środa, 29 listopada 2017

Hańba

John Maxwell Coetzee "Hańba". JMC, noblista, popełnił nie tyle powieść, co raczej powiastkę. Tak naszpikowaną filozoficznymi przemyśleniami, że aż się w głowie kręci. Obrazy stworzone przez autora są niczym filmowe migawki, albo inaczej: są jak dwa rysunki, pozornie identyczne, a my mamy znaleźć pomiędzy nimi 20 różnic.

Różnice są pozorne, gdy już się nam wydaje, że je rozumiemy i identyfikujemy, okazuje się, że ich nie ma. Ojciec. Córka. Mężczyzna. Kobieta. Dwa istnienia, dwu płci. Zbiory doświadczeń i emocji, zazębione jedynie więzami krwi. Dwie hańby, rysy na życiorysie, przy czym obie dotyczą gwałtu. Powinny łączyć, a dzielą. Jeden tylko element jest wspólny, stoicyzm, z którym ojciec i córka podchodzą do nieuchronności konsekwencji traumatycznych zdarzeń. Godzą się z losem, choć każde na swój sposób. Żadne z nich nie potrafi oswoić i dookreślić tego, co im się przytrafiło. Bliskość, nadmierna bliskość staje się ich wrogiem. Nie pozwala pójść o krok dalej. Czego pragną? Nie dowiadujemy się. Chcą się nauczyć żyć od nowa. Nie żałując i nie oglądając się wstecz. Zamknąć przeszłość, jak przeczytaną książkę i sięgnąć po kolejną.

Nie wiem, czy JMC to właśnie mi chciał powiedzieć, ale ja skończyłam lekturę z przekonaniem, że nikt z nas nie zna siebie samego. Nie możemy powiedzieć sobie: jest taki a taki, bo nie wiemy ani kim, ani jakimi jesteśmy ludźmi.

Bardzo pouczająca i rozwijająca lektura.

wtorek, 21 listopada 2017

Mroczna materia

Uff... cieszę się, że skończyłam czytać tę książkę. Dawno nie miałam takiej reakcji, jak w przypadku "Mrocznej materii". Po kilku stronach wystartowałam z fotela, jakby mi ktoś wbił w tyłek szpilę. Trzeba przyznać, że w konstrukcji obrazów mrożących krew w żyłach autor osiągnął mistrzostwo.

Książka mnie zaintrygowała, bo ciemna materia mnie interesuje, spodziewałam się raczej wizji kosmologicznych, nie zbrodniczych. Fakt, fizyki kwantowej w książce jest pod dostatkiem, ale szaleństwo naukowców spycha ją niejako na drugi plan.

Skąd w głowie Garfielda Reeves Stevensa zrodził się pomysł na tę książkę? To mnie teraz najbardziej intryguje...

Książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że armia, a konkretnie jej przywódcy, gotowi są dla własnych celów na każdą podłość, na poświęcenie niewinnych istot po to, żeby zmieść ze sceny swoich przeciwników. Duzi chłopcy uwielbiają bawić się w wojnę, za wszelką cenę. Po trupach. Kto jest bardziej chory? Naukowiec psychopata, czy jego mocodawcy, tolerujący i zamiatający pod dywan kolejne trupy?

środa, 15 listopada 2017

zbędny gorszy sort

Im więcej czasu upływa od początku kadencji parlamentarnej PiS, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że należę do grupy obywatelskiej pod wdzięczną nazwą "NIE-zbędnik".

To grupa wprawdzie bardzo liczna, ale nadal marginalizowana. Warunkiem przynależności jest:

- przekroczenie granicy wiekowej dla 500+
- umiejętność samodzielnej myślenia i trzeźwej oceny status quo
- sporadyczne i krytyczne zagłębianie się w treści medialne TV Trwam, Radia Maryja, a także rozmaitych "narodowych"
- źle pojęty patriotyzm, czyli przekonanie, że miłość do ojczyzny wyraża się w działaniu dla jej dobra, dbałości o jej pozytywny wizerunek w świecie, życzliwości dla współobywateli i gości spoza granic terytorialnych
- szacunek dla rodzimej kultury połączony z otwartością na inne
- szacunek dla wiedzy i doświadczenia prawdziwych autorytetów
- realistyczny i naukowy stosunek do życia, świata i natury
- tolerancja dla ludzi o odmiennych poglądach
- tolerancja dla ludzi o innej orientacji seksualnej
- przekonanie, że każdy obywatel ma prawo wyznawać co mu się podoba pod warunkiem, że nie organizuje życia innym
- myślenie perspektywiczne, przekładające się o dbałość o miejsce i warunki do życia dla kolejnych pokoleń
- BRAK ZROZUMIENIA DLA KŁAMLIWEJ PROPAGANDY SUKCESU I ZGODY NA ŁAMANIE WSZYSTKICH OBOWIĄZUJĄCYCH PRAW.

