na terminalu dopiero o 16:45. Terminal linii Polferies w Gdańsku mieści się w dzielnicy przemysłowej, zero sklepów, a  w poczekalni tylko automat z kawą. Nie bardzo nam się podobało, liczyliśmy na lepszą infrastrukturę, na jaką kawiarenkę, barek, czy cokolwiek. Nic z tego! Humor psuł nam się coraz bardziej, a na dworze wichura zrywała dachy z okolicznych zabudowań. Sztorm. Liczyliśmy, że odwołają rejs, ale – nie! Krótka narada i – jednak płyniemy… Co ma być, będzie…A niech tam!
Prom ogromniasty, wysoki, jak wielopiętrowy blok.












Kajuta całkiem wygodna, wyposażona w łazienkę z  prysznicem. Poziom 6.
 Zapalić szłam na poziom 9, na otwarty pokład, bo cały prom objęty zakazem palenia. I słusznie!

Tych poziomów jest w sumie 11, „zamieszkałe” kończą się na 10, więc nam przypadło mniej więcej po środku. Restauracja, w której spotykaliśmy się na posiłkach, jest na poziomie 7, zejście po schodach, w czasie sztormu najlepiej wychodzi na czworakach, zwłaszcza małolatom. Łatwo nie jest, podobnie, jak wstać od stołu i przemaszerować pomiędzy stolikami, gdy się nie bardzo wie, gdzie właściwie jest sufit, a gdzie podłoga, z powodu zwariowanego błędnika, wałęsającego się podczas sztormu gdzieś w okolicach pięt. Dokładnie go nie zlokalizowałam, więc pewności nie mam, ale tak mi się zdawało. Jedzonko było wyśmienite! Niby tylko dwa posiłki dziennie, ale za to jakie! Ukłon w stronę Cooka głęboki składam. Na dobry początek był cocktail z lekką nutą alkoholu, dzięki czemu była gotowa wymówka w kwestii owego plątania się nóg i zataczania. Potem zupa – pyszności w bulionówce podane. A ryba usmażona w koszulce z ciasta naleśnikowego, zapieczona pod kożuszkiem z cebulki, marchewki i chyba pomidorów, a z całą pewnością pod kapeluszem z sera – to już poezja smaku! Do tego  surówka i ziemniaki z koperkiem. Potem  jeszcze pyszna kawa i legumina wiśniowa, pełna drylowanych wiśni i podana z lodami. No, czapki z głów przed Kucharzem, czapki z głów! I znieś to potem człowieku po tych schodach, gdy prom i w górę i w dół i na boki się kołysze! Znieśliśmy, do kabiny dotarliśmy, choć nie bez trudności. Do koi doczołgaliśmy się, polegliśmy i czekamy, kiedy skończy się ta karuzela? O umyciu się można zapomnieć, nie da rady. Trudno, umyjemy się rano. Podniosłam głowę, wyjrzałam przez bulaj – białe grzywy wznosiły się w górę i zaraz opadały gdzieś w głębinę. Jak już się zaległo na tych kojach, było nawet fajnie – jak w kołysce – pomyślałam sobie. Pewnie od tego kołysania i potrząsania wózkiem niemowlętom kręci się w łebkach i dlatego przestają płakać.  Zasnęłam snem sprawiedliwym. Rano szczekaczka przemiłym głosem w kilku językach zaprosiła nas do korzystania z oferty  promowej, zachęciła do zakupów w sklepach pokładowych, ale my marzyliśmy jedynie o prysznicu i odzyskaniu jakiej takiej równowagi ciała i ducha.
Morze było już spokojne. Toaleta poranna, potem wypad na 9 poziom na papierosa ( eh, ziąb okrutny na pokładzie, więc kaptur kurtki na głowę) i idziemy na śniadanko.  Kelner wysoki jak Hightower, sześć talerzy na jednym ramieniu niesie – że też mu one nie spadną?
- Może parówki? Może jajecznica, albo sadzone na grzance? 
- Błagam, najpierw kawa…czarna… mocna…
- Oczywiście!