I tak mi wyszło, że mówiąc "dobrej zmianie" : Nie! staję się obywatelką, człowiekiem zbędnym. O, przepraszam, w świetle ideologii dobrej zmiany jestem tylko kobietą, człowiekiem trochę gorszego gatunku i sortu. Owszem, niektóre egzemplarze są bardzo przydatne roboczo, jako taran służą. Do takiej nobilitacji niezbędna jednak jest totalna głupota, wdzięk słonicy morskiej i bezwzględny podziw dla Guru. Ja się nie nadaję. Wobec czego zawadzam. Władzuchnie.

sobota, 11 listopada 2017

W imię dziecka

Ian McEwan W imię dziecka. Czytałam Pokutę ,więc sięgnęłam po kolejną, gdy wpadła mi w ręce. I nie żałuję.

Autor ma wyjątkowo lekkie pióro, książki czytają się same, jakby bez naszego udziału.

W imię dziecka, to opowieść o tym, jak wielkie bywają dylematy w życiu człowieka. Decyzje, które podejmujemy, choćbyśmy nie wiem jak bardzo starali się być obiektywni, są, bo nie może być inaczej, przesiąknięte naszym postrzeganiem świata.

Główna bohaterka jest sędzią w sądzie rodzinnym. Rozpatruje i wydaje wyroki w sprawach, o różnym "ciężarze gatunkowym". Czasami ten ciężar jest zbyt duży. Każda sprawa odciska piętno na psychice tego, kto musi decydować o losie innych. Nigdy, albo prawie nigdy, nie jest tak, że z sali sądowej obie strony wychodzą usatysfakcjonowane.

Młody chłopiec, Adam, jest Świadkiem Jehowy. Ma ciężką białaczkę i konieczne jest przetoczenie krwi. Adam nie wyraża zgody. Lekarze żądają zgody sądu na ten zabieg, twierdzą, że chłopiec nie może decydować o swoim życiu, bo do pełnoletności brakuje mu 3 miesięcy. Rodzie, także wyznawcy tej sekty, cała starszyzna zboru, wszyscy są przeciwko, bo ich interpretacja Biblii utożsamia spożywanie krwi z jej przetoczeniem. Pani sędzia, wbrew współczesnym zwyczajom, udaje się do szpitala, chce porozmawiać z Adamem, zanim wyda wyrok: życie, albo śmierć. Życie, czy śmierć? Zapada wyrok: życie.

A jednak: śmierć. Mimo wszystko. Początkowa radość Adama i jego triumfalny powrót do żywych, zmienia się w zagubienie. Chłopiec, którego wychowano w poszanowaniu wiary, w przekonaniu, że wszystko jest dziełem i wolą boga, próbując wyrwać się z zaklętego kręgu swojej sekty wpada w otchłań pragnień, wątpliwości i pytań. Na które nikt nie odpowiada. Nie wyciąga ręki, ani nie pomaga odnaleźć właściwej drogi. Kolejny atak białaczki. Adam już jest pełnoletni. Nie zgadza się na kolejne podanie krwi i umiera.

Pani sędzia czuje się winna tej śmierci. Dlaczego? Odpowiedź jest w książce.

Jakże łatwo ferujemy wyroki w sprawach, które wydają się oczywiste: dobro człowieka ponad wszystkim. Problem polega na tym, że ludzie, których uszczęśliwiamy w głębokim przekonaniu, że postępujemy słusznie i bezstronnie, potrzebują od nas więcej, niż tylko sprawiedliwego wyroku. Potrzebują naszej uwagi i wsparcia. Zostawieni sami sobie, nie zawsze wiedzą, co z tym swoim "dobrem" zrobić... A my zapominamy, że bezdomny, niedoszły samobójca, uratowany ku naszej samolubnej satysfakcji, pozostawiony bez wsparcia, nie obdarzy nas wdzięcznością. Życie, żeby miało sens, nie może być jedynie egzystencją. Trwaniem wbrew wszystkiemu. Musi mieć przyszłość.  I potrzebuje pielęgnacji, jak wątła sadzonka.

Odbierając ludziom wiarę, trzeba im dać w zamian cel. I pokazać, że cel życia tworzymy sami, w swoim rozumie i w swoich pragnieniach, dążeniach i działaniach.

Piękna książka, zmusza do filozoficznych kontemplacji.

niedziela, 29 października 2017

Miłość w czasach zarazy

G.G. Marquez. "Miłość w czasach zarazy".

Może nie całkiem jest z tą powieścią tak, jak ze "Stu latami samotności" tegoż autora, ale po jej przeczytaniu mam w głowie mętlik. Ten tytuł mnie uwiera. Nie pasuje, mimo, że główny wątek stanowią relacje męsko-damskie. Po owych "Stu latach..." wiem już, że u Marqueza spodziewać się należy komplikacji, trudnych do rozplątania myśli i wątków.

Co myślę?