środa, 22 lutego 2012

Bez tematu

 ***
W każdej kropli deszczu
jeden dzień życia.
Jak w krzywym zwierciadle
masz wykrzywioną twarz. I zeza.
Los, jak kot,
chadza swoimi ścieżkami.
Nie nadążasz. Próbujesz, ale
nie dotrzymujesz kroku.

piątek, 17 lutego 2012

zagrywki nie fair

Nie pomoże powaga oświadczenia, że musimy to, a konieczne jest tamto, a jeszcze i to, i to, i to...
Nie pomoże, gdy się gra nie fair, Panie Donaldzie!
Za dużo tego "kiwania". Nie przemawia do nas zachwyt na tym zdezelowanym wiklinowym koszykiem, kolorystycznie przypominającym wielką torbę, rodem z Jarmarku Europa. Może to i ma być odniesienie do historii miejsca, na którym stanął nowy stadion, ale wyszło gorzej, niż okropnie! Kosztowało mnóstwo kasy, którą można było przeznaczyć na budowę dróg, to tak na przykład. Bo ośmielam się wątpić w to, że Euro 2012 wypromuje nasz kraj. Obawiam się, że wręcz przeciwnie - będzie z tego tylko wielka, gigantyczna góra wstydu.
Ja nie rozumiem tej filozofii, która każe budować stadiony, gdy żadna polska drużyna nie staje od kilkudziesięciu lat na podiach, a jednocześnie likwidować szkoły, przedszkola, szpitale i wiele innych przybytków tzw. użyteczności publicznej. Nam to Euro całkiem potrzebne nie jest! No, chyba, że w myśl : "Pospólstwu trzeba tylko chleba i igrzysk". Na chleb pospólstwu wciąż jeszcze starcza, gorzej z okrasą... Mnie się jednak wydaje, że temu społeczeństwu, zmęczonemu walką o byt, dławionemu przez panoszącą się biurokrację, którą miało się likwidować ponoć, a która rozkwita w najlepsze, zagarniając kolejne, wolne skrawki naszej, tuziemskiej bytności, igrzysk nie trzeba, tylko nadziei na lepsze jutro. To tyle w temacie stadionowym. Będzie z niego piękny nowy jarmark, z naszych podatków. Ktoś policzył, że sama premia dla abdykującego nam miłościwie prezesa NCS wyniesie tyle, ile zarobki na minimalnej pensji przez 28 lat pracy.  Fajnie brzmi... Pamiętam, że dawano nam przykład Grecji, która organizując Euro miała wyjść z biedy i stać się krainą mlekiem i miodem płynącą. Dzisiaj - cicho, sza! Nikt już tego nie pamięta, albo nie chce.
Emerytury. Najpierw nam obcięli składki na IKE, a te akurat podlegały dziedziczeniu. Teraz nie ma już o co wojować, bo jest ich tyle, co kot napłakał. Teraz wydłużą nam wiek emerytalny. To mądre posunięcie. Bo jest tak: jak nas już nie zatrudni nikt, bo będziemy starzy i niereprezentacyjni, przestaniemy się do pracy nadawać, bo i schorowani fizycznie i psychicznie mało sprawni, to zamiast nam płacić emeryturę, budżet nam da co najwyżej świadczenie przedemerytalne, a ono wynosi coś około połowy przeciętnej emerytury. W chwili osiągnięcia wieku emerytalnego lata pracy nam nie przybędzie, więc emerytura będzie niska - też dobrze, bo taniej wyjdzie dla budżetu. A jak nie dożyjemy ( a o to głownie chodzi!) to wyjdzie jeszcze taniej. Na pewno kwitnąć na emeryturach będą mundurowi, bo w wieku lat 40 to zdrowie jest nieco inne, zmęczenie pracą też inne, łagodniej odbija się na zdrowiu. Dobrze mieć się będą  prokuratorzy w stanie spoczynku, pobierający wynagrodzenie dożywotnio, na dodatek  w wysokości średnio 10 emerytur. Dzisiaj ktoś przypomniał, że do ZUS wpłaca pieniądze coś około 2 mln Polaków, którzy składają się na świadczenia dla kilkakrotnie większej rzeszy tych, którzy złotówki nigdy nie włożyli.
Tak, uważam, że reforma jest konieczna. Trzeba jakoś uciułać pieniądze dla wybrańców losu. Ktoś musi umrzeć, żeby żyć mógł KTOŚ. A powinnismy wrócić do zdrowej zasady: płacisz - masz. Nie płacisz - nie masz.
Kryzys odczuwają wszyscy, z wyjątkiem tych, którym ten kryzys zawdzięczamy. I tych, którzy potrafią zatroszczyć się o swoje i swoich krewnych i znajomych godziwe bytowanie.
Ja bym poszła jeszcze krok dalej z tym reformowaniem. Wydałabym dekret zobowiązujący do popełnienia harakiri po zakończeniu życia zawodowego tych 2 mln obywateli.
NFZ. Też kolorowo wyszło i zabawnie. A wszystko dla dobra ludzkości.
Pamiętam, mama opowiadała, jak wyglądało to przed wojną. Moja babcia szła do lekarza, podawała swój numer ubezpieczenia, a lekarz dawał jej rachunek. Z rachunkiem w ciągu kilku dni trzeba było się pojawić w placówce Kasy Chorych, a Kasa płaciła lekarzowi.
Kiedy zaczęłam pracować, obowiązywało określone prawo emerytalne. Z tego co dzisiaj słyszę, to jednak nie była umowa społeczna. Umowa społeczna dotyczy tylko służb mundurowych, górników, hutników, kolejarzy, pracowników oświaty, sędziów, prokuratorów, księży, rolników. Reszta hołoty się w umowie społecznej nie mieści. Można się na nią wypiąć.To ostatecznie tylko 2 mln obywateli...Wyborców...
Skoro Premier chwali się, że podejmuje trudne i niepopularne reformy, to niech pójdzie wreszcie na całość i pokaże, że nie boi się NIKOGO. I wprowadzi taką reformę, która nareszcie będzie ustala zasady jednakowe dla wszystkich.
Na to jednak nie liczę.