Myślę sobie, że ta książka nie jest naprawdę o miłości, ale o przemijaniu. I o tym, jak bardzo jesteśmy związani z przeszłością, choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali o niej zapomnieć. Życie toczy się, mimo licznych potknięć i porażek. Nasze ścieżki brukowane są błędami, a my nie uczymy się ich nie popełniać, a wręcz przeciwnie - wciąż zachowujemy się tak samo. Głupio, nieodpowiedzialnie, bez względu na wiek. Sami sobie czasem wydajemy się śmieszni. Dla innych w najlepszym razie groteskowi.

Wiele prawdy w tej książce na temat małżeństwa i wierności. Piękna myśl: w małżeństwie nie liczy się uczucie, tylko trwałość związku... Coś w tym jest. Gdy za dużo uczuć, to często robi się duszno. Tam, gdzie jest przywiązanie, utrwalane latami konfliktów i drobnych potyczek, niechęci wzajemnych i pretensji, tam w gruncie rzeczy jest poczucie pewności i stałości. Takie związki, choć pozornie pozbawione więzi uczuć, są trwalsze.

Czy miłość, którą przez ponad 50 lat czuł Florentino Ariza do Ferminy Dazy naprawdę mogła przetrwać próbę czasu? Mimo, że Florentino koił swoją tęsknotę w ramionach licznych kochanek? I mimo, że Fermina była żoną innego? W jakimś sensie mogła, ale to już trochę inne uczucie. Jest taki moment, gdy Florentino płacze w samotności, bo pojmuje po niewczasie, że kochał swoją daleką kuzynkę, Americę. America popełniła samobójstwo, przez niego, choć on tego nie wie i nigdy chyba nie zrozumie. Pielęgnowana w skrytości ducha miłość do Ferminy, to po tylu latach raczej pragnienie starca, żeby jego młodzieńcze marzenie spełniło się, zanim zamknie na zawsze oczy.

Ciekawie skonstruował autor "scenografię", tło dla swojej opowieści miłosnej. Przełom epok, cywilizacja wkracza do  Ameryki Płd. panuje zaraza, całe miasta usłane są trupami, a nad nimi odbywają się pierwsze loty balonem. Życie znajduje swoje sposoby na przetrwanie, jedni umierają, inni się rodzą. Żyją, jak potrafią najlepiej.

Jeszcze jedna myśl Marqueza mi zapadła w pamięć wyjątkowo. Kobiety, gdy zostają wdowami, początkowo wpadają w czarną rozpacz, pogrążają się w żalu, by wkrótce obudzić się jako istoty wolne. Wtedy zaczynają po raz pierwszy w życiu żyć wyłącznie dla siebie...

środa, 25 października 2017

Dzienniczek obywatelski w jesiennym klimacie

Przed chwilą obejrzałam program "Tak jest". Goście: Olszewski (PO) i Kaleta (Kukiz15).
Jak zwykle przepychanka, tradycyjne oskarżenia o zaniedbania wieloletnie. Temat: komisja weryfikacyjne ds. reprywatyzacji. Można dostać uszopląsu od tych "HGW powinna, HGW nie powinna. Od przerzucania się odpowiedzialnością za nicnierobienie przez niemal 30 lat.
PO, głosem pana Olszewskiego, winy w sobie nie dostrzega szczególnej, że 8 lat zmarnowała, bo przecież inni też nic nie zrobili.

Panie Olszewski, owszem, inni też nie zrobili. Prawdą też jest, ze za rządów Lecha K. to samo się działo, ale wy, moi drodzy mieliście osiem długich lat... które zmarnowaliście.

Krzyczycie, że min. Morawiecki kłamie, społeczeństwu wciskając kit o dodatnim budżecie, by do Unii wysłać sprawozdanie o deficycie sięgającym gigantycznej kwoty. Zgadza się, minister kłamie, a właściwie stosuje dwie metody księgowania. Jedną na użytek maluczkich, czyli ignorantów, a drugą na użytek fachowców unijnych. To się dzisiaj tak ładnie nazywa nawet: księgowość kreatywna. Ja jednak pamiętam doskonale, że równie kreatywną rachunkowość prowadził pan minister Rostowski. W ramach tego łatania dziur przeksięgowywał z WN puste, do MA, równie puste.

Jak zwał, tak zwał, nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy w ten dobrobyt budżetowy. Tyle, że przy zdrowych zmysłach jest u nas już mało kto... A wiara w naszym narodzie ma się doskonale, sądząc po "nasyceniu" katolicyzmem. Podobno ponad 90% narodu, to katolicy. Nie będę się sprzeczać ze statystykami, bo sama się wciąż przyczyniam, aczkolwiek ateistką jestem pełną gębą. Tylko tej apostazji nie dokonałam, bo mi sie nie chce wojować o byle co, na dodatek latami, bo Kościół utrudnia, jak tylko może.

Nieważne.