środa, 15 lutego 2012

Ptaszki

Zima pokazała dzisiaj swoją bladą twarz. Sypie śniegiem bez opamiętania. W karmniczku ruch, aż miło!
 Tu widać dzwońce i ziębę czerwonobrzuszką.


Furkocze tylko, a karmnik się trochę trzęsie, jak domek Baby Jagi na kurzej stopce. Kłótnie, awantury, jakby tam ostatnie ziarenko zalegało, a nie świeżo nasypany stosik słonecznikowego przysmaku. To dzwońce tak się panoszą, przepędzają sikorki bogatki i modraszki, które próbują podkraść choć odrobinkę. Podlatują tylko , łapią w dziobek ziarenko i fruuu na gałąź drzewa, pod którym karmnik stoi.  Zięby zbierają ziarna z ziemi, nigdy nie zaglądają do karmniczka. Ale też im nie brakuje jadła, bo awanturnicy w stołówce ptasiej robią taki bałagan, że ziarenka rozpryskują się we wszystkie strony. Za płotem spacerują dwie kury bażancie, nie tak przepięknie ubarwione, jak samce, ale pstrokate, wtapiają się w tło szarych źdźbeł wystających ze śniegu. Okrutnie tchórzliwe to ptaki, te bażanty. I chciałyby i boją się. Zdarza się, że któraś przefrunie nad ogrodzeniem z siatki, bo widok ziemi usianej ziarenkami nęcący jest, ale zaraz rozgląda się trwożliwie, drepcze, kręci, niepewna, czy coś się nie przyczaiło za rogiem. Sypiemy więc trochę tego ziarna za płot, niech tam sobie spokojnie i bez leku się pożywią biedactwa.
 fot. J.K. ( za zgodą autora)
Kwiczoły wolą zmarznięte jagody jarzębu szwedzkiego, który rośnie z drugiej strony budynku. Tam można czasem całe stada obserwować, gdy się stoi cicho i nie płoszy gości skrzydlatych. Od czasu do czasu zajrzy też czerwonodzioby kos. Ten, podobnie jak zięba, jada tylko na parterze, nie zagląda na pięterko, czyli do ptasiej stołówki. Za to grubodzioby, w porównaniu z wróblami, sikorkami i dzwońcami - całkiem duże ptaszyska, zachowują się jeszcze mniej uprzejmie. Samiec tego ptaka, gdy już się rozsiądzie w środku stołówki, to nawet pobratymcom nie wolno tam gościć. Muszą czekać na swoją kolej. Samice są bardziej uprzejme, pozwalają innym jadać przy jednym stole.
Zdziwiło mnie niedawno, że wróbel jest u nas pod ochroną. Teraz już to rozumiem, ćwirków jest wyraźnie mało! Kiedyś to chyba był najpopularniejszy ptaszek, ale dzisiaj widuje się zwykle sikorki bogatki i sroki.
Ze smutkiem przyjęłyśmy widok gila, bo poprzednio obserwowałyśmy tego ptaka aż 12 lat temu. Gdzieś przepadły też czyżyki malutkie. Zresztą, gdyby nie ten karmnik, to nawet by się nie wiedziało, jakie ptaki w Polsce zimują! O, właśnie na pniu lipy przycupnął  śliczny  rudzik. Wiatrzysko mu rudy żabocik podwiewa, puszek odsłania, ledwo się toto trzyma pnia, łapki rozcapierzyło, dygocze z zimna. Zebrał się na odwagę wpadł na moment do stołówki, capnął ziarenko i tyle go widzieli!