Wracając do meritum - pan Olszewski, jak większość członków PO, do mnie nie przemawia. I to w takim samym stopniu, jak nie przemawia PiS, Nowoczesna, cała reszta. Z PSL na czele, które przez tych 8 lat uniemożliwiało przeprowadzenie jakiejkolwiek reformy, która - choć konieczna - dotknęłaby wieś, bogatą wieś.

Nie wierzę dzisiaj żadnemu politykowi. Nie wierzę mediom, które w jakiś tajemniczy sposób uległy transformacji w dziedzinie wiarygodności. Niby niezależne, a niewygodne lub kontrowersyjne tematy omijają, albo bagatelizują. Wiedząc to i owo i konfrontując z wolnym przekazem medialnym, ma się coraz częściej wrażenie, że informacja jest przesiewana i niekompletna trafia do widzów i słuchaczy. Może inaczej - informacja jest poddawana modyfikacji genetycznej.

Sądzę, że media próbują zmusić mnie do przyjęcia konkretnego i oczekiwanego toku myślenia. W obliczu planowanego zamachu na ich wolność ostrzegają władzę, że wyprowadzą ludzi na ulicę. Mnie nie wyprowadzą. Podobnie, jak lekarze, jak sędziowie, jak nauczyciele.

Mam do tych zawodów ( generalizuję, wiem) żal. Wielki żal. Do polityków też mam żal. Jedni ze strachu przed związkami zawodowymi, klerem, utratą poparcia Rydzyka, odbierają mi osobistą niezbywalną wolność, godność i człowieczeństwo. Drudzy ze strachu przed dintoirą, zajmują się wyłącznie bezpieczeństwem osobistym i mają mnie i innych w ...poważaniu.

Nie liczcie na mnie. Ja też mam was wszystkich w...poważaniu.

niedziela, 15 października 2017

Dzienniczek obywatelski pislamistki

Świeżo upieczonej!
Tak zostałam nazwana przez przedstawicielkę gorszego sortu, do którego przez 2 długie lata, jak czułam, należę i ja.

Pora zrobić remanent tych dwu lat. Jesienią 2015 roku władzę przejęło Prawo i Sprawiedliwość, mieniące się jedyną, słuszną i powołaną do realizacją woli "suwerena", partią w moim ojczystym kraju.
Przez te 2 lata PiS zdążyło rozmontować wszystko to, co przez ponad 20 lat z trudem budowano. Może nie było luksusowo, może raczej wyglądało jak drutowany garnek, ale podobnie jak on - lepiej, czy trochę gorzej - działało. Teraz w zasadzie nie działa. Jest dziurawe i licznymi otworami wylewa się przysłowiowe dziecko z kąpielą.
W ramach naprawy tego "drutowanego garnka", PiS zdążyło pozbyć się szkolnictwa na poziomie wymagań XXI wieku, majestatu prawa, czyli niezależnych sądów, zdrowej gospodarki, wolności słowa, dostępu do informacji, tolerancji, bezpieczeństwa, szacunku w świecie i wielu innych, ważnych z punktu widzenia obywateli myślących, spraw.

Realizując wolę "suwerena" rozdano ogromną kwotę pieniędzy w ramach 500+. W cieniu kolejnych afer, gdy gorszy sort obywateli gromadził się na kolejnych protestach i manifestacjach, załatwiono liczne ciepłe posadki dla tych, co "są z nami", w tym dla o. Rydzyka, który "jest z nami" bardziej, niż ktokolwiek. Utworzono ileś tam komisji, z których uczestnicy czerpią dodatkowe dochody. Skłócono przy tym każą niemal rodzinę w Polsce. Bo w rodzinie zawsze znajdzie się choćby jeden, dla którego pełna kieszeń ważniejsza jest, niż dobrobyt ogólny. Dobrobyt ogólny, narodowy, jest tak enigmatycznym pojęciem, że wielu ludziom zdaje się być jak "Kalemu kraść". Większość obywateli z przyjemnością konstatuje "Kali kraść", niż odwrotnie.

Strajkowali nauczyciele. Nazywało się to, że w obronie dzieci i ich edukacji. W rzeczywistości szło o etaty. Kilkadziesiąt tysięcy nauczycieli po reformie pani z buzią w ciup, zmuszonych jest do roli konika szachowego, a kilka tysięcy straciło pracę. Rodzice są ogłupiali, nie wiedzą, co z tego wyniknie. Niewielu zauważa, że szkoła kuchennymi drzwiami wpuściła we wrześniu naukę wyznaniową. Nie wiem, czy wynika to z braku czasu, czy z braku trzeźwego myślenia rodziców, faktem jest, że wielu nie zauważyło sedna "dobrej zmiany", koncentrując się na protestowaniu przeciwko zmianie jako takiej.

Stało się.