Na tym zdjęciu maleńki robin ( jak go zwą na Wyspach) przycupnął w oczku siatki ogrodzenia.

No, teraz to mnie zdziwiło dopiero: zięba nie wytrzymała, ciekawość chyba ją zeżarła, bo też w karmniczku siedzi, podjada! To ci dopiero dziw nad dziwy! Eeee, długo nie zabawiła, już znowu urzęduje pod krzaczkiem cisu.
Dokarmiamy te nasze skrzydlate okruszynki, przy okazji dokarmiając swoją ich znajomość. Może nadejdzie czas, gdy do karmnika już nikt nie zajrzy? Wtedy to na pewno będzie ten zapowiadany koniec świata...

sobota, 11 lutego 2012

Myślę, więc mnie nie ma

Wydłużyć wiek emerytalny? No, czemu nie... Ja się nawet mogę zgodzić, byle to objęło wszystkich, bez wyjątków. I byle nie było tak, że moje pieniądze będą wrzucane do wspólnego worka, a konkretnie - byle nie wpadały w czarną dziurę. Przepracowałam już bardzo dużo lat. W tak zwanym międzyczasie wiek emerytalny wydłużano już kilka razy, zmieniano zasady, nie pytając mnie o zdanie. Tak, ale ja jestem zwykłym obywatelem kraju, nie protestuję, nie palę opon, nie maszeruję z hasłami na ustach. Nie mam czasu. Muszę pracować. Nie wszyscy widać muszą, bo wielu znajduje czas na pikniki protestacyjne,oflagowania, głodówki, wykrzykiwanie rymowanych idiotycznych haseł. I dziś, po raz nie wiem już który, próbuje się wmówić mi, że opóźnienie momentu przejścia na zasłużoną emeryturę, pozwoli mi żyć na niej godnie. Cóż to znaczy - godnie? W ustach polityków, między wierszami, słyszę bezdźwięczne - godnie, czyli krótko. A najlepiej - wcale. Dzięki moim wysiłkom da się załatać budżet, sfinansuję swoimi składkami emerytury tych, którzy są bardziej niż ja "zasłużeni", a którzy na swoje długie życie na emeryturze nie zapracowali. Za nich to własnie mamy zapłacić my, zwykli zjadacze chleba powszedniego. My, niezasłużeni. My, ludzie ciężkiej pracy. Służbom mundurowym, oświacie, rolnikom, górnikom, hutnikom i całej tej, ogromnej rzeszy ludzi, za których składki płaci budżet państwa, czyli my z naszych podatków. I ta wiele głów licząca masa ludzi nadal będzie przechodziła w stan roboczego spoczynku w wieku lat 40, albo niewiele późniejszym. Na dodatek nie powiększając w żadnej chwili swojego życia PKB. Biorąc tylko z publicznej kasy tak w trakcie zatrudnienia, jak i po jego zakończeniu. I już słyszę głosy protestu: My mamy ciężką, odpowiedzialną, męczącą pracę! Nam się należy!!! Może i tak... A nam - nie?
Na marginesie: w ciągu 2 lat pochowaliśmy 4 naszych pracowników. Dwu zdążyło pożyć na emeryturze 1 rok, dwu jej nie dożyło. Ale zdążyło przepracować przedtem po prawie 40 lat. Gdzie się podziały ich składki?