Sądy. Sądy to trudny temat. Jakoś niewielu chce pamiętać, że Trybunał w swoim majestacie, raczył stwierdzić, że klauzula sumienia jest zgodna z Konstytucją. A także, że ograbienie i obywateli i funduszy emerytalnych z gromadzonych w nich przez niemal 20 lat środków, także jest z tą Konstytucją zgodne. W obronie sądów protestowali wszyscy, a protest był ochoczo wykorzystywany przez poprzedników PiS, którym ze strachu przed zniewolonymi wyrokami cierpła skóra na grzbietach, bo czuli, że pójdą na pierwszy ogień, gdy już sądy znajdą się we władaniu jedynych sprawiedliwych.

Parasolki. W tak zwanym międzyczasie na ulice wyszły kobiety. Gdy ruchy obrońców życia, jako zatwardziałych zwolenników obecnej władzuchny, wpadły na pomysł, że teraz nareszcie można wprowadzić przepisy chroniące życie poczęte. Zapełniając przy okazji więzienne cele tymi, którzy podporządkować się nowemu prawu nie zechcą. Oczywiście, życie miałoby podlegać wyjątkowej ochronie jedynie w okresie przejściowym, czyli od poczęcia do narodzin. Późniejszym losem poczętych obrońcy życia się już nie bardzo interesują, wtedy niech się martwią rodzice poczętych. Obrońcy swoje dzieło wykonali, obronili. Kobiety gorszego sortu i nie tylko wyszły na ulice w potężnym zrywie jednocząc się jakoś ponad innymi podziałami. Hasło do protestu rzuciła Krystyna Janda i podchwyciły inne. Nie jestem pewna, czy się władza naprawdę wystraszyła, ale na kilka miesięcy sprawa przycichła, przykryta kolejnymi tematami, które wyrastały jak grzyby po deszczu. W tym, w jakiej sprawie kolejny protest się odbywa, mało kto się już orientował, a władza zacierała rąsie, bo o to właśnie chodziło. Postawili na zmęczenie materiału. I zmęczony materiał, wyczerpany marszami i wystawaniem po nocach raz tu, a innym razem tam, nie miał już sił wkurwić się naprawdę, gdy zaszła potrzeba.

Do tego jeszcze opozycja zdążyła skłócić się wyjątkowo skutecznie. Politycy PO, Nowoczesnej, PSL dzień po dniu powtarzali slogany, prześcigając się w krytyce PiS, powtarzając do znudzenia, że PiS jest złe, że trzeba odsunąć od władzy. Im więcej krytykowali, tym wyżej śmigały słupki poparcia w narodzie. Tyle, że poparcia dla PiS.

Tuż po dojściu PiS do władzy narodził się ruch, jak się zdawało społeczny, Komitet Obrony Demokracji. Nadzieja zakiełkowała wśród obywateli gorszego sortu, którzy chętnie rzucali grosz na rzecz KOD. Równie chętnie te grosze obywatelskie ideowy przywódca KOD przytulał i łatał nim dziury we własnych kieszeniach.

I zostaliśmy sami. W każdym razie my, którzy nie chcieliśmy już widzieć nie tylko PiS, ale też partii, o których już wiedzieliśmy, że walczą nie o kraj i demokrację, tylko o własne interesy.

Wielu z nich, wystawionych do kandydowania do Parlamentu Europejskiego, znalazło w nim razem ze swoim duchowym i nie tylko przywódcą, cieplutkie i wygodne, nie mówiąc o dochodowych - stołki.

Gorszy sort. Do przedwczoraj myślałam, że jestem gorszym sortem. Teraz wyszło na to, że jest coś jeszcze gorszego - pislamistka gorszego sortu.

A wszystko przez moją pamięć i ten pamiętnik, który piszę od roku 2006.

Rozbiło się o protest medyków. Ja zbyt dobrze pamiętam, jak w ostatnich latach rządów PO, protestowali lekarze pod wodzą obecnego ministra K. Radziwiłła. Ministrem od niereformowalnej służby zdrowia był pan Arłukowicz. Pan Radziwiłł wówczas grzmiał, a pan Arłukowicz się chwilami wręcz ukrywał. Jedyna reforma polegała na utworzeniu karty chorego na nowotwór, koloru nie pamiętam, koloru karty znaczy, ale efektem jej wdrożenia były jeszcze dłuższe oczekiwania terapię.

Dzisiaj grzmi pan Arłukowicz, a pan Radziwiłł nie widzi powodu do protestu. Tak to potwierdziła się teoria względności i stare powiedzenie, że punkt widzenia od punktu siedzenia zależy.
Pielęgniarki protestowały za czasów rządów PiS, za PO, czekam, kiedy teraz zaczną? Na pewno stanie się to zaraz po tym, gdy pan Radziwiłł rzuci jakiś ochłap rezydentom głodującym.

Historia się lubi powtarzać.

W moim długim życiu były socjalistyczne lata, gdy handel niedzielny odbywał się dwa razy w roku, w niedziele przedświąteczne. W przyszłym roku mamy do tego wrócić.

Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie...

Moja rodzina będzie albo ściany gryźć, albo stołować się wieczorową porą w restauracjach. Może starczy nam do połowy miesiąca, a może nie?

Jako ateiści zmuszeni będziemy do życia zgodnego z ideologią chrześcijańsko-katolicką.

Moja emerytura wyliczona za 42 lata pracy ma wynieść 1700zł brutto. Nie mamy domu, gnieździmy się w 40 metrach kwadratowych, wysoko, bez windy. Któregoś dnia nie wyjdziemy z domu, nawet po chleb. Nie damy rady wrócić.

Lekarze nie chcą brać dyżurów, płatnych 2400zł za dobę, bo nie chcą w weekend pracować. R. Biedroń oferuje 15 tysięcy dla pediatry i nie ma chętnego. Lekarze odmawiają aborcji, przepisywania środków antykoncepcyjnych, bo podpisują klauzulę sumienia. Lekarze oczekują ode mnie, żebym strajkowała z nimi, bo chcą zarabiać godnie.

Nie będę strajkować, ani nie poprę ich protestu.

Dlatego stałam się pislamistką gorszego sortu.





sobota, 14 października 2017

Maszeruję pod prąd

Mimo, że jestem obywatelką gorszego sortu, nie popieram protestu rezydentów.

Z tego powodu zostałam nazwana pislamistką, która niczego nie rozumie, więc nie warto jej tłumaczyć.

I teraz nie wiem już, czy w tym kraju ktokolwiek jeszcze kieruje się zdrowym rozsądkiem? Czy tylko nienawiścią?

czwartek, 7 września 2017

Recykling domowy


Butelka po soku, nie wiem, jaki rodzaj tworzywa, ale bardzo przypomina szkło. Nie wydaje jednak dźwięku, przy uderzeniu i jest podejrzanie lekka. Postanowiłam w trosce o środowisko dać jej długie życie i udekorowałam farbami transparentnymi, owoce wplątane w pajęczynę, namalowana specjalnym pisakiem w tubce. Kolor - srebro antyczne. Pajęczynę wymyśliłam, bo w butelce znajdzie się domowej produkcji ocet owocowy. I tak jakoś mi pasuje butla w piwnicy, okręcona pajęczyną. W pajęczynie zaplątany jest też napis: OCET HOME MADE. Na wszelki wypadek pokryłam cieniutką warstewka akrylowego lakieru, żeby przy myciu nie uszkodzić dekoracji.
Teraz już tylko czekać, aż ocet się wyprodukuje, a to jeszcze potrwa, bo nastawiony 10 dni temu. Pod koniec września butelka powinna się wreszcie napełnić. O ile od tej zgnilizny nie spleśnieje, zamiast się kwasić. Najgorsze pierwsze dni, gdy zbiera się ta piana i trzeba ja usuwać bardzo starannie, bo inaczej nici z octu - spleśnieje, nie ma innej możliwości. W moim słoju już się ta "burzliwa' fermentacja skończyła nareszcie. Teraz uzbrajam się w cierpliwość.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Kokosowy interes



 Tym razem kokos w kolorach słońca, zdobiony motywami afrykańskimi, na smutne, jesienne wieczory jak znalazł, antydepresyjny jest :)



Jeszcze lakierowania wymaga, brody ze sznurka i mocowania pokrywki.


i pudełko po butach, ale to już bez zacięcia, byle jak trochę zdobione. Trochę przedłużyłam mu żywot, ale nie było sensu wkładać w nie dużo wysiłku, bo jest nie najlepszej jakości. Nic to, trochę posłuży jeszcze. Na złość Szyszce!

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Sucholaski 2017


Domek letniskowy nad jeziorem Wydmińskim


Po burzy. Karmimy winniczka



Trzeci kokos przerobiony na szkatułkę. Będzie dla mojej kochanej H.





Widok z tarasu. Już wiemy skąd te Sucholaski. Wszędzie mnóstwo mokradeł, a na nich takich uschniętych drzew.


W samo południe, 30C, widok z jednego z kamiennych mostów w Stańczykach. Słońce paliło niemiłosiernie, nie widziałam nawet, co się fotografuje, stąd ten palec w kadrze :)



Mosty są ogromne, robią niesamowite wrażenie. Sprzedawane bilety mają wesprzeć renowację mostów, naprawdę jedynych w swoim rodzaju. Stańczyki są kilkadziesiąt kilometrów za Gołdapią, daleko, ale trzeba odkrywać nie tylko obce atrakcje. My też mamy ich wiele, tylko często traktujemy je po macoszemu, a szkoda...

sobota, 29 lipca 2017

Na ryby

Kolejne, stare pudło po butach, które mam nadzieję, jakiś czas jeszcze przetrwa. Pijawka będzie miał pojemnik na wędkarskie akcesoria.