wtorek, 7 lutego 2012

fraszki

Kryzys
Kryzys wszystkich nas dotyka...
Wszystkich.
Z wyjątkiem księdza, bankiera i polityka.

Znużenie
Podróż przez życie
czasem trochę nuży.
To się zdarza w podróży.

poniedziałek, 6 lutego 2012

fraszki

Zdziwiona 
nie wiem, czemu wciąż
się dziwię,
że już od dawna niczemu
się nie dziwię?

wtorek, 31 stycznia 2012

"Rok w trumnie"

Zima długo zwlekała, ale jak się namyśliła... brrrr
Z domu nosa się nie chce wytknąć, szukam czytadeł. A tu już wszystko wyczytane, wielokrotnie przeważnie. Kolega pożyczył mi kilka książek, znalezionych w piwnicy. Roman Bratny" Rozmowa z anonimem". Czytam, czytam, autor coś napomknął o swoim "Roku w trumnie". Zaraz, zaraz... ja gdzieś mam! Przekopałam, znalazłam, na szczęście pamięć wzrokowa sugerowała mi, że czarna okładka, że mały format. Jest! E, najpierw przeczytam ten "Rok w trumnie", bo po 30 latach bez mała, niewiele pamiętam. Jak to dobrze, że sięgnęłam do przepastnych głębi swojej biblioteczki.
Czytam: "organizują miesięcznice(...)", tu chodzi o wprowadzenie stanu wojennego.
Ukrywający się "Prezes", na wiadomość, że bezpieka wie, gdzie się ukrywa, ale nie zamierza go internować, wpada w rozpacz niemalże.

Na trupach młodych ludzi, porywających się z motyką na słońce, karierę robią cwaniacy, dorywając się wreszcie do władzy, z hasłem "bóg, honor i ojczyzna". Polska zaczyna przypominać trumnę, w której pochowana zostaje normalność. Ta "trumna" jest gorsza, niż dożywotnie więzienie, z którego główny bohater został na rok urlopowany, w celach leczniczych, sercowych. I narrator, relacjonujący nam subiektywnie i dosyć chaotycznie, ten rok po wprowadzeniu stanu wojennego, wydaje się być bardziej obiektywnym i normalniejszym obywatelem kraju (mimo, że dostał dożywocie za zabójstwo ojczyma), niż ci, którzy są niby wolni. Kto jest w rzeczywistości "wolny", a kto "zniewolony"? Trzeba sobie odpowiedzieć na to pytanie samemu. Znamienne jest, że VIP, który PRZEDTEM, nigdy nie był w kościele, teraz klęczy w nim nader często. Klęczy przy tym na obu kolanach, jak kobieta. Bo nikt mu nie powiedział, jak powinien to robić mężczyzna.
Cóż...w tę akurat stronę wiał, wieje wciąż wiatr historii...
To jak niekończąca się opowieść.
Teraz mogę już przeczytać tę "Rozmowę z anonimem". Kontrowersyjny autor, kontrowersyjne teksty. Krytycy zarzucają mu, że jako pisarz, nie ma klasy, że pornografia, że brak smaku, brak warsztatu. Mnie się jednak wydaje, że to są atuty Bratnego, książki się właściwie nie "czyta", ale "słucha", jak czyjejś opowieści, jak wywiadu, w którym opowiadający co chwilę sobie sam przerywa tok myśli, wtrąca jakieś migawki, żeby nie zapomnieć, bo są ważne.  Źle, gdy forma przerasta treść. U Bratnego najważniejsza jest treść.