Teraz, identyfikacja schowka na wędkarskie różne różności nie powinna stanowić już problemu.

sobota, 22 lipca 2017

Dom wariatów

Żyjemy w domu wariatów.

Gdy człowiek jeszcze wciąż, chociaż tylko w pewnym sensie, wydaje się sobie normalny, to musi coś ze sobą zrobić. W przeciwnym razie jego także zamkną w pokoju bez klamek. Nasz dom, nasz kraj już jest domem bez klamek... ale połowa jego obywateli wciąż zachowała zdolność do rozumowania po ludzku.

Żeby nie oszaleć, wciąż pacykuję. Ostatnio nawet słój po greckich oliwkach. Sama jestem ciekawa, co następne będzie? I kiedy organizm się przyzwyczai tak, że przestanie mi to pomagać?


niedziela, 9 lipca 2017

Maszkara

Gdy się patrzy w lustro, a na nosie są drugie oczka, to widok bywa szokujący. Wtedy trzeba sobie poprawić nastrój, produkując maszkarę. tak brzydką, że widok w lustrze wydaje się być znośny.

Co więc potrzeba, by maszkara powstała?

- skorupa kokosa
- papiery ścierne drobnoziarniste mniej i bardziej, czyli rozmaite, a na pewno powyżej 250
- farby akrylowe
- lakier akrylowy
- pasta złota do postarzania
- gąbeczki, pędzle do decoupage  (dobrej jakości, najlepiej nylonowe)
- cienki nóż z ząbkami, a jeżeli jest to i piła włosowa

Do kokosa przykładamy filiżankę i obrysowujemy. Oczywiście, część kokosa, na której znajdują się trzy dołki powinna stać się pokryweczką. Mój kokos miał "brwi", taki kształ przybrały dwa dołki, a trzeci był tak cienki, że śrubokrętem dał się rozwiercić całkiem.
Potem nożykiem zębatym nacinamy rowek po kawałeczku, starannie, potem dopiero tniemy ( równie ostrożnie!) piłką. Albo męczymy się tym nożykiem do pomidorów, ale to trochę potrwa.
Otwarty kokos wymaga dokładnego oczyszczenia wnętrza, usunięcia zewnętrznej szczeciny, a potem umycia i wysuszenia.
Zupełnie suchy jest gotowy do obróbki. Kawałkami papieru ściernego najpierw tego 250, a potem nawet 2000 usuwamy resztki błony wewnętrznej, a powierzchnię kokosa szlifujemy na mniej więcej gładko. Idealnie się nie da ręcznie, ale to nie problem - będziemy malować przecież. Szczególnie starannie szlifujemy krawędzie cięcia. Wygładzamy wyszlifowanego kokosa czym się da, ale najpierw spiłowane drobiny usuwamy dokładnie pędzelkiem.

Kokos gotowy do ozdabiania. Ma pięknie żyłkowane wnętrze, postanowiłam tylko przetrzeć złotą pastą, gąbeczką, a potem polakierować. Z zewnątrz pokryłam czarnym akrylem. Gdy wysechł, narysowałam złotem antycznym, takim w specjalnej tubce do rysowania cienkich kresek) kontury maski maszkarona, Potem ozdabiałam tak, jak dyktowało natchnienie, nie zastanawiałam się nad wzorami. Same wyszły. Lakierowanie, potem jeszcze jęzor z czerwonego sznurka, jako uchwyt i gotowy maszkaron. No, prawie, jeszcze muszę dokupić zawias, przykręcić, żeby wieczko się trzymało. Ach, od spodu przykleiłam lakierem gumową uszczelkę o średnicy około 4cm, żeby się szkatułka nie kołysała. Uszczelkę też postarzyłam pastą złotą, polakierowałam.

No, teraz to ja wcale taka koszmarna nie jestem. W każdym razie w porównaniu.






niedziela, 2 lipca 2017

Decoupage eko


Drewniana skrzyneczka na herbatę, dekorowana grafiką Wschodu, nie wiem, czy Japonia, czy Chiny, obawiam się także, że zapomniałam zrobić wydruk lustrzany i tekst jest negatywem :), ale co tam!



Wyprzedaż w CCC. Kupiłam kalpki Inblu, bo wygodne są. Żal było wyrzucać kartonowe, nowiuteńkie pudełko, zatem postanowiłam przedłużyć mu egzystencję i dać nowe życie. Przy okazji ucieszyć Ślubnego, który to zapalonym żeglarzem był, niegdyś i nawet w zawodach udział brał.  A marzy o mieszkaniu w morskiej latarni. Tego mu nie zafunduję, ale widoczek liryczno-nostalgiczny z latarnią mogę mu dać. A co, stać mnie. Wewnątrz pudełko wykleiłam filcem, żeby męskie skarby dziur od razu nie porobiły, karton, nawet malowany i lakierowany wytrzymałością nie grzeszy wszakże.




sobota, 24 czerwca 2017

Dzienniczek obywatelski, któryś tam

Wścieklizna obozu rządzącego osiąga apogeum. WOŚP zebrała rekordową kwotę, Jurek Owsiak, jak co roku, organizuje Przystanek, a minister Błaszczak z ponurą miną oznajmia, że Policja wydała drastycznie negatywną opinię  kwestii jego bezpieczeństwa. Obecny podczas wygłaszania tej wypowiedzi policjant ma wyraz twarzy, który mówi sam za siebie - muszę trzymać buzię w kuble.