piątek, 27 stycznia 2012

Eh, ci piraci...

Slipki w całuski

Dziś, w samym środku nocy
Wpadli do domu piraci,
Zabrali mi wszystko, co miałem,
Zostałem nawet bez gaci.

Może nie były zbyt świeże,
Nosiłem je przecież od lat,
Noc każdą z nimi spędzałem,
Byliśmy wszak za pan brat…

I nie mam już ulubionych
Slipek w całuski czerwone
A Walentynki niedługo!
Czym oczaruję żonę?

                                   Mój drogi mężu, wybacz
                                   Ale twe stare gacie,
                                   Dawno już nie są atrakcją!
                                   Powiem: Są piękne… inaczej.

czwartek, 26 stycznia 2012

Uczcie się kłamać

Oj, dawno już nie widziałam, żeby posłowie partii rządzącej,  ministrowie i cała rzesza innych speców od rozmaitych wynalazków umilających nam, czyli obywatelom, życie, tak się plątała w komentarzach. Tak ewidentnie i wyraziście ukazywała nam kłamliwą twarz. Panowie, żeby wmówić coś słuchaczom, albo całemu społeczeństwu ( w tym wypadku społeczności internautów) trzeba zacząć od wmówienia tego sobie samemu. Dopóki kłamca sam nie uwierzy w to, co mówi, dopóty inni też nie dadzą temu wiary. Kłamać też trzeba umieć, panowie! Na razie wam nie wychodzi...

środa, 25 stycznia 2012

Informatyk podpadł

Satyra na informatyka

Stary zegar głośno tyka:
Nie ma dziś informa-
tyka…tyka…tyka…
szukają go już od wczoraj
kadrowa ze złości
chora…chora…chora…
jak on się od pracy miga
to z wypłaty będzie
figa…figa…figa…
niech więc sobie zapamięta:
ją też będzie swędzić
pięta…pięta…pięta…
ześle się go w Kazamaty
i wypłatę da na
raty…raty…raty…

i riposta tegoż:

 NASZE KADROWE

W kadrach mamy dwie kadrowe
laski całkiem wystrzałowe,
tworzą wciąż regulaminy,
robiąc przy tym dobre miny,

Lecz czasami coś wyskoczy,
to godziny ktoś przeoczy,
to zapomni o urlopie,
wówczas prawie jest po chłopie.

W górze kłębią się chmurzyska
a spod brew kadrowych błyska.

Drżą u winowajcy gacie,
gdy się plącze nasz biedaczek
ticków ma na licu tysiąc
to jest prawda !
        mogę przysiąc.

No i jak tak to, to tak to... nic dodać, nic też ująć

wtorek, 24 stycznia 2012

Apel

Panie Michale Boni
Ja wzywam pana: Do broni!
Ukróć pan hackerską swawolę
I zdziel ich Firewall’em!
I sprawę odłóż ad acta,
Bo najważniejsza jest ACTA!
Niech w Necie zapanuje flauta.
Podpisał się: Internauta.

piątek, 20 stycznia 2012

POchyła Platforma

Platforma stacza się po równi pochyłej. Ludzie, którzy oddali swoje głosy, mając nadzieję, że nareszcie prawo będzie społecznie sprawiedliwe, że przestaniemy zajmować się wydumanymi problemami w rodzaju katastrofy smoleńskiej, że skończy się czas rozdawnictwa - zawiedli się, jak zwykle. Otwarcie mówi się, że w kolejnych wyborach trzeba pójść i pokazać goły zadek politykom. Wszystkim, jak leci.
Pisałam o tym, że u nas najlepiej jest "kupą, mości panowie!" . I kupa wygrała! Też, jak zwykle... Lekarze podpisując się pod receptą, stawiając swoją pieczęć nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za wypisane na niej bzdury. Odpowiedzialność poniosą ci, którzy te bzdury będą realizować, czyli aptekarze. Ciekawe...Jak ja źle wypełnię PIT roczny, to też bym chciała, żeby odpowiedzialność spadła na tego, kto ten PIT przyjmie ode mnie.
Ja sobie dokonam odliczenia, do którego nie mam prawa, a niech za to odpowie urzędnik skarbówki, a co!?
Mundurówki dostaną podwyżkę, reszta hołoty - figę. Średnia płaca w grudniu osiągnęła astronomiczne dla większości obywateli 4000zł brutto, a składają się na nią również owe premie za ustawę - bubel o refundacji leków, składają się pensje dyrektorów spółek, banków, itp. I jest tak: 100 osób zarabia 1.500zł, a 10 osób 50.000zł miesięcznie i średnia wychodzi 5900zł/ łeb. No, żyć nie umierać. Znaczy tym, którzy mają te 50.000zł, bo tym z 1500zł to raczej na odwrót... I tak wciska się biednym ludziom ten kit statystyczny, a oni  przecierają oczy ze zdziwienia - to aż tyle średnio???? Dlaczego więc ja mam tylko 1500zł????
A tu pracodawcy dodatkowe 2% składek zapłacą rentowych, ludzi pozwalniają, średnia będzie rosła, nabór do służb mundurowych (policji) trwa w najlepsze, bo zanim doczekamy tego wydłużenia pracy w tej grupie o raptem 10 lat, to tu już kamień na kamieniu nie zostanie, a całe miliony przyszłych emerytów ciężko pracujących na chleb, steranych, zgarbionych i mających pracować do 67 lat, podparte laskami, trzęsące się parkinsonowato będą wlec się do pracy. O ile będą mieli dokąd!
A rolnicy pow. 6 ha aż 1 złoty zapłacą na ubezpieczenie zdrowotne. No, proszę, proszę! To ci dopiero wydatek! Załóżmy, że mają 10ha. Zapłacą 10zł, rocznie 120zł. My miesięcznie, licząc od tej średniej krajowej, jakieś 350zł, rocznie więc 4200zł. A ci, którzy mają te 1500zł, znaczy bogaci obywatele miast i miasteczek, rocznie ponad 1200zł. To jest dopiero sprawiedliwość!!!!
Platformo, ostrzegamy cię my, którzy daliśmy ci ten, kolejny mandat:
Nie pomoże już straszenie PIS, ziobrystami, bóg jeden wie, kim i czym jeszcze, bo nikt już nie widzi między wami różnicy. Nie dostaniesz już naszych głosów. PIS też nie, ani ziobryści, ale wygrają, bo ich wyborcy tylko czekają na nasz gest protestu, nasze głosy nieważne. Wygrają walkowerem.

środa, 18 stycznia 2012

konfrontacja

Siostrunia moja z dalekiej rubieży przysłała mi ten, tym razem dokładny i szczegółowy przepis na pasztet z cukinii. O rety! Konfrontacja mojej produkcji "z pamięci" z oryginałem wskazuje wyraźnie, że wszystko pokręciłam, ale co tam! Bez przepisu i bez połowy składników niezbędnych, a wyszczególnionych, też był pyszny. Zjedliśmy z Panem Monszem do ostatniego okruszka. Nawiasem mówiąc, najlepszy jest jednak na ciepło, pachnie wówczas wyjątkowo zapraszająco do konsumpcji. Widziałam wczoraj w Lidlu młode cukinie, chyba  w weekend znowu zrobię...
Teraz kusi mnie siostrzane ciacho z bananów. Też trzeba spróbować, a nuż się uda?