Wszyscy musimy trzymać buzię w kuble. Znowu, po trwającym ćwierć wieku antrakcie.
Miesięcznice smoleńskie trwają w najlepsze, przyjmując formę happeningu organizowanego przez koło gospodyń wiejskich. Rodzą się nowe tradycje. Dzieci też się rodzą. O, właśnie - urodziło się tych dzieci w pewnym okresie coś około 18 tysięcy, a wniosków o 500+ wpłynęło ponad 40 tysięcy. Uczciwość w narodzie karleje i przejawia tendencję zanikową.

A wszystko w ramach nowych tradycji. Tradycją staje się nocne głosowanie w sejmie, tradycją jest spolegliwość głowy państwa, a także milczenie owiec. Tradycyjnie następują kolejne manifestacje na ulicach. Chociaż coraz częściej zamieniają się w spacery grupowe, bo cel umyka niczym pojazd Formuły 1...

Ale to nic, to wszystko, to tylko skutek jednej z najstarszych w tym kraju tradycji. Tradycji, która nakazuje niszczyć wszystko, co postępowe, co dobre, co radosne. Dalej nie chce mi się wymieniać.

Polacy najszczęśliwsi są, jak się zdaje, gdy wszystko dookoła się pali, wali, zamienia w zgliszcza. Zawiść, nietolerancja, nienawiść, brak empatii, wstecznictwo, konfabulacja, nepotyzm i krótkowzroczność rozpleniły się niczym perz w przydomowym ogródku.

Każdy kolejny dzień przekonuje mnie, że wiara nie jest, nie powinna być dostępna wszystkim. W imię wiary na tym ziemskim padole popełniano i nadal popełnia się największe zbrodnie. I jakoś tak mi się pomyślało, że ludzie, których tak chętnie nazywamy dzikimi, niecywilizowanymi, byli uczciwsi, niż my - tacy wykształceni, światli. Otóż, dzicy, gdy już sobie wymyślili boga, to zawsze był to bóg okrutny, krwiożerczy, albo przynajmniej mściwy. Zresztą, nawet starożytni Grecy, którzy też swoich bogów tworzyli na obraz i podobieństwo człowieka, nie wmawiali nikomu, że ci bogowie są dobrzy i miłosierni. A wiara chrześcijańska, wiara monoteistyczna, ustami kapłanów przekonuje o nieskończonym miłosierdziu boskim, o przygarnianiu wszystkich sierot i wysyłaniu aniołów stróżów, żeby chronili pod swoimi skrzydłami maluczkich. Bóg - sama dobroć i wybaczanie win. Jego wierni - w imię najwyższego, wylewają zło wiadrami na te sieroty.
Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego... chyba erozja zatarła na kamiennej tablicy kilka słów w tym przykazaniu, bo dzisiaj zostało tylko: miłuj...siebie samego.

Diabeł się cieszy, bo nie musi się wysilać. Ludzie chętnie go zastępują w obowiązkach.


niedziela, 18 czerwca 2017

decoupage z wiśnią




ostatnia produkcja, tym razem tekturowe i okrągłe, z motywem japońskiej wiśni, teraz przerwa w zabawie, trzeba skończyć "Miłość w czasach zarazy" G.G. Marqueza.

piątek, 16 czerwca 2017

decoupage z afrykańskim akcentem



 Tym razem postanowiłam odmienić nieco starą, bambusową misę. Misa nie była specjalnie atrakcyjna, poniewierała się tu i tam, właściwie nie służąc do niczego. Misę dekorowałam wydrukami laserowymi i malowałam ręcznie abstrakcyjne krzewy, wypełniając przestrzeń pomiędzy symetrycznymi fragmentami. Wykończenie renesansowym mosiądzem ( farba), starym złotem ( też farba) i pastą do postarzania. Zewnętrznie misa ma kolor porcelany, kremowy. Nie wiem, czy jest ładna, ale na pewno niebanalna i bardzo rozweselająca.

niedziela, 11 czerwca 2017

Decoupage

Trochę się ostatnio bawiłam. Decoupage, chwilowo mnie pochłonął, ale już jestem ciekawa, co będzie następne?







Szczególnie dumna jestem z pudełeczka kartonowego, z wisterią. Naniesienie kolorowego druku ze zwykłej kartki na farbę akrylową, to pracochłonne, ale niezwykle satysfakcjonujące zadanie.