wtorek, 17 stycznia 2012

Anonim

Na portalach nie są najciekawsze, ani też najbardziej bulwersujące zamieszczane tam artykuły i wywiady, ale komentarze do tychże. Jeżeli już mowa o rozmaitych "najbardziej", to są one najbardziej obrzydliwe. Tak uważam. Lata mijają, a ja wciąż się dziwię, skąd w Polakach tyle jadu? Tyle nienawiści? Pani Monika rozmawia z pewnym profesorem. I pod tekstem na przemian: wyzwiska pod adresem pani Moniki i pana profesora. Żadnych argumentów, merytorycznych dyskusji, tylko obelgi. Myślę, że ludzie zanadto zachłystują się anonimowością wypowiedzi. To źle, bo przestali już dawno kontrolować, co mówią. Gorzej, bo - jak sądzę - przestali też kontrolować to, co sami myślą. Inna sprawa, że przykład mają "odgórny"...

a w Polsce, jak kto chce...

Raport Millera stwierdza, że nie ma dowodów, że były naciski na pilotów. Prokuratorzy stwierdzili, że nie stwierdzili, czy gen. Błasik naciskał na pilotów. Krótko mówiąc: brak dowodów. Nie kwestionuje się jedynie faktu, że zwłoki gen. Błasika znaleziono tuż obok zwłok pilotów. Co to znaczy? Moim zdaniem, tylko tyle, że gen. Błasik w kabinie (bardzo prawdopodobnie jednak) był, czy naciskał - nie ma dowodu jednoznacznego. Czy musiał naciskać? - Nie musiał. Wystarczy, że - był. Że bywać w kabinie lubił, to wiemy z relacji wciąż żywych podwładnych, zdziwiło by nas, gdyby go tam nie było.
Każdy z nas wie, jak wygląda praca pod presją wzroku przełożonego, który wiele może. A szczególnie - który może być niezadowolony z naszej pracy. Zresztą, wydaje się naturalne, że gdy sytuacja jest trudna, efekty pracy niewiadome, czas nagli okrutnie, to każdy, ale to każdy szef trzyma rękę, a przynajmniej oko na pulsie. Pracownik nie ma z reguły nawyku myślenia o tzw. całokształcie, ale o tu i teraz. Szef postrzega problem z punktu widzenia firmy, więc na wszelki wypadek trzyma się zasady" pańskie oko konia tuczy".
A co się może dziać, gdy taki szef czuje za plecami oddech, dajmy na to - skarbówki,  która jedną decyzją może mu zrównać z ziemią jego biznes, gdy jej się coś nie spodoba? O, to jest dobre i pobudzające wyobraźnię  pytanie!
W zasadzie nic więcej nie mam do powiedzenia. Są jednak tacy, którzy mają, np. pan Macierewicz, albo Kaczyński, albo imć Wildstein, który wczoraj, w studio rozsiadł się tak, że w zasadzie mógł nie wydobyć z siebie głosu, każdy psycholog potrafiłby po jego pozie, wyrazie twarzy, gestach ocenić jego osobowość. Marną osobowość.

piątek, 13 stycznia 2012

Kupą, mości panowie!

No, tego się spodziewałam: lekarze protestowali i wymusili zmiany w przepisach. Aptekarze pochylili się nad niedolą pacjentów, nie protestowali, pracowali, jak należy i co? I przerzuca się na nich odpowiedzialność za błędy lekarzy. Jak zwykle. Wcale mnie to nie zdziwiło. U nas tak zawsze jest. Im ktoś głośniej krzyczy, tym więcej zyskuje. Przy czym głośniej wcale nie musi znaczyć, że więcej decybeli, głośniej w naszym kochanym kraju znaczy przeważnie, że bardziej medialnie. Albo: "kupą, mości panowie, kupą!".
Im większa (liczniejsza) kupa, tym lepsze efekty.